To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
czwartek, 27 stycznia 2011

Się napinałem na notkę na temat i wyprodukowałem kawałek tak abstrakcyjny i odjechany, że musi chwilę odleżeć w zamrażarce, zanim zdecyduję co z nim dalej zrobić. Po dwóch dniach knucia, doszedłem do wniosku, że niech on sobie jeszcze popułkownikuje a ja sobie zrobię goń myślową na tematy luźne i niepowiązane.

Sam, zagraj mi jeszcze raz CaDG

Dwa miesiące temu, pod toną kartonów, znalazłem gitarę i zacząłem sobie na niej powoli pitolić. Po trzech tygodniach musiałem zrobić przerwę, bo wyrypałem opuszki o struny aż do utraty linii papilarnych oraz zdarłem paznokcia. Z początkiem roku powróciłem hożo do ćwiczeń, wczoraj wieczorem przypomniałem sobie, że gdzieś w kartonach wala się mój śpiewnik z ogólniaka, odgrzebałem, przejrzałem i prawie zacząłem płakać. Okazało się bowiem, że kotwice[1], które człowiek sobie nieświadomie pozakładał w okresie burzy i naporu hormonów, działają od pierwszego strzału, nawet po 20 latach, i generują takie stany umysłowe, że na jakiś czas podziękuję za podróże sentymentalne. Bo przecież chłopaki nie płaczą.
Chociaż jedno muszę stwierdzić - wszystkie akordy, które w większości przypadków dobieraliśmy na słuch, w dalszym ciągu świetnie pasują do ówczesnych przebojów. Dzięki temu moi sąsiedzi załapali się na tużprzedpółnocny koncert szlakami moich fascynacji muzycznych. Ciekawym czy wymiękli przy KSU, czy dopiero przy Chłopcach z Placu Broni. CaDG działa bez zarzutu, z głosem gorzej, w sumie kupa dobrej zabawy.

Reinkarnacja metaforą jest[2]

Namawiała, namawiała i namówiła. Od 3 tygodni Showtime emituje nowy serial - Episodes. Rzecz o angielskim małżeństwie, które stworzyło czterosezonowy hit telewizyjny, skosiło nagrodę i skusiło się na wyjazd do Stanów, w celu zrobienia amerykańskiej wersji. I oczywiście następuje zderzenie oczekiwań z realiami.
W zasadzie chciałbym się przyczepić (bo to powinność krytyka, hyhyhy) ale nie mam na razie do czego. Tamsin Greig uwielbiam odkąd zobaczyłem ją w Black Books. John Pankow jako przerysowany amerykański producent jest bezbłędny. Matt LeBlanc, wykopany z otchłani zapomnienia, daje radę i tylko momentami jedzie Joeyem. I tylko Stephen Mangan mi nie leży ale to pewnie z tego powodu, że jakieś 2 tygodnie temu obejrzałem Dirka Gentlego, w którym zagrał rolę tytułową, i zrobiło mi się słabo i niedobrze. Widać jeszcze promieniuje.
Humorystycznie dobrze, bo trzeba być młotem żeby nie rozegrać zabawnie zderzenia Anglików z Amerykanami. David Crane młotem nie jest. I w ogóle jest fajnie, sympatycznie i śmiesznie oraz dwójka głównych bohaterów mówi z pięknym brytyjskim akcentem, strzelają korki od szampana, wybuchają race, wszyscy się radują a ja czekam na następny odcinek.

Łatwo jest być prorokiem we własnym kraju

W 2007 na ekrany wszedł brytyjski serial Skins. O młodzieży, która pije, pali, wącha trawkę, bawi się po nocach, wygłupia w szkole i uprawia seks na zasadzie każdy z każdym. Do tego nie rozmawia z rodzicami, bo rodzice nie mają czasu żeby pogadać. Spłycam i skracam, bo serial zasługuje na dłuższy wpis, którego nigdy mi się nie chciało zrobić i nie chce mi się również teraz. Podobało mi się w nim prawie wszystko - młodzi aktorzy (a może naturszczycy, nie sprawdzałem), którzy potrafią przekonująco grać. Życiowe tematy. Sporo patologii ale nie takiej, żeby się narazić na wyrok za pokazywanie seksu nieletnich. Dramaty, hormon i problemy z utratą dziewictwa. Trochę gorzki obraz przepaści między pokoleniem rodziców i ich dzieci. Sporo humoru, sporo dramy, nie wiem jak dobrze odpowiadający prawdzie obraz pokolenia brytyjskich nastolatków. Ogląda się to świetnie, zwyczajowo krótkie sezony (10 odcinków) nie nużą, taki więcej przebój.
Dziwnym nie jest, że na Skins spoczęło łakome oko Ameryki. No i wzięli wyprodukowali swoją wersję. Konkretnie wyprodukowało to MTV[3]. Nie jestem jakoś specjalnie uprzedzony, bo przecież Stany to potentat jeżeli chodzi o produkcję dobrych seriali. Ale jak sobie wyobraziłem, że to MTV, stwierdziłem cichutko, żeby nie zapeszyć: ależ to będzie epickie gówno. No i wczoraj obejrzałem pierwsze 2 odcinki. Dżizas, kurwa, ja pierdolę. Co to miało niby być?
Pozytywne aspekty amerykańskiej wersji - uwalą to po pierwszym sezonie, bo to kiła straszna. Ponadto jest szansa, że jeżeli to będzie klapa, Amerykanie przestaną próbować robić swoje wersje dobrych seriali.
Negatywne aspekty amerykańskiej wersji - cała reszta. Autentycznie. Nie ma w tym serialu niczego wartego uwagi. Oglądanie go jest jak jedzenie szkła z żużlem, jak czyszczenie zębów sczotką drucianą, jak zakraplanie sobie kwasu siarkowego do oczu. No dramat po całości. I aż się chce na koniec leciutko strawestować Pablo Francisco: MTV took great British show and shit on it.
I oczywiście, że obejrzę to do końca. Może wena spłynie i dłuższym kawałkiem rozszarpię American Skins na strzępy. Chociaż pewnie nie, bo po co tłuc bity o krapie.

Zabrania się wykluczać

Zabawny artykuł o cyfrowym wykluczeniu. Ja rozumiem, że wierszówkę trzeba skasować i kontrowersyjnymi treściami nabijać licznik wejść na stronę ale kurde, są chyba jakieś zasady rzetelności dziennikarskiej. Gdyby coś takiego pojawiło się kiedyś na usnecie, stwierdziłbym że to słaby troll i gdybym miał chwilę, może bym z autorem poflejmował[4]. Chociaż raczej nie, bo tu nie ma z czym za bardzo polemizować, można co najwyżej pociągnąć z autora łacha, czego nie chce mi się robić.
Więc może zrobię dobry uczynek i podpowiem kilka zagadnień, które w takim artykule miałyby więcej sensu. Nieznajomość kilku modnych ostatnio, acz smutnych jak Mordor, memów, nie oznacza wykluczenia, bo to margines a nie ogół. Wykluczenie oznacza natomiast[5] brak następujących umiejętności: obsługa poczty, wysłanie załącznika (fotka, dokument, cokolwiek), obsługa internetowego konta bankowego, znalezienie godzin pracy urzędu, knajpy czy sklepu, ściągnięcie i wydrukowanie druków urzędowych, rozliczenie PIT-u/a przez internet, wyszukiwanie niezbędnych informacji, tekstów naukowych/beletrystycznych, zakupy i rezerwacje przez internet, sprawdzenie rozkładu jazdy, obsługa karty bankomatowej/płatniczej. To co dla nas jest normą, dla niektórych jawi się czarną magią. I to jest właśnie cyfrowe wykluczenie. Lajkowanie, forfiter, jestem hardkorem, daj kamienia czy demoty mogą wykluczać wyłącznie gimbusów.

Bud'te dabry, dajtie mnie adnawo majndfaka

Aronofsky to taki facet, którego się trochę boję, bo mi okrutnie babrze swoimi filmami pod czaszką. Wczoraj, tuż przed snem, wpadłem na pomysł, że może by tak obejrzeć Black Swan. I chociaż wszystko krzyczało 'ej, jesteś zmęczony, wypiłeś kilka piw, zagrałeś sąsiadom koncert, jesteś po US Skins, jutro praca, kładź się spać', odpaliłem go. Nie będę tu się mundrze rozwodził na temat perfekcjonizmu, schizofrenii, dominującej matki czy onirycznej estetyce niektórych scen, bo mądrzejsi zrobią to znacznie gorzej ode mnie. Jak się tłumy przewalą, obejrzę to sobie w kinie bo:
- Natalie Portman pięknie tańczy
- Aronofsky w pewnym momencie odjeżdża w niezbyt, zdawałoby się, adekwatny gatunek: horror. Lubimy horror.
- Natalie Portman w wannie bada swoją seksualność
- Natalie Portman w łóżku bada swoją seksualność
- Mila Kunis
- Mila Kunis i Natalie Portman tańczą w klubie w strobo i w dymie
- Mila i Natalie w taksówce
- Mila i Natalie w łóżku

asdl 00pljkdg 0.///ad
dflkajdsf lkeoig ....sazgfpoawex
dsfasd  oisadg lasdfoai

Przepraszam, palce mi się spociły i zaczęły ślizgać po klawiaturze. Obejrzyjcie Black Swan, bo to dobry film.

Oraz na dzisiaj to by było na tyle. Do poczytania.

[1] Psychologiczne, nie stalowe.
[2] Szybki konkurs za piwo. Kto bez guglania powie mi z czyjego kawałka to cytat i czyja wersja jest lepsza?
[3] Niedługo wyznacznikiem wieku będzie stwierdzenie: pamiętam czasy gdy w MTV leciała muzyka.
[4] Objaśnienie dla cyfrowo wykluczonych - taka kłótnia tylko w internecie. W podstawówce flejmy rozwiązywało się solówką po lekcjach, w ogólniaku i później człowiek musiał zagryźć zęby i pokazać, że jest cywilizowany.
[5] Jak mi ktoś napisze, że lecę oczywistościami, poznacie jak wygląda mój gniew.