To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
piątek, 17 stycznia 2014

Opowiem wam o świni.
Jako dzieciak, wychowywałem się praktycznie na wsi. Ojciec Mieczysław zasmakował w żywocie plantatora oprawcy, sorry, uprawcy i do pewnego momentu, co roku raczył nas płodozmianem. Była jakaś złowoniaszcza fasolka. Były chyba ogórki i pomidory. Na pewno był len, podczas zbioru którego doznałem udaru i oparzeń na tyle ud (tak bardzo mi się to udało, że nie wiem). Były konopie, ale te legalne, przy których ujebaliśmy się jak nieludzie, i z których monetka była tak żartobliwa, że ja pierdolę. Mieliśmy również tytoń (nawlekaliście kiedyś tytoń na druty? to się nazywa brudna robota), buraki, jakieś zboża jare i ozime. Aż w końcu wzrok Ojca Mieczysława spoczął na malinach, i Ojciec stwierdził, że to jest dobre. Rozpoczęła się gehenna, bo uprawa malin to praca od kwietnia do października, wysładzana dobrobytem, bo za wszystkie prace polowe miałem płacone, dzięki czemu opływałem w dostatek oraz stałem się posiadaczem zajebistej wieży trzysegmentowej plus adapter, nazwy firmy nie pamiętam ale taka srebrna z wyjeżdżającą automatycznie szufladką na kasety oraz komputera osobistego Timex 2048. Rzecz jasna kasa pochodziła ze zrzutki, jaką czyniłem z Bratem. No dobra, nie oszukujmy się,  Rodzice też się dorzucali.
W jakąś pobrnąłem dygresję.
Jako dziecko, które dzieliło czas między miasto i wieś, trochę jestem z miasta a trochę ze wsi, dzięki czemu krowę wydoję, drzewa narąbię i w piecu napalę oraz nie zgubię się w Poznaniu i wiem, że do niektórych bram się nie wchodzi. Moja wsiowa egzystencja, pomijając pomoc w pracach polowych, była zajebista. Spałem na sianie, co jest chujowe, bo w sianie jest paździerz i kurz, które powodują obrzęk i swędzenie oraz skorek, który wchodzi do ucha i przegryza się przez bębenek (koszmar mojego dzieciństwa, taki skorek). Spałem pod grubą pierzyną, obok pieca, co zimą jest rzeczą tak absolutnie doskonałą, że o rany. Dziadek Bolesław siekierą wystrugał nam z desek pepeszki więc ganialiśmy z Młodym i ostrzeliwaliśmy z zasadzki faszystów. Z leszczyny powstawały świetne łuki i jeszcze lepsze rapiery, z którymi mam taką historię, że fechtowałem z Bratem, pociągnąłem go po palcach (gdyż leszczynowy rapier nie miał żadnej osłony na rękę, sama klinga na hardkorze), on się wkurzył, uruchomiłem manewr ucieczkowy, zblokowałem się na dyszlu, jedna noga została z tyłu, poczułem dziabnięcie i od tamtej pory mam w lewej łydce taki punkt, że jak się go naciśnie, natychmiast łapie mnie skurcz. To śmieszne.
Najmilej jednak wspominam trzy rzeczy. Młode ziemniaki i chłodnik pod orzechem, podpłomyki z blachy piecowej oraz świniobicia. Pierwsze jest oczywiste, owady nie lubią orzecha więc jest to strefa wolna od fruwającego badziewia. Koc, micha, kubki i o rany. Podpłomyków wyrobu Babci, byliśmy w stanie zjeść każdą wyprodukowaną ilość. Jakoś tak prosto się to odbywało, mąka, woda, sól, może soda ale się przy tej ostatniej nie upieram, zagnieść, uklepać małego placka i upiec go krótko z obu stron na blasze pieca. Jak do tego są jeszcze rydze z tej blachy, to naprawdę niewiele jest rzeczy od tego lepszych. Może idealizuję smaki dzieciństwa ale nie wydaje mi się, to jest naprawdę pycha.
No i świniobicie. Największe wydarzenie w obejściu. Oraz najlepsze dwie rzeczy pochodzące z martwego zwierzęcia: tak zwana świeżynka aka świeżyzna, i nie dajcie się nabrać reklamom w przydrożnych barach, bo świeżyzna, jak sama nazwa wskazuje, pochodzi z jeszcze parującego osobnika. Oraz mózg. Mózg zabełtany z jajkiem na patelni to najlepsza rzecz, jaką ma w sobie zwierzak. To jest tak pyszne, że jakbym nie był poetycznym analfabetą, jebnąłbym poemat, odę albo sonet o smażonym mózgu. Ale nie umiem rymów i nie jebnę.
To było jedno z pierwszych świniobić zarejestrowanych przeze mnie. Jak było coś wcześniej, to nie pamiętam, to jedno wyryło mi się w mózgu i pamiętam je do dzisiaj a lat miałem ze sześć albo coś.
Cały poranek i przedpołudnie upłynęły rodzinie pod znakiem nerwowego wyczekiwania i drżenia, nie miałem pojęcia o co chodzi. Koło południa do obory weszło trzech oprawców: Ojciec, Wuj i Dziadek. Uzbrojeni jak jebani ninja. Noże, siekiery, tasaki, jeszcze więcej siekier, jakiś młot bojowy i dałbym sobie uciąć skórę z pięty, że Wujek upychał po kieszeniach shurikeny a za pasem przynajmniej jeden sierp (tak, do tej pory na ścianie w domu wisi wyrobiony sierp, którym się żęło w ogrójcu). Zamknęli się szczelnie w środku, bo wszyscy znamy te opowieści o świni, którą niedokładnie ogłuszono, po poderżnięciu gardła zwierzę się ocknęło, wyjebało drzwi od obory i pognało na podwórek, marnując dobrą krew do kaszanki. Bita trzoda ma się wykrwawić do wielkiej wannomiski a nie na trawę.
Dlatego świniobicie przebiegało zgodnie z zasadami bhp, chociaż powiem wam, że trwało tak długo, że byłem przekonany, że Trzech Oprawców robi z tą świnią zgoła inne rzeczy niż rzeź. Po półgodzinie, gęsto szpikowanej kurwątwojąmacią i okrzykami 'trzymaj tę kurwę', świnia kwiknęła po raz ostatni i zapadła krępująca cisza. A potem chlust i odgłosy ssania...
Wybaczcie, to skądinąd. Dzielni Oprawcy spuścili krew ze świni, wywlekli truchło na podwórko i rozpoczął się bardziej brutalny element kultury wiejskiej. Patroszenie. Nie miałem pojęcia, że w środku trzody mieści się tak dużo dziwnych rzeczy, młody byłem i wyobrażałem sobie, że całe zwierzę jest zrobione z mięsa a szynkę uzyskuję się z języków. Świnia została wypatroszone selektywnie, jelita trafiły do jednej wannomiski, podroby do drugiej. Nad pierwszą postawiono mnie i Młodego, dostaliśmy do ręki po garści witek wierzbowych i przykazanie, żeby odganiać muchy energicznie. Drugą wannomiskę zaczęły sprawiać kobiety. Staliśmy z Bratem spowici w gorący opar niewypróżnionych jelit i melancholijnie siekliśmy po tych jelitach witkami, gdyż przydzieloną pracę traktowaliśmy bardzo poważnie.
W tym samym czasie, Trzech Oprawców zbryzganych krwią, pastwiło się nad zwłokami. Patrzyłem z fascynacją jak przy pomocy jakiegoś wiechcia zmoczonego w denaturce, opalają świniaka. A potem zaleciał do mnie smród palonych włosów i zrozumiałem po co to. Jeszcze jakieś czary, kolejna abrakadabra gęsto szyta makabrą, zainteresowany przekazałem witki Bratu i podszedłem bliżej.
Wtedy padły ponadczasowe słowa Dziadka Bolesława, który na moje filozoficzne pytanie 'co dalej z tą świnią', odpowiedział tak:
Powiesimy ją za tylne nogi na jabłonce, sparzymy wrzątkiem, obskrobiemy tarką i świnia będzie jak panna młoda w białej sukience.
To wtedy zrozumiałem, że Dziadek Bolesław się nie pierdoli w tańcu i czas dorosnąć. Zostałem małym mężczyzną.