To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
wtorek, 30 listopada 2010

Miałem się powstrzymać ale poczytałem komcie w sieci i nie zdzierżyłem. Aha, błąd w tytule zamierzony, to informacja dla tych, co tu pierwszy raz są.

Wczoraj zaczęła się zima i zaczął się coroczny, warszawski płacz. Że nieodśnieżone, że korki, że spóźnienia, że zaspy, że paraliż, że Trzeci Świat, że HGW winna i w ogóle. Czytając te gorzkie żale zastanawiałem się gdzie ci ludzie zostawili swoje głowy.

O tym, że nastąpi nagły atak zimy, było wiadomo jakoś tak od niedzieli. I nawet jeżeli nie dowierzamy meteorologom, wystarczyło wyjrzeć w poniedziałek rano przez okno, by przekonać się, że to początek śnieżnego Ragnaroku. Jakieś 3 minuty wystarczyło mi, by się przygotować na wszystko, co się zdarzy, bo tu nie trzeba było geniusza czy proroka żeby stwierdzić, że będzie źle. Wziąłem zatem butelkę wody, paczkę Kopiko, grubszą książkę, grubsze spodnie, grubsze skarpetki, grubszą bluzę i grubszą kurtkę (rękawiczek i czapki nie znalazłem ale od czego kieszenie i grubszy kaptur). I poszedłem na tramwaj.

Co zrobili pozostali mieszkańcy? Wzięli czapki i rękawiczki, jak co dzień wsiedli do samochodów, jak co dzień punkt 17 wyszli z pracy i natychmiast zaczęli płakać, że jak to, że korki, że śnieg, że dopiero przed północą w domu.

Teraz akapit objaśniający dla napinających się głupków, bez umiejętności analizy czytanego tekstu. Rozumiem, że rodzic mający odebrać dziecko z przedszkola/szkoły musi wyjechać z pracy punktualnie (i tak się spóźnił). Rozumiem, że mieszkaniec dalekiej Białołęki czy Tarchomina nie wsiądzie w komunikację miejską, bo też wolałbym stać w korku we własnym samochodzie niż w zatłoczonym autobusie. Rozumiem też, że przedstawiciel handlowy samochodem jeździć musi.
Nie rozumiem natomiast dlaczego ktoś, kto może dostać się do pracy przy pomocy kombo tramwaj-metro-krótko autobus, wpakował się rano do własnego samochodu, tak samo jak nie rozumiem, po kiego grzyba punktualnie z pracy wyszli ludzie, którzy nie mają żadnych pilnych rzeczy do zrobienia tego wieczoru. Przecież fajniej się siedzi w biurze przy kawie niż w samochodzie w korku. Ale może tylko ja tak mam.

Po raz kolejny zima pokazała, że nieważne ile pługów i solarek wyjedzie na ulice, i tak będzie paraliż, bo to nie drogowcy dali dupy tylko my, mieszkańcy. Dawaliśmy dupy w metrze, gdy blokowaliśmy drzwi wagoników. No bo przecież następny skład dopiero za 4 minuty. Dawaliśmy dupy w autobusie linii 301, w którym na kolejnym przystanku prawie udało nam się urwać drzwi. No bo przecież się jeszcze zmieszczę, chociaż się nie zmieścisz. Dawaliśmy dupy na przystankach tramwajowych na Solidarności, pod Starym Miastem gdy wyłaziliśmy bez orientu pod koła toczących się samochodów. No bo przecież w takim śniegu, to on spokojnie zahamuje w miejscu. No i oczywiście natychmiast zaczynaliśmy dawać dupy, próbując się wbić do wypchanego pod sufit tramwaju, po którym widać, że tam nawet mały szczur nie wejdzie. A korki cały czas rosły.

Jak już przestaliśmy dawać dupy w komunikacji miejskiej, zaczęliśmy dawać dupy w prywatnych samochodach. Rozumiem, że w ramach frustracji niektórzy porzucali bryki i przemieszczali się dalej piechotą. Ale warto samochód porzucać z głową a nie tak, że pół wystaje na jezdnie, potęgując chaos komunikacyjny. I naprawdę, jak już jedziesz, to poczekaj z tą rozmową przez komórkę do świateł[1]. A jak nie zdążyłeś zmienić opon na zimówki, to może dogadaj się z sąsiadem, który zmienił i pojedźcie tego dnia razem. Nie wjeżdżaj na skrzyżowanie jak widzisz, że z niego nie zjedziesz. Oraz nie zajeżdżaj torów na skrętach, bo tylko potęgujesz ogólny kibel. Zresztą co ja będę - było jak co dzień tylko bardziej i jeszcze głupiej i jeszcze niebezpieczniej[2].

Jeszcze raz powtórzę - rozumiem, że niektórzy nie mogli i do tych uwag nie mam. Po własne dziecko pognałbym na nartach biegówkach przez Bory Tucholskie, tu zero dyskusji. Tak samo jak rozumiem, że wylotówki musiały się zakorkować na amen, bo oprócz mieszkańców miejscowości satelickich, swoje dołożyli tirowcy. Natomiast narzekającym na warunki, którzy mogli ale nie chcieli, bo nie myślą albo są za wygodni, mam do powtórzenia kawałek z poprzedniej notki: przestańcie skamlać, zacznijcie myśleć.

A jak ja przeżyłem pierwszy opad atmosferyczny w stolicy? Po przebudzeniu opracowałem w głowie dwie potencjalne trasy przejazdu do pracy, no ale to bonus wynikający z miejsca zamieszkania. Z domu wyszedłem pół godziny później niż zwykle, bo i tak nie było szans na punktualny dojazd a w taki dzień każdy normalny szef wykrzesze z siebie odrobinę zrozumienia. Ominąłem poranny szczyt, do pracy spóźniłem się marne 45 minut, z czego większość przypadła na oczekiwanie na autobus.
Z pracy wyszedłem o 20:15 a nie o 17:05. Sprawdziłem którędy się jedzie a którędy nie, przez co trasa powrotna do domu była nieco na okrągło ale za to większość odbywała się po szynach i nie gniłem w korkach. To wcale nie wymagało wielkiego knucia, wystarczyła odrobina niezbędnego w takich sytuacjach zdrowego rozsądku. Wygrałem, bo w domu byłem o 21:15[3].

I może na koniec drugi blok objaśniający. Pewnie, że służby nie były bez winy. Nie widziałem po trasie Policji, która mogłaby przynajmniej pokierować ruchem tam, gdzie padły światła. Tramwaje miały problemy, bo zamarzały zwrotnice. Ewentualnie je zasypało. No i metoda odśnieżania w tym mieście jest debilna, bo pługi zaczęły wczoraj jeździć za późno. Do tego mogłbyby zacząć jeździć po 2, bo jeden to tylko przewala śnieg z jednego pasa na drugi. I pewnie warto by zmienić kolejność, bo według mnie najpierw powinny sunąć pługi a dopiero potem sól i piach. Na odwrót nie ma to trochę sensu. No ale może czegoś nie wiem. Wiem natomiast, że wszyscy wspólnie i solidarnie zrobiliśmy wczoraj wszystko, żeby miasto stanęło w gigantycznym korku. Udało nam się na 200%. Brawo, ostatnim razem byłem z nas tak dumny rok temu, przy pierwszym śniegu.

Dziękuję za uwagę. Do poczytania po Nordconie.

[1] To dzisiejszy obrazek z Chełmskiej. Zastanawiałem się dlaczego wyjazd z zaspy idzie tak niesporo. No jak się ma jedną rękę zajętą komórką, ma prawo nie iść.
[2] Największą zbrodnią polskiego systemu 'szkolenia kierowców' jest to, że nikt nie uczy tego jak po mieście jeździć i jak w nim parkować sensownie. Zresztą czy Polaka za kółkiem da się w ogóle czegoś nauczyć?
[3] Przez wiele lat mieszkałem w Piasecznie. I już po pierwszej tego typu akcji wiedziałem, że bardziej kalkuluje się wyjść z pracy o 21-21:30, bo sobie na spoko na 22 dotrę na Wilanowską i na 23 będę w domu, spędzając w zbiorówce 2 godziny a nie 3 czy 4. W Warszawie da się logistycznie ogarnąć naprawdę sporo, trzeba tylko zacząć myśleć i zrozumieć, że czasami warto chwilę poczekać. Niekoniecznie w pracy, są przecież w tym mieście kina, kawiarnie czy kluby, nie? Ale widocznie ludzie tak lubią swoje samochodziki, że wolą w nich a nie gdzie indziej przesiedzieć 5 godzin. Zatem miłego siedzenia, bo zima się dopiero zaczyna.

czwartek, 18 listopada 2010

Odwieczna dychotomnia[1].

Mija kolejny dzień smutnego pierdolenia w internetach, które utwierdza mnie w przekonaniu, że przyznanie się do tego, że się pali obcina jeszcze więcej punktów lansu, zajebistości, atrakcyjności towarzyskiej i IQ, niż przyznanie się do jazdy na rowerze.

Ej, łosie - nie zakazano nam całkowicie palenia w knajpach. Nie wyrzucono nas całkowicie z przestrzeni, którą do tej pory dzieliliśmy z niepalącymi. Nie ma potrzeby zakładania tajnych klubów spod znaku płaszcza i szpady, w których potajemnie i na legitymacje będziemy się spotykać, by zajarać szluga, a do których niepalącym faszystom wstęp będzie wzbroniony. Będzie można obejrzeć mecz przy fajku. Będzie można wbić w krzyże golonkę pod coś wysokiego przy fajku. Pewnie nawet będzie można sobie pograć w bilarda przy fajku. Bo widzicie...

WŁAŚCICIELE LOKALI MOGĄ WYDZIELIĆ SALĘ A NAWET SALE DLA PALĄCYCH!!!

Więc przestańcie skamlać i umierajcie jak mężczyźni. Bo jak się na was patrzę, to mam ochotę... Wróć, nie mam nawet ochoty się na was odeszczać, tacy jesteście słabi.

[1] Tak, wiem. Ale ładnie wygląda i jeszcze ładniej brzmi.

wtorek, 16 listopada 2010

Ręce, które zamachnęły się na moją wolność palenia w knajpach, zostaną odjęte w łokciach. Albo i nie. Trochę wbrew sobie wypowiem się na temat bieżący, bo po pierwsze na paleniu znam się jak mało kto[1], a po drugie drama palaczy jest śmieszna a mi z trudem przychodzi obojętne przejście obok rzeczy śmiesznej.

O zakazie palenia w szpitalach, szkołach, na uczelniach wyższych i ogólnie budynkach użyteczności publicznej nie będę się jakoś szerzej wypowiadał, bo to dla mnie oczywiste.
Bo jest tak. Gości, którzy muszą zajarać w szpitalu, tłukłbym szpadlem po twarzy, bo o ile w szkole czy na przystanku przed dymem można uciec, to w szpitalu często ludzie mają ograniczoną mobilność i muszą znosić na sali syfiarza, który sobie szybką rolkę puknie przy oknie. Bo przecież nikomu odrobina dymu nie zaszkodzi.
Uczniowie szkół nie powinni palić w ogóle, bo nie urosną a studenci mogą ruszyć dupy i zejść przed budynek.
Palenie na korytarzach w urzędach czy sądach doprowadzało mnie regularnie do szału, bo większość petentów jara jakieś ponure proletariaty od których prostowały mi się włosy w nosie. Wbrew pozorom smród smrodowi nierówny i nikt mi nie wmówi, że Klubens śmierdzi mu tak samo jak aromatyzowany dym z fajki albo sziszy.
Dla gnojków, którzy palą w windach albo na klatkach schodowych bez okien (na przykład u mnie w bloku), przewidziano specjalne miejsce w piekle. Zresztą palenie w tych właśnie miejscach najlepiej oddaje charakter i chamstwo palaczy. Naprawdę, nie możecie się powstrzymać przez pół minuty od dymka?

No i wreszcie to, co wzbudzało i wzbudza najwięcej zabawnych spinek czyli zakaz palenia w lokalach.

Zupełnie nie wiem o co palącym chodzi. Każden jeden palacz, przed samym sobą bez problemu się przyzna, że powrót z knajpy gdzie palili wszyscy, jest centralnie przerąbany. Mogłeś wypić pięć piw i zjarać przez cały wieczór ledwie pół paczki a i tak rano masz kaca podymnego a ubranie nadaje się wyłącznie do prania. Po rekordowych imprezach śmierdziała mi nawet bielizna, skarpety i buty. Żebyśmy się dobrze zrozumieli - nie noszę bielizny, skarpetek czy tiszertów więcej niż raz. Ale już na przykład bluzę, spodnie czy kurtkę owszem. Więc jak mi zaczynają śmierdzieć dymem, to jestem zasmutkowany.

Gdy palisz przy stoliku, wypalasz przeciętnie dwa razy więcej fajek niżbyś to zrobił w sytuacji, w której musisz wyjść na zewnątrz. I nawet nie będę się spinał, że jest na to inny dowód niż anegdotyczny, bo każdy palący wie, że jeżeli musisz się ruszyć od stolika żeby zapalić, palisz znacznie mniej. Owszem, podczas takiej przerwy zdarza się puknąć 2-3 sztuki ale w perspektywie wieczoru jest się do przodu.

Palenie na zewnątrz generuje fajny ruch knajpiany, chyba każdemu zdarzyło się poznać na papierosie kogoś fajnego, z kim spędził miłe kilka minut ćmiąc szluga[2]. A teraz, gdy wychodzić na fajka będzie musiał każdy a nie tylko ten, który ma ochotę palić na świeżym powietrzu, liczba zawieranych znajomości znacząco wzrośnie. Dla mnie to plus, bo lubię kolekcjonować ludzkie opowieści.

Papieros zapalony na dworze smakuje nieporówanie lepiej[3] niż w zadymionym pomieszczeniu ale to akurat kwestia osobnicza i nie stanę na barykadzie by tej tezy bronić. Chociaż zdecydowanie przedkładam palenie na świeżym powietrzu.

Łatwiej będzie sępić albo popróbować innych gatunków na zasadzie wymiany barterowej. No bo jak już tak będziemy sobie stać na tym dworze i razem palić, to siłą rzeczy trudniej będzie odmówić fajka bratu albo siostrze w nałogu. Oczywiście może się skończyć tak, że zaczniemy wychodzić na papierosa z dwiema sztukami w rękawie albo częstować innych nie z paczki tylko z ręki[4] ale uważam, że po krótkim okresie przystosowawczym, osiągnięty zostanie stan równowagi.

Naprawdę lubicie usyfione popiołem stoły i przesypujące się popiołki? Plus okazjonalny strzał z popiołu do piwa, przypalony przez współpalącego rękaw czy częste spotkania w popielniczce waszego palca z czyimś papierosem? Nie wspominając o tym, że popielniczka sama z siebie śmierdzi infernalnie a jak zdarzy się inteligent, który przykiepuje na filtrze, folijce z paczki szlugów albo gumie do żucia, to już w ogóle jest eksplozja zapachu. A tak będzie śmierdzieć na zewnątrz.

W końcu będzie czuć na naszym ciele ten fantastyczny zapach, na który wydaliśmy wiaderko kabony, a który do tej pory skutecznie przykrywał smród dymu. I to już po najdalej kwadransie więc nie miałeś nawet szansy usłyszeć od kobiety, że fajnie pachniesz. A ja lubię słuchać, że ładnie pachnę.

I jeszcze kilka innych rzeczy, które zależą od danej osoby i same wyjdą w praniu.

Zakaz popieram całym sercem, smutne pierdolenie (bo inaczej się tego nie da nazwać), że w tym kraju przez pół roku jest za zimno na palenie na dworze wyśmiewam, bo za zimno na palenie na dworze jest od -10 stopni w dół plus wiatr w twarz. Ergo za zimno jest maks przez miesiąc w roku. Każda inna temperatura jest akceptowalna, zresztą można wrzucić na plecy kurtkę, nie mamy 3 lat żeby musiała nas nasza stara ubierać, nie?

I jeszcze jeden argument, że nie wypali - nie będzie komu kontrolować. Nie rozśmieszajcie mnie, przecież to ma szanse być dla policji żyła złota. A przynajmniej na początku obowiązywania ustawy. Dla palacza dwie stówki a dla właściciela lokalu jakieś tysiące złotych to kwota, po którą nasza dzielna policja na pewno się schyli. A jak już nie będzie się po co schylać, bo ludzie przestaną palić, mamy z górki. Bo jak się ludzie przyzwyczają do knajp bez dymu, nie będzie powrotu do tego, co się odbywało do ostatniej niedzieli. Z czego się bardzo cieszę.

Oczywiście może być kłopot z wyegzekwowaniem tych zakazów w małych knajpach osiedlowych gdzie sami swoi albo w mordowniach gdzie sami nieswoi ale po takich miejscach się raczej nie szlajam więc mnie to nie boli. Bardziej mnie zastanawia status lokali, w których głównym punktem menu była szisza. Mam nadzieję, że będzie je można dalej palić bez mandatu, bo bardzo lubię obie Fajki i smutno by było jakby szisze padły ofiarą ustawy.

I już na sam koniec - właściciel może wydzielić salę dla palących i nic nie będzie stało nam na przeszkodzie żeby sobie w dymie posiedzieć. Więc w ogóle nie wiem o co ten krzyk. Co, że to będzie kosztować pieniądze? No cóż, jak się prowadzi biznes to czasami trzeba w knajpę zainwestować coś więcej niż nowy komplet kufli do piwa. Do poczytania i do zobaczenia na fajku przed lokalem.

Minęło jakieś pińcet strzałów znikąd.

Dopisuję to o godzinie siódmej za dwadzieścia, co jest fajne. Przeczytałem kilka dużych wątków w różnych miejscach sieci i stwierdzam, że wypowiadający się tam palacze to zwyczajni idioci są. Nie skumali bowiem dwóch rzeczy - po pierwsze nikt nie zabrania tworzenia w lokalu zamkniętych sal dla palących. Jasne, każdy właściciel knajpy powie, że się nie da albo że jest za drogo ale to już skomentowałem. Nie będzie za to problemu by otwierając nową knajpę albo pub, zaprojektować w niej miejsce gdzie będzie można zajarać.
Nie potrafię natomiast skomentować ich zacietrzewienia płynącego z tego, że przestaniemy truć niepalących. Przecież to jest piękny i dobry uczynek, obok którego karma nie przejdzie przecież obojętnie. A już nikt zdaje się nie zauważać, że zakaz palenia w knajpie przestaje obowiązywać tuż za progiem, na zewnątrz. To niesamowite jak nikotyna pierdoli w mózgu. Po Nordconie rzucam definitywnie, bo trochę wstyd być kojarzonym z takim towarzystwem.

[1] Znowu jestem w trakcie rzucania, tym razem przyjąłem metodę 'jaram tylko przy alkoholu'. Od 3 miesięcy się sprawdza.
[2] Moje dwie ulubione nietypowe sytuacje towarzyskie w lokalach to długa kolejka do koedukacyjnej ubikacji i tłum ludzi na fajku przed knajpą.
[3] Niepalących proszę o wstrzymanie się przed komentarzami, że fajki nie smakują. Smakują.
[4] Znajomi cudzoziemcy, u których zakaz palenia w lokalach wprowadzono jakiś czas temu wytłumaczyli mi, że jak dajesz fajka z ręki, to częstujesz tylko jednym. Jak wyciągniesz paczkę, to masz szanse nawet na złote rozdanie. Wytłumaczyliśmy im, że u nas jest to niekulturalne ale zrozumieliśmy ich przesłanki. Aha, złote rozdanie to takie, w którym paczka oblatuje wszystkich chętnych na cudzesa i zostajesz z jednym papierosem, bo ostatniego z paczki się nie bierze.

środa, 10 listopada 2010

Sprawa jest pilna i dość przykra - z powodów, o których nie czuję się upoważniony by pisać szerzej na forum publicznym, rodzina moich przyjaciół musi pozbyć się kotki. Nie jest to foch czy znudzenie, bo kotka mieszka z nimi od zawsze. A teraz już mieszkać nie może, wszelkie szczegóły osobom zainteresowanym mogę podać na privie.

Chcielibyśmy znaleźć dla niej dobry dom. Poniżej garść informacji o futrze i zdjęcia:

Płeć: samica, wysterylizowana
Typ: mieszaniec, umaszczenie przypomina kota rasy maine coon
Wiek: 10 lat
Tryb życia: domowy, niewychodzący
Charakter: żywotny, pieszczoch
Miejsce: Warszawa
Żywienie: sucha karma

Popytajcie znajomych, puśćcie to dalej na blogu, blipie, fejsie albo na stronie, będę zobowiązany za wszelką pomoc. Zainteresowani mogą kontaktować się ze mną mailem (teklak na gmailu bądź radkowiecki na gazecie). Ci, którzy mają konta, mogą wbijać przez blipa (radkowiecki) albo przez facebooka (Radek Teklak). Podam wtedy bezpośredni kontakt do właścicieli zwierzaka.

W imieniu przyjaciół z góry dziękuję za wszelką pomoc i szerzenie słowa.

fotka1

fotka3fotka2

środa, 03 listopada 2010

Półtora roku nie pisałem, bo teraz wszyscy oglądają, się znają, piszą, mówią, dyskutują więc co się będę wyrywał. Ale jako, że szarpnąłem w trzy godziny coś, co normalnie zajmuje mi dzień, postanowiłem zrobić sobie nagrodę. I wam napiszę.

Odcinek ma na celu dwie rzeczy. Po pierwsze, będziecie mogli zorientować się jak jałowy przebieg ma moje życie, bo w zasadzie poza pracą, książkami, serialami i spotkaniami przy alko w gronie znajomych i przyjaciół, nie mam na nic czasu. Po drugie, jak już się kiedyś przełamiecie i się do mnie przy tym alko przysiądziecie, będziecie wiedzieli o czym zagaić żeby rozmowa nie zgasła po trzech sekundach.

Możecie do mnie na przykład zagaić o fajnej książce, opowiedzieć interesująco interesującą dykteryjkę portową, zapoznać mnie ze swoją młodą i atrakcyjną koleżanką[1] albo pogadać o serialach. I właśnie z seriali wam zrobie ściągę. Poniżej to, co mniej lub bardziej regularnie oglądam w tej chwili.

American Dad - jest tak głupi, że boli. Nie ma praktycznie Klausa. W zasadzie nie wiem dlaczego ciągle to włączam.

Big Bang Theory - bo Sheldon to aktualnie najlepiej grana postać w serialach. Bo dalej śmieszy do skurczu przepony. Bo to dla mnie w tej chwili najlepszy sitcom.

Caprica - po pilocie wszystko mi wystygło. Ale była trochę nuda więc wróciłem do oglądania. Na drugi sezon czekałem z pewną niecierpliwością, bo naprawdę chcę się dowiedzieć jak powstali Cyloni i dlaczego 12 kolonii zniszczono za nasze grzechy.

Castle - bo Nathan Fillion jest świetny. I jego matka jest świetna. I córka. I para detektywów. I Beckett też. Co z tego, że scenariusze coraz durniejsze jak one-linery coraz śmieszniejsze.

Chuck - od sezonu trzeciego bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby, bo wolałem Chucka jako pracownika Buy More niż Chucka jako prawdziwego szpiega.

Community - wpadł mi na listę przypadkiem i nagle okazało się, że jest śmieszny. Troy i Abed to świetna para komediowa. Ostatnia pół minuty każdego odcinka to pokaz przepysznej psychodelii. I jest stary Chevy Chase, którego uwielbiam za to, co mi zrobił w dzieciństwie. Śmieszył do łez.

Cougar Town - fajna grupa ludzi, trochę śmiesznych momentów i Courteney Cox, która starzeje się tak pięknie, że oczu nie mogę oderwać.

Desperate Housewives - jedyny serial, który potrafi mnie autentycznie wzruszyć. I nieważne, że Gabrielle Solis to najbardziej obrzydliwy charakter jaki miałem okazję spotkać przez ostatnie 10 lat, gospodynie z Wisteria Lane dają radę.

Dexter - odkąd zabrakło osoby, która swoją manierą aktorską doprowadzała mnie do płaczu, serial ogląda się dużo przyjemniej. Następnie twórcy zlikwidowali kolejną tego typu postać. Potem zrobili to jeszcze raz. Lubię twórców, którzy tak celnie odgadują moje antypatie i natychmiast robią mi dobrze. Oczywiście lubię też Dextera Morgana. No i krew jest.

Entourage - serial zjeżdża po bardzo stromej pochylni ale trwam dzięki przerysowanemu ale brawurowo zagranemu przez Pivena, agentowi głównego bohatera. Ari Gold to świnia, bydle, koniunkturalista, konformista, ochłap ludzki. No ktoś, kogo nie chcielibyśmy mieć ani za przyjaciela, ani za wroga. A mimo wszystko wzbudza jakąś perwersyjną sympatię. Do tego tworzy przepiękne, piętrowe przekleństwa, których mogę słuchać w kółko gdyż lubię dobry bluzg.

Eureka - kto nie lubi szeryfa Cartera ten konfident. Chociaż przeskok w czasie z ostatniego sezonu nie służy serialowi, to i tak fajnie się mi to ogląda. No i Erika Cerra, której nawet korekcja nosa nie dała rady zeszpecić.

Family Guy - obleśny i głupi. Oglądam z tych samych powodów, z których patrzę na American Dad. Oh, wait - nie ma żadnych powodów. No dobra, wymyśliłem trzy - Stewie, Brian oraz to, że odcinek trwa tylko 20 minut.

Fringe - na początku śmiałem się oglądając. Teraz uważam, że się myliłem, bo to kawałek dobrego filmu z pogranicza sf i sensacji. Widać, że chcieli przycelować w X-Files ale w odpowiednim momencie przestali się wygłupiać, robią swoje i sprawiają mi swoją robotą przyjemność. Nie zepsujcie tego.

Futurama - w ogóle jakieś pytania są tutaj?

Good Wife - nie lubię dramatów sądowych ale ten mnie jakoś kupił. Dobrze zagrany, drugi sezon się w końcu rozkręcił i zaczęli knuć z większym rozmachem. Do tego Will Gardner z Eli Goldem zamiatają jak mistrzowie curlingu. Bym zapomniał - Archie Panjabi jest tak zjawiskowa, że w niektórych momentach z trudem oddycham. A właściwie dyszę.

Grey's Anatomy - gonię z sezonami ale widzę, że może być problem. Stężenie emo i słodyczy jest takie, że grzęznę. Z drugiej strony Sandra Oh. Jeszcze nie zdecydowałem.

Hellcats - na wpół rozebrane ładne dziewczyny tańczą i robią szpagaty. Poważnie pytacie mnie o scenariusz?

Hot in Cleveland - nawet nie bardzo jestem w stanie opowiedzieć o czym to jest ale trzy ładne panie pod czterdziestkę i ich stuletnia sąsiadka (rewelacyjna Betty White) dostarczają mi co tydzień 20 minut dobrej zabawy.

House - gdzieś tak w okolicach 4 sezonu serial zaczął mnie przerażać, bo każdy kolejny odcinek był lepszy od poprzedniego i każdy kolejny sezon był lepszy od poprzedniego. Według mnie trend utrzymany. Do tego Hugh Laurie jest jednym z tych nielicznych facetów, z którym poszedł bym do łóżka (pomimo tego, że heteroseksualizm mnie cechuje).

How I Met Your Mother - sezon piąty walił malizną, że aż strach. W tym się odkuli i stali się na powrót śmieszni. I tylko Barney był nieustająco awesome. Bo jakby Barneya zabrakło, to szybko bym HIMYM odsubskrybował.

Lie to Me - nie mam pojęcia w jakim właściwie kierunku ten serial dąży ale Tim Roth mówiący do kobiet 'love' wysładza mi nieco tę wycieczkę bez przewodnika.

Melissa and Joey - my guilty pleasure. Rzeczony sitcom jest tak głupi, że zgroza. Pewnie dlatego mnie trochę śmieszy. A ja potrzebuję dużo śmiechu, bo śmiech jest najlepszym wynalazkiem na świecie.

Mentalist - w pierwszych sezonach Patrick sprzedawał dużo fajnych sztuczek mentalisty, teraz juz trochę mniej. Wątek Red Johna raz znika na pół sezonu, raz zajmuje trzy kolejne odcinki. Nie czuję żadnej chemii między bohaterami. Sprawcę wskazuję najdalej po kwadransie, bo zagadki kryminalne są najczęściej mało finezyjne. Podpowiedzcie mi, dlaczego ja to dalej oglądam, bo właściwie nie wiem?

Modern Family - drugi najśmieszniejszy po BBT sitcom, jaki aktualnie leci w telewizji. Obsada bezbłędna a Ed O'Neil, jego latynoska żona i syn Manny to najbardziej zabójcze kombo we wszechświecie. Jak wam ktoś mówi, że Modern Family jest słabe, to znaczy że nie jest w stanie odróżnić dobrego, inteligentnego i śmiesznego sitcomu od martwej kuny w sosnowym młodniku.

Sanctuary - dobrze zbalansowany udział odcinków głównotematowych ze standalonami[2], są eksplozje, są abnormals (nie wiem jak to przetłumaczyli na polski), jest wilkołak, jest Wielka Stopa, jest Amanda Tapping (kolejna aktorka, która im starsza tym lepsza), jest Agam Darshi (podoba mi się ostatni trend na wrzucanie do obsady osób o egzotycznej urodzie rodem z Bollywood, bardzo mi się podoba). I w ogóle jest miło.

Sons of Anarchy - pisałem kiedyś dlaczego go lubię, nic się nie zmieniło. Jeden z najlepszych aktualnie emitowanych seriali.

South Park - chłopaki mają niesamowitą zdolność - średni odcinek, przeciętny odcinek, słaby odcinek, fatalny odcinek, przestaję was oglądać ale dam wam ostatnią szansę, fatalny odcinek, który ratuje scena dla mnie genialna. W bieżącym sezonie się rozszaleli, bo w odcinku ostatniej szansy wkleili zarówno Mechaniczną Pomarańczę (co było po nastajaszczy horror szoł), jak i Cthulhu (co było bardzo fhtagn).

Supernatural - Kripke opowiedział to co chciał opowiedzieć w pięciu sezonach. Sezon szósty groził katastrofą. O dziwo daje radę. Zresztą nie czarujmy się - przygody braci oglądałbym nawet gdyby trafili do domu Ridge'a.

Terriers - cichy bohater aktualnego sezonu. Świetna nuta w openingu, ładne scenariusze, fajna drama (odcinek 7, z siostrą, rozdziera serce na pół), inteligentny humor, nienachalne, finezyjne teksty w stronę widza. Nic tylko siadać i oglądać.

Two and a Half Man - alkoholik, irytujący głupek i nieśmieszny nastolatek. Serial moim zdaniem powoli się stacza ale na razie mają dobry współczynnik śmiechu na odcinek więc oglądam. Bo jak już pisałem wcześniej, ja potrzebuję śmiechu jak tlenu. Życie bez śmiechu to śmierć za życia.

Weeds - mam wrażenie i nadzieję, że moja wspólna podróż z Nancy dobiega końca. Nie wiem co się stało pani Kohan ale tak epickiego dżampnięcia szarka i spieprzenia świetnego serialu to ja nie pamiętam. Specjalnie dla tych, którzy zaczynają z Weeds ukułem teorię - serial zaczął się kiepścić odkąd z openingu wyleciała piosenka 'Little Boxes'. Więc się nie zdziwcie. Bieżący sezon ma jedną, małą przewagę nad poprzenimi dwoma, które były litości. Jest on miejscami śmieszny.

31 tytułów jak obszył kordonkiem. Kiedy ja właściwie znajduję czas na cokolwiek innego to moja tajemnica, której nie zdradzę na forum publicznym. Ale możecie mnie o to zagaić przy piwie.

Oczywiście nie możemy zapominać o rzeczach, które się skończyły ale będą następne sezony. Że tak spod dużego palucha rzucę Burn Notice, Human Target, V czy Warehouse 13. No ale to zupełnie inna historia, którą wam opowiem jak skończę jajo w majonezie pod szczypior. Do poczytania.

[1] Jak ktoś ma zamiar posapać i się ponapinać, że ten tekst jest seksistowski, to może śmiało pospierdalać. Piszę to, bo już sapali i się napinali a ja naprawdę nie wiem o co im chodziło. Znaczy mam kilka pomysłów ale to świadczy źle wyłącznie o nich. Oszczędźcie więc sobie bólu.
[2] To słowo wygląda tak brzydko, że nie mogłem go nie użyć.

wtorek, 02 listopada 2010

Jedna rzecz w całej tej jesieni jest dobra. No dobra dwie: atrakcyjnie obniżone temperatury i przesiadka z roweru do komunikacji miejskiej. Dzięki temu drugiemu, ilość czytanych tygodniowo książek skoczyła do 2-3 sztuk (nie powiem z ilu skoczyła, bo się swojego wiosenno-letniego lenistwa trochę wstydzę[1]).

 

UWAGA, CAPS LOCK PRZEMÓWIŁ - gdy pisałem jakoś do mnie nie dotarło, że zdradzam dosyć istotne dla odbioru książki rzeczy. Zwrócił mi na to uwagę jeden z komentatorów. Dlatego zdecydowałem się na dodanie na początku ostrzeżenia: w dalszej części trochę psuję radość z odkrywania świata opisanego w Miasto i miasto. Więc może tak - książkę polecam, brać w ciemno, jest świetna. Do mojego tekstu wrócić po lekturze albo nie wracać, bo do tego czasu internet napisze mnóstwo innych rzeczy. Dziękuję za uwagę.

 

Tydzień ubiegły był pierwszym tygodniem jesiennego przebudzenia, amoku i bankructwa. Od tamtej pory znalazłem czas na starszego Ketchuma, znalazłem czas na wpisane niedawno na listę 'koniecznie' Requiem dla snu (czy tylko mnie telepie gdy widzę takie tłumaczenie, czy też może tłumaczenie jest w porzo a ja nie skumałem o co w książce i filmie chodzi, dżim?), dokończyłem przykurzonego Wolskiego, zacząłem w końcu czytać Skórę Kathe Koji (Koi?). No w ogóle szał.

A potem zadałem na blipie pytanie o coś, co mnie po Dziewczynie i Requiem przeciągnie po glebie jeszcze bardziej i objawił się nasz doradca od rzeczy dziwnych i egzotycznych, niezawodny Blindlibrarian (tam, w Beszel) aka Braineater (tutaj, w Ul Quomie). Zasunął książką Miasto i Miasto pióra China Mieville (nie podejmuję się odmieniać ani imienia, ani nazwiska), podjąłem ryzyko finansowe, po 3 dniach skończyłem ją czytać i, zwyczajowo już, zacząłem kląć. Bo widzicie, 4 dyszki za 3 dni czytania to jest trochę przegięcie pały. Tak w ogóle muszę napisać jakąś hejtnotkę o cenach książek w tym kraju, bo to jest bandytyzm w biały dzień i rozbój na prostej drodze. Oraz wychowywanie pokolenia analfabetów, bo za 3 książki mam grę na peceta a za 4 na konsolę. To który nastolatek o zdrowych zmysłach zdecyduje się przepłacać za książki, męczyć się z czytaniem... Dobra, ja nie o tym.

Kląłem, bo Miasto i Miasto ma niekorzystny wskaźnik atrakcyjności (cena / czas poświęcony na czytanie x radość z lektury) gdyż jest za droga i za szybko się czyta. I tylko radości z lektury miałem całe mnóstwo chociaż była to radość dziwna, o czym za chwilę.

Dziwna radość wzięła się stąd, że to bardzo schizofreniczna książka jest. Mieville wrzucił motto z Brunona Schulza (Sklepy cynamonowe): 'Otwierają się w głębi miasta, żeby tak rzec, ulice podwójne, ulice sobowtóry, ulice kłamliwe i zwodne'. A potem potraktował ten fragment bardzo dosłownie i stworzył coś, z czym się do tej pory nie spotkałem nigdzie - dwa miasta zajmujące prawie ten sam obszar. Pomimo wypełniania tej samej przestrzeni, są to dwie różne jednostki administracyjne. Mieszkańcy Beszel nie mogą przekroczyć granicy z Ul Quomą i odwrotnie, bo następuje Przekroczenie, które jest przestępstwem największym. Wkracza wtedy obdarzona złą sławą superjednostka Przekroczeniówka, która delikwenta dokonującego przekroczenia znika. Działanie jej jest możliwe dzięki ustaleniom między władzami obu miast i bardzo silnego tabu, którego naruszenie jest dla większości mieszkańców niewyobrażalne.

Tutaj wtręt - pomysł jest świetny ale miałem problem z ogarnięciem siły tego tabu. Brak mi usystematyzowanej wiedzy, informacje o różnych dziwnych zakazach biorą się raczej z ogólnego oczytania ale bardzo trudno było mi przyjąć na klatę, że ludzi może aż tak pogiąć. Wszelkie przykłady prawdziwych zakazów, dziwniejszych niż Przekroczenie, powitam w komentarzach z radością. Wracamy prędziutko do tematu.

Ponieważ przekroczeniem może być praktycznie wszystko, mieszkańcy obu miast od dziecka uczą się przeoczać wszelkie przejawy i formy drugiego miasta - jego obywateli, ich ubrania, budynki i szerzej architekturę, autobusy i tramwaje, śmieci[2], zdarzenia i wypadki nawet, a zwłaszcza, jeżeli mają miejsce metr od ciebie. Podczas lektury miałem dojmujące poczucie deja vu, bo kojarzyło mi się to z połową powieści Zajdla gdzie ogłupieni, oszukani bądź samoogłupiający i samooszukujący się mieszkańcy Ziemi/stacji kosmicznej starają się nie dostrzegać i nie urażać swoich aktualnych władców[3]. Mieville bardzo udanie wprawił mnie w ten stan, który można nazwać tylko po francusku, bo pomimo tego, że nie daje mi żadnych wskazówek kiedy i dlaczego nastąpiło rozdzielenie miast, to pisze tak przekonująco, że bardzo szybko zacząłem traktować świat zastany jako coś normalnego. Normalnego w sensie łatwości poruszania się po nim przeze mnie jako przez czytelnika. Przy tak wykręconym patencie, to naprawdę duża sztuka a nie z masłem buła.

Gdyby nie patent z Przekroczeniem, fabuła byłaby sztampowa do bólu bo Mieville nie wymyślił specjalnie skomplikowanej intrygi - zabójstwo, śledztwo, trochę polityki, niepokoje społeczne, ekstremistyczne grupy nawołujące do rozdziału, międzynarodowa korporacja i twardy, chandlerowski inspektor. W zasadzie nic, czego nie dostałbym gdzieś wcześniej. Ale dzięki patentowi z Przekroczeniem, autor mógł kopnąć nas w głowę i mógł wrzucić kawałek, przy czytaniu którego drżałem z rozkoszy - główny bohater ściga mordercę po tych samych ulicach ale każdy z nich jest w innym mieście. I jest problem, bo bez Przekroczenia nie da się niczego zrobić[4], nie można nawet drugiej osobie zbyt natarczywie się przyglądać. W końcówce książki, robi nam się jeszcze bardziej, bo jeden z bohaterów przemieszcza się w ten sposób, że nie da się jednoznacznie określić, w którym mieście się znajduje, co paraliżuje pracę organów ścigania. No same smakowitości.

I tylko jedna mała łyżeczka dziegciu w wielkiej beczce pysznego miodu - konstrukcja bohaterów. Z żadnym się nie zżyłem, z żadnym się nie zaziomiłem, na żadnym mi nie zależało, żadnego za miesiąc nie będę pamiętał. Może oprócz głównego bohatera, inspektora Borlu z Brygady Najpoważniejszych Zbrodni. To w zasadzie jedyna słabość tej ksiażki, bo w takiej książce chcę bohaterów, za których będę dawał choćby najmniejszego faka. A tu nic - dobrze napisani a nie zachwycają. I właśnie przez to nie mogę wbić do chóru pod batutą Neila Gaimana, w którym mógłbym w grupie pośpiewać 'Literatura nowego stulecia'. Szkoda, bo Miasto i miasto miało wszelkie szanse, by zostać dla mnie powieścią wybitną. A tak jest tylko bardzo dobra. Na szczęście jestem tylko amatorem, który się nie zna, wcześniej wypowiedzieli się fachowcy i książka skosiła Hugo, Locusa i nagrodę Arthura C. Clarka.

Oczywiście się droczę - rzecz jest warta każdej złotówki jaką na nią wydacie a wszystkie nagrody jakie skosiła są jak najbardziej zasłużone. Wysupłajcie kasę, miłej lektury i do poczytania. Ja zaś udaję się na mało skomplikowane poszukiwania innych rzeczy tego szalonego Angola, bo widzę, że warto się z nim bliżej zapoznać.

 

[1] Z drugiej strony mam pewność, że pomimo nikczemnej cyfry i tak latem czytałem więcej niż 80% społeczeństwa. Tak, najważniejsze to podbijać bębenek dobrego samopoczucia.
[2] Pyszny krótki kawałek o cyklu życia śmieci wart jest osobnej nagrody dla pysznego, krótkiego kawałka o rzeczach niezauważanych.
[3] Mniemam, że kojarzycie o co chodzi w moim skrócie myślowym. Wyjście z cienia, Proksowie, zakaz korzystania z piłek do rugby, cygar albo wykreślenie mrówek z podręczników mniej mi się kojarzyło z cenzurą a bardziej z oszukiwaniem samego siebie i niewidzeniem pewnych rzeczy. Jak ulał przeoczanie.
[4] Znaczy da się. Jedyne miejsca gdzie nie dochodzi do Przekroczenia a legalnego przekroczenia granicy między miastami, to specjalnie wyznaczone punkty kontrolne (Hale Łącznikowe). Bohater mógł wrócić do takiego punktu, przekroczyć zamiast Przekroczyć, po czym kontynuować pościg. Jak na złość, po drodze żaden punkt się nie przytrafił więc mogliśmy się cieszyć przepiękną, psychodeliczną sceną, zakończoną trzęsieniem ziemi.