To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
czwartek, 27 lutego 2014

No więc dzisiaj w drodze do pracy, w autobusie uwożącym mnie w stronę Mokotowa, zobaczyłem dziewczynę, która wyglądała prawie identycznie jak koleżanka moja, Hania. Prawie, bo włosy miała blond, reszta w stylu z tatusia zdarta skóra, jeden do jednego przeniesione, normalnie jakby Hani ktoś zdjął wycisk twarzy, napełnił go formą i przymocował do tej dziewczyny, że niby do kadłuba. I ja chciałem jej po prostu zrobić zdjęcie, żeby Hani pokazać, że patrz, taka podobna ale po pierwsze nie umiem siec fotek z partyzanta, a po drugie byliśmy oddaleni od siebie o metr dziesięć dystansu i nawet jakbym umiał tajniaczyć, to może bądźmy poważni.
Jechaliśmy tak, od czasu do czasu zerkając na siebie. I ona chyba widziała, a na pewno czuła, że coś mnie drąży jak robak, i że coś bym chciał albo zrobić, albo się zapytać ale ani ja nie zrobiłem ruchu, ani ona nie wykonała zachęty, prawdopodobnie przeczuwając, że w przypadku komunikacji miejskiej, zachęta w moim kierunku musiałaby być bardzo zachęcająca. Gdyż zaczepianie kobiet w komunikacji znajduję, w swoim przypadku, bardzo absurdalnym. Z dużym prawdopodobieństwem zaczęłyby krzyczeć albo uciekać i Kindełe w dłoni nic a nic by mi nie pomógł. Mówię jak jest, bo kiedyś kilka razy spróbowałem.
Zrezygnowałem zatem z kontaktu bojem i tylko od czasu do czasu zerkałem znad lektury, nie wierząc, że można być tak bardzo podobnym do kogoś innego, pomijając oczywiście blond włos. A w głowie miałem Wielką Pardubicką myśli o tym, jak sensownie rozpocząć dialog, który nie brzmiałby jak podryw kompletnego creepa.
'Cześć, czy myśmy się kiedyś nie spotkali' skreśliłem od razu, bo jakkolwiek czasami mi się zdarza mieć wrażenia, tak zdaję sobie sprawę z daremności takiego openingu.
'Cześć, bardzo mi przypominasz koleżankę'. So fuckin' what? A właściwie to bardziej się bałem, że ta piękna kobieta odpowie mi coś w stylu 'chuj mie to boli' i wtedy będę zdewastowany podwójnie.
Najsensowniejsza opcja 'Cześć Hania, co ty tu robisz, o przepraszam, pomyłka jakże zabawna' zjarała się po minucie czy dwóch, no bo przecież idiota po minucie czy dwóch by się zorientował, że to jednak nie jest jego znajoma.
Autobus nawijał kolejne kilometry na ośki, Wisła leniwie toczyła się wzdłuż trasy a ja myślałem, tylko nie bardzo mi kombinowanie wychodziło, bo zasnąłem o 1 w nocy a zbudziłem się o 6:40 więc sami rozumiecie. I nawet nie chciałem jej numeru.
Dlatego gdy ślina zaczęła mi kapać spomiędzy wpółotwartych ust, stwierdziłem, że Orbitowski się sam nie przeczyta, przestałem móżdżyć i oddałem się lekturze. Czego oczywiście bardzo szybko pożałowałem gdyż Szczęśliwa ziemia nie jest taką do końca szczęśliwą ziemią i czytelnika wbija piąchą w podłogę ale to zupełnie inna historia, którą opowiem jak tylko skończę lepić garnek.
Morał z tego jest taki: jak przychodzę na imprezę i od drzwi wołam 'nie uwierzycie, w stoosiemdziesiątce jechał ze mną typ, który wyglądał prawie tak samo jak Robert Downey Jr. (true story), to nie krzyczcie na mnie 'dlaczego nie zrobiłeś mu zdjęcia' albo 'dlaczego nie wziąłeś od niego numeru telefonu'. Właśnie dlatego. Nie mam pojęcia jak w takiej sytuacji zagaić.


wtorek, 11 lutego 2014

Wczoraj nie pisałem bo byłem chory, mam zwolnienie. Nowy bookrage, nowi autorzy, nowe możliwości. Ot, choćby możliwość skompletowania sobie cyklu Szererskiego w formie aliganckich e-booków, bo to oczywiste, że papier już dawno stoi na półce. Owszem, w tym tempie kompletacja zajmie chwilę ale przecież się nie pali, słyszałem, że lutowy Ragnarok się nie odbędzie wiec można się oddać zbieractwu.
Do tego Stefan Grabiński, zawsze na propsie, bo warto przypominać młodzieży, że kiedyś w Polsce był ktoś, kto pisał horrory a nie tylko Orbitowski i Orbitowski, który ciągnie garba pisarza fantastyki, i co gorsza, horrorów (nie czarujmy się, to w tym zjebanym kraju garb) i pewnie przez to nie dostał Paszportu Polsatu, chociaż Szczęśliwą ziemię uważam za książkę lepszą od Mordoru Szczerka ale głosu nie miałem więc siema. Poza tym ja nie o tym, tylko o Grabińskim, którego należy znać.
Wojciech Chmielarz, którego dwa poprzednie kryminały łyknąłem na szybkości, bo już nawet nie o to chodzi, że są swojskie, bo nasze i paterotyzm oraz te rzeczy, tylko chodzi o to, że to dobre kryminały. Szerlokowskie apokryfy to w tym sezonie must read gdyż wszyscy, zwłaszcza ostatnio, kochają Szerloka więc totalnie nie ma się co zastanawiać. Dodatkowo zwracam uwagę na tłumacza, Marcelego Szpaka, znanego poetę, prozaika, erudytę i człowieka wielkiej kultury, który obiecał, że kasy za bukrejdża nie wyda na nic pożytecznego i jest to idea, której warto przyklasnąć i wesprzeć, bo szlugi coraz droższe i bez przelewu Marceli może zacząć palić machorkę, a każdy kto palił machorkę wie, że to Gehenna i szatani. Do tego jest napisane, że Marceli zrobił tlumaczenie brawurowe i jak mi tak reklamują gościa, który przełożył Lęk i odraza w Las Vegas, to łapie mnie ciekawość.
Stawkę uzupełniają Rafał Dębski, którego nie znam ale się zapoznam i Krzysztof Boruń, którego znam i warto, żeby młodzież też poznała. Wszystko tradycyjnie za co łaska ale nie opłaca się być tanim ziomem albo laską i warto dać więcej, bo jak się da więcej niż średnia, to są bonusy w postaci dwóch ekstra książek, o których wspomniałem powyżej więc się nie będę powtarzał.
A teraz najpierw do kasy, a potem do lektury. Prosit!
Edyta mówi, że się nie liczy doklejanie po fakcie ale dokleję a następnym razem spróbuję zapamiętać, żeby to zrobić w trakcie pisania notki. Dobro, które reklamuję jest do kupienia na bookrage.org w licznych fikuśnych formatach typu mobi, pdf i epub.