To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
piątek, 30 stycznia 2009

Czyli Teklaka Ogólna Teoria Zawierania Znajomości Po Alkoholu. Moją muzą był pan w barze orientalnym, który chciał się ze mną najpierw zakolegować a potem pogadać. Zrozumiałem skąd wszystkie bójki po alkoholu. Zrozumiałem dlaczego niektóre imprezy kończą się obróceniem w perzynę połowy dzielnicy. Wszystko zrozumiałem w krótkim błysku boskiego olśnienia. To wszystko dlatego, że ludzie nie wiedzą jak się ziomić po kielichu. Postanowiłem więc stworzyć teorię, która wytrzyma testy terenowe i pomoże unieść nam cało głowę z każdej popijawy. Nawet dresiarskiej.

Większość Polaków lubi przy weekendzie łupnąć kielicha albo dwa. Jednostki zachowawcze łoją browara z Tesco przed plazmą kupioną w Tesco w promo. Bo wiecie, gdzież to w knajpie płacić piątaka za piwo jak w hiperze kosztuje 89 groszy? Owszem, sam kiedyś lubiłem osuszyć kilka czteropaków w trakcie abusowania na czatach onetu ale to przecież nie o to chodzi. Co to za frajda nawalić się samotnie w domu? No niechby i z partnerką. Jak pić to tylko w gwarnym lokalu, otoczonym przez znajomych, nieznajomych i chmury dymu papierosowego. Jest to najfajniejsza forma spożywania alkoholu ale jako że jesteśmy otoczeni przez obcych, zdarzają się nieporozumienia. Od drobnych niesnasek, które można załagodzić kolejką piwa, do mordobić, po których knajpa nadaje się do wyburzenia. Poniżej opowiem wam jak tego uniknąć. Dla uproszczenia wywodu przyjmijmy następującą nomenklaturę:
A - twoja szeroko pojęta atrakcyjność towarzyska w skali 1-10. W skrajnych przypadkach może przyjmować wartości zerowe lub ujemne (kolesie niezjebliwi, kwasiarze, nudziarze). Wartość bardzo subiektywna, zalecany jest daleko posunięty krytycyzm w momencie określania wartości A. Czy to dla siebie, czy dla innych.
A(p) - atrakcyjność pozorna, uzależniona od ilości wypitego alkoholu i od pewnej wartości przyjętego litrażu nie zachodzi między nią a atrakcyjnością normalną żadna korelacja.
W - waga osoby wyrażona w dziesiątkach kilogramów a zatem 9 oznacza 90 kg. Zaokrąglamy do pełnych dziesiątek
N - stopień najebania w skali 0-10, przy czym 0 oznacza 'trzeźwy jak niemowlak' a 10 'nieprzytomni Kielce'.
K/M - kobieta/mężczyzna, liter tych używamy też w indeksach, czyli A(k) oznacza atrakcyjność kobiety a A(pm) atrakcyjność pozorną mężczyzny.
<= oraz >= - odpowiednio mniejsze lub równe i większe lub równe.

Jak wszyscy doskonale wiemy, w miarę absorbowania obalanego litrażu spadają: samokrytycyzm, poczucie obciachu, stopień przejmowania się tym, co powiedzą inni, koordynacja ruchowa i umiejętność artykułowania. Wzrastają: pozorna atrakcyjność towarzyska, poczucie humoru, zajebistość, stopień głośności artykułowanych słów, zakres zainteresowań (w skrajnych przypadkach mutujemy w człowieka Renesansu), potrzeba fraternizacji i tańca, niewidzialność i nieśmiertelność. Wszystko to nie byłoby problemem gdyby wszyscy na imprezie upijali się w zbliżonym tempie i stopniu (osobniczo właściwym) - w tym samym czasie wchodzilibyśmy w fazę opowiadania dowcipów, znajdowania wspólnych znajomych, zaprzysięgania dozgonnej przyjaźni, pokątnego picia wódki w duecie przy barze, przybijania piątki, wygłupów na parkiecie, obejmowania się czy rozmów o polityce, kościele i kobietach. Niestety, życie to nie jest sytuacja wymodelowana w laboratorium i jeden się upija później, drugi wcześniej. I to jest główny powód niesnasek - ludzie nie wiedzą kiedy przestać. Tak pić, jak i się zaprzyjaźniać. Gdyby wiedzieli, izby przyjęć o 2:00 w sobotę świeciłyby pustkami. A tak pękają w szwach. Poniżej, zupełnie za darmo, udostępniam wam wiedzę, która być może pozwoli wam na następnej imprezie unieść głowę cało.

I. Kobiety
1. Kobieta zaprzyjaźniająca się z mężczyzną
a)Jeżeli N(m)>6, to nieważne co zrobisz i jakie wartości przyjmuje twoje A, A(p), W czy N - możesz się z nim zaprzyjaźniać. Pierwszy wyjątek od zasady dotyczy twardych zawodników, których N oceniasz na podstawie zaobserwowanej przez ciebie ilości wchłoniętego przez nich alkoholu. To popularny błąd, N oceniamy nie na podstawie tego, ile ktoś wypił ale tego jak się zachowuje. Także pamiętaj, facet,który wypił pół litra wódki, cztery piwa i zaczyna zamawiać tequilę nie musi znajdować się w stanie śmierci klinicznej a jego N w dobry dzień może wynosić 4. I odwrotnie, są zawodnicy którzy po 3 piwach zaczynają zachowywać się nieznośnie i skandalicznie.
Drugi wyjątek to facet siedzący z kobietą. Trzymaj się od niego z daleka, nawet jeżeli kobieta wyszła do łazienki przypudrować nos. Oczywiście jeżeli twoje N>7 to i tak jest ci wszystko jedno.
Trzeci wyjątek to facet siedzący z kumplami. Wtedy musisz ustalić średnie N dla całej grupy. Ale nie może być to średnia arytmetyczna, bo obecność jednostek, które osiągnęły skrajne wartości N (w obie strony) zaburzy wynik. Wyliczenie średniego N robisz na czuja. Nie musisz tego robić jeżeli twoje A>7 lub N>7. W pierwszym przypadku możesz wszystko, w drugim raczej i tak jest ci wszystko jedno.
Wyjątek czwarty to facet siedzący w towarzystwie, w którym kogoś znasz. Wtedy niezależnie od wszystkiego przysiadasz się do znajomego, przedstawiasz się wszystkim i w dalszej części wieczoru możesz podbijać do innych chłopaków przy stoliku.

b)Jeżeli N(m)<6 to trzeba zachować wzmożoną czujność. Facet w tym stanie potrafi być jeszcze wybredny. Jeżeli zachodzi warunek twoje A(k)-A(m)>=0, podbijaj śmiało. Jeżeli twoje A(pk)-A(pm)>=0, podbijaj śmiało. Jeżeli zaś te różnice są na twoją niekorzyść (przyjmują wartości ujemne), to musisz uwzględnić swoje N. Jeżeli twoje N>6 podbijaj śmiało, bo rano pewnie i tak nic nie będziesz pamiętać. Jeżeli twoje N<6 to zastanów się jak bardzo jesteś zdesperowana by go poznać.

c)Jeżeli N(m)<3, to muszą być zachowane następujące warunki: A(k)-A(m)>2 lub A(pk)-A(pm)>1. Bo wiecie, my to jesteśmy tacy bardziej wybredni na trzeźwo i zazwyczaj szukamy kobiety idealnej.

A tak w ogóle to kobiety mają łatwiej bo jesteśmy w stanie wybaczyć im bardzo dużo.

2. Kobieta zaprzyjaźniająca się z kobietą
W swoim modelu nie uwzględniłem sytuacji kobieta-kobieta, bo jakkolwiek atrakcyjny z punktu widzenia mojej sypialni jest to scenariusz, nigdy nie ogarnąłem czym się panie kierują w swoich sympatiach i antypatiach w stosunku do innych kobiet.

II. Mężczyźni

1. Mężczyzna zaprzyjaźniający się z kobieta
a) Kobieta siedząca z mężczyzną. Możesz ich zaczepiać tylko, jeżeli twoje W>12 i różnica między twoim W a W faceta, z którym siedzi kobieta jest większa od 3. Ponadto twoja A>7, A(p)>5 i N<4. Jednakowoż jest to zachowanie bardzo niemiłe i w skrajnej sytuacji mały może ci przyjebać. Na przykład krzesłem. Zwłaszcza jeżeli jego N>5 i rośnie. Jest to sytuacja delikatna i zasadniczo nie powinieneś do niej doprowadzać. Sąd koleżeński może ci taką bucówę wybaczyć tylko pod warunkiem gdy twoje N>7.

b) Kobieta siedząca z koleżankami. Sugerowane wartości dla ciebie: A>5, A(p)>5, N<=6. Musisz też uwzględnić N dla towarzystwa pań ale w odróżnieniu od grupy facetów, nie szacujesz żadnych średnich. Oceniasz najniższe N w grupie i jeżeli owo N>=3 możesz ryzykować. Wyjątek: siedzi przy stole kobieta o N=0 ale nikt na nią nie zwraca uwagi. Wtedy ty też możesz nie zwracać na nią uwagi, chyba że jest to ta, z którą chcesz się zaprzyjaźniać. Wtedy odczekaj aż osiągnie N>3.

c) Kobieta siedząca samotnie. Jeżeli jej A>5 i N(m)<=N(k) to się zaprzyjaźniaj. Aczkolwiek musisz uważać, bo jeżeli wyjściowe N(k)>=4, to możesz się wpakować w kłopoty. Mianowicie po osiągnięciu N(k)>=7 kobieta może dojść do wniosku, że się jej narzucasz, molestujesz, zaczepiasz, chcesz zgwałcić, nie chcesz jej przelecieć, już jej nie kochasz, już ci się nie podoba, wszystkie powyższe. A na koniec rozbija twoją szklankę swoją butelką. Robi ci wtedy obciach na całą knajpę i musisz sobie zrobić trzy miesiace przerwy od Lemona[1].

d) Jeżeli twoje N>7, to niezależnie od A, A(p) czy W powinieneś iść do domu. Z bardzo prostego powodu - w takiej sytuacji twoje A oraz A(p) osiągają wartości maksymalne. I to jest dobre. Gorzej, że A(k) i A(pk) wszystkich pań dokoła ciebie nie dość, że osiąga maksa, to w niektórych przypadkach przekracza skalę. A potem budzisz się rano pod nieswoim sufitem i zastanawiasz się gdzie jesteś, o co walczysz, dokąd zmierzasz i jakim cudem wylądowałeś w łóżku z najbrzydszą kobietą na imprezie. Oczywiście wiem, że się mnie nie posłuchasz ale przynajmniej mam czyste sumienie, że ostrzegałem.

2. Mężczyzna zaprzyjaźniający się z mężczyzną
Podam warunki skrajne, uniemożliwiające zaprzyjaźnienie się dwóch facetów. To co pośrodku jest dozwolone, byleby nie było w danym kraju karalne i zgodę na podjęte czynności wyraziły obie strony.
a) Twoje A<3 - odejdź ode mnie, bo w ciągu najbliższych 2 minut zostaniesz przeze mnie obcięty towarzysko.
b) Twoje A(p)<5 - odejdź ode mnie, bo w ciągu najbliższych 2 minut zostaniesz przeze mnie obcięty towarzysko.
c) Twoje N jest przynajmniej o 3 punkty wyższe od mojego. Obniż swoje N albo daj mi czas na podwyższenie mojego. Chwilowo zaś odejdź ode mnie, bo w ciągu najbliższych 2 minut zostaniesz przeze mnie obcięty towarzysko. Albo zignorowany.

To tyle. Oczywiście patrząc na literki i cyferki, wszystko wydaje się bardzo proste. Otóż mylne jest to mniemanie. Analizując ten elegancki i prosty model należy bowiem pamiętać, że o ile takie wartości jak W czy N możemy określić bez większych problemów, to A i A(p) są wartościami bardzo indywidualnymi. W tym sensie, że dla mnie koleś może być świetnym typem do pogawędki czy kielicha a dla większości pań jest bucem do kwadratu. Dlatego pamiętajcie, żeby na imprezie nie podstawiać sobie bezkrytycznie wyestymowanych na szybko cyferek do moich wzorów by obliczyć swoje szanse przy stoliku numer 3, bo operujący wyłącznie językiem matematyki można srogo się przejechać.

Na koniec, w celu uniknięcia moralnej paniki wśród czytelniczek i czytelników chciałem powiedzieć, że powyższy tekst pisałem zupełnie na serio i jest on wynikiem moich wieloletnich obserwacji i doświadczeń[2]. To tyle. No i oczywiście do poczytania.

[1] Nie mówmy o tym. 
[2] To będzie ciekawe.

piątek, 16 stycznia 2009

Na początek suplementowo. Nie, wróć - na początek chciałem coś powiedzieć wszystkim, którzy mnie nienawidzą - powinniście wiedzieć, że większość polecanych przeze mnie seriali jest co najmniej dobra. Dlatego nie skamlajcie, że przez Big Bang Theory siedzicie do późna i w pracy jesteście nieprzytomni, tylko umierajcie jak mężczyźni. I kobiety. A teraz wracamy do suplementarności? suplementywności? suplemencji? No dobra, chodzi o to, że został mi ciśnięty w twarz nowy serial, który jest fajny. A jest fajny, bo to Hustle dla Amerykanów[1].

Pomysł banalny, wykonanie już nie. W pierwszym odcinku zbiera się ekipa - złodziejka, haker, facet od trudnych spraw i mistrzyni przekrętów. Mają zrobić włam ale zleceniodawca boi się ich puścić na żywioł. Dlatego daje im nadzorcę - byłego specjalistę od oszustw ubezpieczeniowych, który ma po śmierci syna i rozwodzie, kryzys. Po skończonej robocie ekipa zostaje przekręcona, postanawia przekręcić przekręcającego a na koniec haker przekręca giełdę, każdy dostaje po kilka milionów papieru i tak im się to wszystko podoba, że postanawiają zrobić jeszcze jeden numer. I jeszcze jeden. Na dodatek mają szlachetną motywację, bo jako obrzydliwie bogaci osobnicy mogą sobie pozwolić na pomaganie naprawdę potrzebującym, zupełnie za darmo. Żeby było łatwiej ich szef (fajnie zgorzkniały Timothy Hutton) wydaje całą swoją kasę na stworzenie firmy Leverage, która pomoże ekipie pomagać. Aktualnie jestem po numerze piątym i bardzo mi się to podoba.
Dlaczego porównuję Leverage do Hustle, to chyba oczywiste. Dlaczego do Hustle dla Amerykanów? Bo przekręty z Ameryki, jakkolwiek urocze i pomysłowe, patentom ekipy brytyjskiej do pięt nie sięgają. Co nie umniejsza wysokiej jakości Leverage, bo poprzeczka z Wysp jest postawiona tak wysoko, że prawie jej nie widać więc i o doskoczenie trudno.
Jak wspomniałem przekręty są prostsze ale nie prostackie. Pomysły scenarzysty są fajne. Realizacja, jakkolwiek nieco bajkowa (klasycznie, na poziomie pokazywanych w filmie hakerskich technologii), w zasadzie bez uwag. Akcja wartko prze do przodu, każdy odcinek jest inkrustowany małymi przekręcikami, które służą zazwyczaj właśnie pchnięciu akcji i rozbawieniu widza. No i skład aktorski mnie pozytywnie zaskoczył.
W komentarzu do poprzedniego odcinka cyklu, Suisan zgłosiła zastrzeżenia do nieogarniętej blondynki (Beth Riesgraf) i faktycznie, wypada najsłabiej ze wszystkich. Ale ma za to fajne momenty związane ze zjeżdżaniem na linach z dużych wysokości i apetycznym przeginaniem się. Ponadto lubi wybuchy przez co jakoś daje się ją znieść. Druga pani w składzie, rzeczona mistrzyni przekrętów to Gina Bellman, która ma u mnie po Coupling takie uwielbienie, że będę ją chwalił nawet gdyby zagrała jak spróchniały kloc drewna. Tutaj gra koncertowo i momentami dostrzegam drobiazgi, które wyglądają na 'ściągnięte' od Jaime Murray (kobieta z ekipy w Hustle). Nie czynię z tego zarzutu, bo ściągnięte są gustownie. Haker-murzyn wprowadza do serialu element komiczny i pokazuje nieprawdopodobne i niewiarygodne sztuczki związane z technologią. Hutton daje radę jako lekko cyniczny szef. No a na koniec perełka - Christian Kane jako człowiek od spraw trudnych. Jest mały, niepozorny, jako jedyny w ekipie potrafi walczyć, ma dziwną przeszłość, radzi sobie w trudnych sytuacjach, potrafi rozpoznać karabin po brzmieniu wystrzału i formację po sposobie walki jej członka. A jako, że zna wszystkie sztuki walki, łącznie z tymi jeszcze niewymyślonymi, nie znosi broni. Jakim cudem ten koleś poniewierał się do tej pory w nieznanych nikomu filmach i niszowych serialach (no dobra, Angel podobno jest kultowy) - nie wiem. Ale liczę, że po Leverage ktoś go dostrzeże, bo jest stworzony do pewnego typu ról. I dziewczynom się podoba.
Szybko podsumuję - serial jest sympatyczny, sam się ogląda, scenariusz nie kuleje, bulszity są do przeskoczenia[2], blondyny jest na tyle mało, że nie jest w stanie zepsuć oglądania tym, którzy jej nie lubią. A tak ukochane przez analno-retentywnych dziury logiczne i scenariuszowe są tak dyskretne, że trzeba się uprzeć, żeby je znaleźć. Nie przejmujcie się więc negatywnymi opiniami na imdb[3] tylko szarpcie Leverage z sieci.

Na chwilę zmienimy temat ale nie bójcie, do obiecanej książki wrócę na końcu. W ubiegły weekend kumpel przywołał serial nad którym w momencie jego rozpoczęcia przez chwilę myślałem. Ale było dużo innych propozycji więc zrezygnowałem. A w niedzielę i wtorek sobie obejrzałem zakończony niedawno pierwszy sezon. I w przypadku tego serialu zabezpieczę się większą niż zwykle ilością disklajmerów w dalszej części tekstu, który z uwagi na śliski temat będzie krótki.
Bohaterowie Testees to ludzkie króliki doświadczalne. Tacy wieczni studenci po trzydziestce, którzy mieszkają sobie razem w wynajmowanym mieszkaniu a kumplują się jedynie z obleśnym sąsiadem, seksowną właścicielką baru i prowincjonalnym Casanovą z pracy. Każdy odcinek to nowy produkt/lek/specyfik do testowania i jak się już pewnie domyślacie, element komiczny generują właśnie owe porąbane wynalazki (superklej, inteligentny odkurzacz, serum prawdy, gaz paranoiczny czy supersilne środki przeciwbólowe). Właściwie nie same wynalazki tylko wynalazki plus bohaterowie, którzy nie dość że są brzydcy, to na dodatek niezbyt rozgarnięci. Fabuła banalna i pretekstowa ale z potencjałem, bo nieobliczalna para w stylu Beavisa i Butt-Heada (chociaż trochę inteligentniejsza) skonfrontowana z dziwnymi wynalazkami daje szanse na zrobienie czegoś przeraźliwie śmiesznego. Niestety, Testees są tylko śmieszni i uważam, że twórcy źle rozłożyli akcenty. I już mówię w którą stronę przeakcentowali.
Otóż z jakiegoś powodu (pewnie dlatego, że mogli) postanowili wymyśleć najbardziej obrzydliwe, głupie, niepoprawne politycznie i obrazoburcze rzeczy, na jakie uznali, że zgodzi się stacja i sponsor, po czym je sfilmowali. I cały serial oglądałem w lekkim rozdarciu, które mam za każdym razem gdy śmieję się z dowcipu o kupie, Żydach czy niepełnosprawnych. Bo niby w sumie jestem inteligentnym Europejczykiem z pretensjami do bycia człowiekiem światłym i w ogóle a z drugiej strony bawią mnie prostackie żarty o pierdzeniu... Uwierzyliście w ostatnie dwa zdania? Słusznie, one są bardziej do śmiechu i na rozluźnienie atmosfery - humor prymitywny[4] bawi mnie równie dobrze jak ten wysokich lotów, nie mam z tym żadnych problemów a ludzi, którzy mają problem z moim plebejskim gustem, olewam. W Testees poza humorem prymitywnym ciężko znaleźć cokolwiek innego. A, no i nie zapominajmy o obrzydliwościach. Pewnie dlatego dobrze się bawiłem.
Rozumiecie więc że nie mogę tego serialu z czystym sumieniem polecić nikomu, czyjego gustu dobrze nie znam, bo wyjdzie na to, że propaguję krap. Z tym, że Testees to taki specyficzny rodzaj krapu, który niektórym się spodoba. Możecie zaryzykować ale góra dwa odcinki. Jeżeli was zniesmaczą, to później jest już tylko gorzej. Albo lepiej, zależnie od gustu. A tak w ogóle to najlepiej ten film oglądać w stanie totalnego upalenia, wtedy jest porażająco wręcz śmieszny. Znaczy tak mówią, bo ja nie przyjmuje narkotyków.
Po przeczytaniu kawałka poświęconego Testees stwierdzam, że to najbardziej mętny i niejednoznaczny kawałek jaki na tym blogu wyprodukowałem ale dobrze mi z tym.

A na koniec obiecana książka, która wpadła mi w ręce przypadkiem - szukałem w sieci pirata na szybko, bo cytat potrzebny był mi na zaraz a nie w domu. W wątku obok interesującego przylukałem nieznane mi nazwisko, przypomniałem sobie, że nie mam co czytać, wyguglałem kolesia, zobaczyłem wodospady zachwytu, ukradłem więc książkę, wrzuciłem na palma i zacząłem nieśmiało zerkać. Gdzieś tak na 20 stronie trafiło mnie z siłą wodospadu to, że akurat ta pozycja trafiła mi się dokładnie w tym a nie innym momencie. Mianowicie tuż po obejrzeniu Hustle i Leverage. Kłamstwa Locke'a Lamory pana Scotta Lyncha traktuje bowiem głównie o dużych i długich przekrętach. Tak idealnego czytadła nie miałem w rękach dawno, jest to niemalże modelowa literatura rozrywkowa, autor nie udaje, że próbuje pisać coś więcej, w tym co robi jest szczery, ma nam do opowiedzenia ciekawą historię i robi to naprawdę mistrzowsko (na podstawie tłumaczenia wnioskuję, że i język oryginału jest taki żywy i barwny).
Oszczędzono mi całego szumu związanego z tym debiutem (aż ciężko uwierzyć, że to pierwsza książka Lyncha), nie drżałem w oczekiwaniu na premierę, nie obserwowałem pompowania balonu oczekiwań. Ba, jeszcze w poniedziałek nie wiedziałem o istnieniu tej pozycji. Przez co strzał w twarz był silniejszy niż byłby w przypadku gdybym czekał silny, zwarty i gotowy. Nie będę tutaj pisał o czym to jest, bo w internecie recenzji od metra. Uwierzcie tym entuzjastycznym, idźcie do księgarni i kupujcie. Świetna rzecz, w której nie znajduję żadnej słabości czy fałszywej nuty. A najbardziej w tym wszystkim podoba mi się jedno: koleś pisze tak, jak chciałbym żeby ta historia się potoczyła, co jest dosyć niesamowite gdyż rzadko zdarza mi się osiągnąć aż taką jedność myśli z twórcą[5]. Mam zajumane pierwsze dwie części (tytuł drugiej to Na szkarłatnych morzach) ale jako, że jest to cykl zaplanowany na części siedem, w weekend dygam do księgarni i mam kolejny, cholerny cykl na tapecie, na którego kolejne części będę czekał, przebierając nogami. No ale to akurat oczekiwanie jest bardzo przyjemne.

O, napisze człowiek kawałek kulturalny i edukacyjny i od razu czuje się lepiej. Terapeutyczna rola bloga jest nie do przecenienia. Do poczytania. 

[1] Wiem, że Amerykanie wystrzelili człowieka w kosmos, pierwsi wyprodukowali bombę atomową, są supermocarstwem i należy do nich 80% naukowych Nobli. Wiem, że w USA żyje cała kupa mądrych ludzi. Wiem też, że stereotypy to protezy myślowe dla mało inteligentnych osób. Ale na potrzeby tej notki to porównanie jest po prostu idealne. Tak że proszę mi nie jęczeć w komentarzach, że Amerykanie wcale nie pytują, bo ja to wiem.
[2] Kojarzycie Chloe z 24 godzin, która hakowała wszystkie systemy w 20 sekund? Murzyn ma tak samo. Na przykład jest cały czas podpięty pod bazy danych FBI i CIA w celu, na przykład, rozpoznawania twarzy.
[3] W ogóle od jakiegoś czasu imdb przypomina mi zlot trzydziestoletnich nolajfów żyjących w garażu rodziców. Wyważonych opinii i rzetelnych recenzji coraz mniej natomiast praktycznie każda produkcja nieniszowa zostaje przez nich wypatroszona po to, by obwieścić światu z dumą: scena z papierosem była nieprawdopodobna, bo fajek na silnym wietrze spaliłby się szybciej. Szkoda mi ich.
[4] Po raz kolejny proszę o to, by nie synonimować humoru prymitywnego i prostackiego li tylko z bluzgami.
[5] Uszczegółowię - pisze tak, jak chciałbym, żeby poleciało dalej. Nie jak się domyślam, że poleci, bo to zdarza mi się bardzo często. To, że ktoś spełnia moje czytelnicze zachcianki w pełni, zdarza się nieporównanie rzadziej.

Miałem sobie nie psuć humoru a wam oszczędzić kolejnej porcji banałów i oczywistości ale nie mogę się powstrzymać. Że większość polactwa to małe, zawistne skurwysyny, które dostają orgazmu gdy życie jebie kogoś innego, to wszyscy wiemy. I zasadniczo mam ich w dupie. Ale ostatnio ruszyli mi nerwa. Na okoliczność kryzysu zaczęły się zwolnienia, które nie ominęły prasy. W tym mojego kombinatu. Naród się ekscytuje, bo przecież taki gigant wydawniczy a zwalnia. Na dodatek wszyscy pracownicy mojej fabryki to zdrajcy narodu polskiego, wysługujący się różowym[1]. No i jak zaczęli zwalniać, to się pojebom coś obluzowało i od kilku dni mają orgazm nieustający - hahaha, dobrze wam tak a to dopiero początek i jeszcze pożałujecie, że pracujecie u Żyda. To że jadą po nas - rozumiem, obok TVN-u jesteśmy czołowym celem prawicowych pojebów. Ale za to, że cieszą się, że ktoś stracił pracę, najchętniej wkopałbym im zęby w potylicę.

Jakim to chujem trzeba być, żeby się cieszyć z tego, że kogoś zwolnili? Pracę straciłem 3 razy w życiu i wiem jak się człowiek wtedy czuje. Najpierw jest fala gorąca, miedziany smak strachu w ustach, niedowierzanie, zaprzeczenie, wyparcie, wcześniejsze wyjście z pracy i dwudniowa najebka. A potem rzeczywistość daje w ryja z pełną mocą. Świat wali ci się na głowę, twoja samoocena legnie w gruzach, płynność finansowa staje się jakąś senną erotyką i przez pierwsze kilka dni masz ochotę się zabić. A potem robi się jeszcze gorzej. Sytuacji w której lądujesz na bruku z kredytem na karku nie chcę wam przybliżać, bo był to najgorszy koszmar w moim życiu, który może przebić tylko śmierć bliskiej osoby. Jak można mieć z tego frajdę, nie pojmuję. Znaczy wróć, pojmuję bo przecież ma miejsce jeden z efektów polactwa[2] ale dalej nie pojmuję.

Wiem, że na forach dużych portali udzielają się głównie gówniarze, trolle, psychicznie chorzy i prowokatorzy. Inteligentnych ludzi jest tam promil i dlatego nie oczekuję od tych miejsc fajerwerków erudycji. Ale jak podobne opinie czytam na poważnych serwisach poświęconych mediom, to ręce opadają. Myślałby kto, że jakieś poczucie więzi plemiennej będzie indukować zachowania empatyczne. Nie, oni też się cieszą, że imperium zła pada podobnie jak cieszyli się gdy padał Nowy Dzień. Nawet nie chce mi się na tych ludzi odeszczać.

W następnym fragmencie prozą znajdą się bardziej wesołe teksty, bo kleję szybki tekst o dwóch nowych serialach i jednej książce. No muszę napisać coś pozytywnego albo komuś w weekend przypierdolę z tej empatii.

Aha, z treści mogłoby wynikać, że sam wylądowałem na bruku i mam żal do świata. Nie wylądowałem ale trzymajcie za mnie kciuki.

[1] Staram się unikać estetyki kibla ale czasami trzeba. Jeżeli ktoś estetykę kibla synonimuje z przekleństwami to śmiało może stąd wypierdalać gdyż nie potrzebuję czytelników-tłumoków. 
[2] Dopierdolcie sąsiadowi! Dla siebie o nic nie wnoszę, tylko mu dosrajcie, proszę!

poniedziałek, 05 stycznia 2009

Chorowanie obłożne ma swoje plusy, a właściwie plus - mnóstwo wolnego czasu. Nie żeby ten plus był w stanie przeważyć minusy ale jak już rzuci człowiekiem o łóżko, to ten z nudów zaczyna kombinować. W tym sensie, że wszystkie odcinki ulubionych seriali obejrzałem pierwszego dnia choroby i zaczęła się nuda (nie mogłem czytać, bo to była czynność ponad moje siły gdyż książki z rąk mych wypadały). I z tej nudy ukradłem z internetów dwa filmy polecone przez przyjaciółkę. I oba bardzo mi się spodobały, z pewnymi wszakże zastrzeżeniami, o których za chwilę.

Chodzi mianowicie o to, że serial The Big Bang Theory być może spodoba się skończonej nerdowni, geekowni i ludziom z temperaturą w okolicach 40 stopni. Ocieram się o pierwszą i drugą grupę, podczas oglądania byłem wodzem grupy trzeciej. Normalni widzowie podczas seansu zostaną prawdopodobnie zniesmaczeni gdyż film jest schematyczny, irytujący, nieprawdopodobny psychologicznie, schematyczny... ok, to już było, miejscami potwornie głupi oraz nudny. Mało nie umarłem na nim ze śmiechu. Główni bohaterowie to genialna młodzież pracująca na jakiejś uczelni. W pracy walczą o Nobla, po godzinach zbierają figurki ze swoich ulubionych filmów, rozmawiają o książkach i komiksach, tną na konsoli i marzą by spotkać dziewczynę, która ma inne imię niż jpg. Pewnie się już domyśliliście, że w pierwszym odcinku do mieszkania naprzeciwko wprowadzi się blond seksi mamacita, która co prawda nie wie co to Star Trek i horyzont zdarzeń ale za to pośladki i piersi ma niejąkające się. 80% gagów oprze się na różnicach między nią a naszymi bohaterami.
Teoretycznie powinienem oddać na ten film mocz w okolicach 3 odcinka pierwszej serii. Z jakiegoś powodu 27 odcinków (półtora sezonu) obejrzałem w ciągu jednego, długiego dnia i naprawdę prawie przekręciłem się ze śmiechu (próbowaliście zaśmiewać się z gardłem tak opuchniętym, że prawie niedrożnym? kupa zabawy). Może szybko wyliczę co mi się podobało, żebyśmy w końcu wydostali się z krainy ogólników.
Po pierwsze - całe mnóstwo odniesień naukowych. Nie pytajcie, to mój zajob.
Po drugie - kolesie są skończonymi nerdami więc w każdym odcinku trafi się rozmowa o tym, że gdyby Superman złapał w odległości kilku metrów od ziemi spadającą z kilkuset metrów Lois, to z jego dziewczyny zostałyby trzy niezbyt równe krwawe ochłapy (oczywiście wszystko odpowiednio naukowo uargumentowane, z wzorami i w ogóle).
Po trzecie - stary jak świat schemat czyli niezbyt rozgarnięta blondyna vs nieprzystosowani do życia w społeczeństwie geniusze sprawdza się, że aż dziw bierze.
Po czwarte - dialogi są naprawdę śmieszne, chociaż miejscami wymagana jest znajomość czegoś więcej niż E=mc2 i Gwiezdnych Wojen.
Po piąte - bohaterowie, jakkolwiek miejscami przerysowani, dają radę. Blond Peggy jest zgrabna, gorąca i przyjemna dla oka. Leonard nieźle łączy dwa światy, bo jemu spośród czwórki kujonów najbliżej do normalności. Ba, jako jedyny pójdzie na randkę, puknie kobietę i stworzy związek. Sheldon to skończony geniusz i irytujący socjopata z nerwicą natręctw, którego miałem ochotę udusić ale zdarzyło mu się kilka dobrych momentów. Howard - nie wiem skąd gościa wygrzebali ale jego postać jest chyba najbarwniejsza, bo jaki ma być szczurowaty, z metra cięty żydowski[1] podrywacz ciągle mieszkający z mamą? No i Rajesh, który jest tak nieśmiały, że w obecności kobiet nie jest w stanie wydusić z siebie słowa.
Po szóste - czy koleś, który stworzył Two and a Half Men może zrobić coś nieoglądalnego? No dobra, 10 lat temu miał chwilę słabości i wyprodukował Darmę i Grega ale kto w młodości nie robił głupich rzeczy niech pierwszy rzuci kamień. Big Bang daje radę.
Na koniec dobra rada, którą powtarzam często ale w tym przypadku świetnie się sprawdza. Serial jest tak schematyczny, że jeżeli po 3-4 odcinkach się nie spodoba, to należy dać sobie spokój. Dalej będzie to samo.

Na drugą nogę wrzucam z kolei nieco leciwą perłę. Któregoś dnia w sobotę, siedziałem przy komputerze, mordowałem hordy piekielnych sługusów Mefista i Diablo a w tle pracował sobie telewizor (do pilota było daleko a mi nie chciało się wstawać, bo walka była sroga i wciągająca). W pewnym momencie uwagę mą zwrócił angielski akcent kolesia mówiącego o przekręcie. Zrobiłem sobie przerwę w rzezi, przesiadłem na fotel i obejrzałem 4 odcinek drugiego sezonu serialu Hustle. Pora właściwa telewizji, z przeproszeniem publicznej, czyli sobota godzina 2:00. Był to jedyny odcinek jaki obejrzałem w telewizorze. Resztę sobie kilka miesięcy później wziąłem z sieci i zaprawdę powiadam wam - Hustle to jeden z najlepszych seriali jakie kiedykolwiek na oczy widziałem.
Film opowiada o grupie zawodowych... oszustów... Kurwa, miesiąc przerwy w pisaniu i zapodaję zdania z gimnazjum. Przepraszam. Hustle to film o zawodowych oszustach, którzy utrzymują się z dużych przekrętów - w każdym odcinku oglądamy jedno arcydzieło. Żadni tam tandeciarze od trzech kubków tylko wirtuozi oszustwa, na dodatek kierujący się zasadą, która kupuje im natychmiast sympatię widzów - nie przekręcają uczciwych ludzi, po rogach walą tylko tych, którzy sami dają się wkręcić w nieczyste akcje. Duże numery są szamerowane drobnymi robótkami, dzięki którym ekipa zbiera kasę na realizację rzeczy większych. W zasadzie nie bardzo wiem co więcej napisać, bo Hustle to naprawdę mistrzostwo świata i nie dostrzegam w nim żadnego słabego elementu. Świetnie obsadzone główne role, przemyślane w najdrobniejszych szczegółach przewały, nienachalnie powrzucane mniej lub bardziej znane sztuczki socjotechniczne w praktyce, ozdobnikowe drobniejsze numery, logiczne scenariusze, zabawa z konwencjami filmowymi[2], zabójcze dialogi, angielski humor i rozwalający mnie na łopatki akcent. Wyszukiwanie wad byłoby zwyczajnym grzebaniem w dupie i szukanie dziury w całym, bo wszystkie elementy układanki składającej się na ten serial są ze sobą idealnie spasowane. Zaiste, jeżeli po drugim odcinku komuś się to nie spodoba, to nie wiem co z tym kimś jest nie tak.

No dobra, znalazłem jedną wadę - do tej pory powstały cztery sezony i każdy z nich liczy, uwaga SZEŚĆ odcinków. Kurde, to jakiś ponury żart, co nie zmienia faktu, że Hustle będzie kolejnym serialem z cyklu 'od pirata do oryginału'. Jak się frank trochę uspokoi, to idę na zakupy, bo niemanie tego serialu w kolekcji to poważne niedopatrzenie. A podczas oglądania kolejnych odcinków, ponownie zadawałem sobie wyświechtane pytanie - dlaczego takie rzeczy nie powstają w Polsce?

Na zakończenie jedno spostrzeżenie natury filozoficznej. W poświąteczny weekend w Empiku na Marszałkowskiej była fajna promocja 'trzy książki w cenie dwóch'. Poszedłem, coś tam wybrałem i przy okazji zapałętałem się do sekcji DVD gdzie namierzyłem box z Samurajem Champloo. Cena przystępna (119 zł) to wziąłem, uiściłem, rozpieczętowałem, wcisnąłem play i chuj mnie zastrzelił. Co to za skurwysyński zwyczaj żeby wciskać mi na pełnopłatnej płycie nieprzewijalne reklamy sponsorów. Co to niby ma być? Reklamy sponsorów to możecie mi gnoje wciskać na płytach do których dołączane są czasopisma a nie do filmu/serialu, za który uczciwie płacę przystępne acz wcale niemałe pieniądze. I nie chodzi mi o wkurzające dwie minuty (bo tyle to w sumie trwa) a o zasadę - po to idę kupić oryginał żeby nie musieć oglądać reklam kiepskiego portalu, rozgłośni radiowej, jeszcze bardziej kiepskiego portalu filmowego i jakiejś wody mineralnej. Szkoda że jeszcze nie dowaliliście mi proszkiem do prania, płynem do kibla i zakrwawioną podpaską. Co za chuje wiotkie. Dobrze, że Samuraj jest tak świetnym serialem, że po dwóch minutach pierwszego odcinka mi przeszło, bo pewnie wdałbym się w ognistą korespondencję z Vision/Anime Gate. Do poczytania.

[1] Żeby mi się żaden polit-pop nie przyjebał, uszczegółowię - fakt żydowskiego pochodzenia bohatera podkreśliłem nie z powodów nienawiści rasowej. Po prostu zbudowano na tym całą kupę zabawnych gagów, jasne?
[2] Na przykład matrixowa stop-klatka podczas której jeden z bohaterów tłumaczy nam niuanse rozgrywanej w tym momencie akcji. Albo sekwencje w stylu starego kina. Albo... kurde, sami obejrzyjcie.