To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
poniedziałek, 31 grudnia 2007

Miała być brawurowa notka o kilku fajnych i niefajnych filmach ale nie chce mi się, bo wpadłem w nastrój sylwestrowej euforii i mózg mi przestał funkcjonować. Dlatego ograniczę się do sztampowych życzeń i kilku spostrzeżeń natury ogólnej.

Spostrzeżenia natury ogólnej obskoczę przodem. Z każdym upływającym rokiem, coraz większą frajdę sprawia mi przyglądanie się miotającym się bliźnim, którzy padli ofiarą sylwestrowo-noworocznego pierdolca. Najwięksi twardziele potrafią zacząć zastanawiać się gdzie spędzić tą magiczną noc już w wakacje. A potem fundują sobie balet na wyjeździe, za ciężkie pliki tatusiów, spędzają tygodnie na wybieraniu kreacji i ogólnym podlansowywaniu. Kobiety robią tipsy za 100 złotych od paznokcia, szturmują fryzjerów celem wypimpowania fryzury, co w okresie przedsylwestrowym kosztuje równowartość pensji szeregowego pracownika skarbówki i ogólnie robią się na bóstwo[1]. Faceci w końcu szorują paznokcie, ścierają zdrewniałe pięty, ładują tubę żelu na zaczeskę i wbijają się w garnitur od Hermenegildego Zegnego. A wszystko po to, by pokazać się przed innymi a rano i tak zasnąć z mankietem w sałatce wielowarzywnej i twarzą w schabowym.

Czas jakiś temu doszedłem do wniosku, że w moim życiu wypełnionym imprezami, opcja sylwestrowa wcale nie jest najważniejsza. Decyzję o tym gdzie pójdę, podjąłem w piątek ale tak po prawdzie, to żałuję, że się złamałem i zrezygnowałem z opcji: dom, dwie ramki fajek, butelka whisky, coś na ciepło i 4 rozrywkowe filmy. Fryzurę odstrzeliłem sobie w sobotę (ostrzygłem się moją wierną maszynką na łyso), właśnie skończyłem jeść późny obiad, za kwadrans wbiję się w bojówki, glany oraz tiszerta z jakimś obrzydliwie wyglądającym motywem i pomknę do mojego lokalu. Tam spożyję kilka litrów alkoholu, o północy złożę znajomym życzenia a o 3 osunę się z wdziękiem pod bar. Bez stresu, bez gonitw, bez napięć, bez lansu - na pełnym luzie podkręcanym moją zen wyjebką. Bo nie po to jest sylwester żeby się denerwować. Czego wam wszystkim życzę.

Oprócz tego chciałbym wam życzyć, byście dzisiejszy wieczór spędzili w gronie osób, z którymi was coś łączy. Nieważne, czy to będzie partner, przyjaciele, kumple czy znajomi. Bawcie się na luzie, bez spięcia dupy, w taki sposób, by Nowy Rok był dniem, w którym zmagacie się z nudnościami, kacem, zakwasami w łydkach, próbami określenia gdzie jest góra i kim jest ta kobieta/facet leżąca/y obok was w łóżku. A rok 2008 niech będzie dla was rokiem stabilizacji, bo stabilizacja jest bardzo ważna w życiu. O czym po raz pierwszy od trzydziestu pięciu lat się przekonałem, spodobało mi się i dlatego chciałbym, by ten stan dzieliło ze mną jak najwięcej osób. Do poczytania.

PS. Z jakiegoś powodu w okresie świątecznym, mój blog wylądował na 274 miejscu rankingu bloxa. Dzięki wam przez całą imprezę sylwestrową będę miał z tego powodu wzwód. Nie tylko intelektualny. A w moim wieku to atut nie do przecenienia. Jeszcze raz dziękuję.

[1] Lubię kobiety zrobione na bóstwo. Ale nie lubie gdy po zrobieniu się na bóstwo, słaniają się na nogach ze zmęczenia i są w stanie opowiadać tylko o kolejkach do fryzjera, kosmetyczki i krawcowej. Można wyglądać ładnie nie płacąc za to najwyższej ceny.

piątek, 21 grudnia 2007

Miało być do końca roku rozrywkowo ale nie mogłem się powstrzymać. Zresztą, wcale się nie starałem powstrzymać, bo temat krąży mi z tyłu głowy od dawna a wczorajszy śledzik firmowy dał mi impuls, by przelać garść bluzgów na metaforyczny papier. Dzisiaj będzie o dużych bankietach i związanych z nimi zwyczajach konsumpcyjnych.

Co powoduje przeciętnymi ludźmi, że gazują w obozie koncentracyjnym tysiące bliźnich? Co popycha przeciętnego urzędnika do strzelania wrogom ludu w potylicę? Co jest przyczyną organizowania przez starszego referenta marszu śmierci z Baatan do O'Donnel i uruchomienia Oddziału 731? A wreszcie, co się dzieje z ludźmi, że na widok darmowego jedzenia zamieniają się w oszalałych z głodu Morloków?

Bankiety, przyjęcia, rauty, premiery filmowe i imprezy firmowe z bufetem zawsze lubiłem. Nie dlatego, że zbywa mi na kasie i muszę polować na jedzenie (tak było na studiach) albo podnieca mnie wizja darmowego alkoholu (zazwyczaj mają daremny wybór). Nic z tych rzeczy - ja po prostu uwielbiam obserwować ludzi walczących o bezpłatną spyżę. Działa to w następujący sposób - ktoś, kto na co dzień jest człowiekiem na poziomie, szefem dużego działu, posiadaczem serii złoto-platynowych kart kredytowych i oszczędności, na które musiałbym pracować dwa życia, w chwili ujrzenia uginających się od jadła stołów, wyłącza wszelkie procesy myślowe i zamienia się w stugębnego stwora nastawionego na pożeranie zachłanne? W kąt idą wszystkie uwarunkowania ekonomiczne, kulturowe, społeczne. Zapominamy o empatii, sympatii i przyjaźni, mózg zalewa nam adrenalinowy koktail, ciało przestawia się w tryb walki, i uzbrojeni w talerzyk i sztućce ruszamy do ataku.

Pod nóż, topór, but albo opancerzoną pięść idą starcy, kobiety, dzieci, niepełnosprawni i niedołężni. Każda metoda, dzięki której jako pierwsi dopchamy się do stołu jest usankcjonowana. Każda ofiara usprawiedliwiona. Każda niegodziwość dozwolona. I tak oto, do wtóru sapania, dyszenia i chrzęstu miażdżonych kości, owiani delikatną mgiełką śliny, dobijamy do stołu. Nieważne, że normalnie ryby do ust nie weźmiemy - na przyjęciu wolno wszystko. Na talerzyku ląduje zatem sterta filetów w panierce, trzy koreczki śledziowe, ryba po grecku i lin w śmietanie. Nic to, że mamy uczulenie na kukurydzę - obok mości się wygodnie sterta sałatki wielowarzywnej. Chromolić fakt, że jesteśmy walczącymi wegetarianami - przecież te pierożki z mięsem obsmażone w oleju wyglądają tak fantastycznie, że upchnę ze siedem. Wątroba umiera po kapuście - no ale jak tu powstrzymać się przed naładowaniem sobie kilku łyżek smakowicie pachnącego bigosu. Po jajkach mamy wysypkę - nie dajemy rady oprzeć się apetycznie wyglądającym jajkom faszerowanym czarnym kawiorem. Całość wieży obkładamy kromkami pieczywa, coby konstrukcja nam nie pierdolnęła w drodze powrotnej, garnirujemy to wszystko koreczkami serowo-ananasowymi i uderzamy do kąta, by całość wchłonąć w tempie mistrzów zjadania hot-dogów na czas.

Niestety, jakiś złośliwy kutas z firmy kateringowej ustawił na naszej drodze tace z ciastami. Piętrzą się czarne góry makowca, srebrzy się lukrowana babka, kusi sernik z rodzynkami, na pokuszenie wodzi zapach cynamonu z szarlotki na kruchym spodzie. Co robić, panie Boże, co robić!? Pochłonąć to co mam na szybko i przybiec po ciasta? A jak wyżrą? Odstawić misterną konstrukcję, naładować ciast na drugi talerzyk i pomknąć cichym lotem do kąta? A jak się rozleci? Poza tym ktoś będzie mi musiał pomóc. Co robić, CO ROBIĆ!!!???

W tym momencie potrąca cię kolejny oszalały z głodu osobnik, wieża z jedzenia niebezpiecznie się chwieje, w ostatniej chwili podtrzymujesz dłonią nadwątloną konstrukcję, brudzisz sobie oliwą mankiet, kawałki bigosu fruną ci na marynarkę - dylemat rozwiązany. Gnasz do bezpiecznego azylu, pożerasz jedzenie razem z kawałkiem talerzyka, dwoma ząbkami z widelca i rączką noża, popijasz łykiem wina i tak skrzepiony przygotowujesz się do ataku na Miasto Słodkości. Przydadzą się w końcu wymodelowane na siłowni mocne uda, rzeźbione łydki, wysklepiony tors, kamienny biceps i twój wierny miecz - Skullcrusher. Chaaaarge!!!

Nieważne, że nie dasz rady wepchnąć w siebie więcej niż dwa kawałki ciasta - bierzesz po dwie sztuki wszystkiego, bo przecież jest za darmo. A poza tym będziesz mógł nadmiarowymi kawałkami poczęstować tą cycatą brunetkę z księgowości, może w końcu cię dostrzeże i się uśmiechnie. Rantem tarczy miażdżysz twarze wrogów, kruszysz ich zęby i nosy. Wierny Skullcrusher przecina kości niczym masło. Czujesz miedziany smak krwi na ustach. BERSERKER!!! Idziesz do stołu, depcząc ciała swoich wrogów. Za sobą zostawiasz spalone wioski, pohańbione kobiety i stosy usypane z czaszek. Ramie twe pewne a ciosy szybkie, precyzyjne i zabójcze. Wreszcie są, na Croma, wreszcie są!!! CIASTA. Teraz pozostaje jedynie wybicie plugawych Strażników Talerzy i Innej Zastawy Stołowej i możesz sycić się słodkim smakiem zwycięstwa (i szarlotki).

Gdy opadnie pył i kurz, gdy ostatni bezgłowy kadłub runie na ziemię, gdy wypali się piekielny koktajl w twoich żyłach, gdy odzyskasz jasność widzenia i gdy minie bitewna furia, zaczynasz zastanawiać się: 'co właściwie we mnie wstąpiło'. Przecież to tylko jedzenie? Przecież stać mnie na jedzenie. Na dodatek jestem kulturalnym, dobrze sytuowanym, majętnym, atrakcyjnym człowiekiem sukcesu. Co to było? Kim był ten pan Hyde? Postanawiasz już nigdy nie zrobić z siebie idioty. I trwasz w tym postanowieniu do następnego razu, gdy znowu ruszysz ku stołom.

Na przyjęciach widziałem rzeczy, w które wy ludzie nigdy byście nie uwierzyli. Statki szturmowe płonące w konstelacji Oriona. Rozświetlające mroki błyski dział i promienie laserów w pobliżu bramy Tannhausera. Starszych, nobliwych panów i eleganckie damy walczące o jedzenie, niczym bohaterowie Walki o ogień. I gdyby nie fakt, że lubię sobie popisać, wszystkie te chwile przepadłyby w czasie, niczym łzy w deszczu. Cieszę się, że nigdy na takich imprezach nie robiłem zdjęć, bo czułbym nieporównanie większe zażenowanie. Smacznego.

Nie podejmuję się dawać żadnej odpowiedzi na pytanie 'dlaczego ludziom w takiej sytuacji odpierdala', bo nie mam pomysłu. Wymyka się to mojej logice. Wymyka się to wszystkiemu. Co nie oznacza, że przestanie mnie kiedykolwiek bawić oglądanie takich igrzysk. Czego i wam życzę, bo za mało śmiechu i radości w naszych szarych życiach.

środa, 19 grudnia 2007

Nikt i nic mnie nie wkurwia, pielęgnuje swoje zen (a nawet Zen), marynuję wątrobę w alkoholu, wonnem dymem okadzam płuca, w pracy święta, w sklepach święta, za oknem gówno - no żyć, nie umierać. I ponieważ taki więcej święcony nastrój jebł mnie był w mózg, strzelę sobie lekki, łatwy i przyjemny trzeci odcinek cyklu 'Z Teklakiem po meandrach umysłu przeciętnego internauty'. Bo wiecie - jest czas misji i jest czas zabawy. Do misji wrócę w nowym roku, na razie się pobawię.

Jak dać dobrą radę - a jesteś pewien, że to dobra rada?
Jak długo trzeźwieje się po wódce - należy uwzględnić woltaż, litraż, wagomiar, absorpcję i metabolizm. Ale generalna zasada jest taka: im więcej, tym dłużej. A najlepiej wódki nie tykaj, bo nie urośniesz.
Jak facet przechodzi grypę - epicko, jeżeli jest pod ręką ktoś, kto mu poda, ugotuje, doniesie, nakarmi i przewinie. W ciszy i z godnością gdy choruje sam jak ten palec. Dlatego jeżeli twój facet zapadł na zdrowiu, powinnaś przeprowadzić się na tydzień do rodziców albo do przyjaciółki. Drugiego dnia zorientuje się, że znikąd pomocy i jakoś sobie poradzi. Jeżeli jest skończoną pizdą, to po powrocie zastaniesz rozkładające się zwłoki. Potraktuj to jako test - czy chciałabyś z takim nieudacznikiem przeżyć życie?
Jak hartować penisa - w sensie, że będziesz go wsadzał w lód? W takim razie hartuj go na zimnie. Jeżeli chcesz na imprezie trzymać go nad świeczką, hartuj go w środowisku gorącym. Jeżeli chcesz, by był dzielny i odważny, to po prostu spróbuj przelecieć jakąś kobietę. To najfajniejsza metoda.
Jak imponować chłopakom - cyc i futro na wierzchu to conditio sine qua non. Kolczyk w pępku. Chujowy tribal na lędźwiach lub różyczka albo delfinek na piersi. Ubierz się jak nastoletnia kurewka z dyskoteki, zachowuj się głośno i wyzywająco. I przeklinaj, przeklinaj ile wlezie - zdanie bez trzech kurew jest znakiem kujona a nie wporzo dziewczyny. Czytaj Brawo, klikaj w pudelka, czas wolny spędzaj w galeriach handlowych, spraw sobie błyskającą komórkę, zbierz ekipę dwóch-trzech podobnych tobie tumanów i piszczcie na widok fajnych ziomków. Wtedy będziesz kobietą moich (i wielu innych facetów) marzeń. O tempora, o mores, o kurwa.
Jak inaczej nazwać sąsiada - ten hałaśliwy kutas spod osiemnastki.
Jak mieć dobra głowa do picia - lata treningu, kochany. Lata treningu. Z tym, że są ludzie, którzy nigdy nie będą mogli dużo wypić, nawet zawzięcie trenując. Im szybciej zorientujesz się do której grupy należysz, tym mniej będzie bolało. Poza tym fakt urodzenia się w Polsce nie oznacza automatycznie, że musisz wypijać na każdej imprezie litra - kilka piw albo trzy lampki koniaku znakomicie się sprawdzają. Nawet na tym kartoflisku zwanym Bolandą.
Jak mu zwalić konia rady/Jak najlepiej walić penisa - na początku myślałem, że sobie ludzie robią jaja. Niestety, to nie są jaja - oni naprawdę nie wiedzą jak czynić masturbację. No i co ja mam napisać? Fiut do ręki i jechane? Zaczną się pytać 'ale jak jechane?'. Poddaje się, normalnie się poddaje.
Jak napisać zaproszenie po staropolsku - jak rozumiem chcesz, żeby na planowany przez ciebie jubel nikt nie przyszedł? Bo przy prawdziwym staropolskim większość osób polegnie. Niezła metoda, niezła. Ale ja ci nie pomogę, bo ze staropolskiego to tylko szurzy i rzyć kojarzę.
Jak napisać odwołanie koncertu - zgineli dwie kolumny. Kuncert bedzie, ale odwołany. Idźta ludziska do domu.
Jak napisać prośbę o podwyżkę - Kochana Pani Kierownik. Moja zajebistość czasami przeraża nawet mnie. Moje zasługi dla firmy i działu są nieocenione. Wszyscy mnie lubią. Z powierzonych obowiązków wywiązuje się bardzo dobrze. Mam dwójkę dzieci, wymagającą żonę i kredyt mieszkaniowy. Łaskawości się dopraszam, Wielmożna Pani. Sypnijcie groszem, Dobrodziejko. Z góry dziękuję i niech dobry Bóg Pani Kierownik wynagrodzi.
Jak nie wymiotować - nie jedz.
Jak odzyskać dług od kurwy - dopadnij ją w ustronnym miejscu i odbierz w naturze.
Jak pije się naftę - ostrożnie, z namysłem, z dala od otwartych źródeł ognia. Jakim trzeba być pojebem, by wpisywać takie frazy do wyszukiwarki?
Jak pójść na maina tibia - zabij 840 szczurów. Albo 420 węży (kąsają jadowicie sukinsynowie). Albo 420 szczurów jaskiniowych. Albo 350 pająków (kąsają jadowicie sukinsynowie mocniej od braci wężów). Albo 234 wilki (kąsają, szybkie i zawzięte są). Albo 183 niedźwiedzie (kąsają, zawzięte i mocarne są). Ewentualnie 175 os (kąsają jadowicie sukinsynowie, latają stadami i ogólnie wkurwiają). Oczom twoim ukaże się napis: wbiłeś 8 level. Idziesz do świątyni, mówisz, że chcesz zostać nubasem na mainie, wybierasz profesję, miasto i magicznie teleportuje cię do kraju wielkich możliwości. Teraz poznasz znaczenie słów: poniżenie, gwałt, przemoc, terror i no life. Miłej zabawy.
Jak poznać że facet chce wykorzystać kobietę - zainteresował się nią.
Jak poznać że facet kłamie - rusza ustami. Przepraszam za ten stary dowcip ale pasuje tutaj jak ulał.
Jak poznać po twarzy, minie, gestach że się podoba facetowi - patrzy na ciebie dłużej niż 5 sekund. Spojrzenia mają charakter nawrotowy. Uśmiecha się. Napina mięśnie, nawet jeżeli jest chudoszczawym wypierdkiem. Gdy jesteś w pobliżu zaczyna mówić głośniej i zerka w twoją stronę. Gdy zaczniesz z nim rozmawiać, obserwuj źrenice - jeżeli leci na ciebie, lekko mu się rozszerzą. Niektórym łamie się głos i trzęsą się ręce. A najlepiej podejść do niego i zadać proste pytanie. W miarę możliwości złap go na solo, bo niektórych peszy obecność innych osób podczas takiego mini-dialogu.
Jak poznać swoją karmę - no nie jest to łatwe, mi zajęło kilkanaście lat życia. Przepuściłem przez żołądek i jelita kilka ton karmy i wiem co moją karmą na pewno nie jest: szpinak, wszystko co z morza (oprócz ryby nad Bałtykiem), kasza jaglana oraz żubrówka i żołądkowa gorzka. Musisz po prostu poeksperymentować.
Jak poznać że żona się puszcza - jeżeli miejsce zapuszczonego torbiszona zajęła wylaszczona laska znaczy to, że poznała kogoś atrakcyjnego i leci na niego. Jeżeli zaczyna ściemniać na temat czasu spędzanego poza domem, wychodzi z pokoju by odebrać telefon i zaczyna pisać dwa razy więcej esemesów niż do tej pory - puszcza się. Kurwa mać, żebym ja, zatwardziały kawaler, który do związków podchodzi z takim entuzjazmem jak przeciętny człowiek do leczenia kanałowego zęba, musiał udzielać takich porad. Co się z tym światem porobiło?
Jak przyciągnąć, uwieść i utrzymać najbardziej atrakcyjną kobietę - to łatwe. Przyciągnąć - kasa. Uwieść - trochę więcej kasy. Utrzymać - wagony kasy. No, chyba że jesteś tak zajebistym kolesiem jak ja - wtedy przychodzi to naturalnie i prawie beznakładowo (kilka browarów się nie liczy). Natomiast jeżeli chodziło ci o stuprocentowo pewną, sprawdzoną metodę szybkiego uwodzenia, musisz pójść do (uwaga: trudne słowo) księgarni, wysupłać kilkadziesiąt złotych i kupić (kolejne trudne słowo) książkę o uwodzeniu. Ostatnio robi karierę Alchemia uwodzenia panów Batko, Dębskiego i Sowy. Na temat skuteczności opisanych w niej metod nie będę się wypowiadał, bo dyskrecja mnie cechuje i obiecałem nie przeklinać.
Jak rozpracować firanki - domyślam się, że to literówka. Tak czy inaczej w kategorii 'absurdalne zapytania' mieści się na pudle. Firanki najlepiej rozpracowuje się metodami operacyjnymi.
Jak ruchać kozy - zajdź od tyłu, złap za rogi i jechane. Zaprawdę słusznym i sprawiedliwym był Andrzej Sapkowski gdy współczuł ludziom przedkładającym kozy nad kobiety.
Jak ruchać długo - nie idź do łóżka z nabitym pistoletem. Tłumaczenie dla ludzi wchodzących tutaj po frazie 'kto mnie wyrucha': jeżeli chcesz, by twój seks trwał dłużej niż 20 sekund, przed randką zwal sobie konia. Po pierwsze - będziesz mógł skoncentrować się na rozmowie a nie na jej cyckach. Po drugie - gdy już wylądujecie w łóżku, nie skończysz przed założeniem prezerwatywy. Bo nie muszę chyba przypominać, że prezerwatywa jest pożyteczna, prawda?
Jak się bezboleśnie masturbować - postaraj się przestać używać noża i widelca. Nie ciśnij go tak mocno. Nie wkładaj go do rury od odkurzacza. Korzystaj z dobrodziejstw środków nawilżających.
Jak się wali konia facetowi - z wyczuciem. Aha, ręką. Walenie konia waginą nazywa się seksem waginalnym, ustami - oralnym zaś pupą - analnym.
Jak się wychodzi z rooka na 14 lvl to się zwraca życie i mana? - tak. Dodatkowo dostajesz demon seta, boh-y i demonrage sworda. W każdym przypadku. Także warto zostać dłużej na rooku.
Jak się hartować śniegiem - natrzyj się nim, ty idioto. Możesz się też wytarzać ale tutaj jest ryzyko wymazania się psim gównem.
Jak się pisze służbowe maile - ważne by były: gramatyczne, stylistyczne, ortograficzne, merytoryczne i w miarę zwięzłe. Reszta to ozdobniki.
Jak się spuścić - lina, uprząż i karabińczyki. Ewentualnie odpowiednio długo pocierać penisem o miękkie, ciepłe i wilgotne rzeczy.
Jak skutecznie rzucić picie wódki - na początku musisz sobie odpowiedzieć na jedno, zajebiście ważne pytanie: czy naprawdę chcę rzucić picie wódki? Jeżeli odpowiedziałeś twierdząco, to udaj się do poradni leczenia uzależnień, tam znajdą ci fachowca, który ci pomoże. W przypadku zaawansowanego alkoholizmu silna wola nie wystarczy, przykro mi.
Jak sobą zainteresować kobietę - przestań być bucem. To znaczy przestań zachowywać się jak 98% facetów. To niechybnie spowoduje w kobietach zainteresowanie, na zasadzie: 'o, jesteśmy na Syberii a tu stokrotka-niespodziewajka'.
Jak sprawdzić czy twój facet to prawiczek - po pierwsze: nie mam faceta. Po drugie: gdybym miał, to i tak nie powiedziałbym ci jak masz sprawdzać, czy jest on prawiczkiem. Naucz się dziewczynko prawidłowo konstruować pytania. A odpowiadając - jeżeli ma błonę dziewiczą, to jest prawiczkiem. Jeżeli nie ma - dymał.
Jak sprowokować dziewczynę do seksu - upij ją, z upitą kobietą poradzi sobie nawet największa męska pizda.
Jak sprowokować faceta do seksu - jeżeli nie jest gejem albo impotentem, to jest to najłatwiejsza rzecz pod słońcem. Zamiast googli użyj wyobraźni. Hint - nie musisz od razu łapać go za penisa, wbrew pozorom mamy inne miejsca erogenne. Całkiem nieźle działa na przykład wyszeptanie mu kilku świństewek do ucha. Pamiętaj - obietnica czegoś obiecującego rozpali go do białości (kurwa, zabrzmiało to jak kawałek z Cosmopolitana).
Jak szybko stracić przytomność - rozpędź się i przypierdol swoim pustym łbem w ścianę. Blackout gwarantowany. Oprócz tego daje radę podduszenie (wymagana asysta) i hiperwentylacja. Mówił ci już ktoś, że jesteś pojebany/a?
Jak szybko zwalić konia - moim zdaniem trzeba szybko ruszać ręką i skoncentrować się na robocie a nie na kolorze lamperii.
Jak uprzyjemnić masturbację - zrób sobie kolorowego, lepkiego drinka z palemką, na podłogę wysyp trochę piasku, włącz wszystkie lampy w pokoju, nad fotelem przymocuj parasol, ciemne okulary na oczy, pała w dłoń i do roboty. Będzie ci się wydawać, że posuwasz gorące i chętne Brazylijki. Łapiesz schemat?
Jak wygląda penis bez napletka - jak głowa jednookiego żółwia.
Jak złowić marlina - prądem skurwysyna potraktuj. A nie, tak się łowi karpia w stawie hodowlanym. Ponieważ marliny żyją w pelagialu (wody otwarte) mórz i oceanów strefy tropikalnej i subtropikalnej, czeka cię wycieczka zagraniczna. Na miejscu czarterujesz łódkę ze sternikiem, który zawiezie cię w miejsca, w których występują marliny. Po dotarciu na łowisko zarzucasz wędkę i liczysz na farta. Marliny mogą osiągać długość do 5 metrów, więc jeżeli ci się poszczęści, czeka cię iście heroiczny bój godny eposu. Powodzenia.
Jak zrobić oborę - solidny fundament, kilkaset sztuk suporexu, cement, piasek, wapno, woda, drewno na konstrukcję dachową, coś do przykrycia (byle nie eternit, bo azbestem skurwiel sieje), otynkować, pobielić i gotowe. Jeżeli chodzi o robienie obory na imprezie, podaję najprostszą metodę: wbijasz na krzywy ryj, przynosisz ze sobą chęć najebki i zapach starych skarpet. Wypijasz ludziom wódkę, kantujesz na kolejkach, awanturujesz się, że za mało ci wlewają do kieliszka. Papierosy (obowiązkowo wysępione) kiepujesz na blacie kuchennym, tapicerce fotela, na meblach albo na parkiecie. Obrywasz liście z kwiatków, karnisz w sypialni i zlew w kiblu. Chamsko podrywasz kobiety w obecności ich facetów (łap je za piersi i klep po pośladkach), samych zaś facetów prosisz, by przynieśli ci jakiegoś fajka i browar. Na koniec rzygasz do wanny, stawiasz klocka w czyimś bucie i kładziesz się spać w łóżku rodziców gospodarza. Obora gwarantowana.
Jak żyć? na podstawie lektur - najważniejsze, by nie żyć byle jak. Reszta się jakoś ułoży. Nawet bez lektur.

piątek, 14 grudnia 2007

Miało być o Nordconie ale co mógłbym wam opowiedzieć o konwencie, który spędziłem ze znajomymi, w miejscach, w których podawano alkohol (czyli wszędzie)? No nie za wiele. Dlatego przyjedźcie i przekonajcie się sami, dlaczego Nordcon jest w pytkę. Bo jest.

Dzisiaj znowu literacko, dzisiaj znowu pochwalę terapeutyczne działanie bloga (kolejne dwie notki pełne wkurwu zostały skasowane tuż przed publikacją). Skoro już tak chwalę (cała notka będzie chwalcza), to chciałem również pochwalić lubelską Starówkę. A konkretnie lokal Czeska Piwnica, w którym można wypić smakowite czeskie piwo ciemne z kija. Oraz kilka jasnych. Również z kija. To plus urocze i pełne chęci niesienia pomocy kelnerki oraz atrakcyjna dla mieszkańca stolicy cena (7 zł) daje miłą miejscówkę, którą planuję odwiedzać podczas każdej wizyty w Lublinie. Za chwilę dalszy ciąg chwalenia.

Jarek i Maja to moje ulubione małżeństwo pisarsko-fandomowe, bo nie dość, że fajne rzeczy piszą, to na dodatek są parą uroczych, sympatycznych i kojarzących osób. Ale to tak zupełnie na marginesie, bo chciałem osobom niezorientowanym w niuansach powiązań osobistych zaznaczyć, że jadę kodem. Poprzednio ojciec i syn, dzisiaj mąż i żona, następnym razem będę musiał poszukać jakiegoś rodzeństwa. A tak na poważnie, to po prostu zbiegły się im premiery nowych książek, tak jakoś się zdarzyło, że przeczytałem jedną po drugiej i stwierdziłem, że zarekomenduję. Wyjątkowo panowie przodem.

Dwa lata temu Jarek wtargnął na rynek z hukiem, z pierwszym tomem Pana Lodowego Ogrodu. Może i przelałbym kilka bitów, coby napisać o treści ale inni uczynili to za mnie. Dlatego o fabule się jąkać nie będę zbyt szczegółowo i skoncentruje się na tym, dlaczego proza Jarka miała zachwycać, a cholera zachwyca... Niezbyt udana ta trawestacja ale niech już zostanie, bo sił na lepszą nie mam. Pan Lodowego Ogrodu (PLO) jest dla mnie, czytelnika niewyrobionego, gustującego w taniej sensacji, tandecie, erotyce i niepoważnej fantastyce, książką absolutnie mistrzowską. Bardzo chciałbym się do czegoś przyczepić, bo produkty idealne zawsze wzbudzały moją podejrzliwość, ale kurna nie mogę. Wszystko w niej gra. Po pierwsze fabuła - niby wszyscy znają wykorzystane wątki, bo ciężko nie znać takich klisz jak kontakt między cywilizacjami stojącymi na różnych poziomach rozwoju, hormonalne wspomaganie bohatera, wszczepy czy obraz imperium w trakcie poważnej dziejowej zawieruchy (upadek). Jarek z kuglarską zręcznością miesza je w swoim tygielku i rzuca nam przed nos produkt czytelniczo doskonały.
Po pierwsze, KA-PI-TAL-NI bohaterowie. Vuko Drakkainena pokochałem od pierwszego wejrzenia. Sprawnościowo podobny do tanatorów albo cybernetycznych żołnierzy solarnych z cyklu Tomka Kołodziejczaka[1], ma jednakowoż nad Danielem Bondaree[2] jedną przewagę - nie jest postacią marmurową. Vuko to taki koleś, z którym poszedłbym na piwo a potem, przez trzy godziny, odprowadzalibyśmy się wzajemnie do domów, zahaczając o kolejne knajpy. Ma swoje słabsze chwile, ma momenty wahania, wyrzuty sumienia, nie zawsze jest przekonany o słuszności tego, co robi i przez to nam, ludziom ułomnym duchem i obarczonym wadami, bliższy. Do głównego bohatera wątku równoległego (pewnie się zejdą w trzecim tomie) miałem na początku stosunek ambiwalentny. Niby spoko chłopaczyna ale jakoś tak mnie irytował. Na szczęście w którymś momencie zaczął dawać radę i przestałem życzyć mu nagłego zgonu. A do tego ma kapitalnych mentorów-pomocników, którzy wszystko umio i wszystko potrafio (nie poprawiać). W tym wypadku drugi plan jest lepszy od pierwszego. Drodzy państwo, zasiadając do lektury PLO zapomnijcie o papierowych, pokracznych i prawdziwych jak kamień filozoficzny bohaterach. Psychologia rządzi.
Fabuła. Pewnie, że są lepsze. Tylko co z tego? PLO sam się czyta i lojalnie ostrzegam, że lekkomyślne rozpoczynanie lektury w dzień powszedni, zaowocuje dnia następnego ciężkimi chwilami w pracy. W kategorii 'szansa na zarwaną noc' książka uzyskuje notę 99% (setkę zostawiłem sobie na Dzieło Ostateczne[3]).
Język. Czyli to, co dla mnie stanowi esencję mistrzowskiego pisarstwa. Zawsze byłem zwolennikiem tezy, że mistrz języka giętkiego potrafi opowiedzieć beznadziejnie nudną, głupią czy bezsensowną historię w taki sposób, że słuchacze/czytelnicy, zupełnie irracjonalnie, proszą o więcej. Opanowanie języka to warunek podstawowy, by próbować mienić się pisarzem, o czym niestety wielu twórców zapomina. Niech sobie złośliwi szydzą, że Jarek pisze tak, jakby każde słowo wykrwawiał[4]. Jest to typowa gówno-prawda, bo w rzeczywistości językiem włada mistrzowsko. I potrafi w hipnotyzujący sposób opowiedzieć każdą historię. Będzie przykład - są w PLO momenty zwolnienia, rozciągnięcia, by nie rzec rozwleczenia akcji. W cegle liczącej 600 stron, rzecz praktycznie nie do uniknięcia. Tyle tylko, że kunszt autora powoduje, że zdajemy sobie z nich sprawę dopiero wtedy, gdy opadnie pył i kurz po bitwie. A w trakcie lektury przemykamy po nich niczym Polacy po Hiszpanach pod Samosierrą.
Dokładnie to samo dostałem w tomie drugim. No, może oprócz bezsennej nocy, bo bezsensownie zacząłem PLO2 czytać natychmiast po zakupieniu. A że był to poniedziałek, książki wystarczyło mi aż do środy. Także wiecie co robić - 60 dyszek w kieszonkę i do księgarni marsz. Chyba, że należycie do osób, które nie lubią sobie cyklu szatkować. Wtedy musicie poczekać. Nie wiem jak długo, bo jakoś nie przyszło mi do głowy zapytać autora na ile tomów sobie ów cykl zaplanował. Przyjemnej lektury. Aha, wszystkie nagrody jakie zakosiła część pierwsza są jak najbardziej zasłużone. A wszystkim utyskującym nad stylem Jarka mogę zadedykować taką sobie ukradzioną krotochwilę: krytyk i impotent z jednej są parafii. Obaj wiedzą jak, żaden nie potrafi.

Maja z kolei napisała książkę, która powiela wszystkie schematy fantasy - młody ale coś w sobie mający bohater (nastoletni szaman Ergis) ze swoim wiernym rumakiem (Bęben) idzie do Mordoru, by ocalić świat przed siłami zła (Ruda Sfora). Zło jest Złe, na swojej drodze spopiela wszystko, gasi wszelkie życie i tam gdzie przejdzie, nie zaśpiewa już ptak. Oczywiście nasz bohater wędrując do mety przez punkty A (Ziemia), B, C i D (Światy Dolne), E, F, G oraz H (Światy Górne), sam by sobie nie poradził. Dlatego po drodze skompletuje drużynę. Towarzyszyć będą mu: Aragorn (bohater-pieśniarz Ellej), Arwena (córka ognia Tujaryma) i Sam Gamgee (kościej-tupilak Iwaszka). Po drodze spotka ich mnóstwo przygód, przyjdzie im ścierać się z potężnym i niepokonanym wrogiem, niektórzy za ową awanturniczą przygodę zapłacą głową. Podobieństw jest więcej. Mniej sprawny twórca zrobiłby z Rudej Sfory kolejne repetytorium z Tolkiena, które po zakończonej lekturze odłożylibyśmy na półkę z niesmakiem i starali się o nim jak najszybciej zapomnieć. Najlepiej przy pomocy litra. A Maja zrobiła jeden myk i całość nabrała smaku, barwy, faktury i sensu.
Ręka do góry kto wie bez guglania co to jest Jakut? To taki dziki z tajgi, proszę państwa. Ruda Sfora jest osadzona w mitologii jakuckiej. Ręka do góry kto wie bez guglania cokolwiek o mitologii jakuckiej? Tego się spodziewałem, bo sam też tak miałem. Dzięki wmontowaniu zgranego do cna schematu w egzotyczne i niewyeksploatowane regiony[5], dostaliśmy nową jakość na starych substratach. Oczywiście pomysł nie wypaliłby gdyby nie to, że wykorzystana mitologia jest zaskakująco[6] bogata i naprawdę interesująca. Opowieść rozgrywa się w porewolucyjnej Rosji, więc symbolika też nie powinna stanowić najmniejszego problemu.
Oczywiście autorka mogłaby sobie mykać do końca świata gdyby nie potrafiła sprawnie operować piórem i tworzyć bohaterów, z którymi czujemy jakieś powinowactwo i przejmujemy się ich losem. Ergis był do samego końca niepewny swojej mocy i głównie mi go było szkoda (w sumie dzieciak). Ellej miał w sobie mrok jak trza. Iwaszka był postacią tragikomiczną i nie dało się go nie polubić. Tujaryma to dama z charakterkiem, śmieszno-żałosny szaman-uzurpator plus cały tłum pełnokrwistych postaci drugoplanowych, kreślonych zdałoby się lekko i od niechcenia. To plus sprawne operowanie polszczyzną dało produkt zapewniający całe mnóstwo radochy, satysfakcji i solidnej wiedzy na temat egzotycznego ludu. 
Oczywiście gdybym był typem analno-retentywnym, to znalazłbym jakieś wpadki. Ale od tego na szczęście mamy Krytyków. Ja mogę z czystym sumieniem i bez kluczenia, Rudą Sforę polecić. Nawet tym, których irytuje wędrówka z Shire do Gór Szarych. W których, jak powszechnie wiadomo, złota nie ma. Do poczytania.

[1] Kolory sztandarów i Schwytany w światła. I jak nie przepadam za space-operą, tak ten cykl powtarzam sobie średnio raz na rok. Świetna rzecz, jedna z nielicznych przy których łzy ciekły mi z oczu. Wiecie, braterstwo broni, kompania braci i te rzeczy, które ruszają jedynie beznadziejnych romantyków skrywających się za grubą skorupą cynizmu, ironii i zen.
[2] Główny bohater cyklu Dominium Solarne.
[3] Mityczna i nieistniejąca książka, która okaże się dla mnie Bezapelacyjnie Najlepszą Książką Świata. Coś z gatunku 'dostałem cię do ręki, nie muszę już czytać niczego innego'. Widzicie zagrożenia? No właśnie. Dlatego modlę się, by nigdy nie powstała.
[4] Skąd ten pomysł, że Jarek zmaga się z językiem? Być może jest to jakaś projekcja własnych kompleksów albo rozgrywek natury osobistej. Nie wiem ale zastanawia mnie, do jakiego stopnia trzeba być zaślepionym, by wypisywać takie głupoty.
[5] Ich niewyeksploatowanie w naszej literaturze to podstawa sukcesu książki. Jak fajna, interesująca i niesztampowa byłaby Ruda Sfora osadzona w mitologii arturiańskiej?
[6] Zaskakująco bogata, bo na pierwszy rzut myśli wydawało mi się, że ludzie żyjący w tajdze i tundrze raczej martwią się o to czym wykarmić zwierzęta domowe i jak ogrzać dom, niż wymyślają panteon bogów, drzewo będące osią świata, bogate bestarium i demonarium oraz superbohaterskich bohaterów. Logiki w takim myśleniu za grosz (co robić oprócz seksu i snucia opowieści gdy dom po dach śniegiem zasypany?) ale pierwsze skojarzenie takie właśnie miałem. Nie jestem z niego dumny.

środa, 05 grudnia 2007

Święta idą więc dzisiaj bardziej rodzinnie będzie, czyli ojciec i syn na tapecie. Zaczniemy od progenitury.

Joe Hill wpadł na całkiem niezły pomysł. Stwierdził, że sam da radę, nie będzie się woził na renomie ojca, ukuł sobie pseudonim sceniczny (z Joe Hillstrom King zostawił początek) i zaczął wydawać jako Nikomu Nieznany Pisarz. Co prawda w 2007 jego tożsamość przestała być tajemnicą i teraz pewnie będzie miał przez porównania z ojcem przegwizdane ale to, co dzisiaj skończyłem czytać, broni się samo. Poszło mu znacznie lepiej niż synu najmłodszemu Owenu Kingu, którego zbiór opowiadań Jesteśmy w tym wszyscy razem jest, delikatnie mówiąc, kiepski pod niemalże każdym możliwym względem. Joe napisał niewesołą historię podstarzałego gwiazdora rocka, któremu w pewnym momencie życia się nie powiodło.
Judas aka Jude Coine kolekcjonuje makabryczne gadżety: czaszka chłopa, któremu w XVI wieku zrobiono trepanację, by wygonić demona, szachownicę Aleistera Crowleya, trzystuletnie wyznanie czarownicy, stryczek, na którym powieszono skazańca czy oryginalny film snuff. Dlatego bez wahania korzysta z okazji i na internetowej aukcji kupuje garnitur nawiedzony przez ducha. I wszystko zaczyna się koncertowo pierdolić.
Tak, wiem jak to brzmi. Jak literacka wprawka czternastoletniego uczestnika warsztatów pisarskich. Ale dajcie mi szansę powiedzieć jeszcze ze 2 zdania o fabule a potem przejdę do konkretów. W garniturze faktycznie jest duch. Duch ojczyma jednej z byłych partnerek Jude'a. I ten duch ma co do artysty bardzo poważne zamiary, bynajmniej nie matrymonialne. Zaczyna się jazda.
Fabularnie Pudełko w kształcie serca nie powala, bo opowiedziana historia nie jest przesadnie złożona (jeden czy dwa twisty na ostatnich 60 stronach to w tej chwili standard). Pierwsze 50 stron też nie z gatunku tych zwalających z nóg. Ale potem zaczyna się jedna wielka smakowitość z kilkoma naparstkami dziegciu jeno.
Z mlekiem matki Joe wyssał ojcowską umiejętność budowania nastroju. Od ojca różnią go jednakże metody. Stephen King klimat tworzy gęstą narracją, sugestią, niedopowiedzeniem[1], zgodnie z zasadą, że bardziej straszy Nieznane. Coś w tym jest, bo narastający odpowiednio długo klimat zagrożenia powoduje u mnie bolesne wręcz oczekiwanie na finałowe 'bu'. King opanował warsztat do maestrii więc czyta się jego horrory w bardzo dusznej atmosferze i w rozedrganym stanie umysłu. Syn postawił na inny patent: w Pudełku żadnych niedopowiedzeń nie mamy, wszystko podane na tacy a terror eksploduje zanim zdąży się porządnie nawarstwić. I, o dziwo, to działa. A to dzięki wyjątkowo schorzałej wyobraźni autora. O tak, wyjątkowo.
Otóż młody wie jak używać języka, wie jakie słowa są w danym momencie odpowiednie i wie, jak skonstruować poszczególne sceny, by zafundować czytelnikom adrenalinowego kopa. A właściwie serię kopów. Proszę państwa! Uwaga! Posthipnotyczne wizje Jude'a straszą. A przynajmniej mnie wystraszyły. W onirycznych, przesyconych brutalnością kawałkach, Joe Hill pokazuje, jaki drzemie w nim potencjał. Było ostro.
Ponieważ Pudełko jest przesycone nawiązaniami muzycznymi, część laurkową zakończę zgrabnym porównaniem. Znaczy nie wiem, czy będzie zgrabne ale podczas lektury mi się wkleiło. Konstrukcyjnie i percepcyjnie książka przypomina Child in time. Leniwy początek z riffem, który część czytelników może zniechęcić rozbudowanymi ozdobnikami wymiaukiwanymi przez Hammonda. Później przyśpieszamy, z impetem wchodzą gitary, wbijają się bębny, rytm narasta w szalonym, lekko dysharmonicznym crescendo, tętno rośnie, włosy się jeżą, bardzo szybki, gwałtowny finał, wracamy do początkowego, leniwego tempa, z ust wydobywa się westchnienie ulgi.
Żeby nie było, że tylko laurki wystawiam, wspomnę o naparstkach dziegciu. Pierwsze 50 stron prawie zniechęciło mnie do lektury. Styl jakiś taki nijaki, bo Pauliny Braiter nie podejrzewam o skopanie tłumaczenia. A zawsze mi się wydawało, że początek książki powinien być z wykrokiem, żeby czytelnika zachęcić. Ale warto przebrnąć, bo potem jest smakowo. Poza tym, może się zdażyć zdarzyć[5], że niektórym taka narracja będzie odpowiadać.
Książka jest krótka zaś autor sztucznie rozdyma jej objętość. Zwłaszcza w końcówce, w której dostajemy rozdziały długości 1/3 strony. No bez jaj. Właśnie, skoro o końcówce mowa - ja sobie nie życzę w mrocznej historii bezsensownych happy endów, które tak się mają do poprzednich 150 stron jazdy na krawędzi, jak Dalajlama do masakry w willi Polańskiego. Proszę traktować nas, czytelników poważnie. Werdykt - można zaryzykować 30 złotych.

Ojciec natomiast pokazał światu jakąś prehistorię. Jak sam twierdzi, rękopis z 1973 roku znalazł na strychu, przeczytał, stwierdził, że daje radę, przepisał od początku, lekko uaktualnił, wyrzucił nadmiernie sentymentalno-łzawe wątki i miesiąc temu dostaliśmy do ręki Blaze pióra Richarda Bachmana.
Blaze to pseudonim Claytona Blaisdella Juniora a ponieważ na Claytona nikt nie mówił po imieniu, pozostaniemy przy ksywie. Blaze jest lekko opóźnionym w rozwoju[2] drobnym oszustem, który do spółki z mózgiem grupy, Georgiem robi różne wałki. Schemat bardzo schematyczny (wielki, tępawy osiłek i mały, szczurowaty, inteligentny cwaniaczek) ale King rozgrywa go w dosyć sprytny sposób, dzięki czemu kupiłem go z całym dobrodziejstwem inwentarza. Pewnego dnia George obraża nieodpowiednią osobę i kończy z kosą w brzuchu. Blaze postanawia samodzielnie wykonać zaplanowany przez George'a numer, który miał ich ustawić do końca życia - porwie dziecko milionera. Genialna prostota tego planu polega na tym, że dziecko to właściwie noworodek więc nie da rady opisać sprawców zaś rodzina mieszka na uboczu, więc nikt nie nabruździ. Blaze zaczyna działać, w czym wydatnie pomaga mu głos George'a, który słyszy w głowie. Niestety - nic nie idzie tak, jak trzeba. Zwłaszcza gdy Blaze zacznie odczuwać głęboką więź z porwanym dzieckiem.
Druga ścieżka narracyjna (przeplatają się co rozdział) to coś, co Kingowi wychodzi najlepiej na świecie - młodzieńcze lata Blaze'a. Choćby dla tych kawałków warto po tę książkę sięgnąć. Nie są może tak dobre jak te z Talizmanu czy To ale i tak czyta się je świetnie, z nutką zadumy i z małą łezką w kącie oka.
Zresztą cała książka jest taka bardziej z łezką w kącie oka. Blaze to koleś, którego nie da się nie polubić. Czasami męczy jego ociężałość, czasami drażni nieporadność, czasami irytuje jego podatność na wpływy George'a. Ale i tak jest to rozczulający, skopany przez ludzi i życie, prostoduszny olbrzym, który kojarzył mi się trochę z Tomem Cullenem z Bastionu. A sceny z dzieckiem szarpały momentami moje cyniczne serce na kawałki. Naprawdę wzruszający kawałek.
Pomijając głosy w głowie, zero tutaj nadprzyrodzonego. Zero horroru. Zero jatki. Historia drobnego złodziejaszka i oszusta, który postanowił polepszyć swój los. A właściwie nawet tego nie dał rady sam wymyśleć i decyzję o polepszeniu losu podjął za niego ktoś inny. Ale w sytuacji krytycznej okazało się, że jest coś, o czym może zadecydować sam. I zrobił to, przelewając ocean miłości, jaki w sobie nosił, na małe dziecko. Znowu stary Alchemik pokazał, że wie jak zmieszać składniki, by o najprostszych rzeczach napisać tak pięknie. Do lektury a ja pójdę się do kąta trochę porozklejać.

Werdyktu w tym pojedynku pokoleniowym nie będzie, bo nie o to przecież w tym wszystkim chodzi. Stary mistrz pokazał, że jak mu się zechce, to potrafi pisać o wszystkim. Młody terminator pokazał, że umie. A jak się będzie rozwijał i realizował pisarsko tak jak ojciec, jest szansa na to, że po śmierci Stephena Kinga[3] będziemy mogli dalej radować się rasowymi horrorami. Oby.

Na koniec napomknę, bo jeszcze mi ktoś wyciągnie, że poleciałem po łebkach i pominąłem bardzo istotną kwestię. Ową kwestią są stosunki na linii ojciec-syn. W obu przypadkach ojcowie to sadyści i w ogóle wały straszne. W obu książkach ojcowie potwornie krzywdzą swoich synów. Zastanawiam się jak bardzo przejebanego ojca miał Stephen King[4], bo młody swoją książkę zadedykował 'Tacie, jednemu z tych dobrych'. Jak widzicie akapit jest kompletnie bez sensu ale jako, że aspiruję do miana Poważnego Krytykanta, nie mogę pomijać oczywistych oczywistości. Do poczytania w przyszłym tygodniu, bo za 4 godziny ruszam na Nordcon. Trzymajcie kciuki.

[1] Są oczywiście fragmenty werystyczne ale nie w umiejętności ich kreowania leży siła prozy ojca.
[2] Nie ze swojej winy. Za młodu był bystry ale sadystyczny tatko zrzucił go ze schodów, czaszka się wgłębiła i Blaze zwolnił.
[3] King jest jednym z tych pisarzy, których śmierci sobie nie wyobrażam. Źle, śmierć sobie wyobrażam. Nie wyobrażam sobie natomiast mojego czytelniczego grajdołka bez Kinga. Bardzo pusto się zrobi.
[4] Nie chce mi się wyliczać książek Kinga, w których przewija się wątek pojebanych rodziców. Gdzieś tak co druga, lekko licząc.
[5] Tak się kończy czytanie forów dyskusyjnych. I to jest kolejny argument za tym, żeby wszystkich piszących z błędami gonić po śniegu. Dzięki za zwrócenie mi uwagi.

poniedziałek, 03 grudnia 2007

Z delikatnym odruchem obrzydzenia cytuję za filmwebem informację zbiorczą dotyczącą poszczególnych seriali (stan na 13 listopada). Nie mam zdrowia przerabiać debilnych polskich tłumaczeń tytułów na oryginalne dlatego w niektórych miejscach natkniecie się na kupy łajnopodobnej substancji językowej.

Stacja ABC

  • -"Gotowe na wszystko" - 9, co powinno wystarczyć tylko do pierwszego tygodnia grudnia, planowane kolejne 3 epizody zostały wstrzymane;
  • -"Chirurdzy" - zrealizowane 11 z 22, 4 kolejne czekają na nagranie, ostatni z gotowych powinien zostać wyemitowany 6 grudnia;
  • -"Brzydula Betty" - gotowe 13 z 24, 4 scenariusze czekają na realizację;
  • -"Boston Legal" - 14 z 22;
  • -"Zagubieni" oczekiwana jest emisja 8 z 16;
  • -"Private Practice" - pozostały 4 odcinki;
  • -"Pushing Daisies" - 9 z 22, oczekują kolejne 4;
  • -"Big Shots" - 13 z 13, w tej chwili kręcony jest 9;
  • -"Women's Murder Club" - 10 z 13;
  • -"Samantha Who?" pozostało jeszcze 8;
  • -"Cavemen" - gotowe 12 z 13, serial nie otrzymał "zielonego światła" dla całego sezonu;
  • -"Uwaga faceci!" - 19 z 27, 5 pozostało z poprzedniego sezonu, 10 nowych nakręcono, 4 czekają w kolejce;
  • -"Cashmere Mafia" - premiera została przesunięta ze względu na strajk;
  • -"Dirty Sexy Money" oczekuje się na 10 z 13;
  • -"Bracia i siostry" - powinien mieć 11 lub 12, ich produkcja zakończy się w przyszłym tygodniu;
  • -"Carpoolers" - 13 z 13.

    Stacja CBS

  • -"CSI: Kryminalne zagadki Las Vegas" - zakończono produkcję 11 lub 12 z 22;
  • -"CSI: Kryminalne zagadki Miami" - 13 z 24;
  • -"CSI: Kryminalne zagadki Nowego Jorku" - 13 lub 14 z 22;
  • -"Zabójcze umysły" - 11 lub 12 z 22;
  • -"Agenci NCIS" - 13 z 22;
  • -"Jednostka" - 11 z 22;
  • -"Wzór" - 12 z 22;
  • -"Moonlight" - 11 z 12, nie został zamówiony pełen sezon;
  • -"Cane" - wszystkie 13, nie został zamówiony pełen sezon;
  • -"Shark" - 12 z 22;
  • -"The New Adventures of Old Christine" - 8 lub 9 z 13, produkcję wstrzymano;
  • -"The Big Bang Theory" - 8 lub 9 z 13, produkcję wstrzymano, ostatni zostanie wyemitowany 12 listopada;
  • -"Dwóch i pół" - 11 z 22, produkcję wstrzymano;
  • -"Sposób użycia" - 9 lub 10, produkcję wstrzymano;
  • -"Jak poznałem waszą matkę" - 11 z 22, produkcję wstrzymano;

    Stacja NBC

  • -"The Office" - produkcję wstrzymano, nowe odcinki skończą się w tym tygodniu;
  • -"Na imię mi Earl" - 13 z 22;
  • -"Prawo i bezprawie " - 14 z 22;
  • -"Medium" - 9 z 22;
  • -"Rockefeller Plaza 30" - 10 z 22;
  • -"Friday Night Lights" - 15 z 22;
  • -"Hoży doktorzy - 12 z 18 ;
  • -"Journeyman - 12 z 13, jeszcze nie został zamówiony pełen sezon.

    Stacja CW

  • -"Everybody Hates Chris" - cały sezon jest gotowy;
  • -"Aliens in America" - w produkcji, 17 z 22;
  • -"The Game" - w produkcji, 10 z 22;
  • -"Reaper" - w produkcji, 13 z 13;
  • -"Plotkara" - 12 z 22;
  • -"Tajemnice Smallville" - 12 lub 14 z 22;
  • -"Nie z tego świata" - gotowych jest od 12 do 14, przy czym kolejne 5 czeka na nakręcenie;
  • -"Pogoda na miłość" - ponieważ wraca dopiero w połowie sezonu można się spodziewać 12 z 13;
  • -"Life Is Wild" - 12 z 13.

    Stacja FOX

  • "24 godziny" - 8 lub 9 z 24, premiera sezonu miała się odbyć w styczniu, w związku ze strajkiem została opóźniona;
  • -"Kości" - 12 z 22;
  • -"Skazany na śmierć" - 13 z 22 zamówionych;
  • -"Back to You" - 9 z 24, produkcję zamknięto;
  • -"'Til Death" - produkcję zamknięto;
  • -"K-Ville" - 10 z 13;
  • -"Głowa rodziny" - 13 nowych;
  • -"Bobby kontra wapniaki" - 16 nowych;
  • -"American Dad!" - 18 nowych;
  • -"Simpsonowie" - 16 nowych.

    Stacja USA

  • -"Psych" - ma wystarczająca ilość scenariuszy, by wyemitowana została druga połowa sezonu;
  • -"Detektyw Monk" - ma wystarczająca ilość scenariuszy, by wyemitowana została druga połowa sezonu;
  • -"Prawo i porządek: Zbrodniczy Zamiar" - 10 z pierwszej połowy sezonu, natomiast z 12 przewidywanych na drugą połowę nie wiadomo jeszcze ile zostanie nakręconych;
  • -"Burn Notice" - produkcja 2. sezonu przewidziana jest na styczeń;
  • -"The Starter Wife" - rozpoczęcie produkcji przewidziane na marzec.

    Sci-Fi

  • -"Gwiezdne Wrota: Atlantyda" - wyświetlane będą wg planu;
  • -"Battlestar Galactica" - ma 10 godzin odcinków do dyspozycji oraz dwugodzinny film, które zostaną wyświetlone tej jesieni.

    FX

  • -"Bez skazy" - dla 5. sezonu planowano 22 odcinki wyświetlane w dwóch turach, 14 pierwszych do lutego oraz 8 do emisji w przyszłym roku, pierwsza tura została ukończona, nie wiadomo jak będzie z pozostałymi odcinkami;
  • -"Świat gliniarzy" - ostatni sezon serialu został napisany, nie podano jednak daty premiery;
  • -"The Riches" - 7 z 13;
  • -"Dirt" - nie wiadomo jaki będzie miał wpływ strajk na produkcję, która jest w toku;
  • -"Wołanie o pomoc" - ogłoszono 5 sezon serialu, ale nie wiadomo kiedy rozpocznie się jego emisja;
  • -"Damages" - podjęto decyzję o produkcji kolejnych 2 sezonów, 2 powinien zacząć być kręcony na początku przyszłego roku, ale strajk tę datę przesunie.

    Ponadto.

    Dexter ma się zakończyć wcześniej (nie kumam - mniej niż 12 odcinków?) ale będzie trzeci sezon. Tak samo Brotherhood (wcześniejszy koniec). Weeds i Californication niedawno się zakończyły, nie wiadomo co z następnymi sezonami. The Tudors - gotowe 12 odcinków, premiera w marcu 2008.

    Tytułem komentarza powiem tyle: nożesz kurwa mać. Wiedziałem, że jest kiepsko ale nie sądziłem, że aż tak. Zasadniczo i pobieżnie, to ja scenarzystów rozumiem, bo odwalają kawał świetnej roboty a śmietankę spijają garnitury. Co nie zmienia faktu, że przyjdzie chyba sięgnąć do jakichś staroci i trzymać kciuki za to, żeby się jednak dogadali. Bo nie chcę czekać na BSG do 2009 roku albo przerywać sobie oglądania 24 po ledwie 8 godzinach.

  • sobota, 01 grudnia 2007

    Działanie terapeutyczne bloga jest niesamowite. Napisałem dwie notki ociekające jadem, bluzgiem i padliną, odreagowałem, przeszło mi i stwierdziłem, że nie będę ich publikował. Stąd moje tygodniowe milczenie, bo to, co napisałem, dwa dni później szło pod nóż. Wczoraj oceniłem zaś, że nazbierało się materiału na nowy wpis poświęcony filmom produkowanym przez zgnity (uprasza się o niepoprawianie), dekadencki i reakcjonistyczny Dziki Zachód.

    Eureka - co robić gdy wszystko się pokończyło i nie ma czego oglądać, z piwa uleciał gaz a książki już nie cieszą jak dawniej? Najlepiej zawistować spod dużego palca. Takim to wistem było sięgnięcie po ten serial. Eureka to miasto, w którym mieszkają geniusze. Ja ze swoim IQ być może mógłbym tam opróżniać kosze na śmieci. Pewnego dnia do Eureki trafia U.S. Marshal[1] Jack Carter (bardzo sympatycznie nieogarnięty Colin Ferguson, koleżanki twierdzą, że fajne ciacho). Eskortuje 'więźnia', wpada na coś na drodze, dobija do Eureki w poszukiwaniu pomocy i wplątuje się w dziwne śledztwo. I tak przypada miejscowym decydentom do gustu, że pociągają za sznurki i Jack ląduje w Eurece na stanowisku szeryfa. Jezu, jak to głupio brzmi, co napisałem. Obiecuję, że reszta będzie po ludzku.
    Serial fajny jest. Miła mieszanka komedii i sf, kilka odcinków niemalże kabaretowych, kilka mhrrrrocznych jak mahakamskie kopalnie, ogląda się sympatycznie, bohaterowie mili. Dla pań rzeczony Colin Ferguson, dla panów jego zastępczyni Jo Lupo (zjawiskowa Erica Cerra, szkoda, że tak rzadko na ekranie). Oglądanie zacząć można w dowolnym momencie, bo główna intryga (kradzież tajnych planów wojskowych, sou klisze) traktowana jest przez scenarzystów po macoszemu i potrafi zniknąć z pola widzenia na 6-7 odcinków. No i urocze zderzenie twardogłowego, nieco przymulonego (ale w fajny sposób), prostego i konkretnego szeryfa Cartera z bandą genialnych nerdów, dla których otworzenie bramy do alternatywnego wszechświata nie stanowi problemu. Szczerze polecam, bo dawno tak bezpretensjonalnego filmu nie oglądałem. Z tym, że udzielę wam rady - jeżeli do 4-5 odcinka was nie wciągnie, to odpuśćcie sobie. Bo w następnych częściach będzie dokładnie to samo, co wam się nie spodobało. W moim przypadku trzaskanie spod jednej sztancy zaskoczyło i radują mnie wieści o odpaleniu w okolicach wakacji 3 sezonu.

    Dresden Files - ktoś w komciach stwierdził, że sympatyczny film ale bez uniesień. Uniesień faktycznie brak ale Akta Dresdena są bardziej niż tylko sympatyczne. Fanatycy płaczą, że w mini-serialu zabili ducha książek Jima Butchera. Nie wiem o co chodzi, nie znam, nie orientuję się, nie czytałem. Autor na okładce swojej książki poprosił fanów o pospierdalanie i ogarnięcie się, ja zaś, nieskażony znajomością jego twórczości mogę powiedzieć, że dzięki Harry'emu Dresdenowi spędziłem miłe kilkanaście godzin.
    Dresden to mag/czarodziej. Ale nie jest odpustowym Houdinim, on naprawdę potrafi czarować (kij do hokeja jako różdżka wkurwiał fanów zaś mnie śmieszył do łez). Jest konsultantem policji do spraw nietypowych, prowadzi też prywatną praktykę. Każdy odcinek to jedna z jego spraw. Fajne było prawie wszystko: Bob - duch evul czarodzieja pokutujący w czaszce, czyli sympatycznie arystokratycznie pompatyczny i zabawny Terrence Mann. Urocza komisarz Murphy (Valerie Cruz jest bardzo miła dla oka), wampirzyca Bianka (ociekająca krwią i nieco wulgarnym seksem Joanne Kelly) i wreszcie sam Harry Dresden (Paul Blackthorne powinien spodobać się paniom). Harry jest fajny, ma ciągle minę pod tytułem 'ale zaraz będzie dym' a chwilę potem 'ja wiedziałem, że tak będzie'. Miota ognie z kija do hokeja, warzy dekokty, pomaga potrzebującym, wspiera policję i mógłby w końcu puknąć Murphy. Ale nie puknie, bo jacyś fiutowie z Sci-Fi Chanel doszli do wniosku, że fajny, dość popularny i potencjalnie rozwojowy serial należy wyciąć. I wycięli bez widoków na serię drugą. Bez sensu, no ale to w końcu ich czas antenowy i ich pieniądze. 
    W filmie zabrakło mi może odrobinę więcej mroku i atmosfery osaczenia ale i tak Akta Dresdena oceniam wysoko, bo to porządny kawałek kina rozrywkowego jest.

    Numb3rs - czyli kolejny film o geniuszach. Tym razem nie całe miasto a trójka: Charlie, czyli mózg matematyczny, przy którym Einstein siada i szlocha w rozpaczy (nieco irytujący David Krumholtz), Larry, czyli wyabstrahowany z układu odniesienia mózg astrofizyczny (wielce sympatyczny Peter MacNicol) i Amita, czyli bardzo atrakcyjny mózg komputerowo-kombinatoryczny (ciesząca oko Navi Rawat). Wespół w zespół pomagają FBI w łapaniu złych ludzi. Do tego celu korzystają z potęgi Posępnego Czerepu. I magicznych sztuczek matematycznych, z regionów niedostępnych dla 99,6% populacji (w sensie, że raczej nie czynią tego przy pomocy wzoru na pole trójkąta). W FBI pracuje starszy brat Charliego, niejaki Don (wiecznie niewyspany Rob Morrow, który sprawia najsolidniejsze wrażenie z całej obsady). W zbożnym dziele czyszczenia ulic ze śmiecia pomagają mu następujące osoby: David, czyli Murzyn urodzony w trudnej i życiowej dzielnicy, który dzięki ciężkiej i wytężonej pracy u podstaw Wyszedł Na Ludzi. Colby, czyli młody, zdolny i wysportowany koleś po kilku turach w Afganistanie, o którym wspomina przynajmniej raz na odcinek (i ma się wtedy wrażenie, że mocno mu tego brakuje). Do kompletu mają Megan, czyli pani psycholog która potrafi przyjebać z półobrotu. I nie zgadzam się z koleżanką K., że jest urodziwa jak wiadro podpałki. Jest fajniejsza niż wiadro podpałki, bo się kapitalnie uśmiecha (jak tylko zapomni o sztywnej górnej wardze). Chociaż muszę przyznać, że na widok jej cierpiącego spojrzenia mam ochotę posłać jej brenekę między oczy.
    Numerki spodobały mi się z kilku powodów. Po pierwsze Charlie trudne zagadnienia matematyczne tłumaczy przystępnie na przykładzie przykładów. I są to, szczęśliwie, przykłady z życia wzięte, dzięki czemu nawet skończony tłuk zrozumie o co będzie kaman w odcinku. Po drugie Rob Morrow fajnie żuje gumę podczas akcji zbrojnych. Po trzecie strzelają i wybuchają. Po czwarte jakieś 50-60% odcinków miała całkiem w pytkę scenariusze. Ale takie naprawdę w pytkę. Po piąte Navi Rawat jest fajna. Po szóste przerywnikowe sceny ze spadajacymi cyferkami i kurczakiem zostawiającym ślady w kształcie pacyfki są również fajne. A po siódme zdarzają się wielce udane dialogi, ze szczególnym uwzględnieniem rozbudowanych filozoficzno-astrofizycznych metafor-przypowiastek Larry'ego.
    Są też rzeczy niefajne ale po 10 odcinkach nauczyłem się przechodzić nad nimi do porządku dziennego. Po pierwsze Charlie mógłby w końcu puknąć Amitę, bo przez pierwsze dwa sezony (tyle do tej pory obejrzałem) chodzą i trzymają się za ręce. Co to niby jest, podstawówkowy flirt towarzyski? Po drugie pani psycholog ma warsztat aktorski na poziomie kowadła. Po trzecie Charlie zachowuje się jak królik na amfie. Wróć - to mogę wybaczyć, bo skąd ja, przeciętny śmiertelnik, miałbym wiedzieć co kłębi się w mózgu geniusza. Po czwarte tatuś głównych bohaterów (Judd Hirsch) wkurwia mnie okrutnie. Po piąte irytują mnie dwie maniery: Charlie patrzy na akta sprawy, zamyśla się, rzuca okiem na pająka tkającego sieć, robi Minę i rzuca nazwą metody, przy pomocy której rozkmini sprawę, na której połamały sobie do tej pory zęby NSA, CIA, FBI i KGB. O LAPD nie wspominam, bo to banda nieudaczników po prostu jest. Drugą irytującą manierą jest mantryczne powtarzanie magicznej frazy zaklinającej rzeczywistość: Let's Charlie take a look at this. Maybe he'll be able to narrow down the list of suspects. I tak kurwa co odcinek. Do roboty się brać, fedzie cholerne a nie tylko neroł dałn i neroł dałn.
    No właśnie - Numb3rs to całkiem sympatyczny serial, który szczególnie polecam tym, którym matematyka kojarzy się z szamańskim fu-szmu, i którzy do tej pory budzą się w nocy z krzykiem gdy przyśni im się lekcja matmy w ogólniaku. Aha, miłośnicy kina sensacyjno-kryminalnego też będą ukontentowani niekonwencjonalnym podejściem do zagadnienia.

    Reaper - odkrycie tego sezonu. Główny bohater w dniu swoich 21 urodzin dowiaduje się, że rodzice sprzedali jego duszę Szatanowi. Rogaty upomina się o swoje i Sam zostaje łowcą zbiegłych z piekła dusz. Brzmi jak kretynizm dla upośledzonych nastolatków ale pozory mylą. Po pierwsze i najważniejsze: w zbożnym dziele pomaga mu dwójka kumpli z pracy, czyli Sock i Ben. Ben jest trochę na przystawkę, chociaż ma dobre momenty. Danie główne to interakcje i dyskusje między Samem i Sockiem. W efekcie otrzymujemy Clerks 3 w odcinkach. Dlatego dziwakom, którym Clerks się nie podobali odradzam Reapera, nie znajdziecie tu nic dla siebie. Po drugie, i nie mniej ważne: rozmowy Sama z Diabłem (Sam Wise - najlepsza kreacja w filmie). Sam jest dupą wołową, Szatan ma w głowie całą wiedzę świata. Zwłaszcza wiedzę o ludzkich słabościach. No i jedzie po Samie na maksa acz z klasą, dzięki czemu mamy kupę naprawdę dobrej zabawy. Trochę bokiem doczepiono wielką i niespełnioną miłość Sama - Andi (na swój sposób urokliwa Missy Peregrym). Bohaterowie przez pół odcinka ścigają zbiegłe dusze, przez drugie pół opierdalają się w pracy i toczą rozmowy. O ja głupi, przecież już wspomniałem, że ich rozmowy stanowią o sile filmu. Jakby tu zręcznie zakończyć - z tego miejsca chciałbym wszystkich zachęcić do oglądania serialu Reaper, ktury jezd najleprzym filmem świata LOLOLOLOL roxorzzz!!!!!!1111

    A teraz doniesienia z frontu rzeczy znanych i lubianych.

    Dexter - początek drugiej serii był jak należy. Potem Dexter poszedł na terapię uzależnień (oczywiście nie sprecyzował na czym polega jego nałóg), poznał fajną panią sponsor i przestał zabijać. No się wkurwiłem. Ale ostatnie dwa odcinki tchnęły we mnie wiarę w to, że będzie dobrze. Pierwszy sezon był lepszy i zadecydował o tym powiew świeżości. Drugi jest nieco gorszy ale w przypadku Dextera gorszy oznacza lepszy od 85% produkcji dostępnych obecnie na rynku.

    Heroes - chyba kogoś pogrzało. W pierwszym sezonie możecie sobie rozstawiać pionki na szachownicy przez 15 odcinków, w drugim chcę mieć akcję. Dodatkowo ktoś wpadł na niezbyt szczęśliwy pomysł, że jest za mało bohaterów i w stylu 'wyciągnijmy ich z dupy', wprowadzono do gry Mayę (wyraz jej twarzy i tępe, sarnie spojrzenie budzi we mnie niszczycielską furię), jej brata Alejandro (na szczęście nie ma już Alehandra, źli ludzie go zabili), Monicę (fajnie się wygina i to wszystko, co ma do zaproponowania) i fruwającego Westa, który wygląda jak typowy uśmiechnięty-pierdolnięty. Adam i Elle mogą być, bo Adam jest w porządku cynicznym skurwysynem a Elle jest ładna i miota piorunami. Reszta bez zmian - znowu będą ratować świat. Gdyby nie ostatnie 2 odcinki, które dały mi nadzieję, że z herosów będą jeszcze ludzie, to bym chyba zarzucił oglądanie. Pozostaje tylko wierzyć, że do końca pociagną w dobrym tempie i że odpuszczą nieco wątek Claire, która owszem, niektórym się podoba, ale jej historia jest nudna jak filmy Zanussiego. Aha, mam też nadzieję, że ktoś w końcu spuści wpierdol Hiro, bo o ile drażnił mnie na początku umiarkowanie, to teraz mam przez niego ataki szału. I że zrezygnują z wątków miłosnych, bo oba zaprezentowane do tej pory były również z dupy wyskrobane i bez sensu.

    Prison Break - kończ waść, wstydu oszczędź. Oglądam tylko i wyłącznie z przyzwyczajenia, jeżeli powstanie czwarty sezon kijem go nie tknę.

    My name is Earl - jak zaczyna mi się wydawać, że skończyli się na Kill'em All, to chłopaki puszczają mi podwójny odcinek z Cops i wraca wiara w poczciwinę Earla. Nieustannie polecam.

    Californication - marne 12 odcinków i koniec. Nie rozumiem tego - seriale, które śmiało zmieściłyby się w 12 odcinkach, rozdymają do 24 (Prison Break, Lost). Seriale, które z przyjemnością oglądałbym przez 24 odcinki, ścinają do 12 (Californication, Dexter). Bez sensu. Serial się skończył, przykro mi będzie bez cotygodniowych spotkań z Frankiem i resztą składu. Ale największy mój niepokój budzi końcówka. Jakkolwiek była bardzo fajna, miła, sympatyczna i w ogóle, to nie bardzo mam pomysł, co mogliby pokazać w następnym sezonie. Bo przecież będzie następny sezon, prawda? Powiedzcie, że będzie. Proszę. Świetna rzecz. Dlaczego w Polsce nie możemy kręcić takich filmów?

    American Dad - mam wrażenie, że jazda na dwa baty, drenuje mózg Setha z pomysłów przeznaczanych dla produktu drugiej kategorii (jednak mimo wszystko Family Guy jest priorytetowy). Cały czas oglądam ale brak Tatkowi takiego wykopu, jaki prezentował we wcześniejszych odcinkach.

    Family Guy - proszę państwa, oto mistrz. Można go kochać, można nienawidzić, tertium non datur, bo Peter Griffin nikogo nie pozostawi obojętnym. Jestem fanem tej kreskówki, bo oprócz nabijania się z innych, lubię pośmiać się z samego siebie. A w Family Guy często widzę swoje codzienne zachowania, karykaturalnie zdeformowane w krzywym zwierciadle bezwzględnej, chamskiej, pozbawionej smaku i politycznej poprawności satyry. Nowa seria rozpoczęła się z wykopem - przedłużony epizod będący wariacją na temat Gwiezdnych Wojen może śmiało obejrzeć każdy, bo nie dość, że szarganie świętości, to jeszcze niemożliwie śmieszne. Teraz pozostaje mieć nadzieję, że Seth MacFarlane daruje sobie strajkowanie i będzie dalej ciągnął ten wózek. Ku uciesze oddanych fanów, czego sobie i państwu życzę.

    [1] Nie wiem jak to się tłumaczy na polski, szeryf niby jest poprawnie ale mi szeryf kojarzy się z ziomem z gwiazdą na klacie i Peacemakerem w kaburze a nie z wygarniturowanym kolesiem w typie agenta FBI.