To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
piątek, 29 listopada 2013

Od 1 grudnia Ikarusy znikną z ulic Warszawy. Z jednej strony fajnie, że pozbywamy się autobusów, które przy prędkości większej niż 50 km/h wpadały w takie wibracje, że plomby się kruszyły a szew w kroku potrafił zwalić ci konia na dystansie krótszym niż dwa kilometry. I miały tak sparciałe uszczelki w oknach, że szyby tłukły o prowadnice jak oszalałe i zawsze się zastanawiałem kiedy któraś w końcu pęknie i wypadnie ale żadna skubana nie pękła, pancerne były jak Rudy pod Studziankami. Z drugiej jednakowoż, będzie mi brakować pojedynczego, ODPOWIEDNIO SZEROKIEGO, zajebistego miejsca siedzącego przy przegubie, tyłem do kierunku jazdy, na którym nikt nie chciał siadać, bo większość ludzi mdli jak jadą tyłem a do tego przy łączniku telepało jak na małym jachcie przy siódemce. A jak ostatnie 709, to o 23:40, startowało z Wilanowskiej naładowane pod sufit, a ty wbijałeś, po trzech aliganckich[1], na minutę przed startem, można było sobie usiąść na wysokiej rurze przy harmonii, złapać się ręką pionowego pala i jechać sobie jak panisko, z lekkim tylko wyrzutem sumienia, że zostawiasz na rurze dolnej błoto z bieżnika ale tylko podczas słoty. Zaś harmonia fajowo masowała ci plecy.
Świetne były te wielkie okna, które można było otworzyć i się przez nie latem wychylić albo tylko nonszalancko wyrzucić zimny łokieć i jechać jak paniosko, wielką limuzyną, z szoferem, i czuć się panem życia nawet wtedy, gdy reprezentowałem biedę. A nie teraz te pierdolone lufciczki, które w połowie niskopodłogowych i tak są zagwożdżone na amen, bo przecież jest klima, która nie działa gdyż kierowca jeździ dla prywaciarza, tnie w chuja i nie włącza albowiem paliwo oszczędza. I nie mówcie mi, proszę, o wygodzie dla matek z wózkami, bo w wysokopodłogowych Ikarusach zawsze znalazło się przynajmniej trzech facetów, którzy dusili się w drzwiach, żeby pomóc kobiecie wnieść wózek do środka. Ba, wielokrotnie byłem świadkiem scen, jak tej matce wyrywali rączki. Te od wózka. I sami go wnosili, żeby się kobieta nie spociła i nie było, że boli. I wózki inwalidzkie tak samo. Bo może i Warszawa ma opinię miasta chamów ale w pewnych sytuacjach ludzie zawsze sobie pomagają. Tak, do Ikarusów mam sentyment i trzy anegdoty. Znaczy mam ze sto ale te trzy wam opowiem, nawet jeżeli są nudne.

Wyszedłem kiedyś, po trzech aliganckich[1] z  Eleganckiego Bolka. Piąta z minutami była więc stwierdziłem, że idę do metra. Trzy kroki zdążyłem zrobić, jak z hukiem panewek i dzwonieniem cimeringów[2], zajechał Ikarus linii 167. Podjadę jeden przystanek, pomyślałem. I tak się zmęczyłem myśleniem, że usiadłem. Nawet nie z upojenia, zmęczony długą nocą byłem. I gdyby on przemknął na pomarańczowym, nie byłoby dykteryjki. Niestety, zatrzymał się, jak ten gupek, i odstaliśmy cały takt. Nastąpiło bardzo długie mrugnięcie. Chwilę później obudził mnie okrzyk kierowcy –jedzie pan dalej czy wysiada!? Potoczyłem wzrokiem dokoła. Wilanowska. Może być, też stacja metra. Spojrzałem na zegarek. 13:30.
Żaden autobus nie miał tak wygodnych siedzeń jak Ikarus.

Nocne 604 i 607 na Ursynów, miały same zalety, czyli permanentną w nich imprezę bez chamstwa i patologii oraz jedną wadę, aczkolwiek zależną od kierowcy. Skręt z Puławskiej w Wałbrzyską niektórzy brali leniwie a niektórzy, znudzeni jazdą i zmorzeni zmęczeniem, wchodzili w niego na ręcznym, w pełnym drifcie i na pełnej kurwie. I on w lewo był, ten zakręt, co jest bardzo ważne w kontekście miejsca, jakie zająłem. Wkitrałem się pod Emilką i ruszyliśmy, a wieczór był chujnia mrok ziąb zima sukinkot a do tego mokry. To oczywiste, że jak jedziesz z Centralnego na Stokłosy, masz prawo się zmęczyć jazdą. Na Ursynów jest przecież kawał drogi. Zasnąłem na moim ulubionym pojedynczym siedzeniu przy łączniku, tyłem do kierunku jazdy a ono, jak niektórzy pamiętają, było po stronie kierowcy. I nagle przyśniło mi się, że spadam. Tylko to nie był sen. Kierowca zakurwił taki zakręt, że klękajcie kierowcy F1, a do tego chyba wpadł w lekki poślizg i mało nie urwał harmonii. Ale to mnie nie interesowało. Bardziej bowiem trapił mnie fakt, że leżę z policzkiem przytulonym do jakiegoś pośniegowego błota. Wstałem, zdjąłem kaptur i potoczyłem dzikim wzrokiem po pasażerach, czy się niby żaden z nich nie śmieje, bo nawet unurany, fason staram się trzymać i lekceważących parsknięć nie zniosę (co innego szczery śmiech, ten przyjmuję na klatę). Jak się okazało, że nie ma chętnych, otrzepałem się z syfu i, już siadając, zdałem sobie sprawę z tego, że w tym oto, niezbyt fortunnym zdarzeniu, los zsyła mi szansę na wygłoszenie klasycznego tekstu z klasycznej legendy miejskiej. Pół autobusu mogło usłyszeć moje ‘to żeś, kurwa, wymyślił’. Reszta drogi minęła bez zakłóceń.
Żaden autobus nie miał tak śliskich siedzeń jak Ikarus.

Akcja, którą wam teraz opowiem jest w stu procentach prawdziwa, chociaż sam nie wierzę w jej prawdziwość. Ale to prawda.
Był dzień święconego Patryka i on wypadł niefortunnie na tygodniu. Plan mój, w związku z tym, zakładał trzy aliganckie w Irishu na Miodowej i grzeczny powrót do domu metrem. Realizacja planu przebiegała bez zakłóceń do momentu, w którym moi kompani opuścili mnie nagle, bo dostali sygnał, że ich stare są niekontente i czas do domu. Oceniłem, że dopiję piwo i też się będę zbierał, bo akurat jest 22 i to dobra pora, żeby wrócić do chatę.
I pech chciał, że do Ajrisza wkitrała się banda Francuzów, a ja, po naszych akademikowych Francuzach (Terry, Rafael, Sebastien – pozdrowienia, gdziekolwiek jesteście), mam do tej nacji szczególny sentyment. Dopijając resztki piwa, nawiązałem lekki kontakt bojem. Z niezrozumiałego dla mnie do dziś powodu, ucieszyli się, że zagadał do nich łysy grubas. Ja bym wolał, żeby zagadała do mnie powabna blondynka ale kto zrozumie francuską ich nację? I oni z tego ucieszenia przynieśli mi kolejne piwo, a zważcie, że tego dnia nie brałem jeńców i piłem z kufli litrowych. Odstawiłem kolejkę, potem oni przynieśli następną i nagle trzeba było wysiadać z taksówki przy hotelu Polonia gdzie chłopaki mnie podrzucili, a jak sobie łatwo możecie sprawdzić, gdzie Miodowa, a gdzie Rondo Dmowskiego i co się stało? Olałem wątpliwości, zszedłem do metra, usiadłem na foteliku i powiem wam, że żaden wagonik nie ma takich wygodnych siedzeń, jak ten rosyjski. Mój pech polegał na tym, że był to ostatni kurs a ja przegapiłem moją stację. Moje szczęście polegało na tym, że na Kabatach, gdzie metro kończy bieg, nocne miały pętlę. A jak już wiecie z poprzedniej historii, pasowały mi dwa nocne, bo to ciągle dziwny rok mojego życia na Ursynowie był. Było grubo po północy a nawet bliżej pierwszej, jak z tłumem podobnych mi patrykowych birbantów, wychynąłem z podziemi metra. No wyglądaliśmy jak Uruk-hai i się nie dziwię kierowcom niektórych nocnych, że postanowili odjechać z przystanku trochę wcześniej. Dam sobie rękę uciąć, że gdzieś w tłumie wyraźnie słyszałem ‘ash nazg durbatuluk’.
Kierowcy wystartowali z hukiem silników jak tylko zobaczyli tłum facetów, który, zataczając się i śpiewając śmieszne piosenki, halsował w ich kierunku.
Zupełnie się nie przejmując tłumem pijanym, pałętam się po tej pętli, szukam czwórki albo siódemki i co widzę nagle. Otóż na tej pętli stoi zaginiona w akcji pięćsetka pośpieszna, a zważcie, że już dawno powinna być w zajezdni a nie na pętli w końcu dupy, bo przecież po północy grubo a nawet bliżej pierwszej. Numeru konkretnego nie pamietam ale majaczy mi się, że to mogło być coś na kształt 519. Nieważne zresztą. Stoję przed przednią szybą i patrzę się na kierowcę z miną dzieciątka Jezus, on się patrzy na mnie i się uśmiecha. Uśmiecham się, kiwam głową pytająco, on mi odkiwuje. Nie wierzę, w to, co za chwilę chcę zrobić no ale przecież jestem w nastroju imprezowym, to co mi zależy. Podchodzę do bocznej szybki, pukam, gość ją otwiera i rozpoczynam jeden z dziesięciu najdziwniejszych dialogów mojego życia.
-przepraszam, ale co pan robi na pętli, o tej porze, pięćsetką przecież dzienną? Przecież po północy grubo a nawet bliżej pierwszej.
-a stoje sobie (tak powiedział, stoje a nie stoję)
-o, to ładnie, a kiedy pan jedzie?
-jak się da, to moge zaraz
Wbrew temu, co twierdzą co złośliwsi, nie jestem palcem robiony więc sięgam do kieszeni, wygrzebuje dychę złotych, przyklejam mu ją do tej otwartej szyby, bo wieczór był rześki i szyba obroszona, i mówię –to jakbyśmy pojechali obok Stokłosy, tam przy Dominos Pizza, byłoby fantastycznie a panu pasuje, bo to KEN. Sorry, że tak mało ale muszę sobie zostawić jakiś pieniądz na rano, na bułeczkę.
Gość, śmiejąc się, odkleja Mieszka, któremu to wcale nie przeszkadza, bo od dawna nie żyje, szarpie za wajchę, otwierają się przednie drzwi i rzuca do mnie –wsiadaj pan.
Wsiadłem.
Wiecie już, że żaden autobus nie miał tak wygodnych siedzeń jak Ikarus, więc oczywistym było to, że się zdrzemnąłem. Kierowca jednakowoż się wywiązał gdyż podjechał na mój przystanek, wysiadł z szoferki, grzecznie mnie obudził, pożegnałem go wylewnie, podziękowałem za wysoką jakość świadczonych usług i pożeglowałem do domu, gdzie powitał mnie słowami wyrzutu i opierdolu mój Brat, ale to już zupełnie inna historia.
Bodajże Głowacki pisał o tym, jakim szykiem za jego lat kawalerskich, było przywieźć kobietę do domu polewaczką. Się dawało operatorowi polewaczki równowartość małego mieszkania i z szykiem podjeżdżało się na kwadrat. Urodziłem się tak z dziesięć lat za późno na takie akcje ale i tak uważam, że niewiele osób może się pochwalić przelotem tak zajebistą taksówką jak Ikarus. Do tego po taniości.
Żaden autobus nie miał tak fajnych kierowców jak Ikarus.

Dlatego tak sobie wspominam moje niezliczone kursy tymi wrakami i w kąciku oka kręci mi się łza. Trochę za Ikarusami, trochę za młodością, bezpowrotnie utraconą. Bo może i faktycznie, kupiliśmy sobie najnowocześniejszą flotę niskopodłogowych autobusów, które się obniżają na przystankach i mają klimę i są w ogóle takie fajne, chociaż lufciki się w nich nie otwierają a nawiewami poddachowymi steruje kierowca z szoferki. Tylko, że one są cholernie nudne. Tak bardzo nudne, że bardziej się nie da. I mają te pieprzone wąskie siedzenia a na dodatek odstępy między nimi są zaprojektowane dla kobiet i Koreańczyków, bo na pewno nie dla faceta, który ma więcej niż 175 cm wzrostu. Dlatego w weekend wychylę szklaneczkę whisky za Ikarusy. Spoczywajcie w spokoju w tym niebie, do którego was wyślą w niedzielę. Szkoda.

[1] Trzy aliganckie to ta ilość piwa, którą z czarnuchami z działu graficznego Edipressu, określaliśmy ‘jedno, góra dwa’. Co oznaczało od czterech piw wzwyż, przy czym górną granicę określał jedynie stopień naszego imprezowego nastroju. Tak było. 
[2] Wiem, że pisze się simeringi, nie mam pojęcia czy one dzwonią i szczerze mówiąc, w dupie to mam. U nas mówiliśmy cimeringi.


piątek, 08 listopada 2013

Południowy ring, znaczy obwodnica, Warszawy, będzie miał nazwę. I to żeby jedną. Nie, w Polsce, w kraju, w którym tradycja 'zastaw się a postaw się' jest wiecznie żywa, będzie tych nazw więcej, bo może jesteśmy biedni ale za to dumni. Przecież nazwać to jakoś normalnie, byłoby nienormalnie, no bo jak to tak, nie dojebać paterotyzmem i martyrologią, i naszą, tak zajebistą wszakże, historią.
Nie żeby to mnie jakoś dziwiło, przecież fragment S8 przez Bemowo nazwali aleją Obrońców Grodna. Tym razem akcja jest taka, że obwodnica południowa ma być podzielona na dwa kawałki - aleja POW (Polska Organizacja Wojskowa) i aleja Legionów Piłsudskiego.
Oczywiście jak komisja nazewnicta, to niezawodna Nehrebecka dała głos. Dowiedziałem się, że na południową obwodnicę już teraz nieoficjalnie mówi się skrótem POW. I ona się boi, że nikt nie będzie tego skrótu rozwijał jako aleja Polskiej Organizacji Wojskowej i wyjdzie niedouczenie historyczne Polaków. Mam pytanie: kto nieoficjalnie mówi na ten kawałek obwodnicy POW? Ktokolwiek? Czy może to jest znowu taka akcja, że na most Północny wszyscy mówię Curie-Skłodowskiej i ja coś przegapiłem?
Ale to jeszcze nie jest koniec. Obwodnica południowa nie leży w całości w granicach Warszawy: Piastów, Warszawa, Michałowice, znowu Warszawa, Raszyn i na końcu znowu Warszawa. I teraz każdy z samorządów może sobie nazwać swój kawałek obwodnicy jak mu się podoba. I jak na przykład stwierdzą, że POW im się nie podoba, to Nehrebecka nie będzie im mogła niczego narzucić. I zapewne to bardzo Nehrebecką martwi.
Szkoda, że nikt nie będzie miał dość jaj, żeby w końcu zrealizować moje marzenie i nazwać te ogryzki obwodnicy nazwami nieistniejących, ale zajebiście brzmiących, zgrupowań AK. Piastów mógłby wyjść z propozycją Zgrupowanie AK Skorpion, Michałowice - Zgrupowanie AK Kobra a Raszyn - Zgrupowanie AK Rosomak.
A jak się nie uda, to pierdolnijmy po całości i zgodnie z prawdą: Południowa Okrężnica Warszawy.
I git.