To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
poniedziałek, 15 lutego 2010

Wszyscy słyszeli i oglądali - Warszawa, biały dzień, dwóch młodych ludzi zakłuło nożem doświadczonego policjanta, który zareagował na akt wandalizmu w wykonaniu tychże. Z mojej strony smutek, bo zginął człowiek, chwila konstatacji jak cienka granica dzieli człowieka od 'nie być' - wystarczy się krzywo spojrzeć na pojeba, który nosi przy sobie kosę i adios muchachos. Oraz oczywiście zimny dreszcz na grzbiecie, bo przecież zginął facet, który przynajmniej w teorii, potrafi się w takiej sytuacji zachować. Jak już mi to wszystko przeleciało przez głowę i w niej ułożyło, zacząłem czekać na festiwal bredni pod wspólnym, dużym tytułem: rozwydrzone wyrostki nas terroryzują, nic z tym nie robimy, strach wyjść na ulicę, znieczulica, w biały dzień zabili i nikt nie zaregował a tak w ogóle, to każdy obywatel powinien mieć ułatwiony dostęp do broni.

Cały czas pamiętajmy, że w tle naszych rozważań jest tragedia - śmierć. Dlatego jak będę pisał, że się śmiałem, to się śmiałem mając z tyłu głowy fakt, że nie żyje człowiek.

Ludzie, jak ja się zacząłem śmiać. Głównie wzruszył mnie fakt, że panowie z prasy i telewizora wyjęli głowy z dupy, wyszli na ulicę i zobaczyli, że Warszawa to nie tylko szklana siedziba ITI i nowy gmach na Woronicza ale również obsyfione autobusy i tramwaje a w nich ludzie, którzy wolą odwrócić głowę niż mieć problemy. No co za niespodzianka.

Nie chcę mi się rozpisywać za bardzo więc odniosę się tylko do jednego wątku sprawy - znieczulicy. Otóż do czynnej reakcji mogą mnie zmusić dwie okoliczności - ktoś przyfika do mnie albo do kogoś mi bliskiego. Ewentualnie ktoś się zwróci bezpośrednio do mnie z prośbą o pomoc. Sam nie zareaguję choćby się waliło i paliło. Z trzech prostych powodów, z których jeden wszystkim wołającym o znieczulicy jakoś umknął.
Powód pierwszy, najbardziej oczywisty, to strach o własne zdrowie albo, jak w tym przypadku, życie. Gnojarnia chodzi z kosami, wyłapać trzy płaskie na klatę jest łatwiej niż wyrwać w klubie laskę, bo te debile są całkowicie pozbawione umiejętności logicznego myślenia i tworzenia związków przyczynowo-skutkowych. Zresztą dla niektórych śmieci więzienie to pewnie nobilitacja, więc sytuacja jest bardzo niesymetryczna.
Powód drugi to wbudowana w moją głowę głęboka awersja do czynienia drugiej osobie krzywdy fizycznej. Mam poważny opór przed uderzeniem kogoś w twarz, kopanie leżącego wchodzi w rachubę wyłącznie podczas jazdy na ostrej adrenalinie. I to pierwsza rzecz, która wszystkim komentatorom umyka - w takich sytuacjach druga strona najczęściej dąży do konfrontacji, bo nie po to się wrzuca śmietnik przez okno tramwajowe żeby później wycofać się po usłyszeniu kilku ostrych słów. Oni się lubią bić, przemoc sprawia im przyjemność, nie mają żadnych oporów przed kopaniem człowieka po twarzy. Sytuacja jest zatem jeszcze bardziej niesymetryczna.
I wreszcie powód trzeci, który zdecydowanie umyka wszystkim, którzy potępiają w czambuł niechętnych do pomocy. Mam na myśli późniejsze jazdeczki z prokuraturą i policją. I tutaj trzy króciutkie opowieści, które unaocznią wam powód, dla którego mam centralnie wyjebane na wszelkie złe rzeczy dziejące się w przestrzeni publicznej dokoła mnie.

Okradli mnie kiedyś w ogródkach piwnych nad Wisłą. Gdyby sprawa dotyczyła tylko kasy, to bym z tym nawet nie szedł na policję, bo olewam pompowanie statystyki. No ale buchnęli mi cały plecak a tam i dowód osobisty, i komórka, i klucze do mieszkania. No i w ogóle wszystko. Jako, że nie chciałem coby złodzieje sobie jeszcze jakiś chachmęt zrobili z dowodem, poczłapałem na policję w Piasecznie (podczas rozmowy telefonicznej, policjant z Wilczej powiedział, że teraz nie mogę zeznawać, bo jestem po alkoholu więc przespałem się u kumpla i rano pognałem do domu). Od pani w okienku dowiedziałem się, że aktualnie wszyscy w terenie i żebym przyszedł za 2 godziny. Posiedziałem w parku, spaliłem pół ramki fajek, wróciłem, poczekałem jeszcze pół godziny w poczekalni, przyszedł policjant i przez jakieś półtorej godziny spisywał moje zeznania. Na specjalnym blankiecie. A potem jeszcze mi nadziabał na elektrycznej maszynie do pisania zaświadczenie, że skrojono mi dowód. Pół dnia w plecy czyli dzień roboczy w plecy.

Okradli mnie kiedyś na Nordconie. Następnego dnia pojechałem do Władysławowa, oficer dyżurny powiedział, że wszyscy w terenie i żebym przyszedł za 4 godziny. Albo mogę zeznać w komendzie właściwej dla mojego adresu zamieszkania. Po powrocie do domu, wsiadłem na rower i pognałem na komendę w Piasecznie. Naiwnie sądziłem, że o 22:30 w niedzielę będzie luz i szybko poleci. Niestety, trafiłem na rotację zmian i tak jakoś do północy czekałem, aż ktoś będzie wolny. A potem to samo - półtorej godziny spisywania zeznań, dobrze że chociaż spisujący mnie chłopak był inteligentny i wesoły, to sobie pożartowaliśmy.

Jakiś czas temu mili ludzie zmontowali dziesionę[1], w wyniku czego straciłem komórkę, klucze od mieszkania, palma, nóż do owoców[2] i pół twarzy. Wciągnęli mnie do bramy, skasowali na szybkości i zrobili na wyrwę więc przynajmniej portfel ocalał, bo mnie nie obszukali[3]. Po dwóch godzinach przeleżanych na nieprzytomce w bramie ocknąłem się, znalazłem jakichś policjantów, obejrzeliśmy miejsce zajścia, odpytali lokalnych żuli po czym wysłali mnie do domu (chociaż powinni zawieźć do szpitala na Hożą). W domu zacząłem odpływać więc kopnąłem się do szpitala (to oddzielna, bardzo śmieszna historia - spędziłem tam jakieś 10 godzin, próbując nie zemdleć i się nie porzygać). Następnie była niedziela, którą przeleżałem w wyrze z potężnymi zawrotami głowy a w poniedziałek pojechałem zgłosić przestępstwo na Wilczą. Bo wiecie, nóż, moje odciski palców - za dużo filmów kryminalnych i za dużo paranoi. I klasyk - półtorej godziny oczekiwania aż się jakiś luźny policjant znajdzie i półtorej godziny pisania zeznań. Ręcznie. Pół dnia w plecy czyli dzień roboczy w plecy.

Tak wtrętowo - we wszystkich trzech przypadkach prokuratura umorzyła postępowanie z powodu niewykrycia sprawców. Rekord - 2 tygodnie. Czyli pewnie dostali papiery z policji, wypisali blankiet i wysłali go do mnie. Ale ja nie o tym.

Zaś o prokuraturze, to ja się dosyć nasłuchałem od pracowników tejże. Po tych anegdotkach mam głęboki wstręt do jakichkolwiek kontaktów z tą instytucją i z ludźmi, którzy tam pracują i na pełnej lekkości uważają, że 10% niesłusznych orzeczeń o zastosowaniu aresztu to świetna statystyka a przedłużanie go w nieskończoność na ich wniosek nie stanowi problemu. Bo przecież oni są zarobieni.

We wszystkich trzech przypadkach boleśnie odczułem zacofanie technologiczne i braki kadrowe w policji. Oraz debilne procedury, bo w każdym przypadku mogłem takie zeznania napisać na kompie, wydrukować w odpowiedniej ilości egzemplarzy, podpisać i zostawić na komendzie, biorąc na swoim kawałku pieczątkę, że przyjęto. A potem ewentualnie mógłbym zadzwonić i po nazwisku albo PESELu dostać numer mojej sprawy. Ale nie, bo przecież są specjalne blankiety i sfrustrowany policjant, który wypełnia te rubryczki, chuj właściwie wie po co, marnując czas i swó, i mój. I teraz zastanówmy się wspólnie ile dni urlopu musiałbym wziąć i ile czasu spędzić na komisariatach i w sądzie gdybym zareagował, komuś pomógł i nie daj bóg, wysłał napastnika do szpitala? W zasadzie to pewnie na dzień dobry zamknęliby mnie na dołku i przetrzymali wydobywczo kilka tygodni, bo zapewne istniałoby uzasadnione podejrzenie, że na wolności będę mataczył. Plus bankowe przekroczenie granicy obrony koniecznej.

Dopóki w tym kraju będą istniały debilne uwarunkowania, obywatel będzie poniewierany przez system i mielony w jego licznych, ostrych trybach, nikt nie będzie reagował. Bo nikt nie jest tak pojebany żeby sobie dobrowolnie fundować ostrą jazdę bez trzymanki. Nie chciałbym też żeby kolesie, którym zrobiłem ewentualnie krzywdę wiedzieli jak się nazywam i znali dokładnie mój adres zameldowania albo zamieszkania. A gdybym stał się stroną w sprawie, poznaliby go od razu, bo takie mamy prawo. Dlatego mam do was wszystkich prośbę - jak ktoś się do was przypieprzy, to nie patrzcie w moją stronę i radźcie sobie sami. Przepraszam.

Aha, jak ktoś zechce w komentarzach napisać coś o Kapitanie Oczywistym, to może sobie śmiało pospierdalać.

[1] Dziesiona to gwarowe określenie artykułu 210 (ze starego kodeksu) oznaczającego rozbój, czyli kradzież z pobiciem.
[2] Nóż dostałem w prezencie, służył mi do obierania i krojenia owoców. Wszyscy, którzy zechcą w komentarzach napisać coś o pojebach chodzących z nożem w torbie, mogą sobie śmiało pospierdalać, bo będę banował nawet żartujących z tego tematu. Chuj wam do tego co w swojej torbie noszę, jasne?
[3] Od policjanta dowiedziałem się, że to na 95% robota narkomanów, bo ponoć to oni tak działają. Nie polepszyło mi to nijak samopoczucia.