To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
czwartek, 22 listopada 2007

Dwa w jednym - przed chwilą coś o książkach, teraz coś o życiu. Dziś ciąg dalszy pytań zaczynających się od 'jak'. Pisownia oryginalna. Są wyrazy fizjologia, więc osoby wrażliwe są proszone o pospierdalanie na blogi poświęcone poezji.

Jak się pędzi wino swojskie - baniak, woda, ryż, cukier, drożdże, rodzynki, dwa tygodnie, miłej śmierci mózgowej życzę. Nauczcie się czytać ludzie.
Jak się czujesz po upiciu - zazwyczaj wyśmienicie. Czasami kiepsko. Nierzadko chujowo. Raz na jakiś czas chcę umrzeć. Bywa, że lustro jest mym największym wrogiem. Normalnie jak w życiu.
Jak się hartować - jak stal: najpierw się rozgrzać a potem szybko oziębić. Aczkolwiek ludy północy twierdzą, że po takim traktamencie człowiek szybko pęka i sugerują nieco inną metodę. W pierwszym tygodniu obniżasz temperaturę wody, którą płuczesz się po prysznicu o 1 stopień. W drugim tygodniu o kolejny stopień. W trzecim o następny - łapiesz algorytm? Gdy woda osiągnie najniższą możliwą temperaturę dostępną w twoim kranie, jesteś zahartowany i możesz zacząć nacierać się śniegiem albo kąpać w przeręblu. Chyba, że wcześniej pierdolniesz na zapalenie płuc. I takie mi się pytanie na koniec nasuwa - po ki chuj się hartować w dobie centralnego ogrzewania, farelek, słoneczek, kurtek polarowych z windstoperem i efektu cieplarnianego?
Jak się upić herbatą - co wy kurwa z tą herbatą macie? Do więźnia się wybieracie, czy co?
Jak sprawdzają oglądalność programów - do telewizora podłącza się taką sprytną czarną skrzyneczkę, która jest narzędziem inwigilacji a na dodatek skanuje mózgi domowników... Kurwa, to nie to. Zapomnijcie, że to przeczytaliście. W przeciwnym wypadku będę was musiał zabić. Bierzemy ochotników spełniających określone kryteria, montujemy im przy wszystkich odbiornikach telewizyjnych czarne skrzynki i dajemy specjalne piloty. Ochotnik, gdy zasiada przed telewizorem, loguje się, skrzynka rejestruje co w danym momencie ogląda, wyniki wysyła do centrali, centrala nas ocali. Efektem są słupki, dzięki którym pół Polski ogląda debilizmy typu M jak M, Na dobrej, Na złej, Na wspólnej i Kiepskich a lepszy film to właściwie długi blok reklamowy przetykany kawałkami tegoż filmu. Nienawidzę was, pieprzeni ochotnicy.
Jak sprawnie doprowadzić faceta ustami - ale wy jesteście pojebane. Facet, który nie jest impotentem, potrafi się spuścić nawet w sytuacji, w której długo, namiętnie i z uczuciem wpatrujecie się w jego penisa. Ale jak rozumiem w kiblu na dyskotece nie ma czasu ani warunków do gapienia się na chuja i trzeba szybko kończyć. Wracając do ad remu - w większości wypadków wystarcza, że weźmiecie rzeczonego penisa do ust i zaczniecie miarowo poruszać głową w górę i w dół (jeżeli leżycie) albo w przód i w tył (jeżeli robicie to na stojaka w kiblu na rzeczonej dyskotece). Pamiętajcie tylko, by przed robieniem laski odsłonić żołądź... To jest ten kawałek pod napletkiem... Dżizas, kurwa, ja pierdolę, czego oni was teraz w tych szkołach uczą. To jest końcowy fragment fiuta... Nie przy jądrach, kurwa mać. Ten koniec, z którego wylatuje siku. Napletek, zwany przeze mnie frywolnie nafletkiem, to skóra, która go okrywa. Kawałek poniżej ujścia cewki mocz... część prącia... penisa. Od początku: kawałek poniżej miejsca z którego wylatuje siku (ten wąski kawałek skóry, która przedziela żołądź na pół, tak... u dołu) nazywa się wędzidełko (nie musisz tego pamiętać, bo nie jesteś od imponowania chłopakom tylko od sprawnego zrobienia laski w kiblu), dzięki któremu nie naciągniesz mu napletka na jądra. Aha, jest to zasadniczo najbardziej wrażliwa część penisa. Tak, skoncentruj się na tym kawałku, to szybko i sprawnie się uwiniesz. Nie zapominaj, że za tobą ustawia się kolejka zniecierpliwionych par. 
Na koniec trzy podpowiedzi: jąder nie gnieć, penis powinien być we wzwodzie... stać powinien, nasienie... przepraszam, spermę połknij. Miłego doprowadzania faceta ustami.
Jak sprowokować faceta - powiedz mu, że ma małego penisa albo, że jest impotentem.
Jak sprowokować kobietę - powiedz jej cokolwiek gdy jest nie w humorze (czyli prawie zawsze).
Jak stworzyć ruszczki - nie graj w Tibię, przecież ci to mówiłem. Dziewczyny są fajniejsze od Edron, PoHa czy Mount Sternum.
Jak szybko trzeźwieje się po alkoholach - co za głupek, jeszcze nie zaczął pić a już zastanawia się kiedy wytrzeźwieje. Z takim podejściem napij się Kubusia.
Jak upić kolegę - jeżeli jesteś jego kochającym żarty kumplem i chcesz go upić, wetknąć mu w dupę butelkę a film z zajścia wstawić na jutuba, to postaw mu piwo a w momentach gdy nie będzie patrzył, dolewaj mu odrobinę wódki. Po trzecim piwie powinien stracić przytomność. Aha, jesteś chujem. Jeżeli jesteś jego koleżanką, która w desperacji doszła do wniosku, że jedyną metodą seksu z kolegą jest seks po pijaku (bo na trzeźwo dzwoni po Greenpeace), to masz trudniej. Jak go spoisz za bardzo, to zaśnie (to akurat dla ciebie plus, bo nie będzie się ciskał) ale nie stanie mu (więc z seksu nici). Jak wypije za mało, to w momencie gdy zaczniesz się do niego dobierać może zacząć spychać cię drągiem do wanny. Pozostaje ci metoda prób i błędów, w końcu się uda. Aha, jesteś głupią cipą.
Jak zwalić sobie fiuta porady - najlepiej ręką. Trwają dyskusję czy fajniejsze jest walenie gruchy pod obraz czy z pamięci ale nie dzielmy włosa na czworo. Niektórzy twierdzą, że najlepiej walić sobie fiuta przy pomocy kobiety ale dla osoby stawiającej pytanie tak jak ty, dostęp do kobiety jest pewnie mocno utrudniony.
Jak uprzyjemnić sobie masturbację - metod jest wiele, celem zapłodnienia waszej wyobraźni podam kilka najprostszych sposobów.
- nagraj następujące mp3: 2 minuty ciszy a następnie głośny okrzyk 'mamo, mogłabyś na moment przyjść!'. Zostawiasz uchylone drzwi od pokoju, odpalasz mp3 i jedziesz na ręcznym. Myśl, że za 2 minuty wejdzie matka i zobaczy cię z ptakiem w ręku, motywuje do szybszego rękodzieła. To taki domowy surogat seksu w windzie.
- znajdź wąskie pomieszczenie gospodarcze na miotły, wbij się do środka i zacznij się onanizować. To taki domowy surogat seksu w samolocie.
- pójdź wieczorem do parku, siądź na ławce przy niezbyt oświetlonej alejce i zacznij masturbację. Dreszczyk emocji 'ktoś przejdzie czy mi się uda' doda smaczku. To taki domowy surogat szybkiego numerka w miejscu publicznym. Aczkolwiek ryzykujesz, że ktoś cię weźmie za żałosnego ekshibicjonistę.
- nalej ciepłej wody do wanny, wejdź do niej, jedną ręką się onanizujesz, z drugiej pociągasz piwo, udając że to szampan. Jeżeli dasz radę, to puszczaj w trakcie bąki. To taki domowy surogat romantycznego seksu w jacuzzi.
O tak banalnych metodach jak ryż, mucha, folia spożywcza czy kąpielówki nie chce mi się opowiadać, bo to wszyscy znają. A więc do roboty - free your mind i niech was ogranicza tylko wasza nieograniczona wyobraźnia.
Jak walić facetowi - jeżeli jesteś innym facetem, to z pięści. Jeżeli jesteś kobietą, to z liścia. Jeżeli jesteś facetem i chodziło ci o to, jak walić facetowi konia, to przestań, bo to grzech, choroba, gwałt na prawach boskich i abominacja. Jeżeli jesteś kobietą i chodziło ci o to, jak walić facetowi konia, to najlepiej robi się to waginą, ustami, piersiami albo tyłkiem. Ręką nie ma sensu, bo przecież on ma dwie własne.
Jak wejść w dupala bezboleśnie - zarówno jeżeli chodzi o robienie kariery, jak i o seks analny, odpowiedź jest jedna: dużo wazeliny. W przypadku pracy sprawdza się w 99 przypadkach na 100 (ten jeden przypadek to zwyrodnienie pod tytułem 'szef-kretyn, który nie reaguje na pochlebstwa ale za to przygląda się jak kto pracuje, no co za debil'). W przypadku seksu trzeba najpierw sprawdzić czy wazelina nie rozpuści prezerwatywy. Jeżeli rozpuszcza sugeruję wykorzystanie oliwek nawilżających na bazie wody albo profesjonalnych lubrykantów (w dobie internetu nie musisz nawet wizytować sex-shopu w przebraniu). Miłej zabawy.
Jak wygląda wrzud na pośladku - hójowo, powiem ci.
Jak wyglądało życie bogów olimpijskich - stary, Kanada normalnie. Pomijając drobne scysje typu oszamanie swoich dzieci przez Kronosa, mieli jak u Uranosa za piecem. Wciągali ambrozję, popijali nektarem, smakowało to wybornie a na dodatek obdarzało wieczną młodością i nieśmiertelnością. Po południu sjesta, potem knucie i intrygi Olimpijskie, jakaś wojenka, gwałt na śmiertelniku albo śmiertelniczce. Czasami pojedynek z człowiekiem, który zazwyczaj kończył się samobójstwem (Arachne) albo bolesną śmiercią (Marsjasz) tego drugiego. Bogowie prowadzili też działalność dydaktyczną, a dzięki nieco ekstremalnym i ostatecznym metodom karania (Narcyz, Echo) mieli świetne wyniki. Jak było całkiem nudno, to można było nawmawiać okrutnych głupot wróżbitom, dzięki czemu mamy teraz tak radosne opowieści, jak mit o Edypie albo sprowokować dziesięcioletnią wojnę pod murami Ilionu. Tak, cysorz to ma zawsze klawe życie.
Jakie wpadki mogą spowodować zaniki pamięci - nader często wpadka pod tytułem 'będziemy mieli dziecko' powoduje zaniki pamięci u faceta. Innych nie kojarzę.
Jakie firany do czerwonych ścian pokojowych? - kochanie, czerwone ściany mogą być tylko wojenne. Dlatego sugeruję firany ze wzorkiem swastyki, krzyża albo wikińskich toporów.

Starsi pewnie kojarzą - w latach 1994-1996 pół Polski zasiadało przed telewizorem i oglądało WC Kwadrans. Część dlatego, że identyfikowała się z poglądami przez autora lansowanymi. Część dlatego, że nienawidziła go jak psa. Jeszcze inna część z ciekawości, na zasadzie 'ciekawe komu dzisiaj dopieprzy'. Moim zdaniem i z mojego punktu widzenia ten program Cejrowskiemu bardziej zaszkodził niż pomógł. Zaszkodził, bo w głowach licznej grupy ludzi Cejrowski pozostał jako prawicowy oszołom i ciemnogrodzianin, który krytykuje postęp, wolność i wyjebkę a do tego ma wyjątkowo irytujący głos. A przecież ten facet jest przede wszystkim podróżnikiem i kapitalnym gawędziarzem, który o swoich wyprawach potrafi opowiadać długo, ciekawie i z humorem. O czym przekonały mnie dwie jego książki, które w ubiegłym tygodniu pochłonąłem z dużą przyjemnością i w ekspresowym tempie. Najpierw krótko o Autorze.

Wojciech Cejrowski od 20 lat śmiga po świecie. W tym czasie odwiedził 40 krajów na 6 kontynentach. Najczęściej jeździ do Amazonii. Czytając listę jego wypraw, przeciętnemu pracownikowi biurowemu żal dupę ściska. Wszędzie był, wszystko widział, nic tylko siąść, zazdrościć i narzekać, że nas na takie brewerie nie stać. Sam Cejrowski w takie kwękanie nie wierzy i udziela nam genialnej w swojej prostocie rady: sprzedaj lodówkę i jedź[1]. Swoją sprzedał ponad 20 lat temu i od tamtej pory jeździ. A my, żując wędzidło o smaku waniliowym, możemy zapaść się w fotelu i zazdrościć. Bo przecież swojej lodówki nie sprzedamy choćby piekło zamarzło.

Tym przede wszystkim były dla mnie obie wymienione w tytule książki Cejrowskiego - opowieścią o wyrwaniu się z okowów Układu. Wiesz stary, taki kuter... Temu facetowi udało się to zrobić. W maksymalnie dostępnym stopniu, w jakim może się to udać w stechnicyzowanym i prześwietlonym na wylot świecie. On potrafił znaleźć miejsca zapomniane... wróć, nieodkryte przez ludzi. A swoimi książkami ocalił je od zapomnienia. Nie będę czynił rozróżnienia tematycznego między Rio a Gringo, bo obie opowiadają o wyprawach Autora do Ameryki Południowej. Różnica leży w sposobie opisania zastanej rzeczywistości.

Gringo to taki podróżniczy Pratchett, do którego się zresztą Cejrowski odwołuje, którego lubi i ceni. Przez większą część książki leżałem i płakałem ze śmiechu, bo dostałem ten styl opowieści, jaki cenię sobie, być może najbardziej. Z biglem, z jajem, z humorem ale i z nutą transcendencji i mistyki. Bo bez tych dwóch ostatnich ingrediencji, Gringo zamieniłby się w płytki dowcipas. W ciąg skeczy połączonych pretekstową fabułą. Na szczęście Cejrowski do spółki z Tłumaczem (przeczytacie to zrozumiecie) i redakcją dał radę wycisnąć z tematu wszystko to, co dla czytelnika najlepsze. Wszystko podlane dodatkowo odpowiednią ilością sosu erudycyjno-edukacyjnego daje bardzo smakowite danie, które wciąga się z prawdziwą przyjemnością.

Rio Anakonda jest pozycją cięższą, żarty obecne jedynie w pierwszej części, dalej atmosfera gęstnieje i dostajemy tekst, któremu bliżej do antropologii niż powieści stricte awanturniczo-podróżniczej. Co nie znaczy, że czyta się to gorzej, bo Cejrowski nawet o schnięciu farby dałby radę ciekawie opowiedzieć. Kurde, taka bezsilność mnie ogarnia, bo w głowie kłębią się setki słów, którymi chciałbym wam o tej książce opowiedzieć. Z drugiej strony żadne z tych słów nie wydaje mi się właściwe. Więc może zakończę trochę nieporadnie ale szczerze - rozważania Autora odebrałem z różnych powodów bardzo osobiście. Jego podróż do jądra ciemności, dzięki której odkrył nowy kawałek siebie, pozwoliła mi na uporządkowanie kilku swoich rozbieganych myśli. Dzięki czemu zrobiłem kolejny mały krok w stronę stanu zen. Czego i wam życzę. A poza tym: 60 złotych za możliwość poczucia się znowu jak mały chłopiec, który z Tomkiem Wilmowskim, bosmanem Nowickim i Janem Smugą przemierza bezdroża Afryki, Azji, Australii czy obu Ameryk wydaje się ceną mało wygórowaną.

[1] Nie wiem ile w tym anegdoty a ile prawdy ale podobno bilet lotniczy na swoją pierwszą wyprawę sfinansował z pieniędzy, które uzyskał właśnie ze sprzedaży swojej lodówki.

środa, 14 listopada 2007

Kącik literacki będzie w następnym wpisie, bo nie mam chwilowo melodii. Wpis zaś dzisiejszy będzie pierwszym z, mam nadzieję, dłuższej serii. W której to serii postaram się odpowiadać na pytania nurtujące wchodzących na tego bloga. Google analytics to piękne narzędzie, z najlepszą na świecie opcją: keywords. Osoby ciekawskie mogą sprawdzić jakie to nurtujące problemy przygnały na ich stronę albo bloga spragnionych wiedzy internautów.

Jestem dobrym i uczynnym człowiekiem. Trochę w życiu przeżyłem, trochę w życiu przeczytałem, trochę w życiu przecierpiałem. Myślę, że te kilka siwych włosów na głowie i kilka odpowiedzi na pytania w głowie, uprawnia mnie do uruchomienie kącika doradczego na poważnie. Formuła będzie taka, że będę sobie wybierał co lepsze kawałki i na miarę swoich nikczemnych umiejętności, prostował kręte ścieżki ludzkich żywotów. Od razu ostrzegam - może być obscenicznie. A zatem... Zaczynam. Dzisiaj przyjrzę się zapytaniom najbardziej klasycznym w formie, czyli tym zaczynającym się na 'jak'. Pisownia oryginalna.

Jak leczyć czyraki - ostatniego którego miałem, zoperowałem własnoręcznie. Potrzebne do tego będą: scyzoryk makgajwer (albo inne odpowiednio ostre narzędzie), źródło otwartego ognia (odradzam świecę, bo kopci), 200 gram wódki oraz ręcznik, którego nie lubicie. Scyzoryk wyparzacie nad ogniem, oblewacie odrobiną wódki, pozostały alkohol wypijacie, nacinacie czyraka, wyciskacie go na znienawidzony ręcznik do momentu, w którym przestaje płynąć białe, żółte i zielone a zaczyna czerwone. Potem trzeba te ruiny przemyć ciepłą wodą, przetrzeć resztką wódki, przylepić plaster, iść na imprezę.
Jak dogodzić facetowi - zrobić laskę, przynieść piwo i dać święty spokój.
Jak gwizdać bez palców - gwizdanie jest niekulturalne. Gwiżdżą kibole, chamy, prostaki i brudne ćpuny. Zamiast gwizdać możesz krzyknąć 'e, laska'. I też będzie git.
Jak komuś fajnie dogadać - Wujek Cięta Riposta twym przyjacielem. Nie żartuję, w 7 przypadkach na 10 'spierdalaj' spełnia swoje zadanie. Jeżeli banalne 'spierdalaj' cię nie zadowala, to musisz przeczytać jakieś 600 książęk, obejrzeć ze 300 inteligentnych filmów, słuchać jak rozmawiają mądrzejsi od ciebie i po 5-10 latach samo przyjdzie.
Jak leczyć zastrzał palec - spierdalaj. Albo nie, ugotuj go sobie we wrzątku.
Jak ładować się na tibi bez kolejki - kup konto premium. A najlepiej to w ogóle nie ładuj się w Tibię, bo to Zło.
Jak mieć mocniejszą głowę - jedni twierdzą, że człowiek się z tym rodzi. Inni, że można to wyćwiczyć. Najsensowniejszej porady udzielił Kazik - 'Na weselach często womit, ja wam powiem moi mili: dobra metoda - wypić rosół przed wszystkimi'. Dobre są też flaki, golonka i inne tłustości. Nie polecam wpierdalania połowy kostki masła, bo będzie womit bez alkoholu, ani picia szklaneczki oliwy, bo będzie sraczka zamiast imprezy.
Jak napisać donos na kogoś - zacznij od 'Uprzejmie donoszę, że obywatel/-ka...' a potem już samo pójdzie.
Jak napisać przypowieść - zaprawdę, powiadam wam, pojęcia bladego nie mam. Ale wydaje mi się, że powinno to być metaforyczne przedstawienie jakiegoś tematu okraszone sensownym morałem.
Jak nie obrazić kobiety - ochujałeś? To już prędzej ci powiem jak przywrócić pokój na świecie w ciągu pół roku. Ale wydaje mi się, że miłe słowa, czułe esemesy i prezenty mogą w pewnym, ograniczonym zakresie, pomóc.
Jak nie wymiotować po pierwszym kieliszku wódki - jeżeli wymiotujesz już po pierwszym kieliszku wódki, to lepiej przerzuć się na Fantę Lemon. A od gorzały trzymaj się z daleka.
Jak obrazić faceta - powiedz mu, że jest chujowy w łóżku i że ma małego penisa. Jeżeli z nim nie spałaś, to powiedz mu, że koleżanki tak mówią. Jeżeli facet jest prawiczkiem, to powiedz mu, że jest impotentem. Jeżeli mieszkasz z nim pod jednym dachem, to w czasie meczu polskiej reprezentacji każ mu posprzątać, powycierać kurze albo wynieść śmieci. Dobrym patentem jest schowanie pilota i niewłożenie piwa do lodówki.
Jak pić absynt - ostrożnie.
Jak pić amaretto/baileys - z kawą.
Jak pić burbon/burbona - ze smakiem.
Jak pić czarny rum - jako mojito.
Jak pić gin - z cytryną, kostką lodu i tonikiem.
Jak pić koniak - w ciszy i skupieniu.
Jak pić likier/ouzo - nie pić.
Jak pić śliwowicę - w herbacie.
Jak pić tequilę - na imprezie.
Jak piję wódkę to nie sikam - spoko, jak piję wódkę to też nie sikam. Sporo osób nie sika gdy pije wódkę.
Jak pisać hołota czy chołota - hołota bo jest Gołota a jak powszechnie wiadomo h wymienia się na g. Albo jakoś tak.
Jak jest po angielsku ruszczka - wunt.
Jak podnieść sobie ciśnienie na komisji - obejrzyj dowolny program informacyjny, popatrz na ludzi w autobusie, wypal 5 fajek pod rząd a następnie zrób 20 przysiadów i 10 pompek. Pamiętaj - czajura to ostateczność.
Jak powiedzieć po angielsku kurwa - jak do kogoś to bitch albo whore. Jeżeli kurwa ma być przecinkiem, to dobre będzie fuck. Jednego tylko nie rozumiem - po chuj chcesz mówić kurwa po angielsku? Przecież po polsku brzmi to nieporównanie piękniej.
Jak powstrzymać bliską osobę od kredytów - powiedz, że kredyt to samo zło i co będzie jak straci pracę? Albo załamie się polska gospodarka? Albo amerykańska? Albo RPP znowu będzie bawić się stopami? Albo złotówka zacznie słabnąć? Albo lodowce podejdą pod nasz dom?
Jak poznać markowe wino butelka - markowe po butelce? To łatwe - markowe wino to jest to wino, pod którym na półce jest przyczepiona najwyższa cena. Kształt butelki jest nieistotny.
Jak poznać że się podobam facetowi - wlej w niego trochę alkoholu i się po prostu zapytaj. Kurwa mać, po co wy sobie tak życie komplikujecie?
Jak poznać że facetowi podoba się kobieta - patrz wyżej.
Jak poznać że facet po czterdziestce kocha - zapraszam za 6 lat.
Jak poznać, czy kobieta mnie kocha - jeżeli nie rzuciła cię do tej pory w pizdu, to znaczy, że chyba trochę kocha.
Jak przytrzymać przy sobie faceta - złap go za rękę i nie puszczaj. Aaaa..., dobra, o inne przytrzymanie chodziło. Zrób mu profesjonalnie laskę. Jak to będzie niewystarczające, to pozwól mu w końcu posunąć się w ten drugi otwór. Ewentualnie możesz go wywałaszyć i wytresować.
Jak rozpracować faceta - a co tu jest do rozpracowywania?
Jak ruchać? - łatwiej pokazać niż opisać ale spróbuję. Postaraj się spełnić jednocześnie kilka warunków: wzwód, guma na instrumencie, jakaś gra wstępna żebyś po suchym nie jechał, porządne łóżko, starzy na wczasach. I najważniejsze - spróbuj wcelować w pochwę (to szersze) a nie w cewkę moczową (to węższe).
Jak rzucić czary na sąsiada - moim zdaniem należy zacząć od wizyty u psychiatry.
Jak rzucić tibie - rozdać wszystkie przedmioty (dobrą opcją jest promocja przed depo, czyli rozrzucanie ich i przyglądanie się jak nubasy się o nie biją), rozdać całe złoto (również w promocji), skasować konto, odinstalować klienta, wyjść z domu, wypić kilka piw i poznać fajną dziewczynę.
Jak się masz dziwko - w porządku, dzięki że pytasz.

Ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi.

wtorek, 13 listopada 2007

Możecie wypuścić powietrze z płuc - nie będzie o RPG, Tibii czy WoWie. Będzie o was - o ludziach, którzy stanowią miażdżącą większość, i których zupełnie nie rozumiem. O ludziach z totalnym brakiem dystansu do życia, wszechświata i całej reszty. A przede wszystkim - do siebie.

Po czym poznać, że komuś brakuje tego dystansu? Po tym, że wszem i wobec obwieszcza, że jest tak zdystansowany do siebie, że najbliższe sadyby ludzkie są oddalone od niego o jakieś 15 i pół tysiąca kilometrów. To prosta zależność - im głośniej i solenniej zapewnia was, że jest wporzo zią, tym większym, zakompleksionym dupkiem się okaże. Człowieka z całym oceanem wyjebki na swój temat (bo głównie dystans do samego siebie mnie interesuje) rozpoznać łatwo - on się w życiu nie zająknie na ten temat a na wszystkie docinki leje moczem gotycko wysklepionym. I potrafi sam z siebie żartować, a sztuka jest to trudna i rzadko prezentowana.

Z brakiem dystansu do siebie rodzi się każdy z nas. I tylko od ciebie zależy, czy będziesz się wkurwiał na każdą uwagę na swój temat, czy przemkniesz przez życie olewając nieprzyjemności, jakimi potrafią uraczyć miłujący cię bliźni. Psychologiem nie jestem więc nie będę się na temat id, ego i superego wymądrzał, bo ja nie w tym kierunku byłem kształcony. Ale tak na chłopski rozum czujemy, że największą wartością dla każdego z nas jesteśmy my sami. Każdy kto twierdzi, że bardziej niż sobą przejmuje się innym, jest załganym łosiem, któremu nie sprzedałbym używanego samochodu. Innymi to się może Jezus przejmował. A my jesteśmy słabi, ułomni, podatni i gdy przychodzi co do czego, w dupie mamy rzeczonych innych - najważniejszą rzeczą jest moja wygoda, moje bezpieczeństwo, mój święty spokój.

Ktoś, gdzieś, kiedyś robił badania - dokładnych cyfr nie podam ale chodziło o to, że w kilkuminutowej wypowiedzi na dowolnie wybrany temat, najczęściej padającym słowem było 'ja'. Dziwnym nie jest, to we mnie jest cały wszechświat, to przede wszystkim dokoła mnie dzieją się rzeczy naprawdę dla mnie istotne (tak, wiem, jest jeszcze rodzina, żona, dzieci ale nie czarujmy się, to kwiatek do kożucha naszego dobrego samopoczucia) i to moja dupa jest dla mnie najważniejsza. I właśnie z tego powodu dziwi mnie fakt, że większość z nas, było nie było zapatrzonych w siebie narcyzów, indukuje w swojej świadomości stany, które prostą drogą prowadzą do szerokiego wachlarza schorzeń na tle psychosomatycznym.

Myślę tutaj o przejmowaniu się i braniu do siebie wszystkiego, co tylko usłyszymy na swój temat. Przodują w tym kobiety ale to bierze się z nieporównanie szerszego spektrum tematów, które je bolą: nowa fryzura, nowe buty, nowa kiecka, nowa torebka, nowa fałdka na brzuchu, nowe zagony cellulitisu, nowe zmarszczki, nowe siwe włosy, nowe, nowe, nowe. Faceci mają pod tym względem więcej luzu, bo o ból dupy przyprawia ich mniej rzeczy: długość penisa, sprawność w łóżku (długość trwania, częstotliwość możliwych powtórzeń i technika[1]), obwód penisa, nowy samochód/motocykl, kształt penisa i piwny brzuch. Wspominałem o penisie?

No dobra, pożartowalim a teraz trochę poważniej. Ludzie przejmują się wszystkim. I gdy mówię wszystkim, mam na myśli dokładnie wszystko. Nie będę wyliczał, bo czytają mnie ludzie inteligentni (wchodzący po frazach 'techniki onanizowania się' proszeni są o pospierdalanie i niekomentowanie), którzy wiedzą o co jest kaman. A jak się człowiek wszystkim przejmuje, to nieuchronnie zamienia się w zgorzkniałego starca (mentalnie), któremu wszystko przeszkadza - politycy, tramwajowy dziadek smród, mróz, upał, spaliny, naddarty banknot dziesięciozłotowy i krzyczące za oknem dzieci. A przy okazji można nabawić się wrzodów żołądka, czego w szczytowym stanie wkurwu na wszystko i wszystkich, byłem bliski.

Wyluzujcie. Bo niby każdy jest cool ale prawda jest inna - obadajcie sytuację typową. Siedzicie w autobusie przy oknie. Obok was uwala się wielki cham, rozpycha się, sapie, wierci, kręci i ogólnie jest trzoda. Co robicie? Część zamknie się w sobie i całą trasę będzie jechać z myślą 'ale bym mu powiedział ale jestem zbyt nieśmiały/bojaźliwy/łorewa'. Cham jedzie wyluzowany a wy wysiadacie z autobusu roztrzęsieni i wkurwieni na wszystko. A to dopiero 9 rano. Ktoś inny zacznie z grubasem toczyć pojedynek na biodra i łokcie (dla postronnego obserwatora jest to bardzo śmieszne) - wkurwiają się obie osoby aż w końcu dochodzi do konfrontacji werbalnej. Efekt jest taki, że drzwi do pracy obaj/oboje otwieracie z buta, dzień zjebany a to dopiero 9 rano. Jeszcze inni od razu rzucą tekstem: i co się kurwa pchasz, spasła maso. I robi się afera, połączona z agresją słowną i, nierzadko, czynną. Strony konfliktu wkurwione, otoczenie zestresowane, dzień zjebany a to dopiero 8 rano. Co robię ja? Obracam się lekko w stronę okna, opieram się barkiem o ściankę i w tej lekko zmienionej pozycji, kontynuuję lekturę, mając wszystko w dupie. Koleś zadowolony, bo wygrał (to taki samczy atawizm, związany z machismo i walkami plemiennymi), ja mam luz. Obaj dojeżdżamy na przystanek spełnieni, dzień jest piękny, życie jest piękne, wszystko jest piękne. A wszystko już to o 9 rano. A jak mam dobry humor i chce mi się ustami ruszać, to grzecznie proszę o rozsądniejsze gospodarowanie ograniczonymi zasobami przestrzennymi. Zawsze z humorem, bo jaki ma sens pierdolenie dnia sobie i drugiej osobie? Kojarzycie - jak się zepniecie, to w najlepszym przypadku zjebane przedpołudnie będziecie mieć wy, w najgorszym wy, on i osoby z otoczenia. Przecież to bez sensu.

Życie jest zbyt fajne, by przejść przez nie z czerwoną mgłą przed oczami i białą pianą na ustach. Odpuśćcie sobie. Zacznijcie od drobiazgów i bądźcie w nieprzejmowaniu się nimi konsekwentni. I ani się obejrzycie jak przestanie was wkurwiać wpychający się przed was w kolejkę koleś. Nie znaczy to oczywiście, że mu na to pozwolicie. Różnica jest taka, że teraz byście do niego skoczyli z rękami albo z opierdolem. Za rok poklepiecie go lekko w ramię i z uśmiechem na ustach kulturalnie poprosicie go o pospierdalanie na koniec owej kolejki. Bo widzicie - dystansu do świata nie należy mylić z biernością, pogodną rezygnacją i przyjmowaniu wszystkich złych rzeczy na klatę. Nie, takie postępowanie byłoby aberacją umysłową i permanentnym samogwałtem dokonywanym na własnej psychice. Dystans nie wyklucza ciętej riposty. On tylko powoduje, że ta cięta riposta nie wywoła u ciebie nadprodukcji kwasu żołądkowego. A przecież twoje dobre samopoczucie jest najważniejsze, nespa?

I tak oto zatoczyliśmy koło - najważniejszy dla siebie jesteś ty sam. Tak, to prawda. Ale z dystansem. Czego wszystkim państwu życzę.

Dlaczego właściwie napisałem ten stek komunałów? Ano widzicie, jestem wierny zasadzie bawiąc-uczy. Bo patrząc na otaczające mnie na co dzień na ulicy, zastygłe w masce wkurwu twarze, to co napisałem, może wcale takim komunałem nie jest? Warto pracować nad sobą w tej materii. Bo najwytrwalszych na krańcu tęczy czeka nagroda - będziecie tak wyluzowani i zadowoleni z życia jak gospodarz tego bloga. I o to chodzi, i o to chodzi.

Na koniec z innej beczki - dokonałem kolejnego odkrycia literackiego, którym w tym tygodniu się z wami podzielę. Szykujcie 60 zł.

[1] Test dla kobiet - chcesz sprawdzić, czy koleś jest bucem, czy pracuje nad sobą? Zarzuć mu, że w łóżku był przeciętny (niezależnie od stanu faktycznego). Przytomny facet zada kilka pytań, doszlifuje technikę i będzie starał się poprawić. Występujący powszechnie w ekosferze samiec zacznie kozaczyć, chwalić się, że jest najlepszym w świecie kochankiem, żadna do tej pory nie narzekała i że to ty jesteś chujowa. A potem się obrazi. Wyśmiewanie się z długości fiuta takiego dupka może prowadzić do trwałych obrażeń kości twarzoczaszki.

poniedziałek, 05 listopada 2007

Pamięci moich byłych szefów poświęcam.

Chyba każdy, kto pracował lub pracuje na etacie, marzył o szefie idealnym. Takim co to wiecie - brat łata, do rany przyłóż, podwyżkę da, pochwali a do tego jest profesjonalny w tym, co robi. Niestety, życie boleśnie i brutalnie weryfikuje nasze rojenia o ideale. Bo jak wiadomo ideałów nie ma i musimy zadowalać się surogatami. Jak więc powinien wyglądać Najlepszy Kierownik Świata? Na miarę moich nikczemnej wiedzy i marnego doświadczenia, postaram się udzielić na to pytanie odpowiedzi.

Taki był początek - możemy panu zapłacić 1200 netto, zakres obowiązków omówimy w trakcie pana pracy, to jak? Pasuje? I zastanawiasz się co lepsze - umrzeć z głodu czy przyjąć ofertę czegoś, co może okazać się pracą obejmującą obowiązki połowy przeciętnego biura i z pensją sprzątaczki. I zazwyczaj tym właśnie się okazuje. To pierwszy sygnał, że będziesz pracował z kimś, kto profesjonalnie traktuje swoje obowiązki.

No jak to jest zrobione? - nieważne co zrobisz, i tak jest zrobione źle. Po kilku takich recenzjach odbiera ci się jakąkolwiek możliwość manewru i trzaskasz wszystko pod dyktando szefa. Który wie najlepiej. Nie przejmuj się, to dobry sygnał. Oznacza mianowicie, że pracujesz z perfekcjonistą i profesjonalistą. Możesz się od niego wiele nauczyć więc nie spierdol tego malkontenctwem, kwękaniem, narzekaniem i jęczeniem.

Powinieneś się bardziej angażować - od 9 do 14 zasuwałeś tak, że nie miałeś czasu żeby się odlać. W końcu pęcherz nie wytrzymał i pognałeś galopem do kibla. Już z rozluźnionym pęcherzem idziesz do kuchni żeby zrobić sobie kawę. Na korytarzu stoi szef, z kimś sobie gada. W momencie gdy go mijasz, czujesz na sobie ciężar jego spojrzenia, które mówi: 'projekt w dupie a ty się snujesz po firmie zamiast pracować'. Robi ci się przykro, oblewasz sobie wrzątkiem rękę i klnąc pod nosem wracasz za biurko. Następna kawa i odsik dopiero w domu. Nie narzekaj, bo cała ta akcja świadczy o tym, że szefowi leży na sercu dobre imię zespołu i nie chciałby żeby przez twoją kawę i siku projekt się spóźnił. Po raz kolejny profesjonalizm i dbałość o zespół na pierwszym miejscu.

Pragnę przypomnieć niektórym, że pracujemy od 9:00 - niesprawny budzik, poranne zamotanie, korek na drodze i spóźnienie gotowe. Zdarza ci się to co prawda raz na miesiąc ale zawsze gdy wbijasz do fabryki kwadrans po czasie, nadziewasz się na szefa. Nigdy nie zdarzyło się, żeby zauważył, że przyszedłeś do pracy godzinę wcześniej coby nadgonić tematy. Nigdy nie zdarzyło się, że zarejestrował fakt, że bębnisz po godzinach. I nigdy nie zdarzyło się, że spotkałeś go w pracy w weekend. No logiczne - w jakim celu szef miałby przychodzić do pracy wcześniej, zostawać dłużej albo siedzieć w robocie w weekend? A skoro go wtedy nie ma, to jak ma cię zauważyć? Twój szef po raz kolejny wykazał się dbałością o dyscyplinę w miejscu pracy i nie powinieneś narzekać. Powinieneś natomiast wstawać kwadrans wcześniej a godziny pracy traktować mniej opcjonalnie.

No i znowu spierdoliłeś - co prawda deale na łączną sumę kilku milionów złotych obsługujesz tak, że mucha nie siada i wszyscy są zadowoleni ale spierdoliłeś formuły w raporcie. I oczywiście zostaje to natychmiast zauważone, błąd wytknięty przy świadkach a twój profesjonalizm poddany w wątpliwość. Nie narzekaj, to wszystko dla twojego dobra. Od tego jest szef żeby naprostowywać kręte ścieżki twojej kariery, poprawiać twoje błędy i przekuwać cię w Nowego Człowieka. Który to Nowy Człowiek będzie jeszcze lepszym profesjonalistą niż jest w tej chwili. Więc zamiast narzekać, lepiej podziękuj. Bo nie każdy szef dzieli się swoją rozległą i kompleksową wiedzą ze swoimi podwładnymi.

Klienci się skarżą - przez 12 miesięcy ciągniesz kilkanaście interdziałowych projektów dla klientów i robisz to bardzo dobrze. Pewnego dnia w wyniku działania siły wyższej albo fakapu koleżanki z innego działu, na głowę zwala ci się furmanka gówna. Oczywiście 15 sekund później jest przy tobie twój szef i całe biuro może usłyszeć, że obsysasz na maksa. Czujesz rozgoryczenie z powodu tego, że nigdy nie zostałeś pochwalony za to, że odwalasz świetną robotę z czymś, co mistrza zen zaprowadziłoby do szpitala psychiatrycznego, ale już za jeden mały błąd jesteś jebany w obecności świadków. Nie narzekaj, bo to dla twojego dobra. Szef nie musi cię chwalić, wystarczy że widzi to iż sobie z tak odpowiedzialnym zadaniem radzisz. Ale w stytuacji kryzysowej musi wkroczyć, bo kto jak kto ale profesjonalny szef ma damage control management w małym palcu. I lepiej żeby on to odkręcił w kwadrans niż ty w cztery godziny. Oszczędność czasu i mocy przerobowych, których przecież nigdy za wiele. Zamiast marudzić, patrz i ucz się od najlepszych. Uwagę, że czasami szef odkręcając drobiazg eskaluje problem, odrzucam jako niezorganizowaną: szef się nigdy nie myli. On co najwyżej podejmuje większe od ciebie ryzyko.

Jeden dzielone na trzy to może być czasami trzy czwarte - na pewno wydaje ci się, że skoro w dziale pracują trzy osoby, praca powinna być dzielona między nie równo. I tu tkwisz w mylnem błędzie. Tak może myśleć tylko mało lotny absolwent klasy mat-fiz, dla którego świat kończy się na dzieleniu bez reszty. A dobry szef wie, że dzielenie pracy po równo jest bez sensu. Pracę należy podzielić tak, żeby każdy robił to, co mu wychodzi najlepiej. Dlatego nie przeklinaj dlatego, że twoja koleżanka z działu w ciągu dnia trzy godziny rozmawia przez telefon ze znajomymi, dwie godziny klika w internecie, półtorej godziny pije kawę, godzinę je obiad zaś pół godziny jara fajki, w czasie gdy ty nie masz czasu się odlać, z pracy wychodzisz regularnie o 21 i zarabiasz jedną trzecią tego co ona. Od razu widać, że nie nadajesz się na szefa. Toż on podzielił obowiązki tak, żeby wyoptymować pracę działu - każdy robi to, w czym jest dobry. Dlatego zamiast narzekać i udawać przemęczenie, doceń fakt, że twój profesjonalizm i umiejętności zostały docenione przez szefa.

Nie ma kasy - rozmowa o podwyżkę to zawsze trudny temat. I niech ci się nie wydaje, że jest trudny dla ciebie. On przede wszystkim jest trudny dla szefa, który musi dbać o budżet. A misternie skonstruowany budżet bez trudu może rozwalić twoja bezsensowna prośba o 300 złotych brutto. Z budżetem nie ma żartów. A poza tym dlaczego miałbyś dostać podwyżkę w sytuacji gdy regularnie spóźniasz się do pracy i popełniasz w niej kardynalne błędy? Postaw się na miejscu szefa, stań przed lustrem i powiedz szczerze, patrząc sobie w oczy: dałbym podwyżkę takiemu nieprofesjonalnemu obibokowi jakim jestem. No widzisz, słusznie ci się nie należała.

Dwa tygodnie? Nie da rady - pracujesz cały rok za dwóch, starasz się, siedzisz po godzinach, w weekendy, zaczynasz odczuwać zmęczenie i wtedy przychodzi ci do głowy ta podstępna myśl: a może by tak urlop. Wypisujesz wniosek, niesiesz go do szefa i słyszysz: z tym, że niekoniecznie. Tydzień to jeszcze da radę. Ale dwa? W tym momencie zaczynasz się niepotrzebnie denerwować. No bo jak się to weźmie na logikę, to szef jednocześni dba o niezakłóconą pracę działu i wyświadcza ci przysługę. Po co ci dwa tygodnie urlopu skoro z powodu spędzania przez ciebie w pracy 80 godzin tygodniowo rzuciła cię dziewczyna a kontakty z przyjaciółmi uległy zerwaniu? Sam sobie wyczarterujesz łódkę? Sam będziesz leżał nad Bałtykiem? Bez sensu. Najzwyczajniej w świecie szkoda twojego urlopu na tak bezsensowny pseudowypoczynek. Po raz kolejny tobie się wydawało a szef miał rację. Uwagę, że w lutym zostaniesz zmuszony do odebrania 15 dni zaległego urlopu odrzucam jako niezorganizowaną: w lutym nad Bałtykiem jest fajnie, bo nie ma ludzi.

Choroba? Nie znam - to, że szef idzie na dwumiesięczne zwolnienie lekarskie oznacza, że może sobie na to pozwolić. Wszystkie sprawy ma na bieżąco, dział pracuje jak szwajcarski zegarek i jego nieobecność niczego nie zaburzy. Przy prezentowanym przez ciebie słabym ogarnięciu tematu, twoja tygodniowa nieobecność spowoduje chaos, zapaść, paraliż działu twojego i kilku ościennych oraz wkurwienie klientów. Dlatego jeżeli nie masz: złamania otwartego, wstrząsu mózgu, krwotoku wewnętrznego, choroby silnie zakaźnej albo obitej przez narkomanów twarzy, proces leczenia powinien odbyć się między 11:35 a 14:28. Najlepiej przy pomocy aspiryny i rutinoscorbinu, bo środki przymulające źle wpływają na twoją pracę. Żebyśmy się dobrze zrozumieli - grypa połączona z bolesną dusznością i 40-sto stopniową gorączką nie jest powodem, dla którego powinieneś przewałkonić tydzień w łóżku. Od tego się nie umiera a zadowolenie klientów rzeczą najważniejszą.

Problem? Nie skamlaj i umieraj jak mężczyzna - dobry szef to nie tylko lekarz ciała. To również lekarz duszy. I jeżeli masz jakiś problem w pracy, to na pewno pomoże ci się z nim uporać. Prawdziwie dobry szef zasugeruje, że jesteś dorosłym, doświadczonym pracownikiem i jeżeli sam nie potrafisz sobie dać rady z kłopotami, to może czas zmienić pracę. Szef jest od zarządzania a nie użalania się nad pracownikiem. Dzięki takiemu podejściu nauczysz się radzić sobie ze wszystkim: od rozpadu związku do spierdolonej kampanii reklamowej w telewizjach ogólnopolskich.

Wiem ale nie powiem - idealny szef to chodząca kompetencja, przygotowanie merytoryczne i umiejętność przekazania wiedzy podwładnym. Tyle tylko, że to on wybiera czas, kiedy ci tą wiedzę zechce przekazać. Jeżeli wydaje ci się, że drepczesz w miejscu, niczego się nie uczysz i w ogóle przesrywasz życie za biurkiem z powodu tego, że od szefa słyszysz tylko 'a ty znowu się spóźniłeś', to znaczy, że jesteś tylko drobnym wyrobnikiem bez umiejętności szerszego spojrzenia na sprawy firmy. Oczywiście, że nauczysz się nowych rzeczy. W odpowiednim czasie. Na razie rób swoje, eliminuj błędy i stań się perfekcyjny w tych zagadnieniach, na których się znasz (oranie do 21, robienie zestawień, kserowanie faktur i tym podobne). Dopiero gdy osiągniesz status mistrzowski w swojej działce, nadejdzie czas na uchylenie rąbka tajemnicy. Co prawda najczęściej będziesz już wtedy pracował w innej firmie ale to przecież nie o to chodzi. Poza tym dobry szef wie, że młody wilk naładowany wiedzą i doświadczeniem może próbować go posunąć. A na takie rzeczy to on jest za mądry i za doświadczony. Także nie narzekaj.

Musisz dzisiaj zostać dłużej - każdy niedoświadczony pracownik dostaje drgawek gdy słyszy to zdanie. Zwłaszcza w piątek o 15. I nie ma racji. To, że trzeba coś zrobić na poniedziałek nie oznacza, że twój szef ma chujowy time management albo najzwyczajniej w świecie zapomniał o projekcie. Nie - to oznacza, że w końcu zostałeś doceniony, twoja praca jest bardzo ważna, twoje kompetencje wysokie i bez ciebie nie da się skończyć projektu na czas. A jak powszechnie wiadomo Bóg wybacza błędy, zarząd nigdy. Dlatego zamiast się zżymać, uśmiechnij się, odpal programy robocze i daj z siebie wszystko. Jesteś ważny i twój szef właśnie dał ci to do zrozumienia. Jeżeli okaże się, że będziesz musiał kończyć wszystko sam w sobotę i niedzielę, nie narzekaj. Jesteś ważniejszy, niż ci się wydawało - zastępujesz szefa na froncie walki z projektem. Docenił twój profesjonalizm i doszedł do wniosku, że sam sobie poradzisz z tak odpowiedzialnym zadaniem. To się nazywa umiejętność delegowania obowiązków i każdy idealny szef ma ją w małym palcu.

Urlop mam - niektórzy wkurwiają się, że szef wyjeżdżając na urlop wyłącza komórkę, w dwa dni po jego zniknięciu wszystko trafia szlag i nie ma się z nim jak skontaktować. To świadczy tylko i wyłącznie o waszym braku profesjonalizmu. Szef przed wyjazdem wszystko zostawił na tip-top. Ewentualne kryzysy są spowodowane tylko i wyłącznie waszym nieudacznictwem. Czas pomyśleć o lepszej organizacji pracy i przewidywaniu nadchodzących katastrof. A nie, jak dzieci we mgle.

Fajny film wczoraj widziałem - robota leży i kwiczy a szef stoi nad tobą i opowiada ci o filmie/książce/wyjeździe wakacyjnym/dupie maryni. Tylko totalnie niedoświadczony pracownik w takiej sytuacji się denerwuje. Szef pokazał swoje ludzkie oblicze, przyszedł wysł... no dobra, poopowiadać, zainteresował się tobą, zauważył w tej masie ludzi. Nie ma co narzekać, trzeba się cieszyć. Zaległości nadrobisz po godzinach i w weekend a zainteresowanie szefa jest bezcenne.

Mógłbym na ten temat jeszcze długo pisać ale w kapitalizmie za takie know-how się płaci. Tutaj macie solidną porcję wiedzy za darmo ale oczywiście nie mam zamiaru wykładać wszystkich atutów na stół, najważniejsze rzeczy pozwoliłem sobie egoistycznie zatrzymać dla siebie. Mam nadzieję, że moja pisanina pozwoli wam spojrzeć na wasze wydumane problemy z szefem z odpowiedniej perspektywy, w końcu wstąpicie do grona osób, które widzą sprawy takimi, jakimi są naprawdę, przejrzycie na oczy i przestaniecie dostrzegać jedynie naskórek problemu. Pamiętajcie: bawiąc - uczy. A teraz bierzcie się do roboty.