To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
środa, 31 grudnia 2008

W związku ze zbliżającą się imprezą sylwestrową i nowym rokiem czającym się za rogiem, chciałbym powtórzyć życzenia sprzed dwunastu miesięcy. Spędźcie ten wieczór w gronie osób, z którymi jesteście blisko i coś was z nimi łączy. Partner, małżonek, przyjaciele, kumple czy znajomi. Bawcie się na luzie a w noworoczny poranek nie zmagajcie się z przykrościami dnia codziennego i szczerzącym zęby kryzysem a z nudnościami, kacem, zakwasami od tańca i dezorientacją czasowo-geograficzno-towarzyską. Niech nadchodzący rok, mimo wszelkich znaków na niebie i ziemi, obejdzie się z nami łaskawie i delikatnie tak, żebyśmy w pierwszy dzień wiosny, lata, jesieni czy zimy 2009 cieszyli się z życia i nie musieli lizać ran. Będzie dobrze, bo być musi zgodnie z zasadami zen-wyjebki. I oby w przyszłym roku wizyty u mnie cieszyły was tak samo, jak przez ostatnie 6 lat. Albo bardziej. Bo wiecie, bez was to miejsce racji bytu nie ma zbyt wiele. Do poczytania.

A za wszystkie życzenia prozdrowotne serdecznie dziękuję.

środa, 03 grudnia 2008

Półtora roku temu coś mnie podkusiło i kupiłem sobie nowe mieszkanie. Ostatni miesiąc to finalizowanie spraw papierkowych i jedno długie pasmo nieustającego wkurwienia. Deweloper spieprzył sprawę, w dalszym ciągu brak księgi wieczystej dla garażu a ja jebię ubezpieczenie pomostowe do kredytu i będę je jebał jeszcze kilka miesięcy. Dziękuję ci deweloperze, dziękuję. Ale przynajmniej w poniedziałek udało mi się podpisać akt notarialny, jestem pełnoprawnym współwłaścicielem mieszkania i teraz skoczyć mi może tylko bank. Oczywiście w sytuacji gdy skoczy frank. Możecie mi pogratulować. W przyszłym tygodniu rozpoczynam zresztą z nimi pierwszą turę negocjacji, może się zlitują, zadowolą hipoteką tylko na mieszkanie i przestaną mnie szarpać wspomnianą pomostówką.

Drugi numer to zwyczajny kryminał. Otóż lokalny STOEN postanowił wydymać mieszkańców i każdemu przesłał fakturę na 1100 złotych. I teraz mi wytłumaczcie - czym innym niż próbą wyłudzenia jest poprawianie umowy (wyraźne ślady korektora) czy rozliczanie nas po stawce inwestycyjnej a nie indywidualnej (która jest znacząco niższa) w sytuacji, gdy budynek przestał być budową a stał się budynkiem mieszkalnym. A na koniec najweselsze - dostawca energii postanowił się nie pierdolić i wszystkim przydzwonił identyczną prognozę: 830 kWh. Do tego momentu byłem spokojny, jak zobaczyłem cyfrę zacząłem głośno przeklinać. Puste mieszkanie o powierzchni 40 m2 a oni mi dowalają prognozę jak za szklarnię ogrzewaną farelkami. Się trochę wkurwiłem, po weekendzie napiszę reklamację, bo wkurwiają mnie naciągacze-tandeciarze.

Tak byłem tym wszystkim zaabsorbowany, że pozostały czas dzieliłem jedynie między pracę, sen, spotkania towarzyskie oraz bezsensowne pijackie orgie. Sami rozumiecie, że w tej sytuacji czasu ani ochoty na pisanie nowej notki nie miałem chociaż kilka tematów mi się uskładało a dwa teksty dosyć skutecznie rozgrzebałem. Leżą sobie teraz na słońcu i zaczynają powoli gnić aczkolwiek jeden z nich rokuje i jak wytnę z niego głupie frazy i wypłuczę ze 40% afektacji, to go wrzucę. Ale znowu, ja nie przyszedłem tutaj po to, żeby gawędzić radośnie o nowym mieszkaniu czy o cmentarzysku mamrotów niedokończonych tylko po to, by opowiedzieć wam o spotkaniu z legendą. Na żywo. W ostatni piątek.

Chłopaki zeszli się w 1987, rok później wydali pierwszą demówkę. Pierwszy album ujrzał światło dzienne w 1990 ale dopiero drugim wbili w scenę hardcore z siłą młota pneumatycznego. Urban Discipline to jeden z tych albumów, których mogę słuchać w kółko, bo ciężko mi znaleźć na nim słabszy kawałek. Podobnymi właściwościami charakteryzują się również krążki State of the World Address oraz New World Disorder.

Biohazard poznałem dosyć późno, bo gdzieś tak w okolicach 2002 ale uczucie jakie się wtedy narodziło, było bardzo gwałtowne i namiętne. Dość powiedzieć, że ekipa zagościła w moim Winampie na bardzo długo a wymienione płyty były w latach 2002-2004 słuchane przeze mnie non stop. A potem zespół się rozwiązał. Osobiście uważam Biohazard za najlepszą grupę hardcore'ową świata a to jak łączą różne style muzyczne, zachwyca mnie za każdym razem. I co ciekawe, ich płyty wcale się dla mnie nie zestarzały a spośród zespołów z czasów gdy tworzył się węgiel, podobną atencją darzę chyba tylko Body Count (chociaż w ich przypadku pierwsza płyta brzmi dzisiaj jednak trochę retro). Dlatego gdy usłyszałem, że Brooklyn przyjeżdża na Mokotów by zagrać jeden jubileuszowy koncert, na dodatek w oryginalnym składzie, prawie popuściłem z ekstazy.

Daruję sobie pieprzenie i przejdę do rzeczy: załoga wyszła na dechy, zagrała minutę, przerwała, kazała ochronie pospierdalać i wpuszczać chętnych na scenę a potem zafundowała mi najszybsze 80 minut w moim życiu. W tym sensie, że zleciało nie bardzo wiedzieć kiedy. Krótki wtręt - przed koncertem nie miałem obaw, że z racji wieku nie wyrobią kondycyjnie, bo chłopaki mają raptem po 40 lat. Bałem się natomiast, że zabraknie im tej drapieżności, przypierdolenia, wściekłości i energii jakie prezentowali 20 lat temu. Dywagacje moje miały tyle sensu, co zastanawianie się czy zdrowy, heteroseksualny mężczyzna zechce przelecieć Lindę Evangelistę. Tym co pokazali, możnaby obdzielić ze 4 koncerty. Testosteron skraplał się na suficie, adrenalina spływała po ścianach, parkiet się łuszczył, bębenki pękały a włosy na całym ciele stały na sztorc. Było wszystko, za co ich uwielbiam plus synergiczne wzmocnienie wynikające z tego, że grali na żywo. Widać, że to są zwierzęta klubowe, bo dyrygowali publicznością jak chcieli. Po dwóch kawałkach ludzi ogarnęło coś na kształt amoku. Energia rozpierdalała klatkę piersiową. No po prostu wyszli i pozamiatali nami podłogę. Nie jestem jakimś koncertowym junkie ale na kilkudziesięciu imrpezach byłem. Biohazard był do tej pory najlepszy a świetna przecież, tegoroczna Metallica wyglądała przy nich niczym wieczorek taneczny w klubie seniora. Stodoła rozpieprzona, publiczność przeczołgana, totalna anihilacja i fury unleashed[1]. Pozostaje tylko żałować, że z powodu wgłebienia w piszczelu i dramatycznie ograniczonej sprawności lewej ręki musiałem zadowolić się stacjonarnym tupaniem nóżką. Sami rozumiecie - po 10 minutach młyna zostałbym najprawdopodobniej kaleką. Ale jak przyjadą do Polski następny raz to sobie nie odpuszczę i żebym miał o kulach wbijać w tłum, to wbiję. Ja pieprzę, jakie to było intensywne.

Na koniec chciałbym jeszcze odnieść się do głosów typu 'hardcore skończył się na Kill'em all', 'starsi panowie, którzy nie czują tematu' albo 'odgrzewany kotlet'. Cóż po koncercie mogę powiedzieć? Ano chyba tylko to, że przez wasze wąskie horyzonty przegapiliście świetną imprezę. Na wasze szczęście będziecie mieli szansę to nadrobić, bo chłopaki na koncercie oznajmili, że pracują nad nowym materiałem i jak dobrze pójdzie, to podczas trasy promocyjnej ponownie zabłąkają się do dzikiego kraju, w którym niedźwiedzie chodzą po ulicy. Do zobaczenia w młynie pod sceną. A przynajmniej mam taką nadzieję.

Kawałki rozgrzebane będę kończył w przyszłym tygodniu, bo za 4 godziny ruszam na Nordcon. Mam dla was klimatyczny film, kapitalny serial, cudowną książkę oraz garść przemyśleń natury ogólnej. Chyba, że zbytnio zaabsorbują mnie negocjacje z bankiem i szał przedświątecznych zakupów.

PS. Pomarańczowa koszulka kupiona na koncercie wygląda tak oczojebnie, że chyba stanie się koszulką moją ulubioną.

[1] Fraza ta po polsku brzmi chujowo i nieadekwatnie.