To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
piątek, 11 grudnia 2009

W czasie gdy Rafału kładł na balkonie, w pocie czoła kupione płytki, Jurku zaczęła się udzielać lekka panika. Siedziałem w pracy, piłem poranną kawę i odbębniałem poranną internetówkę gdy w kieszeni zaczęła mi wibrować komórka. I już po wibracjach poczułem, że szykuje się niezła akcja.

- Radek, Radek musimykoniecznieszybkokupićrurykolankaizawory - wyrzucił na jednym ćwierćoddechu zadyszany Jurku
- Izi mon, jeszcze raz, to samo, ale powoli.
- Bo wiesz, rury, do łazienki, poczebne są, szybko. Pieniądze daj, przelew, gotówka, złoty piasek, drobne kamienie szlachetne albo muszelki.
- Kurwa, Jurku, uspokuj się i powoli powiedz o ci tak konkretnie chodzi, bo na razie słyszę, że bawisz się w jakiegoś szalonego płuczkarza z Klondike.
- Musimy kupić rury do tej instalacji, co to ją ci będziemy w łazience przesuwać i wpuszczać w podłogę i ściany - Jurku w końcu wydobył z siebie zrozumiały komunikat.

I tu słowo wyjaśnienia. Ozon zaprojektował mi łazienkę w najlepszy z możliwych sposobów. Ale ten najlepszy ze sposobów wymagał przesunięcia odpływów i wpuszczenie w ścianę dwóch rur. W dobrej wierze zleciłem tę robotę Jurku. Ależ byłem naiwnym łosiem.

- No to pojedź do Liroja i kup rury - postanowiłem wskazać Jurku kierunek w życiu, bo się ewidentnie pogubił.
- Nie da rady. To są specjalne rury i można je kupić na ulicy Juliana Bruna. Na Mokotowie - wysapał przejęty Jurku.
- Wiem gdzie jest Bruna, studiowałem niedaleko. Ale nie o tym - co za super rury to są one, że nie da się ich kupić bliżej jak tylko w manufakturze u Bruna? - zapytałem, bo to przecież ja zapłacę za wszystkie ekskursje chłopaków na zakupy.
Tutaj nastąpił minutowy wywód, z którego poza tym, że będą cholerycznie drogie, niczego nie zrozumiałem, bo ja jestem prosty chłopak z maturą kupioną na Różycu (z którego to powodu jest mi niepomiernie przykro) a nie wykwalifikowany wykończyciel wnętrz.
- No dobra, jak trzeba to trzeba. W sumie w tej ścianie może faktycznie musi być inna rura. I w podłodze - postanowiłem jednak zaistnieć w tym dialogu żeby nie wyjść na skończonego tłuka, który bez excela nie trafiłby palcem do dupy.
- Tak, to są specjalne rury i do nich są specjalne łączenia i one są drogie, te rury i w związku z tym potrzebuję od ciebie tysiąca - zadysponował Jurku.
- A skąd ja ci przyjacielu wezmę teraz tysiąca. Załóż ze swoich a ja puszczę ci na konto przelew. Może od razu dwa tysiące. Wiesz, żebyś się nie musiał za każdym razem prosić o kasę na kolejne nieprzewidziane zakupy.
- Dobra, tak zróbmy. Ale będę miał dzisiaj pieniądze na koncie? - nie dawał za wygraną Jurku.
- Mon, rozłączamy się i puszczam przelew, przy dobrych układach kasa wyjdzie ode mnie przed południem - odparłem kojącym głosem, który miał koić głównie mnie gdyż jeszcze chwila a zacząłbym na Jurku krzyczeć.
- To na razie - pożegnał się uspokojony i rykoszetowo ukojony Jurku.
- Elo zią.

 Tego dnia odbyłem jeszcze dwie podobne rozmowy z Jurku, z każdą następną chłopak był w coraz większym amoku i panice. Zachowałem się niczym najlepszy psychoterapeuta i siostra miłosierdzia razem wzięci, bo słysząc narastające przejęcie w jego głosie, czułem że z typem dzieje się coś niedobrego. Ale nie zapaliły mi się żadne lampki awaryjne w głowie, bo stwierdziłem że może ma tremę albo zaganiany jest. Za materiały zabuliłem jak za zboże ale doszedłem do wniosku, że warto - wszystkie rury będą pochowane w ścianie, kupię sobie bajerancki chromowany syfon i nie będę musiał przestrzeni pod zlewem niczym zakrywać. Ależ byłem naiwnym łosiem.

Zerwę teraz chronologię opowieści (i będę to czynił coraz częściej), bo nie będzie mi się chciało w przyszłych notkach odwoływać do poprzednich. Przeskoczmy do przodu do momentu pierwszej wizyty na inwestycji, już po położeniu rur. I płytek. Godzina 13:00. Miejsce akcji - łazienka.

- Co to kurwa ma być. No ja pierdolę, czy was pojebało ze szczętem - zacząłem krzyczeć łagodnie, żeby chłopak na dzień dobry się nie spłoszył.
- Ale o co chodzi? - wydukał ujęty moją łagodnością Jurku.
- Czy wy nie rozumiecie po polsku? Co to kurwa jest, ja się pytam - łagodniałem coraz bardziej.
- No... łazienka - zaryzykował Jurku.
- Wiem kurwa, że łazienka - zawyłem. - Co to jest kurwa to przy wannie i dwa metry obok? Tak się umawialiśmy?
- No płytki i odpływy - ocenił fachowo Jurku.
- Zapłaciłem za jebane rury wykonane w technologii kosmicznej furmankę kasy, bo miały iść w ścianie. Co one, do chuja Wacława, robią na zewnątrz? - postanowiłem opuścić krainę łagodności, bo Jurku wkurwiał mnie coraz bardziej.
- A faktycznie, jakoś tak wyszło.

Myślałem, że mu jebnę. Poważnie. Dostałem ataku furii i po raz pierwszy od bodaj dekady miałem ochotę rozbić komuś twarz. Ale tak bardzo, żeby fragmenty czaszki wbiły mu się w mózg. Ile samokontroli wymagało niezrobienie tego, wiem tylko ja a wy nigdy w to nie uwierzycie.

Pomijając kilka rzeczy ewidentnie spierdolonych (o których w następnym odcinku), łazienka wyszła mi bardzo fajnie. Niestety wszystko szpecą dwie obleśne, ciemnoszare rury: jedna od ziemi do zlewu, druga odpływowa do pralki. Ja wiem, że je można zasłonić. Naprawdę. Ale długo wkurwiać mnie będzie świadomość tego, że nawet zasłonięte one tam dalej będą.

I jeszcze coś z ciekawostek z życia wesołej ekipy wykończeniowej - odpływ do zlewu trzeba było przesunąć na tyle, żeby zmieściła się między nim a ścianą wanna. Korzystając z promocji kupiłem wannę o 20 cm szerszą niż ta w projekcie. Wanna leżała od samego początku w rogu salonu. Kilka razy prosiłem ekipę, żeby wszystko dokładnie pomierzyli przez zrobieniem, bo projekt to jedno a rzeczywistość drugie. I co chłopcy zrobili? Ano tak to wszystko sprytnie uknuli, że odpływ od zlewu wchodzi w podłogę w odległości 3-4 centymetrów od boku wanny. W wyniku czego mogę zapomnieć o bocznej ściance podblatowej (walnąłem zamiast tego nóżkę). No i rzecz jasna przy każdym prysznicu woda chlapie tym odkrytym bokiem pod zlew. A przecież wystarczyło wymierzyć tak, żeby boczna ścianka zmieściła się w takiej odległości od boku wanny, żeby wszedł tam mop. Niestety, woleli zrobić na oko zamiast użyć miarki.  
Obecnie, z uwagi na wyschnięcie źródła z kasą, obie te syfiaste konstrukcje widzę za każdym razem gdy siadam na kiblu. I za każdym razem, patrząc na nie, mam ochotę by miast do kibelka, wysrać się na Jurku.

To była jedna z wielu traum jakie zafundowali mi dzielni ekipanci. Pewnie myślicie, że zacząłem od największej? Ależ jesteście naiwnymi łosiami.

wtorek, 01 grudnia 2009

Co pójdzie nie tak, skoro do kupienia jest marne 10 metrów kwadratowych płytek - taka myśl kołatała mi pod czaszką gdy jechałem do Leroya w Arkadii (podświadomość już weszła w tryb 'fatalizm', ja się jeszcze świadomie łudziłem). Zepchnąłem ją głęboko i uśmiechnięty ruszyłem między regały. O, to może i światełka od razu kupię. Niestety, w dziale elektrycznym z halogenami, te ostatnie są włączane przy pomocy jakiegoś czujnika ruchu a że ruch tam jest cały czas więc świeci się cały czas, w związku z czym temperatura była tam wyższa od tej na zewnątrz (+25) o kolejne 25 stopni. Zanim doszedłem do końca regału, płynąłem. Postanowiłem zakup lampek odłożyć na jakiś chłodniejszy dzień.

Dział płytek powitał mnie chłodno. Nie w kontekście temperatur, po prostu obsługa miała na mnie centralnie wyjebane a jedyny koleś, który sprawiał wrażenie, że nie jest zajęty, na mój widok zaczął spieprzać na zaplecze. Chwilowo postanowiłem olać obsługę, poszedłem obejrzeć terakotę, wybrałem kilka szansownych modeli, porankowałem je według stopnia chujowości[1] i ceny, pospisywałem numery referencyjne, schowałem się w sąsiedniej sekcji i cierpliwie niczym pyton czekałem na ofiarę. Zegarek wskazywał 18:00.

Po chwili zauważyłem ruch, nonszalancko, by nie wzbudzać podejrzeń biedaka, którego wytypowałem na swojego Wergiliusza[2], zacząłem się przechadzać między regałami i w momencie gdy miał mnie za plecami, ruszyłem.

- Elo zią, potrzebny mi jesteś żeby coś posprawdzać na komputerku...
Gość wierzgnął spłoszony i chciał uciekać ale nie dałem mu tej szansy, oparłem dłoń na ramieniu i powiodłem do stanowiska.
- Tutaj ma pan numery referencyjne, proszę podać mi stany magazynowe tych płytek.
- Tych pierwszych mamy 20m2 w placówce w Pias...
- Zią, jakbym chciał kupować w Piasecznie, to bym podjechał do Piaseczna. Mnie interesują stany magazynowe w Arkadii a nie w całej waszej sieci.
- A no to tych pierwszych nie mamy w ogóle.
- To zdejmijcie je z ekspozycji albo domówcie kilka metrów - odparowałem nieco wkurwiony gdyż najmniej chujowe płytki były całkiem si. - A co z tymi?
- O, tych to mamy normalnie tyle, że hoho.
- A konkretnie to ile? - zapytałem grzecznie, bo znam to ich hoho.
- A konkretnie to z 50 metrów.
- No to ja konkretnie te płytki chcę kupić i chcę żeby mi je ktoś jutro rano przywiózł do domu. Brać wózek i wbijamy między regały do tajnych skrytek czy jakoś inaczej to będziemy załatwiać?
- A to musi pan pójść do działu obsługi klienta, tam zapłacić za zamówienie, które zaraz panu wydrukuję a potem z paragonem załatwia pan sobie transport. Też w dziale obsługi klienta.
- Dzięki.

Zobaczywszy kolejkę w dziale obsługi klienta, ucieszyłem się bo do kasy byłem drugi a do transportu czwarty albo piąty. Na zegarku 18:30, o 19:00 będzie po zawodach to sobie jeszcze zdążę obskoczyć kilka miejsc i załatwić kilka spraw. No z tym że niekoniecznie.

Przy kasie poszło na szybkości a potem poszło jak koń po błocie. W dziale obsługi klienta był jeden koleś, który obsługiwał reklamacje, transport i wydawanie towaru z magazynu. Oraz odbierał telefony z miasta. Połowa ludzi przede mną przyszła w sprawach podobnych do mojej, pozostali z reklamacjami. Ale nie jakieś tam gówna typu pęknięta oprawka w lampce za 30 złotych. Nie, takie rzeczy reklamują w każdy inny dzień, dzisiaj na tapetę wjechały bardzo poważne sprawy. Na przykład pęknięta osłona kabiny prysznicowej, kupionej 3 miesiące temu ale dopiero teraz rozpakowanej.

Oszczędzę wam opisu porażki intelektualnej jaka miała tam miejsce, jobów jakie przelatywały w powietrzu, waląc rykoszetami w niewinnych i ogólnego stężenia nienawiści w atmosferze. Dość powiedzieć, że już o 20:00 mój towar został mi wydany z magazynu (półtorej godziny, wielkie mi halo) i był ładowany na ciężarówkę a ja sadowiłem się w szoferce obok kierowcy[3]. Dojechaliśmy na miejsce, gość zrzucił towar przed klatką, dostał kasę i pojechał. Paczki były ciężkie jak skurwesyn, pomimo późnej pory był upał, winda chciała mnie przyciąć (ma coś zwalone w czujniku i próbuje zamknąć drzwi nawet jeżeli ktoś w nich stoi), raz dwie paczki płytek i mój plecak pojechały na górę beze mnie ale na szczęście za chwilę zjechały, cieć coś chciał mi powiedzieć ale zobaczył moją minę i poniechał pomysłu. No ogólnie był Monty Python ale taki bardziej udany niż nieudany. 

Kończąc - zakup 9m2 płytek zajął mi z dojazdami i wniesieniem trzy i pół godziny, skasowałem sobie paznokcia w prawej ręce, ponaciągałem coś w udzie i kręgosłupie i rozciąłem przedramię o terakotę. Bo te skurwiele wcisnęły mi jedną paczkę połamanych płytek. Po powrocie do Piaseczna wbiłem pod prysznic i padłem na wyro. - No, chłopaki mają płytki na balkon, umówieni jesteśmy, że resztę kupuję w środę albo czwartek, plan robót do końca tygodnia ogarnięty, będzie dobrze - takie myśli przebiegły mi przez głowę na chwilę przed tym jak odpłynąłem w objęcia Morfeusza.

Ależ byłem naiwnym łosiem.

[1] Jeżeli myślicie, że w którymkolwiek Leroyu kupicie ładne płytki, to znaczy, że jesteście podatni na reklamy. Do Leroya idzie się wyłącznie po tanie płytki na balkon i wybrać możesz te najmniej brzydkie.
[2] Młodzieży, do lektur. Wtedy ten tekst może wam się nawet wydać śmieszny.
[3] Wytłumaczyłem mu, że warto jechać do jego domu przez Pragę, skręcić przed Rondem Żaba w prawo, zatrzymać się na chwilę przed moim blokiem a ja sobie dzisiaj sam te płytki wyładuję.