To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
poniedziałek, 11 lutego 2013

Kolega szuka pracy dorywczej albo i stałej, ktoś mu zalinkował impresaria, który garnie pod siebie statystów w typie 'dres, bandyta' i przypomniało mi się, jak raz w życiu poszedłem na statystę i to był ostatni raz.
Akademik to dobre miejsce do zbierania ludzi do scen grupowych więc przyjeżdżali do Hermesa i zbierali. W 1992 albo 1993, kilku naszych kumpli z akademika statystowało w Uprowadzeniu Agaty (dwóch pielęgniarzy z psychiatryka i kilku na imprezie tanecznej, jak dziś pamiętam) i chyba dali komuś namiary na miejsce, bo pewnego dnia przyjechali naganiacze i krzyknęli 'bring me everyone. What do you mean 'everyone'? EVERYONE!
Zbiórka była na stadionie Gwardii, gdzie spędziliśmy jakieś 5-6 godzin, na odkrytych trybunach, w pełnym słońcu. I jeszcze kazali się ubrać z grubsza w stylu epoki (lata 70-80) więc połowa ludzi wskoczyła w powyciągane swetry czarne, a druga w marynarki, więc wyobrażacie sobie jak wszyscy się spocili. I z gorąca, i z wrażenia. Oni tam wtedy kręcili scenę meczu do serialu Dom, sezon trzeci, bo ja aż tak stary nie jestem.
No i na boisko wzięli piłkarzy z Gwardii, w tym jednego miejscowego mokotowskiego gangstera, który chyba nawet do nas do akademika czasami na gałę wpadał. I on był takim jakby idolem zgromadzonej na trybunie młodzieży, bo ludzie skandowali jego ksywę, a jak coś mylę, to przepraszam.
Zespół miał przeprowadzić jedną, kurwa, akcję, zakończoną celnym strzałem na bramkę. Z efektowną paradą bramkarza, koniecznie. No i ten ziom, idol, ksywa mi się przypomniała - Łysy, szedł skrzydłem, dogrywali do niego a on, kurwa, nie trafiał. No nie potrafił albo był pijany, ewentualnie miał syfa na mózgu i zaczęło mu się na oczy przerzucać. Możliwe jest też, że miał wyjebane i poczucie humoru, w takim układzie cofam, co napisałem wcześniej. Dość powiedzieć, że nie trafiał.
Za to coś, coraz bardziej, trafiało reżysera. Jeżeli dobrze rozpoznałem, była to kurwica, bo krzyczał coraz bardziej histerycznie a my śmialiśmy się na tych trybunach, bo mieliśmy wszyscy początki udaru. W ogóle byliśmy zajebistym tłumem gdyż dzięki licznym rajdom Łysego po skrzydle, koniecznie zakończonych strzałem niecelnym albo w bramkarza, czyniliśmy radosny doping i taki był aplauz, że Żyleta by nas nie przekrzyczała.
W końcu Łysy trafił, bramkarz wykonał piękną paradę, sędzia odgwizdał spalonego, akcja nabrzmiewa, z ławki podrywa się kolejny statysta i krzyczy coś takiego: no co on jest sędzia kalosz, ten ślepy!
STOP!
Reżyser opadł ciężko na krzesło, z którego dowodził a nam dupy odpadły ze śmiechu. Bo widzicie, na tego statystę, wzięli chyba jakiegoś lokalnego pijaczka z Racławickiej albo okolic. No przynajmniej tak wyglądał, a na pewno w czasie kręcenia sceny był trącony przez butelkę. Otrzepali go z kurzu, ubrali w biały garniak ale to nie pomogło mu na głowę, bo on nie był w stanie zapamiętać jednego zdania, które miał krzyknąć pod adresem tego sędziego. Mam wrażenie, że powtarzali mu je tyle razy, że do tej pory je kojarzy: co on robi, ślepy jest ten sędzia?!
Tak, zdeka wcięty ziomek, nie potrafił zapamiętać tych kilku słów, w związku z czym, byliśmy świadkiem jakiejś absurdalnie śmiesznej ilości dubli. Każdy z inną mutacją tych wyrazów nielicznych. Pod koniec to już chyba nawet darowali piłkarzom bieganie po murawie i kazali mu tylko krzyczeć. Po milionie godzin się udało. Nie wiem jak inni, ja miałem skurcze brzucha i blokadę przepony ze śmiechu. No i ten udar.
Scen na tym stadionie nakręcili niewiele ale zdjęcia trwały i trwały, a nam coraz bardziej skóra oddzielała się od twarzy. Nie wiem jak inni, ja do akademika wróciłem ciężko oparzony i z lekkim udarem, jak już wspomniałem. Bo wiecie, bejsbolówek nie uznawałem do grudnia 2012 a kremów z filtrem w 1995 roku nie znaliśmy. Może dziewczyny, faceci na pewno nie. Zresztą kto by się tam smarował, rano było pochmurnie, bardziej baliśmy się deszczu a zdjęcia miały trwać góra dwie godzinki.
Najśmieszniejsze jednak, zaczęło się po zakończeniu tych zdjęć. Cały sektor ludzi uformował kolejkę a kilka osób z produkcji spisywało nasze dane. Wiecie, do wypłaty. Ludzi była lekko licząc setka z okładem, spisujące bodaj dwie, dopadł nas nastrój histeryczny i zaczęliśmy się niezdrowo śmiać.
Wiśnią na tej stercie, była mocno zmęczona pani z tej produkcji, która przechadzała się wzdłuż kolejki, wyciągała z niej niektóre osoby i coś im mówiła. Wyciągnęła i mnie, zaproponowała udział w scenach bardziej kameralnych, we wnętrzach, za lepsze pieniądze. Spojrzałem na trybuny, dotknąłem rozpalonego czoła i złuszczonego nosa, spojrzałem na nią nieco nieprzytomnie i zrozpaczony wychrypiałem 'dziękuję'. Następnego dnia miałem bowiem jakieś zaliczenie, kolokwium albo egzamin a sceny we wnętrzach oznaczają dach nad głową. Niestety, studia były ważniejsze. Tak zaprzepaściłem swoją szansę na karierę filmową w stylu Harrisona Forda.
Bym zapomniał, za występ jako statysta skasowałem jakieś trzy dychy na rękę, trochę mniej niż wziąłem za oszukany udział w teleturnieju Jeden z dziesięciu. Ale to zupełnie inna historia.

środa, 06 lutego 2013

To jest jeden z tych filmów, po których musisz sobie zrobić przerwę obiadową w stołówce zakładowej i ochłonąć, bo nie wierzysz, że studenci, którzy są naszą przyszłością i nadzieją na przyszły rok, produkują taki kał. A potem sobie przypominasz niektórych studentów, którzy chcieli się z tobą bić w Parku na Hardzone i dochodzisz do wniosku, że coś ci się pomyliło i faktycznie, na trzecim roku studiów, możesz być kreatywny jak głaz narzutowy moreny czołowej. Się trochę popastwiłem w komentarzach nad tym czymś i wyłączyłem internet. A potem włączyłem gdyż mi słabo.

Po głębokim namyśle doszedłem do wniosku, że wytwórcy arcydzieła zasługują na podwójny wpierdol. To na 99% jakiś filmik na zaliczenie przedmiotu typu szydełkowanie albo obsługa ksero ewentualnie największe kampanie społeczne XX wieku, ze szczególnym uwzględnieniem kampanii wrześniowej. I oni wpadają na, ha! taki zajebiście odkrywczy pomysł, że zdissujemy melanż komando przy pomocy Franza i Anny a potem pójdziemy się ruchać z tym nudnym typem spod filaru, który siedzi przy smutnym jak pizda stoliczku, pokrytym ceratą[1], i jest tak, kurwa, zaczytany, że nie potrafi sobie znaleźć wygodniejszego miejsca, ot, choćby pod ścianą na podłodze, gdzie się można pierdolnąć na boku i poczytać, pod warunkiem, że się nie boisz, że sobie unurasz biały sweterek w serek[2], co go dostałeś od cioci pod choinkę i w lutym go nosisz, bo nie chcesz jej robić przykrości, gdyż to w dzidę ciocia, a leżenie jest najwygodniejszą pozycją do czytania, przynajmniej tak mówi większość moich znajomych, którzy czytają i ja sam, bo też czytam, całkiem nawet sporo i takie filmy mnie obrażają, podobnie jak akcje społeczne typu ustąp miejsca bo czytam a jak czytam, to nie umiem się skoncentrować na dwóch czynnościach i się przewracam. KURWA!!!.

I oni, ci studenci, rozpisują to gówno w krótki scenariusz i robią to tak słabo, że aż mi niedobrze. Na dodatek wybierają książki, po które w tym kraju sięgają ludzie ze starego portfela, których nie stać na kupowanie nowych rzeczy a do biblioteki za daleko oraz studenci polonistyki. Po tak zwaną literaturę ambitną, kanon, klasykę czy jak to sobie nazwiemy, sięga dobrowolnie 1% czytających. Inna sprawa, że do jej znajomości przyznaje się pewnie z połowa, no ale to przecież oczywiste, że jak czytam, to mam klasykę w małym palcu. Nawet jeżeli nie czytałem. Ale się zamotałem.

Zło emanuje z tego filmu i tyle.
A, bym zapomniał, link dla tych, którzy jeszcze nie widzieli i chcą się dowiedzieć, jak rwać maniury na W poszukiwaniu straconego czasu, którego nie odzyskam, bo zmarnowałem go na ten filmik i zbędny rant.

http://www.sadistic.pl/czytaj-podrywaj-vt173991.htm

[1] Wiem, że nie jest pokryty. Pasowało mi do narracji.
[2] To już od dawna inna narracja.

piątek, 01 lutego 2013

W sumie mogłem napisać o tym wcześniej, bo to fajna zabawa jest ale jakoś nie pomyślałem i piszę teraz, chociaż zupełnie nie wiem, dlaczego się tak kryguję, skoro przecież są ludzie, którzy komunikacją miejską jeżdżą przez okrągły rok i przez cały rok się mogą tak bawić, a nie, tak jak ja, przesiadają się na rower w marcu. Nieważne.

Do zabawy potrzebny jest, niestety, w miarę długi odcinek prostej ulicy nieopodal waszego przystanku. Przez w miarę długi rozumiem tutaj coś, co od świateł ma przynajmniej ze 100 metrów, zaraz zrozumiecie dlaczego. Następnie, pamiętając, że przeciętna długość kroku dorosłej osoby, to ok. 70 cm, odmierzamy 100 metrów. Nie musi być co do milimetra ale pewna dokładność będzie nam niezbędna, zaraz zrozumiecie dlaczego. A że im dokładniej, tym zabawniej, możecie zmierzyć długość swojego kroku i potem odmierzać dłuższe dystanse.

Podaję poręczny wzór na obliczenie ilości kroków wchodzących na dystans stumetrowy: y=10000/x, gdzie y to ilość niezbędnych kroków, zaś x to długość waszego kroku wyrażona w centymetrach (niektórzy mogliby mieć kłopot z przeliczeniem cm na metry, dlatego unikam tutaj niepotrzebnej komplikacji). Dla przyjętej długości 70 cm, musimy pokonać 143 kroki aby odmierzyć te sto metrów.

Błędem byłoby sądzić, że możemy sobie odmierzać gdziekolwiek albowiem do naszej zabawy, niezbędne jest wyznaczenie przynajmniej punktu, w którym zaczynamy odmierzać dystans. Ja zacząłem od słupa. Po pokonaniu 100 metrów, próbujemy skojarzyć gdzie wypada koniec dystansu, zaraz zrozumiecie dlaczego.

Jak już mamy start i metę, rozpoczynamy obserwację przejeżdżających na pełnej kurwie samochodów. Fotokomórka łapie punkt startowy i rozpoczynamy odliczanie przy pomocy najprostszej chyba metody, czyli 'sto dwadzieścia jeden, sto dwadzieścia dwa, etc.' Zawodnicy pro, mogą zaopatrzyć się w stoper albo ściągnąć na telefon odpowiednią aplikację (być może telefony mają też stopery, nie wiem, w swoim nie znalazłem). Odliczamy do momentu, w którym samochód mija naszą umowną metę.

Następnie wykonujemy bardzo proste działanie, już podaję poręczny wzór: y=360/x, gdzie y to czas potrzebny na przejechanie 100 metrów w zgodzie z przepisami a x to ograniczenie prędkości wyrażone w kilometrach. Dla uproszczenia możemy przyjąć, że w całej Warszawie ograniczenie wynosi 50 km/h. Czyli kierowca jadący zgodnie z przepisami, na pokonanie 100 metrów powinien zużyć 7,2 sekundy. Każdy jadący dłużej, przemieszcza się z prędkością poniżej limitu, każdy jadący krócej, przekracza dozwoloną prędkość. Mając poręczny wzór, możemy sobie na luzie modyfikować wartości, dostosowując je do lokalnych ograniczeń. Wisłostrada, 70 km/h, 5,1 sekundy na sto metrów i liczymy. Szkoła, progi zwalniające, 30 km/h, 12 sekund. I tak dalej.

A teraz stoper do ręki i wszystkim życzę licznych udanych odliczeń oraz kupy dobrej zabawy.

PS. Dystans, jakiś czas temu, odmierzyłem sobie przy pomocy rowerowego licznika. Na moim przystanku, kierowcy mają dosko kawałek, żeby się rozpędzić, bo od świateł do zakrętu jest jakieś 200-300 metrów (nie liczyłem dokładnie). Po wyjściu z zakrętu, przed którym stoją znaki ograniczenia do 40 km/h i 'śliska jezdnia', kierowcy dostają kolejny kawałek prostej, który złośliwie przecina przejście dla pieszych i przystanek tramwajowy, na którym tramwaj zatrzymuje się na środku jezdni i pasażerowie muszą przejść przez jeden z jej pasów, by wsiąść (rozwiązanie znane choćby z przystanków na Al. Solidarności na wysokości Starego Miasta).
To co się na moim przystanku wyprawia, to najlepszy dowód na to, że mniej więcej połowa kierowców, to bezmózgie bydło, pozbawione umiejętności logicznego myślenia, wyciągania wniosków, tworzenia spójnych łańcuchów przyczynowo-skutkowych, do tego bez elementarnej, ludzkiej kultury i życzliwości.
Więcej ani o ich wyglądzie ani obyczajach pisać nie będę, albowiem zaprawdę powiadam wam: słów szkoda tracić na tych kurwich synów.

A rekordzista przemknął moje sto metrów w czasie poniżej 4 sekund. Jako pracę domową, policzcie sami jak szybko jechał.
Jeszcze raz wszystkim życzę udanej i pouczającej zabawy. Nie ma za co.