To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
wtorek, 26 stycznia 2010

Wylicytowałem na allegro po bandyckiej taniości książkę 'Jak brednie podbiły świat' (Francis Wheen, polecam). Odbiór osobisty na Ursynowie, ulica Alternatywy. I pojechałem, uprzednio sprawdziwszy na mapie gdzie jest ta kultowa miejscówka. A potem mi się okrutnie popieprzyło. I stwierdziłem, że:
- to tak żałosne, że aż śmieszne
- ostatnia notka o dupie Maryni była dawno temu
- sam z siebie darłem łacha jeszcze dawniej temu (chyba przy okazji gotowania palca z zastrzałem)
No to wam opiszę detalicznie co i jak mi się popieprzyło, jak doznałem odmrożeń, hipotermii, jak zabłądziłem i w ogóle. Aha, pod tekstem jest mapka, otwórzcie ją sobie w oddzielnym oknie i wbijajcie ze mną w paszczę nieudolności, mchu po południowej stronie drzewa i zabawnych pomyłek.

Jak wspomniałem, obadałem gdzie jest ulica Alternatywy i uzbrojony w wiedzę wysiadłem na rondzie przy Realu (niebieski krzyżyk w lewym dolnym rogu). Poszedłem kawałek Płaskowickiej (za chwilę o tym dlaczego akurat tam) a jak mi się chodnik skończył to zawróciłem i stwierdziłem, że zajdę z drugiej strony, bo tu pewnie wbitki nie ma. Otóż wystawcież sobie, że pamiętałem o tym, że Alternatywy są między Pileckiego a Płaskowickiej. Tylko mi się strony popierdoliły. Numer 1 to początek mojej epickiej przygody. Zanim doszedłem do numeru 2, miałem dumkę, żeby się w przecznicę wbić ale przecznica (Makolągwy) pytowała na maksa bo nie posiadała chodnika. Cofnąłem się bo nagle zacząłem mieć wątpliwości. Nabiłem numer do sprzedawcy:
'Panie Radku, stanie pan na Pileckiego, tyłem do Puławskiej, pójdzie kawałek prosto i skręci w lewo nagle. To blisko jest Centrum Onkologii'. Jak widzicie sprzedawca pomylił Pileckiego z Płaskowickiej (albo ja coś źle usłyszałem), początkując tym ciąg zabawnych nieporozumień.

Jestem typem dosyć topornym i stwierdziłem, że może by obadać jednak Płaskowicką. Cofnąłem się do punktu 3, po czym okazało się, że TU KURWA NIE MA CHODNIKA! Znaczy może był ale go zawiało. Zwątpiłem w ród ludzki i służby odśnieżania, przeczłapałem z powrotem do przystanku (litera B) i stwierdziłem, że wbijam tam gdzie wydawało mi się, że widziałem Alternatywy na planie. Aha, w okolicach litery U prawie poczułem twarz z powrotem, bo wieczór był mrok, ziąb, chujnia sukinkot, choć suchy. No dobra, chuja tam suchy, wilgotność 90% i porywisty wiatr, pierwszy raz tej zimy poczułem zimno. Przy literze S (albo numerze 4) wysiadłem, kupiłem paczkę papierosów (nawet nie wiecie jakie to mądre w swej głupocie było), przeszedłem na drugą stronę Ciszewskiego i zacząłem szukać człowieka, który upewniłby mnie w moim przekonaniu. Napatoczył się miły pan biegacz (na jego widok jądra wróciły do moszny, po czym powędrowały do cieplejszych regionów w okolicach migdałków - tak skubany był na letniaka ubrany). Miły pan stwierdził 'kurwa, wie pan, nie mam pewności ale wydaje mi się, że byłem tam niedawno na spacerze i jest to tam' - machnął ręką, wskazując w stronę Puławskiej (za lewą krawędzią mapy). I byłem w domu, bo mi się też wydawało, że to tam.

Dochodząc do numeru 5 miałem coraz gorsze przeczucia. Niska zabudowa a gość mieszka pod numerem w okolicach dwusetki. I do tego wszystko pogrodzone jak kmiece chaty na wichurze. Numer 5 wyznacza kolejnego miłego pana, tym razem z psem i bez łódki, który uświadomił mnie, że tutaj to raczej ptasie ulice a Alternatywy to zdaje mu się, że tam - tu wskazał w kierunku, z którego przyszedłem. Przekląłem głośno, wykurwiłem pierwszego z serii kujawiaka w zaspę i wróciłem do punktu wyjścia.

W okolicach numeru 6 zdałem sobie sprawę z tego, że ten akurat nejberhud znam bardzo dobrze, bo mieszka tu mój ziom, jeszcze z czasów pracy dla okurwieńców z pewnego azjatyckiego kraju. I przypomniałem sobie, że za pierwszym razem bloku Andrzeja szukałem pół godziny i prawie się rozpłakałem ale jako żywo Alternatywy nie pamiętam.

Tutaj drobny przerywnik dla tych, którzy mieli szczęście i nigdy nie musieli szukać adresu w kwadracie wyznaczonym ulicami Ciszewskiego, Dereniową, Gandhi i Pileckiego. Otóż tam każdy blok jest na innej ulicy. Dereniowa, Miklaszewskiego, Dybowskiego, Amundsena, Pileckiego - co sobie tylko zażyczycie. A numeracja to temat na dłuższą rozprawkę.

Wbiłem w to psychodeliczne osiedle a malunki na załączonej mapce nawet w połowie nie oddają tego, co ja tam przeżyłem. Po kwadransie, wycieńczony i odwodniony dopadłem jakąś staruszkę, która na pytanie o Alternatywy, wskazała budynek oddalony o jakieś 50 metrów i powiedziała, że tam jest numer 4 a innych muszę sobie poszukać. Oblazłem to wszystko w kółko i nichuja. Nabiłem po raz kolejny numer sprzedawcy: 'Stoję przy Alternatywy 4 i nie wiem co dalej'. 'Panie Radek, pan pójdzie prosto, dojdzie do rondka, skręci w prawo, przejdzie jakieś 100 metrów i po lewej będzie mój blok'. Problem był taki, że w zasięgu wzroku nie miałem żadnego rondka. Postanowiłem dokładniej obadać Alternatywy 4. 15 sekund później zacząłem płakać z bezsilności. To nie były Alternatywy 4 tylko Amundsena 4. Dałem sobie ostatnią szansę na wyjście z twarzą z tej porażki intelektualnej - postanowiłem ciężko skopać kolejną zaspę. Odpaliłem następnego fajka i poczłapałem zrezygnowany na skos, między nowe bloki żywiąc słabą nadzieję, że może to będzie to. Niestety, Nowa Estetyka Warszawska narzuca taki paradygmat: wysokie ogrodzenie, najlepiej pod napięciem i zero tabliczki z nazwą ulicy i numerem bloku. Kto nie wierzy niech się kopnie w okolice numeru 7, gdzie próbowałem okrążyć ogrodzony blok ale utknąłem w zaspie i po raz kolejny zacząłem szlochać bezgłośnie.

Już zrezygnować chciałem, miałem tego dość ale postanowiłem dać ostatnią szansę miejscowym. I pod numerem 7 spotkałem miłą panią, która wiedziała gdzie jest Alternatywy. Pan przejdzie tu na skos do stacji benzynowej i za nią będzie Alternatywy. Ten taki okrągły blok - tak mi skubana powiedziała. Z radości zadzwoniłem do gościa, że zaraz będę, potem skopałem kolejną zaspę, następnie wpadłem w ukrytą zaspę, która nie wyglądała jak zaspa i dolazłem do tej złowoniaszczej stacji. Oczom mym ukazał się sklep Lidl i w tym momencie oficjalnie zacząłem się wkurwiać (dlaczego, powiem na końcu). Na dodatek polazłem z tej stacji tak, że musiałem, niczym jebany muflon, pomknąć po wąskim, oblodzonym murku, co to z jednej strony sterta śniegu a z drugiej 4 metry w dół do wjazdu garażowego. I tak się zestresowałem wysokością, że schodząc z murka wyłapałem lód i przykurwiłem w krawężnik prawym kolanem tak, że chyba się lekko zesrałem (aczkolwiek tej wersji nie będę fanatycznie bronił). Dlatego aktualnie mam zmasakrowane oba kolana, co jest śmieszne. Miejsce kaźni wyznacza numer 8. Wtedy zaczęło mi się wydawać, że gorzej nie będzie. Stare to a głupie - oczywiście że będzie.

Podbiłem do jakiegoś kolesiowca i zapytałem co to za adres. Indiry Gandhi, powiedział a ja chyba właśnie w tym momencie przyjąłem ten swój niepokojący innych wyraz twarzy, bo gość od razu zapytał jakiej ulicy szukam. 'A, Alternatywy. To pewnie Alternatywy 4?'. Nie człowieku, siódemka mi jest potrzebna. Siódemka jak siedem cudów świata. Jak siedem grzechów głównych i cnót kardynalnych. Jak pierdolone siedem wzgórz Rzymu, siedem sakramentów i siedem dni tygodnia. Jak w dupę jebane siedem sfer piekła i nieba i siedem sztuk wyzwolonych. Nie wiedział. A ja zacząłem poważnie rozważać zrobienie powtórki z filmu Se7en.

Jak mi wkurw minął i zniknęła czerwona mgła, ujrzałem rondo, o którym mówił mi typ przez telefon (numer 9). Doszedłem do niego, po prawej Alternatywy 4, po lewej chujnia, wygon i niebieski neon. No dobra, co by zrobił Brian Boitano. Skręciłem w prawo, przeszedłem 50 metrów, zobaczyłem na bloku po prawej tabliczkę 'Polskie Drogi 21' i chyba mi strzeliło jakieś naczynie w mózgu. Zawróciłem i na rondzie ponownie skręciłem w prawo. Doszedłem do numeru 10, zapukałem do cieciówki i zapytałem się kolesia co to za adres. Polskie Drogi, on do mnie a mi się przypomniał stary dowcip, że jak to kurwa jest, że ty wszędzie mieszkasz a ja nigdzie? Gdzie się nie obejrzysz - Polskie Drogi. Odpaliłem 15 bodajże fajka i brutalnie zmasakrowałem kolejne dwie zaspy. Nic z nich nie zostało, dlatego zaznaczyłem ich miejsce spoczynku krzyżykami. Ostatnim kierunkiem na rondzie było znowu w prawo (czyli w stronę numeru 11) ale tam znowu zaatakowała mnie Nowa Estetyka Warszawska wzbogacana o lampy, które wzbudzały się zbliżeniowo. Zupełnie jakby niewystarczająca była moja ślepota ogólna a zwłaszcza po zmierzchu. Wróciłem na rondo, pod numer 9, zapaliłem fajkę, wygarnąłem pot spod bluzy i zadzwoniłem do sprzedawcy, że ja to pierdolę, poddaję się, 10 lat wyszkolenia harcerskiego psu w dupę na nowych ursynowskich osiedlach i że przeleję mu kasę a książkę odbiorę jak uda mi się tu przyjechać w dzień i znajdę te jebane Alternatywy 7. Gość kazał mi się rozluźnić, spytał gdzie stoję, kazał odwrócić się plecami do niebieskiego neonu, o którym wspominałem wcześniej i przejść jakieś 100 metrów przed siebie. A potem w lewo i jestem na miejscu. 3 minuty później klęczałem przed blokiem z tabliczką 'Alternatywy 7', głośno płakałem z ulgi a dowozicielator pizzy, który atakował akurat piątkę, uciekł na mój widok prędko. Odebrałem książkę i wróciłem pod numer 11, by tam wsiąść w autobus i udać się do metra.

Zadajecie sobie pytanie dlaczego wkurwiłem się widząc sklep Lidl. Otóż gdybym nie był takim zjebem, to pod tym Lidlem bym wysiadł z autobusu, którym doginałem z pracy i pieprzone Alternatywy 7 byłyby moje w ciągu 10 minut. No ale dzięki zgapieniu przeżyłem piękną przygodę, którą będę mógł jeszcze kiedyś opowiedzieć przy piwie. Albo i nie.

Plusy tego pokazu nieudacznictwa - ważna nauka: nie wierz mieszkańcom Ursynowa. Każdego napotkanego projektanta tego koszmaru ładuj od razu w usto bolesne. Wrzuć sobie plan Warszawy do komórki. No i kolejna dobra książka w biblioteczce.
Minusy - hipotermia, odmrożenia nóg pierwszego stopnia, utrata wiary w siebie, płacz i szlochy przy ludziach, zmasakrowane prawe kolano.
Rekapitulując - zajebista godzina w mieście.

czwartek, 07 stycznia 2010

Pierwotnie ten podcykl blogowy miał służyć skanalizowaniu wkurwu, odreagowaniu traum postremontowych i terapii śmiechem. Niestety, z uwagi na nieudolność ekipy walczącej z kaflem, po dziś dzień wychodzą jakieś fakapy. I coraz mniej mi do śmiechu, zwłaszcza że niektóre z nich są potencjalnie niebezpieczne i przy gorszym zbiegu okoliczności mogły mnie zrujnować finansowo. Z tego powodu cykl ulegnie skróceniu, bo przestał spełniać pokładane w nim nadzieje. Przede wszystkim przestał mnie bawić i sprawiać mi frajdę. Dodatkowo, do tej pory nie jestem w stanie oswoić pewnych rzeczy i gdy patrzę na krzywe blaty, w dalszym ciągu chuj mnie strzela. Gdy widzę sufit podwieszany, który pękł po 3 miesiącach, mam ochotę spalić kilka wsi. Gdy patrzę na upierdolony odpływ w kuchni, który rozleciał się na kawałki od lekkiego puknięcia weń pudłem przeprowadzkowym, oczy zasnuwa mi czerwona mgła. Dlatego z zaplanowanych 13-15 kawałków, skleję z dziesięć, bo chyba mi się już odechciało pisać o radosnych chujograjcach z ekipy rem-bud. Oczywiście za miesiąc może mi się coś pozmieniać ale na dzisiaj wygląda to tak, że oprócz tej notki będzie jeszcze jeden odcinek fabularyzowany i podsumowanie całości.

Pod poprzednią notką padło pytanie dlaczego klepnąłem rury na ścianie i inne wpadki. Z czterech powodów.
Po pierwsze, chciałem się tych kolesi jak najszybciej pozbyć żeby nie musieć oglądać przez kolejny tydzień ich uśmiechniętych twarzy.
Po drugie, miałem umówioną ekipę od parkietu a u nich z terminami było tak słabo, że nie było opcji dowolnego przesuwania. Plus mój mazurski urlop na początku sierpnia się zaczynał.
Po trzecie bałem się, że jak zaczną poprawiać, to spierdolą jeszcze bardziej (z perspektywy czasu widzę jak bardzo mądrym chłopcem się okazałem). 
Po czwarte wreszcie, stwierdziłem, że za ewidentne wpadki nie zapłacę.
A gdzieś w tle majaczyła mi dodatkowo groźba załamania psychicznego - wszyscy moi znajomi, którzy mnie w tamtym czasie spotykali potwierdzą, że byłem cieniem dawnego Teklaka, w sensie kompletnego zwraczenia. Dobra, koniec smutków, wracamy do mojej łazienki (chronologia zdarzeń zostanie ponownie olana).

Dong dong dong dong dong, dong dong dong - zaświergoliła radośnie komórka, wyrywając mnie z objęć Morfeusza.
- Splrt, urghhh, nie zabierajcie mi ciżm... Czego, kurwa? - udało mi się w końcu wyartykułować.
- Radekzrobiliśmywszystkogdziesąpłytkidołazienki - wystrzelił niczym z karabinu Jurku.
- Jurku, zwolnij bo ni chuja cię nie rozumiem.
- Płytki do łazienki są potrzebne natychmiast - wykrzyczał do słuchawki Jurku, a we mnie zaczęło narastać dojmujące poczucie deja vu. Czy myśmy tego w ubiegłym tygodniu nie ćwiczyli?
- Jurku, kurwa mać, przecież mówiłem, że po płytki jadę z Ozonem w czwartek - postanowiłem być miły.
- No ale my nie mamy znowu co robić - zakwilił do słuchawki Jurku a mnie zaczął powoli acz nieustępliwie chuj strzelać.
- Jak to kurwa nie macie co robić? Położyliście płytki na balkonie?
- Tak.
- Wyburzyliście ściany?
- Tak.
- No to kurwa róbcie sufit podwieszany w salonie. Murujcie ściankę między sypialnią a kuchnią. Montujcie drzwi do pieprzonej sypialni. Przecież z tym będziecie mieć w kutas roboty, bo tam jest pieprzona dziura od sufitu po posadzkę do zamurowania. Nie wiem, może wyjebcie dziurę pod Geberit. Albo, kurwa, osadźcie wannę. Macie tyle rzeczy do zrobienia a ty mi dupę zawracasz płytkami? - przez te kilkadziesiąt sekund gdy wyliczałem Jurku prace do zrobienia, poczułem się jak kierownik dużej budowy. Na pewno pod względem leksykalnym.
- Ale my byśmy chcieli robić płytki - odparował Jurku.
- Płytki kupię w czwartek - odparowałem i się rozłączyłem.

MINĘŁO KILKANAŚCIE STRZAŁÓW ZNIKĄD

Bartycka. Czwartek.
- Teklaczku, proponuję ci do kuchni na ścianę te płyty, na podłogę te a do łazienki zaraz wybierzemy, ale w innym miejscu - Ozon nie pierdolił się w tańcu.
- Spoko, ta pasi, ta też - jak widzicie, dobrze traktowany, jestem bardzo łagodnym i kontaktowym klientem.
Wszedłem, zapłaciłem, ustaliliśmy kiedy będą do odebrania (tutaj pośpiechu nie było, bo kuchnia miała być robiona na końcu) i cali w ułybkach pożegnaliśmy się z obsługą. Całość zajęła nam jakiś kwadrans.
Zanim poszliśmy do salonu glazury, terakoty i innych cudów, siedliśmy przed jakąś budą z hambaksami, puknęliśmy kilka rolek, walnęliśmy Tymbarka i wyliczyliśmy dokładne ilości płytek. Co do centymetra kwadratowego. Oddychajcie, wiedzieliśmy przecież, że płytki będą sprzedawane na paczki i byliśmy przygotowani na pewną nadmiarowość (w sumie wyszło jakieś 10% górką dla obu kolorów).
W rzeczonym salonie Ozon pokazał mi kilkanaście kolekcji, które mu konweniowały z moją wizją, do finału weszły dwie, wybrałem zwycięzcę, kupiłem, wyżebrałem jakiś drobny rabat (lepiej mieć kilkadziesiąt złotych niż nie mieć) i ustaliłem, że ich tajny kurier Michał Strogow przywiezie płytki na obiekt następnego dnia. Co też uczynił. Myślałem, że od piątku praca nad płytkami ruszy z kopyta. Ależ byłem naiwnym łosiem.

Otóż nie ruszyła. Płytki przyjechały i sobie stały w kącie, w przedpokoju. W piątek stały, bo pewnie nie ma sensu zaczynać pod koniec tygodnia. W sobotę też stały, bo w sobotę pracują tylko żydy, rumuny i cygany. W poniedziałek praca ruszyła z kopyta.

Dong dong dong dong dong, dong dong dong - zaświergoliła radośnie komórka, odrywając mnie od moich tabelek excelowych.
- Ke? - zagaiłem przytomnie i na pełnym luzie gdyż nie spodziewałem się hiszpańskiej Inkwizycji.
- Radek, płytki mi się nie zgadzają - to był Rafału, spec od cięcia glazury i terakoty.
- Jak to się nie zgadzają? - odparowałem już mniej przytomnie i na mniejszym luzie.
(kurwa, dlaczego mi to człowieku mówisz tuż przed rozpoczęciem pracy? Nie mogłeś sobie policzyć w piątek, jak tylko płytki przyjechały?) - przebiegło mi przez głowę. 
- Anobo obłożyłem płytkami Geberit i wychodzi mi, że jasnych jest za dużo a ciemnych za mało.
- Czekaj, nic nie rób, zadzwonię do Ozona.

Ozon okazał się być zajebistym ziomem, bo najpierw mnie uspokoił a potem stwierdził, że kopnie się na obiekt i wytłumaczy Rafału co i jak. Co też tego samego dnia uczynił. Rafału wszystko zrozumiał, bo upewniłem się telefonicznie czy wszystko zrozumiał. No tak powiedział. Że zrozumiał.

MIGNĘŁO SIEDEMNAŚCIE MGNIEŃ WIOSNY

- Cześć Rafału, słyszałem, że łazienka porobiona. Daj no rzucić okiem. O, jak fajnie. I ładnie. Tylko... dlaczego... kurwa... mać... pod blatem... są... ja pierdolę... JASNE, W DUPĘ PIERDOLONE PŁYTKI!?
W tym momencie spłynął na mnie olimpijski spokój, oceniłem, że nie będę się kłócił z narzędziem jeno ukarzę rękę, która je dzierży. Wróciłem do domu i napisałem do Jurku maila, w którym mu wyjaśniłem, że albo poprawiają na własny koszt, albo odlicza mi od rachunku 250 zł. Bo tyle kosztowały źle połoźone płytki. Jurku próbował się nawet ze mną telefonicznie targować ale obciąłem go krótkim 'nie płacisz za realne metry tylko za paczki, które musiałbyś kupić, kleju i transportu ci nie liczę'.
I jak już chciałem się ponapawać tą małą wiktorią, usłyszałem w słuchawce tekst, po którym najpierw pękło mi coś w układzie współczulnym a potem, z miną jakbym miał gwałtowny ból trzonowych, udzieliłem Jurku pierwszej poważnej lekcji w temacie 'Jak rozmawiać z klientem'. Otóż Jurku zagaił, w jego mniemaniu żartobliwie, w te słowa: 'Zupełnie nie wiem Radek dlaczego się tak denerwujesz. Przecież tego i tak nie będzie widać'. Moja lekcja zaś brzmiała tak: Jurku, nigdy więcej nie mów przy mnie słów 'tego i tak nie będzie widać', bo zacznę się zastanawiać czego z rzeczy, które już zrobiliście, nie będzie widać ale wy zapomnieliście mi o nich powiedzieć.

Wtedy wydałem się sobie bardzo wyrozumiały i zajebisty. Stwierdziłem też, że po takim tekście chłopaki bardziej będą się przykładać w miejscach, których nie widać. Ależ byłem naiwnym łosiem.

I żeby nie było, że fakap był totalny - pomyłka Rafału zaowocowała całkiem fajnym rozwiązaniem. Pierwotnie Geberit miał być dwukolorowy, Rafału się pierdolnął i rąbnął go w całości w ciemnych płytkach (dlatego zabrakło mu ich pod blat). Uważam, że jeden kolor wygląda lepiej niż dwa a jasnych płytek pod blatem faktycznie nie będzie widać. Bo muszę kurwa zasłonić czymś te pierdolone, ciemnoszare, obleśne rury.