To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
czwartek, 21 lutego 2008

Skoro już wiemy, że fajki są smaczne i nie ma sensownych powodów, dla których należałoby rzucić palenie, zdradzę wam patent na bezbolesne rzucenie palenia. Ale zanim zdradzę cudowną metodę, wymienię te, które wypróbowałem wcześniej i które w moim przypadku nie zadziałały. Voila.

1. Postanowienie noworoczne - każdy jakieś robi, część dotyczy rzucenia palenia. Ja próbowałem chyba ze 3 razy, najdłuższy okres niepalenia jakoś tak z miesiąc. Niecały. Metoda kompletnie z dupy, skuteczność zerowa.
2. Przepalenie się na imprezie aż do ostrego zatrucia nikotyną - czasami zdesperowany palacz przepala się intencjonalnie, licząc na to, że tak sobie obrzydzi nikotynę, że rzuci. Typowe myślenie życzeniowe - przecież dym papierosowy obiektywnie, sam w sobie jest obrzydliwy i dodatkowe zohydzanie ma tyle sensu, co dolewanie wiadra gówna do dołu kloacznego. Poza tym ludzki organizm ma cudowną wręcz zdolność adaptacji i niesamowitą zdolność radzenia sobie ze skutkami nadużyć. Tak fizycznymi, jak i psychicznymi. W przeciwnym wypadku nikt po pierwszym kacu-gigancie nie sięgnąłby po alkohol a po konkretnym obżarstwie wigilijnym ludzie chudliby w mgnieniu oka do przepisowej wagi. Metoda z dupy, gdyż lewar jaki sobie przykładamy do nałogu (przedawkowanie) zamienia się z wolframu w galaretkę owocową w ciągu 2-3 tygodni. Po tym przeciętnie czasie zapominamy jak czuliśmy się wymiotując kawałkami żołądka i jak chcieliśmy umrzeć z powodu bólu rozsadzającego czaszkę. I cały misterny plan w pizdu. Czas bez papierosa - maksymalnie miesiąc.
3. Względy zdrowotne - nie rozśmieszajcie mnie. Gdy tylko choroba mija, wracamy do nałogu. Gdy choroba nie mija, palimy przez dziurkę w gardle, która jest pozostałością po zabiegu usunięcia krtani. Palacz nie myśli o zdrowiu bo gdyby myślał nie wypaliłby w życiu ani jednego papierosa. Metoda z dupy, okres bez papierosa - okres choroby plus dwa tygodnie 'z rozpędu'. Jeżeli choroba nie jest bardzo ciężka, to zaczynamy palić jeszcze w czasie naszej niedyspozycji.
4. Metoda na silną wolę - kim jestem, że niewoli mnie ta mała bibułkowa tubka? Wiele osób osiąga tą metodą świetne rezultaty. Ma jedną wadę, bardzo często po pół roku dochodzi się do wniosku, że zwalczyliśmy nałóg, w pełni go kontrolujemy i jeden papieros 'w nagrodę' nam nie zaszkodzi. Zazwyczaj szkodzi okrutnie, kilkukrotnie po kwartale niepalenia wypalałem jednego przepysznego papierosa a tydzień później kupowałem paczkę. Cały czas tłumacząc sobie, że przecież mam nałóg pod kontrolą i w każdej chwili mogę przestać.
5. Metoda przekorna, czyli nie bo nie - w przypadku mojej rodziny, metoda najskuteczniejsza. Mam niejasne wrażenie, że w ten sposób mój Ojciec rzucił palenie jakieś 30 lat temu. Pewnej niedzieli, po rodzinnym obiedzie, wstał i oznajmił 'nie palę'. Od tamtej pory nie miał w ustach papierosa. W moim przypadku metoda działała przez prawie półtora roku, któregoś dnia stwierdziłem, że do kieliszka wódki papieros pasuje, zapaliłem i cały wysiłek psu w dupę. Skuteczność bardzo wysoka, bo palenie rzucamy jakby od niechcenia, dzięki czemu mózg funduje nam miodowy miesiąc. To znaczy przez pierwsze kilka tygodni psychologiczne objawy odstawienia są bardzo łagodne a wręcz ich nie ma. Fizjologicznie jesteśmy oczywiście mokrą, skatowaną szmatą i tego bez specjalnych zabiegów zmienić się nie da. Problem polega na tym, że musi nastąpić ten moment, w którym sami z siebie, totalnie spontanicznie powiemy: dość. Niektórzy czekają na niego już czwartą olimpiadę.
5. Szeroko rozumiana metoda farmakologiczna - zyban, tabex, nicorette, niquitin, akupunktura, akupresura, hipnoza, rezonans, masaż, kąpiele i bicze wodne. Wszyscy, którzy kiedyś rzucali wiedzą o co chodzi. Duszę diabłu oddalibyśmy za cudowny środek, dzięki któremu brak nikotyny (a właściwie dymka) nie odbierałby nam energii, chęci do życia, nie wpędzał w huśtawkę nastrojów, nie powodował senności i wilczych ataków głodu. Ja poprzednim razem wypróbowałem nicorette - zasadniczo mają jedną zaletę: po minucie żucia tej gumy miałem taką ochotę zwymiotować, że o papierosie zapominałem na kwadrans. Problem jednak polegał na tym, że nicorette odzwyczajała mnie od palenia metodą dębowej pały - nie pal, bo nikotynę dostaniesz metodą doustną a nie wziewną. Efekt był taki, że oczyściły mi się płuca i oskrzela, wydłużył oddech, nie przytyłem ale było jedno ale. Brak nicorette pod ręką nie różnił się niczym od braku pod tą ręką papierosa. Jedno uzależnienie zastąpiłem drugim. To znaczy zastąpiłbym gdybym nie wrócił do nałogu. W moim przypadku skuteczność mizerna a zastępowanie jednej formy przyjmowania nikotyny inną jest kompletnie bezsensowne. Zwłaszcza, że 105 gum kosztuje prawie 100 zł. Innych specyfików i metod nie wypróbowałem, bo przeraziły mnie doniesienia o selektywnych inhibitorach wychwytu zwrotnego, igieł innych niż iniekcyjne wbić sobie nie pozwolę, sugestia posthipnotyczna zbyt mnie przeraża a maszyna do rezonansu zbyt rozśmieszyła.
6. Metoda 'na miłość' - bardzo mi na tobie zależy, nie mogę patrzeć jak się sam na raty zabijasz, musisz wybrać - albo ja, albo papierosy. Jeżeli palacz nie jest pewien, czy kocha drugą osobę, wybiera papierosa. Jeżeli uczucie jest silne, palacz zaczyna walkę z nałogiem. Tutaj moja uwaga dla wszystkich szczerze i głęboko kochających, którzy stawiają takie ultimatum, 'bo to przecież dla twojego dobra'. Takim postępowaniem zmuszacie palącego do robienia czegoś, czego robić nie chce (rzucanie palenia). Z każdą potworną minutą bez papierosa, narasta w nim przekonanie, że to wszystko wasza wina. I że to przez was brakuje mu tego, co bardzo lubi. Finał jest taki, że wszystkie skutki uboczne rzucania palenia synonimuje z waszą, egoistyczną, pozbawioną sensu, wredną, złośliwą postawą w stosunku do niego. Że co? Że nie ma to sensu? No, dla niepalących nie ma ale zapamiętajcie jedno - palacz w kontekście swego nałogu nie myśli logicznie, palacz na głodzie nie myśli w ogóle i jedyne co do niego dociera, to brak papierosa i narastające wkurwienie. Z waszej winy. Metoda totalnie nieskuteczna, bo zazwyczaj niepalenie kończy się w momencie gdy was nie ma na horyzoncie. I sam nie wiem co gorsze - palenie czy symulowanie niepalenia połączone z popalaniem, wpędzaniem się w poczucie winy i stres wynikający z kłamstwa.

Inne metody są pochodnymi albo kompilacją tych, które wymieniłem powyżej. W moim przypadku żadna nie była skuteczna i w każdym przypadku wracałem do palenia. Z coraz większym poczuciem bezsensu walki, bezsilności, bezradności i zwątpienia w to, że kiedykolwiek dam radę. Przedostatnia próba skleiła się z ostatnią, zwornikiem była impreza, na której po tygodniu niepalenia spaliłem ponad dwie paczki fajek. Sobotnie przebudzenie było potworne, ubrania przedymione na wylot, w płucach coś grało, w głowie nic nie grało i w szerszym kontekście też nic nie grało, bo nie pamiętam żebym miał wpadkę już w niecały tydzień po podjęciu próby rzucenia. Potrzebowałem czegoś ze zupełnie innej beczki. I niczym gwiazdkę z nieba dostałem.

W desperacji postanowiłem chwycić się ostatniej deski ratunku i udać się po pomoc do jedynej kochanki, która mnie nigdy nie zdradziła - do książki. Wbrew sobie (desperacja uzasadnia wszelkie przedsięwzięte środki) kupiłem pozycję z gatunku 'Jak zyskać szczęście w sześciu prostych krokach'. Z gatunku, z którego często się nabijam, bo rzadko kiedy piszący takie poradniki sprzedają mi sensowne rady (gdzieś tak w 1 przypadku na 100, może rzadziej). Zazwyczaj jest to kupa nawozu, z chwytnym tytułem, na który nabiorą się zdesperowani jelenie. Czyli ludzie tacy, jak ja w opisywanym momencie - zapłacę za to, żeby ktoś mi doradził. I zapłaciłem, kompletnie bez wiary w to, że owa książka mi pomoże. Szukałem jakiejś protezy, dzięki której mógłbym uspokoić sumienie i po lekturze powiedzieć sobie 'kurde, skoro i to na mnie nie działa, to jestem nałogowcem, dla którego nie ma ratunku i będę palił do końca życia'. Zwróćcie uwagę, że ani słowem nie zająknąłem się o wypróbowywaniu metod z rzeczonej książki - ja po prostu szukałem cudu, który powie mi: nie musisz się napinać, nie będzie boleć, nie będziesz musiał niczego robić, palenie samo zniknie z twojego życia - to powinno dać wam jakiś obraz stanu ducha, w jakim się znalazłem. Bo na zewnątrz byłem twardy ziom - 'luzik, nie teraz to innym razem', 'nie robię z tego tragedii, kiedyś się uda' i inne bulszitowe slogany, które powtarzałem setki razy. Problem był taki, że nie czułem luziku i robiłem z tego tragedię. W desperacji kupiłem okrzyczaną rewelacją książkę Allena Carra 'Prosta metoda jak skutecznie rzucić palenie' i stał się cud. Nie musiałem się napinać, niczego nie musiałem robić, nie boli, palenie znikło z mojego życia. Po kolei ale zacznę od końca.

Wszystkie wypróbowane poprzednio metody wprowadzały szereg obwarowań, zastrzeżeń, wskazywały na ewentualne rafy i mielizny, na których nasza jednostka 'Nie Palę' mogła zatonąć. Carr niczego takiego nie postuluje, chcesz pić kawę - pij. Masz ochotę pójść na wódkę - idź. Skręca cię z chęci zjedzenia czegoś ostrego - weź dwie porcje[1]. Bo on ma zupełnie inny pomysł na to jak rzucić. Pomysł, który można streścić kilkoma sloganami, które w moim przypadku zadziałały w 100%. Bo on się po prostu odwołał do tej mojej racjonalnej, analitycznej, ścisłej części umysłu i powiedział mi coś, co od dawna wiem ale w taki sposób, że tym razem zadziałało. Poniżej krótkie streszczenie najważniejszych tez.

1. Rzucenie palenia jest łatwe - robimy to codziennie 20 razy, gasząc kolejnego papierosa. Problemem jest jednak to, jak powstrzymać się przed zapaleniem kolejnego fajka.
2. Stan ulgi jaki osiągamy odpalając kolejnego fajka jest stanem, w jakim permanentnie znajdują się osoby niepalące.
3. Palenie nie jest tak bardzo uzależniające, jak wszystkim dokoła się wydaje a rzucenie palenia to najłatwiejsza rzecz pod słońcem.
4. Wszystkie symptomy odstawienia, które znają osoby próbujące rzucić palenie, wynikają z czegoś zupełnie innego, niż nam się wydaje.
5. Wynikają ze strachu przed tym, że rezygnując z papierosów rzeczywiście z czegoś rezygnujemy. Otóż nie - rezygnacja z papierosów to powrót do stanu normalności. Mówiąc górnolotnie - powrót do raju, z którego sami się wypędziliśmy zapalając pierwszego w swoim życiu papierosa.
6. Daliśmy sobie wyprać mózgi, co przejawia się choćby w nomenklaturze - rzucanie palenia. Rzucanie sugeruje rezygnację z czegoś. Niepalenie to nie jest rezygnacja z papierosów (każdy niepalący wam to powie) - to stan normalny dla organizmu.
7. Palenie tak naprawdę nie sprawia przyjemności - kolejny papieros służy nie naszej frajdzie a usunięciu symptomów głodu nikotynowego, które pojawiają się prawie natychmiast po zgaszeniu poprzedniego fajka. Palenie to pieprzone perpetum-mobile, samonapędzająca się maszyna. No dobra, potrzebne są jeszcze do tego nasze pieniądze.
8. Rzuciwszy palenie niczego nie tracicie i niech to stanie się waszą mantrą, tak jak stało się moją - niczego nie straciłem. Wiem, że ciężko w to uwierzyć ale to prawda. Najbardziej zaś podejrzane w tym wszystkim jest to, że mnóstwo rzeczy zyskujemy. Ot, choćby oddech umożliwiający wejście na pierwsze piętro bez zadyszki i chęć do podjęcia jakiejkolwiek aktywności fizycznej[2]
9. Najważniejszą rzeczą jaką zyskałem jest wolność. Już nigdy nie będę musiał sępić fajka na ulicy, nie będę rozgrzebywał popielniczki na imprezie, nie będę palił herbaty i zastanawiał się, czy przypadkiem nie kupiłem na ten wyjazd za mało papierosów. Fajne uczucie tak nagle stać się trochę bardziej wolnym.
10. Tak naprawdę, to nie ma żadnych korzyści z palenia. Nawet jeżeli wydaje się nam inaczej. Aczkolwiek z chęcią wysłucham waszych propozycji - być może istnieje coś, co dadzą mi tylko papierosy i czego nie będę mógł osiągnąć bez ich pomocy. Żarty związane z rakiem i innymi chorobami sobie darujemy, bo jesteśmy dorośli.
11. Praktycznie każdy palacz chciałby wsiąść w wehikuł czasu, spotkać samego siebie przymierzającego się do zapalenia pierwszego papierosa, wyrwać mu go, zmusić do zjedzenia go i popicia wodą z kałuży. A na koniec profilaktycznie skopać mu porządnie dupę. Pięknie byłoby nigdy nie zaczynać palić. Gdy rzucisz palenie będzie tak, jakbyś nigdy nie zaczął palić[3].
12. Twoja decyzja o rzuceniu była jedną z najlepszych decyzji w twoim życiu. I pamiętajcie - palenie rzuciliście a nie rzucacie, a tak w ogóle, to niczego nie rzuciliście tylko jesteście niepalący. Może wam się wydawać inaczej ale słowa mają Moc. Mają w sobie mnóstwo mocy i są w stanie z łatwością zmieniać i kształtować rzeczywistość. Każdemu kto mówi, że to bzdura polecam eksperyment: stań przed swoim przyjacielem, kolegą, bratem albo matką i powiedz głośno i wyraźnie: Ja, Radek Teklak życzę ci śmierci[4] - powinno przyjść to ci bez trudu a wynikami eksperymentu podziel się ze mną.

Miało być w skrócie, wyszło jak zwykle. Żebyśmy się dobrze zrozumieli - nie mam zamiaru zakładać kościoła pod wezwaniem Allena Carra, nie mam zamiaru przekonywać nikogo na siłę, że ta metoda jest najlepsza na świecie i nie mam zamiaru zmuszać nikogo do jej stosowania. Zawsze brzydziłem się gorliwymi neofitami. Nie mam zamiaru nikomu tłumaczyć, że palenie go zabija i najlepiej jakby rzucił - albo sam to wie i kiedyś rzuci, albo przynajmniej spróbuje, albo ma fakt zagrożenia i takie rady w dupie. Sugeruję tylko, że jeżeli ktoś, jak ja, wypróbował wszystkie znane metody rzucenia palenia i żadna nie zadziałała, może zaryzykować wydanie 30 dyszek. Lektura rzeczonej książki może całkowicie zmienić sposób postrzegania nałogu i znakomicie ułatwić wyjście z niego. W moim przypadku bezbolesne.

Na koniec słowo o tym, jak ja to widzę ze swojej perspektywy. Carr swoją pisaniną zmienił moje widzenie problemu z paleniem. Wskazał w których miejscach się myliłem i zrobił to tak, jakby siedział w mojej głowie. W sumie to siedział, bo wypalał do 100 fajek dziennie więc miał jeszcze bardziej przejebane ode mnie. Zabrzmi to trochę jak new-ageowe fu-szmu ale ja po przeczytaniu tej książki nie miałem ochoty na papierosa ani razu. O samym paleniu pomyślałem dwa razy - co będę robił w czasie rejsu mazurskiego i co będę robił w czasie rejsu bałtyckiego? Odpowiedź przyszła natychmiast - dokładnie to samo, co robiłeś za każdym poprzednim razem (dobrze się bawił). Na chuj ci do tego papierosy? O podejrzanej skuteczności[5] tej metody przekonuję się za każdym razem gdy piję kawę, idę na wódkę, siedzę w pomieszczeniu z palącymi czy zjadam obfity posiłek. Ani razu nie miałem ochoty zapalić. Ani razu nie czułem się z powodu braku papierosa w ręku źle. Ba, teraz sam rytuał palenia mnie śmieszy. Niczego nie straciłem, mogę bez problemu spędzić noc w Cafe Fajka i nie rzucić się na sziszę, dym nie przeszkadza mi, dopóki nie puszczacie mi go prosto w twarz. A na dodatek gdy przestałem truć organizm, ten odwdzięczył mi się w najlepszy sposób w jaki mógł. Znowu mam ochotę na aktywność fizyczną inną niż tylko wejście po schodach, zmywanie podłogi i seks. Miłej lektury.

[1] Każdy kto rzucał palenie zna tę listę na wyrywki, tutaj podałem kilka przykładów rzeczy, których nie powinno się robić 'w tym trudnym okresie'.
[2] Przeraziłem się, bo takie rzeczy nie powinny mi się zdarzać. Jestem starszym panem z nadwagą. Nie powinienem mieć nieprzepartej ochoty, by w drodze do domu, pokonać biegiem ostatnie 100 metrów. Nie powinienem, bo nieprzymuszoną chęć by biegać, ostatnio miałem 13 lat temu. Anegdotka taka to była.
[3] Duży skrót myślowy ale jesteście inteligentni więc mogę sobie na niego pozwolić.
[4] Rzecz jasna każdy może powtórzyć 'Ja, Radek Teklak...'. Sztuczka polega na tym, żeby po 'ja' wstawić swoje imię i nazwisko. Jesteście inteligentni i na pewno się tego domyśliliście.
[5] Podejrzana, bo nie sądziłem, że samymi słowami i garścią rad Wujka Dobra Rada, można tak diametralnie zmienić moje spojrzenie na kwestię nałogu. Chyba nadaję się do sekty.

czwartek, 14 lutego 2008

Jeżeli któryś z moich stałych czytelników pomyślał, że wpiszę się w nurt i pojadę po rzeczonym święcie, to się grubo pomylił. Dzień święconego Walentego traktuję z przymrużeniem oka gdyż wychodzę z założenia, że normalny facet nie potrzebuje pretekstu do wyjścia ze swoją kobietą na miasto, celem spożycia romantycznego schabowego i dania kwiatka. Kwiatka można dać bez powodu (chociaż jak zwyczajowo dajesz kwiatka raz na pół roku, to kobiecie otrzymującej kwiatka bez powodu włącza się podejrzliwość) a romantycznego schabowego na mieście można ćwiczyć zawsze wtedy gdy nie chce się wam po pracy gotować. Ja dzisiaj organizacyjnie pociągnę kilka wątków, bo zaczynacie mi się ciskać w komentarzach.

Po pierwsze, możecie mi pogratulować. Bratu urodziło się drugie dziecko, ja jestem po raz drugi wujkiem i jest w pytkę. Tak właściwie to możecie pogratulować również Bratu, bo to w sumie on z żoną odwalił całą robotę. Bratanica jest fajna, nie ma zębów, uśmiecha się rozkosznie przez sen, rozpuszczając jak wosk serce najbardziej twardego zioma i ma miękką czaszkę aka ciemiączko.

Powyższy akapit miał nieco uczłowieczyć tego bloga, bo za dużo w nim kurew a za mało blogaska i kawałków znad jajecznicy. Jako, że moje szczęśliwe życie trafiło w koleiny rutyny i przypomina cytowany przez Grzesiuka pamiętnik więźnia obozu koncentracyjnego[1], muszę posiłkować się innymi. A w tej roli zawsze najlepiej sprawdza się rodzina. Któregoś dnia może nawet wrzucę tu jakieś zdjęcie i spersonalizuję wygląd bloga. Chwilowo nie chce mi się.

A nie pisałem, bo nie było o czym. Znaczy było mnóstwo rzeczy do pisania i ja nawet je napisałem. Ale jak już napisałem, to ze mnie zeszło i dochodziłem do wniosku, że nie ma sensu obsrywać czytelników swoimi problemami. Nawet jeżeli mają one charakter mniej osobisty a bardziej ogólny. Dlatego w archiwum gnije kilka tekstów rozgrzebanych, kilka prawie gotowych i jeden całkiem gotowy ale jak mi się zechce, to się zbiorę i w ramach wiosennych porządków je pokasuje. Poza tym przez ostatni miesiąc byłem taki bardziej zarobiony niż mniej, i był to główny powód, dla którego moja pisanina z tempa sraczki przeszła do tempa ruchów tektonicznych - zarabiać muszę, bo wydatki się szykują srogie. Ale się to, nomen omen, rzadkie pisanie zmieni, gdyż postanowiłem wrócić do tego, w czym czuję się najlepiej. Czyli do książek i filmów. Tak, wiem, już to kiedyś zadeklarowałem i gówno z tego wyszło ale taki już urok niektórych moich deklaracji, że czasami pachną kałem.

Ale to następnym razem, bo nie chcę mieszać dwóch różnych systemów walutowych. Dzisiaj napiszę wam o tym, jak skutecznie rzuciłem palenie. Normalnie na taki poradnik wydalibyście kilkadziesiat złotych plus stówkę na gumy Nicorette albo plastry antykoncepcyjne z nikotyną. Do tego chodzilibyście wkurwieni na maksa, unikali kawy, alkoholu, ostrych potraw, imprez i seksu, co ma tyle sensu, ile ma go posuwanie nieogolonego jeża. Znaczy jak się człowiek bardzo postara, to efekt jest ale wszystko to kosztem rozszarpanego na strzępy krwawe fiuta. A nie o to przecież w życiu chodzi. Aha, osoby które nigdy nie paliły nałogowo proszone są o niewypowiadanie się w komentarzach na temat tego nałogu, bo tylko im się wydaje, że cokolwiek wiedzą. Nawet jeżeli ich partner pali lub palił, to dalej nic nie wiedzą. Także odstąpcie.

My, palacze stanowimy coraz bardziej tajne (zabraniają palić praktycznie wszędzie) stowarzyszenie ludzi, którzy rozumieją się bez słowa. Gdy o 4 nad ranem podchodzi do nas półżywy człowiek i rzęzi 'papierosa', to my mu tego papierosa dajemy. Nawet jeżeli wygląda tak, że normalnie nawet byśmy się na niego nawet nie odlali. Gdy słyszymy 'czy mógłby mi pan dać 50 groszy', udajemy, że nie słyszeliśmy prośby. Gdy przytomny żebrak rzuci 'czy dałby mi pan 50 groszy na fajki', dostaje złotówkę albo więcej. Nikt kto nie palił nie zrozumie jak to jest o 3 nad ranem wysypywać na stół zawartość popielniczki żeby znaleźć jakiegoś nieskatowanego, w miarę długiego niedopałka, ani nie pojmie jak można palić herbatę. To wiedza dostępna tylko nam, nałogowcom.

W palarni nawiązują się znajomości, w palarni kwitnie życie towarzyskie, w palarni jest fajnie. Nie znam skuteczniejszej i szybszej metody przełamania lodów i nawiązania kontaktu z kobietą od odpalenia jej papierosa maszynką Zippo - trwa to 2 sekundy i jest najlepszym gambitem świata. Gdy chwilowo zabraknie tematów do wspólnej rozmowy, można zajarać fajka i posiedzieć w niekrępującej ciszy przez 3 minuty. Zazwyczaj w tym czasie coś nam wpadnie do głowy, ot choćby żarcik typu 'tak lubię fajeczki, że nastawiam sobie budzik na 3:00, palę i ponownie kładę się spać'. Papieros to nie jest wróg śmiertelny. Papieros to kompan do kieliszka, przyjaciel najlepszy, matka, żona i kochanka. W zdrowiu i w chorobie, w bogactwie i w ubóstwie, na dobre i na złe jest z nami. Nie zdradzi, zawsze jest pod ręką, nerwy ukoi, wysłucha, doradzi, uspokoi, do snu ukołysze. Towarzyszy nam w wielu ważnych momentach, w niektórych zaś jest wręcz nieodzowny. Każdy, nawet niepalący wie, że nie ma lepszego smaku niż papieros po seksie. Fajka jest ukoronowaniem seksu świetnego albo pocieszeniem po seksie marnym. Nie wyobrażamy sobie picia kawy bez papierosa. Nie wyobrażamy sobie picia piwa bez papierosa. Kurde, wielu rzeczy bez papierosa nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić.

Jako wieloletni palacz, mógłbym o swoim ukochanym wrogu pisać i pisać. Długo, namiętnie, z uczuciem. Ale mi się nie chce, bo wszyscy to znacie (niepalący powinni już dawno przestać czytać tę notkę) a poza tym ja tu przecież miałem produkować kawałek o skutecznym rzuceniu palenia a nie laurki ku czci papierosów tworzyć.

Palenie próbowałem rzucić kilkunastokrotnie (najdłużej nie paliłem przez jakieś półtora roku) więc nie jestem erotomanem-gawędziarzem, który próbuje coś tam nałogom radzić a gówno wie na temat. Na temat rzucania wiem wszystko, znam każdy stany towarzyszący rzucaniu, wiem jakie na naszej drodze czyhają zagrożenia, wiem w jakich sytuacjach wraca się do nałogu, znam metody radzenia sobie z fiksacją oralną, sposoby opanowywania ataków szału i napadów głodu oraz patenty na zapominanie o papierosie. Jestem pod tym względem omnibusem, który przećwiczył to wszystko na własnej skórze. Po wielokroć. Dlatego daruję sobie fizjologiczne bzdury o działaniu nikotyny na mózg, hemoglobinę, wchłanianie pokarmów i pracę żołądka, bo te możecie sobie wyguglać, a skoncentruje się na praktycznej stronie starcia gigantów.

Zanim przymierzysz się do rzucenia palenia, musisz odpowiedzieć sobie na zajebiście ważne pytanie... Nie, no co wy? Dzieci? Każdy wie dlaczego chce rzucić palenie (zdrowie, zdrowie, zdrowie, kasa oraz zdrowie a czasami presja pracodawcy albo rodziny).
Zamiast tego odpowiedz sobie na pytanie dlaczego NIE CHCESZ rzucać palenia. Nagle okaże się, że powodów do rzucenia jest nieporównanie mniej niż powodów do nierzucenia. I nie ma znaczenia fakt, że zdrowie to najmocniejszy układ kart, zapomnijcie o czymś takim jak rozsądne myślenie palacza na temat jego ukochanego nałogu. Liczy się to, ze nie chcemy rzucać palenia gdyż: papierosy nam smakują, papierosy pomagają nawiązywać kontakty, papierosy są świetną metodą na poznanie fajnej laski, nie wyobrażam sobie żeby nie zapalić do kawy, do piwa, do wódki, ogólnie do alkoholu, po obiedzie, po śniadaniu, na kiblu, podczas kąpieli, po seksie, przed seksem, po przebudzeniu, przed zaśnięciem, ułatwiają oczekiwanie na spóźniający się autobus, koją nerwy, zmniejszają łaknienie, odchudzają, bardzo odchudzają, pomagają utrzymać dietę, oszukują głód, powodują, że ludzie traktują mnie jakbym był fajniejszy. No i najważniejsze - są smaczne i je lubię, gdyż obdarzają mnie miłością niemalże bezinteresowną (mówiłem wam już, że palacze o swoim nałogu nie potrafią myśleć logicznie). Co będzie gdy zabraknie ich w moim życiu? Zostanę wyrzucony poza nawias fajnej społeczności palących i nie poznam już nikogo, bo przecież do tej pory ludzi poznawałem tylko na fajku. Zostanę pozbawiony tylu fajnych rzeczy, no a jakże to tak pozbawiać się tylu fajnych rzeczy w sytuacji, gdy w moim życiu zbyt wielu fajnych rzeczy nie ma?

No dobra, pewnego dnia stanęło w końcu na tym, że jednak rzucam. Od jutra/poniedziałku/przyszłego tygodnia. Nadszedł ten dzień. Kurwa, jak żyć? Jak mam wypić kawę poranną? Na przystanku co mam niby robić? W drodze do pracy, w korku? Nigdy już nie będzie przerwy na papierosa? Szlagszlagszlag, ale bym zajarał, na szczęście mam Nicorette, szlagszlagszlagkurwa, jakie to niedobre... zaraz rzucę pawia... aaaaaa.... umieram tak jakby... nie chcę tych gum, chcę plaster. I zaczyna się droga przez mękę, usłana takim przeszkodami, o jakich nie śniło się Napoleonowi podczas kampanii rosyjskiej. Jak pokonać te przeszkody opowiem wam w następnym wpisie. Tak, wiem co to suspens.

Aha, zalinkowali mnie dzisiaj na głównej joemnostera, przez co odnotowałem jakąś chorą ilość wejść na stronę. W związku z tym, że jestem sławny niczym Mozart, proszę zwracać się do mnie Panie Radosławie. A najlepiej do mnie nie zwracajcie w ogóle, bo stojąc w blasku jupiterów nie będę miał na was czasu. A piszę to po to, by zwrócić uwagę na modus operandi chłopaków z joemonstera - czy naprawdę takie trudne jest napisanie do mnie maila treści 'Elo zią, chcemy wrzucić kawałek z twojej strony do nas na główną. Pasi?'. Pasiłoby, nie mam z tym problemu. No ale po co sobie dupę zawracać takim drobiazgiem?
I nie chodzi mi o to, że chciałbym żeby moje prawa były w jakikolwiek sposób respektowane, bo dzieckiem nie jestem i wiem, że ochrona własności i praw do treści publikowanych w internecie jest fikcją. Chodzi mi o to, że w dobie skurwiałych dzieci neo fajnie byłoby zachowywać jakieś konwenanse i pielęgnować dobre obyczaje. No ale widać jakiś jestem wczorajszy. Do poczytania.

[1] Poniedziałek. Zachciało mi się srać - ustęp zamknięty. Wtorek. Idę do ustępu - zamknięty. Środa. Jak wczoraj. Czwartek. Już ciężko wytrzymać, idę do ustępu - zamknięty. Piątek. Już nie mogę wytrzymać, a ustępy zamknięte. Sobota. Już nic nie potrzebuję - zesrałem się!!!!!!”.
No wiecie, osiągnąłem taką małą stabilizację.