To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
piątek, 18 września 2015
Jechałem we wtorek wzdłuż Świętokrzyskiej, ten nowy ddr jest dość sympatyczny. Na wysokości Emilki, tuż obok mnie upadł obrany z zielonej skorupki orzech. Spojrzałem w niebo, bo może to jakiś znak? Jedyny w zasięgu wzroku był znakiem drogowym. Siedziała na nim wrona, która rzucała tym orzechem o chodnik i próbowała go rozbić, tego orzecha, nie chodnik.

Jej próby tak mnie wzruszyły, że postanowiłem ptaku pomóc. Zaparkowałem rower dwa metry dalej, żeby jej nie spłoszyć, podszedłem powoli do znaku, wytłumaczyłem wronie, że nie przyszedłem tu na jumę tylko z pomocą, wyciągnąłem nóż i zacząłem łupać. Za dzieciaka natłukłem jakąś tonę orzechów włoskich, pamięć mięśniowa zadziałała i w minutę osiem orzech był obrany, pokawałkowany i usypany w kupkę. Kawałeczek rzuciłem wronie na ddr, żeby utwierdzić ją w przekonaniu, że tylko pomagam, skorupki odmiotłem na bok, wróciłem do roweru i obcinałem.

Najpierw się zastanawiała o co chodzi i gdzie jest orzech. Potem zorientowała się, że orzecha nie ma, ale to białe w brązowej skórce jest dobre. Następnie zaprosiła koleżankę albo kolegę na poczęstunek. Nad jednym tylko biedna nie była w stanie przejść do porządku dziennego. Nie kleiło jej się, że orzech jest już obrany, więc przyciskała kawałki łapą do ziemi i tłukła w nie dziobem, żeby się dostać do smacznej zawartości. Nie miałem serca jej przerywać i tłumaczyć, że potrawa jest gotowa do natychmiastowego spożycia i nie wymaga dodatkowych zabiegów, z instynktami ciężko się dyskutuje.

Strzeliłem trzy fotki, przysiadłem na chwilę, pokontemplowałem świat zwierząt i pojechałem do domu.

Tak mi się skojarzyło, bo i ja potrzebuję waszej pomocy. Może niekoniecznie musicie dla mnie obierać orzecha, wystarczy, że pokażecie mi gdzie jest.

Po dziesięciu latach rozeszły się drogi moje i Agory. W związku z czym szukam pracy. Mogę analizować prasę, radio, telewizję albo internety. Mogę pisać za hajs. Mogę paść kozy w Hiszpanii.

Więcej informacji na linkedin, gdzie występuję jako Radek Teklak.
No i fotki, nie?
Na dróżce. Rowerzyści mijali ją szerokim łukiem, żeby nie przeszkadzać w posiłku. 

I szeroki plan.
Z koleżanką. Albo kolegą.
środa, 13 maja 2015

Ważny temat, wybory. To również trudny temat.

Lindę monsterę kupiłem wyłącznie dlatego, że była w promocji i zajebiście wyglądała. Romana zamiokulkasa wziąłem, bo słyszałem, że jest nie do zajebania i wystarczy go podlewać raz na kwartał. Lindę dracenę kupiłem tylko dlatego, że wydawało mi się, że pamiętam takie rośliny z mojej podstawówki albo ogólniaka. A wiecie, co uczniowie robią roślinom w podstawówce albo ogólniaku? No nie będę wdawał się w krwawe szczegóły, powiem tylko, że takie podłużne, ostre liście doskonale ustępują wzdłużnym cięciom przy pomocy żyletki, przez co draceny szkolne wyglądały jak konfetti. Ale umrzeć nie chciały.
Na koniec dokonałem trudnego wyboru i kupiłem Lindę difenbachię. Wybór był trudny, bo majaczyło mi w głowie, że jej liście wydzielają strychninę. Okazało się, że to legenda, ale...
Wszystkie części difenbachii zawierają w idioblastach igiełkowate kryształy szczawianu wapnia (rafidy), które po uszkodzeniu komórki są wyrzucane z pewną siłą na zewnątrz, a także czysty kwas szczawiowy i rozpuszczalne szczawiany. Soki roślinne zawierają ponadto enzym trawienny dumbkainę, powodujący rozpad białek, oraz bradykininę i histaminę. Jednym słowem, ta Linda może być dla mnie szkodliwa.

Jak to przeczytałem, przez długi czas zastanawiałem się, czy by jej nie zgarotować a zwłoki usunąć poprzez wyjebanie w nocy na trawnik przed blokiem. Jednakże tak ładnie kłoniła do mnie liście, że odpuściłem. Zresztą i tak, w dłuższej perspektywie, jej los był w moim mieszkaniu przesądzony. Jestem albowiem do tego stopnia nieodpowiedzialny i energetycznie zwampirzony na zewnątrz, że wszystkie Lindy i Roman, miały dożyć najdalej do maja roku bieżącego, ususzone, przelane i wykończone moją energią.

Wystawcież sobie, drodzy państwo, moją konfuzję, gdy okazało się, co następuje:

Linda dracena zmężniała, przybrała jakieś 3-4 liście, rozłożyła się dumnie na prawym parapecie i błyszczy. Chyba przedawkowałem wiosenne nawożenie, za często obmywałem ją spryskiwaczem i czytałem jej książki.

Linda monstera, pomijając krępujący epizod, gdy postanowiła popełnić samobójstwo, zwiększyła liczbę liści jakoś tak dwukrotnie, wbrew opisom na forach ogrodniczych, klei się do szyby i do słońca, nie chce uschnąć i ma wyjebane na to, że normalnie powinna być trzymana w półcieniu a nie na nasłonecznionym parapecie.

Roman zamiokulkas ma wszystko w najgłębszym dupalu, puszcza kolejne liście jak pojebany i wygląda tak, że trochę się go boję. No przypakował i niedługo pewnie zwróci się do mnie z uprzejmą prośbą o ustalenie statusu przewodnika stada na kwadracie.

Linda difenbachia, traktowana przeze mnie z rezerwą (to jedyna roślina, której nie głaszczę wieczorem po liściach), doszła do wniosku, że jebać system, że słi Kukiz, nie potrzebuję dotyku i jest w trakcie wypuszczania dużego liścia z głównego pnia, czy jak się nazywa ten element u roślin parapetowych.

Wyszło na to, że dziewczyny i Roman zadowalają się odrobiną nawozu, odrobiną wody, pięcioma godzinami słońca, spryskiwaczem oraz umiarkowanymi objawami afektu i zainteresowania z mojej strony. Do tego trochę muzyki i ścieżki dialogowe z seriali, krótkie kawałki książek, które im czytam na głos i zamiast dać dupy w trzeciej rundzie, robią mi malutką na razie, ale jednak dżungielkę.

Wybory może i są trudne, ale czasami popłaca pójście na spontan i w promocję.

Dziękuję za uwagę i dobranoc państwu.



czwartek, 29 stycznia 2015

Getin bank wygrał dla mnie dzisiaj internety. Dzwonią do mnie skoro świt, że jest niedopłata na kredycie. Zero stresu co do kwoty, bo kiedyś do mnie zadzwonili z tą sprawą po raz pierwszy. Leżałem w szpitalu, wycieńczony dietą i zapaleniem płuc, odebrałem telefon, windykacja, identify yourself (kurwa, dzwonicie do mnie i to ja mam się uwiarygodnić?), niedopłata, przelew prędko. Dobra, pani się nie wzbudza, ile tej niedopłaty. 2 franki i 30 centymów (nie pamiętam dokładnie, przybliżam skalę problemu). NO JA PIERDOLĘ, nie można o taką gównianą kwotę powiększyć kolejnej raty, która akurat się zbliżała? Bo przecież windykacja ma info o tym, kiedy płacę. No, zakładam, że jakoś ten pierdolnik ogarniają i mają.

Dlatego dzisiaj, jak usłyszałem w słuchawce głos pani z windykacji, nawet mi brewka nie drgnęła. Procedura taka sama (IDENTIFY YOURSELF! kurwa, dzwonicie do mnie i to ja mam się uwiarygodnić?), niedopłata na kredycie, proszę zapłacić dzisiaj. Dobra, ile tej dopłaty.

0,18 franka.

Zero, przecinek, osiemnaście dziesiątych pierdolonego franka.

W celu zwindykowania takiej kwoty, należy dzwonić do człowieka skoro świt, budzić go. No dobra, dzisiaj sam się zbudziłem wcześniej, ale wczoraj udało im się, chujom, ukraść mi pół godziny snu. A następnie tak rozśmieszyć kwotą, że już nie zaśnie. I jeszcze ten ośli upór, że koniecznie dzisiaj mam wpłacić. Tak, kurwa, co jeszcze. Dzisiaj będę puszczał przelew, a następnie jutro, kolejny, z ratą.

Ja rozumiem, że oni mają procedury. Ale czy przy okazji te procedury muszą być tak pojebane, że nie ma rozróżnienia między windykowaniem ZERO, PRZECINEK, OSIEMNASTU PIERDOLONYCH DZIESIĄTYCH FRANKA a tysiącem tychże? Może jakieś widełki wprowadzić, że do pewnych kwot to tylko informujemy klienta smsem, że jest niedopłata, i że powiększamy mu o tę kwotę kolejną ratę, a nie wykonujemy liczne telefony rano? Zupełnie jakbym ja był zobligowany do ich odbierania, zwłaszcza spod nieznanych mi numerów zamiejscowych.

A potem jeszcze płaczą, że banki zarobiły w ubiegłym roku tylko sto miljordów krugerandów. Co za pacany durne.

PS. Uprzedzając ewentualne uwagi, wiem, że osiemnaście to jest setnych a nie dziesiątych. Ja tylko cytowałem panią windykatorynię.

10:12, radkowiecki
Link Komentarze (2) »
środa, 03 grudnia 2014

Stałem wczoraj na Wileniaku, autobus nie podjeżdżał, obejrzałem sobie zatem dokładnie te nowe wiaty reklamowe, które udają przystanki. Pierwsza uwaga natury ogólnej - zaprojektował to ktoś, kto na pewno nie jeździ komunikacją miejską i nie ma pojęcia, jakie funkcje, oprócz reklamowych, powinna spełniać wiata przystankowa. To ładne, plastikowe gówno nadaje się wyłącznie do pokazywania na wystawach dizajnu i chwaleniu się w przekaziorach, bo na pewno nie do ochrony przed wiatrem, chłodem, deszczem czy śniegiem. No ale może po kolei. W załączniku wrzucam zdjęcie z numerkami, po kolei sprawy mają się tak:

1. (o, mam deja vu) Ta ścianka ma 1,20 metra od wspornika, co oznacza, że schronią się za nią trzy osoby. Wiecie, przed takimi rzadkimi w naszej strefie klimatycznej zdarzeniami pogodowymi jak przejmująco mroźny wiatr, zacinający deszcz, takie tam ewenementy aury. To jedyny plus tego czegoś. Szkoda tylko, że jak będzie padać, deszcz będzie się lał na plecy, bo daszek w bok jest nieprzedłużony (1A).

2. 40-50 cm od wspornika. Po co ten element frywolny, nie wiem. Nie można było dać takiego samego jak jedynka? Tutaj dla odmiany daszek 2A jest wyciągnięty po horyzont. Może na odwrót w fabryce zamontowali?

3. Ławka jest wysklepiona. Powtórzę: WYSKLEPIONA. Słusznie, wiata jest do reklam a nie od tego, żeby się ludziom wygodnie siedziało. Pomijam fakt, że oprócz tego, że jest WYSKLEPIONA, jest również wąska. I bardzo dobrze, bezdomni nie będą tam spać. Ja bym ją jeszcze pochylił. I najebał metalowych guzów. Łatwiej byłoby ją wtedy utrzymać w czystości. Również rasowej i klasowej.
Jedyny plus to zastosowany materiał - drewno się tak bardzo nie wyziębia, nie będzie go wpierdalać korozja, nie wytargają złomiarze. Ładnie zaimpregnowane, pociągnięte jakimś lakierem, nie zgnije zbyt szybko. Gdyby to jeszcze było wygodne, byłby drugi plus.

4. Taka szpara, żeby ludziom wpierdalał się deszcz i śnieg za kołnierze. Nawet sprawdziłem, bo wiecie, może od tyłu daszek jest na tyle długi, że zasłania szparę na tyle, że opad musiałby występować poziomy. Otóż nie, Przy niewielkim wietrze, woda albo śnieg będzie padać prosto na ludzi. Albo na ławkę. Po tym poznałem, że projektował to ktoś, kto nie umie podstawowych funkcji stawianych przed przystankiem.

5. Hit - szklany, przezroczysty dach. Życzę powodzenia latem. No ale przecież ekstrawaganckie oczekiwanie, że wiata ma dawać jakiś cień, to pewnie jest roszczeniowość i czepianie się detali. Przecież on jest taki ładny, ten daszek. A że w gorące dni będzie tam szklarnia? To już problem starych ludzi. Zresztą nie muszą wychodzić z domu i zajmować miejsca w autobusach, lepiej niech posiedzą w chłodzie i popatrzą w telewizor.

Wileniak, jak to Wileniak, rozkurw związany z metrem trwa cały czas, więc może się okazać, że do wiaty podłączą prąd i będzie się cokolwiek na niej świecić. Chwilowo jest pod nią ciemno. Na szczęście nikt nie zainstalował na niej rozkładów jazdy, więc nie ma kłopotu z czytaniem małych literek. Oraz cały czas liczę, że przynajmniej reklamy będą podświetlone. To wtedy i rozkład da się rozczytać.

Ładne, kompletnie niefunkcjonalne gówno w pazłotku. Wychodzi na to, że naprawdę najlepsze były te obleśne przystanki z aluminiowej trapezówki, z czasów gdy nad Wisłą prężnie wykuwał się kapitalizm. W sumie nie wiem czego oczekiwałem i dlaczego się łudziłem, że tym razem się uda. Ależ byłem naiwnym łosiem.



piątek, 17 października 2014

Właśnie wróciłem z tego cyrku, co to się niedaleko Stadiona rozstawił i regularnie nie wiem co napisać. Znaczy nawet bym i coś wyknuł ale nie bardzo idzie mi klepanie w klawiaturę, bo klaskaniem mam obrzękłe prawice ale kilka zdań sklecę.

Rozpoczyna się na pełnej kurwie, jak klasyczna scena z Moulin Rouge. Nawet klaun wodzirej przypomina zapiewajłę z filmu. 
I jak to wszystko się rozpędziło i zaczęło wjeżdżać na scenę, to się popłakałem ze szczęścia, i nie jest to figura retoryczna. Rodzice mnie za dzieciaka brali do cyrku i wspomnienia mam nie takie, że męczone zwierzęta, zbutwiałe płótno namiotu, niewygodne ławki i ogólna słabizna, tylko O RANY, BĘDĄ SŁONIE, ŻONGLERZY, KLAUNI I ZABAWA. No i jakby ktoś dużego Radka wziął za oszew, przeciągnął o 36 lat wstecz i zafundował mu taki zaciesz, jaki miał za młodu. No to zero zdziwień, że się poryczałem z radochy. 
Występ ujęty jest w ramy historii chłopca, który chce puszczać latawiec ale mu nie idzie, pojawia się kurier rowerowy z dużą paką, z paki wyskakuje Jack in the box i za pomocą czarodziejskiej różdżki pokazuje chłopcu dużo dobrych rzeczy. Na dwie godziny występu (z półgodzinną przerwą w połowie) złożyły się trzy składające się jak harmonia panie, pan na monopedzie tańczący z sympatyczną dziewczyną, laska na trapezie, czterech ziomków chodzących po linie, pani z hula hop czy nawet z ośmioma, ludzie wystrzeliwani z katapulty i wirujący pod sufitem namiotu, niektórzy nawet na szczudłach wirowali i nikt się nie przewrócił, koleś budujący sobie wieżę z krzeseł i robiący na kolejnych etapach tej budowli czary ze swoim ciałem oraz dwóch typów w okrągłych kloszach po dwóch stronach długiej rury, kręcącej się wokół własnej osi. 
Plus występy trupy rozrywkowej, która robi masowy rozpierdol na scenie i wśród publiczności. Normalnie klauni w cyrku mnie żenują, przy tych śmiałem się jak posrany. 
Poszczególne programy perfekcyjne z jedną, chyba niezaplanowaną wpadką, jak jeden z typów w tych kloszach zamotał się w skakankę i byłem pewien, że będzie nieszczęście. Na szczęście nie było. Muzyka na żywo wykonana tak, że miałem dreszcze a jak w pewnym momencie usłyszałem dwa motywy podobne do filmowych, to mało nie zemdlałem z rozkoszy: Black Hawk Down i Ghost in the Shell, i nie trzeba więcej słów. Wokalistki z głosami, które dałyby im na luzie pierwszą dziesiątkę w dowolnym zestawieniu płytowym, jakby tylko nagrały jakieś płyty solowe. 
Piękno, dobro i zmasowana magia, która nie pozwala oderwać wzroku od wykonawców. Jakie to było cudowne, to brak słów, za reklamę niech starczy wam to, że do tej pory mam zdrętwiałą szczenę, cały czas się uśmiechałem pełną gębą. 
A potem się skończyło, ekipa się zawinęła, na scenie został chłopiec z latawcem, Jack in the box pokazał mu, żeby puścił tego latawca, chłopiec puścił a ja się znowu rozpłakałem. Jak mały dzieciak, tym razem ze wzruszenia. A kiedy ja przez ostatnie 25 lat płakałem dwukrotnie w ciągu niecałych trzech godzin? No nigdy. 
Na ich następny program pojadę nawet do Ustrzyk.

piątek, 25 lipca 2014

Z narkozą okazało się tak, że mam kondycję i być może nie będą mnie usypiać, tylko kombinować. Rozmowa z pierwszym anestezjologiem przebiegała w duchu wzajemnego zrozumienia. Najpierw mi zaproponował, że przed operacją, chirurg będzie mnie żgał igłą w okolicach barku, w takie wgłębienie. I jak trafi w splot nerwowy odpowiadający za obsługę całej ręki, to dojebie mi w to miejsce litr znieczulenia, da środek nasenny, żebym nie słyszał wiercenia w kości i będzie git. 

Na moje pytanie, czy jest wariant awaryjny, usłyszałem coś takiego: założymy panu motzno opaskę na nadgarstek a jak krew spierdoli z ręki, poprawimy opaską nad bicem. Następnie w żyły wlejemy wiadro lidokainy, damy środek nasenny i ciachanko. 

No to kurwa pięknie, pomyślałem. Będę się musiał wysilić i wyczuć prąd przebiegający przez rękę (opcji z lidokainą nie dopuszczałem do świadomości, choć brzmiała zajebiście, pomyślcie, zamiast krwi anestetyk), bo jak się pomylę, to znieczulenie pójdzie bokiem i umrę na tym stole. 

Potem jeszcze przyszedł ordynator z chirurgiem jakimś i pożartowaliśmy sobie, że może trzy tramale, znieczulenie miejscowe, kołek między zęby i jechane. Ordynator się obśmiał, zimny chirurg sprowadził mnie na ziemię i powiedział, że cięcie to by pan pewnie jakoś wytrzymał ale wiercenie w kości by pana zabiło. Umarłbym od szoku. Brzmi nieźle, Teklak tak się zszokował stanem polskiego państwa, że zszedł. 

No ale żarty na bok, bo końca nie wiedziałem co się będzie odpierdalać i trochę dygałem. Przyszedł piątek. Do południa na stendbaju, staram się nie umrzeć od tego szoku przedoperacyjnego, co to może mnie zabić, zabrali zioma ode mnie z sali, szykuję się powoli, prysznic wzięty, wbijają salowe. Próbuję się ubrać w ten szlafroczek operacyjny, na dupie rozcięty, z fizoliny, kurwa jakiejś, ale on jest w rozmiarze uniseks, czyli dla szczupłej pani metr siedzemdziesiąt maks a nie dla schaba, który ma własną grawitację. No to panie ujebały lewy rękaw, przekładam rękę, próbuję włożyć prawą i chuj powitał. Rękaw wypada na wysokości mojego prawego cyca. Dobra, to pieprzyć rękawy, i tak mi tego się nie da zasznurować na plecach. Rozebrałem się do rosołu, okryłem tą fizokurwaliną słabiznę, wczołgałem się do koja, zarzuciłem na siebie kołdrę i jedziemy. 

O w dupę, jak we filmach. Leżę sobie na wznaku a nade mną śmigają panele sufitowe, i co trzeci albo czwarty, ma w sobie światło. I co kilkanaście metrów, jeb, podskok, bo próg. A potem drzwi i jeb, burtą, bo za wąskie kurwa są te drzwi. No bo po co robić takie na szerokość łóżka z okładem, jak można na styk gdyż polska szkoła architektury szpitalnej. Się czułem jak konwój do Murmańska na polu minowym i modliłem się, żeby w jakąś futrynę nie przyjebać łokciem obolałym, bo nie byłoby operacji tylko masakra w wykonaniu gołego grubasa. 

Zajeżdżam na blok, piździ jak w Rzaholeckim Lesie, podchodzi pani anestezjolog, bo ten typ, co z nim rozmawiałem, nie będzie mnie jednak znieczulał, uśmiecha się, przedstawia, ja się obszczerzam jak jaki głupi, mało mi czubek łba nie odpadnie, bo pani aligancka i szykowna. Kurwa, ja chyba w tym szoku, co to miał mnie zabić, zacząłem z nią flirtować ale na szczęście wzięła poprawkę na mój stan, zlitowała się nade mną i mi przerwała. Po czym zaproponowała, że jednak znieczulenie będzie na pełnej kurwie, sobie pan zaśnie i git. Proszę podpisać, że się pan zgadza i podtyka mi podkładkę sztywną i jakiś kwit. Owszem, przeczytałem, żeby nie było, że komuś oddaję nogę i nerki, wciska mi długopis do ręki, stawiam te kaligrafy kulfoniaste, podpis wygląda jak sfałszowany przez dziecko i sam nie wiem, czy mam już przejebane, czy potem. 

Wwożą mnie na blok, leniwa krzątanina profesjonalistów, bo to w sumie tylko kolejny kawał mięsa do pokrojenia, pani anestezjolog gładzi mnie po ramieniu i opowiada co się będzie działo, tu tlen, to gorzkie to na pana kondycję, o kurwa, jakie to pyszne, duszę się, DUSZĘ SIĘ, KOBIETO! Pani od znieczulenia nie reaguje, bo jak ma zareagować, jak ja sobie o tych dusznościach tylko myślę, co ona, telepatka jest, i do swojej pomagierki mówi milijon jednostek czegokolwiek ale bez atropiny. Jakiej, kurwa, atropiny. Atropinę to sobie Harry Shulz pakował w nogę, jak nie udało mu się zatruć Barto Scalisio, to co wy mi tu, jakąś odtrutkę na pobudzenie dajecie, po co...

Zgasło światło. Zdrada. Umarłem. 

Śpię sobie i śni mi się jakaś megalitycznie rozkurwiatorska impreza. Największy melanż mojego życia, na którym są wszyscy ludzie, których kiedykolwiek znałem. Wino, kobiety, śpiew i substancje nieakcyzowane. Ja się nie będę wdawał w szczegóły, bo dzieci mogą to czytać ale nie zdziwiłbym się bardzo, gdybym w tej śpiączce farmakologicznej, nie próbował skroić chirurgowi portfela kutasem. A tak ze trzy razy. No jest tak bardzo dobrze, wszyscy tańczą, piją, ciągną albo kopulują i nagle jeb, światło i jakiś ziom złowoniaszczy mi mówi, że koniec, po zabiegu. Rozklejam ślip, patrzę w sufit i pierwsza myśl: no to, kurwa, zajebiście. Czuję się, jakbym imprezował dwa tygodnie a tu trzeba się ogarnąć i iść do pracy, no co za przypał. Jak po 20 sekundach wszedł w łokieć największy ból mojego życia, skojarzyłem, że chyba jeszcze jakiś wpierdol obskoczyłem na tym baunsie. No jak ja do tej pracy pójdę, pytam się ja was ale bardziej siebie, może jakiś urlop na żądanie, bo nie dość, że jestem pijany, to chyba ktoś mi narkotyki wsypał do kebaba. Kolejne 20 sekund, powrót do rzeczywistości, blok, przy łóżku kilku gości oblanych krwią, Ryszard zapiekankę... A nie, to nie to. Radek, raduj się, nie idziesz do pracy. 

Radość nie trwała długo. 

Zawlekli mnie na blok pooperacyjny, nawpierdalali jakichś rurek, elektrod i innych szemranych interesów w moje ciało bolesne, zaczynają kroplić coś do żył, to ja się pytam pielęgniarki, czy ktoś mógłby mi z sali numer 12 przynieść książkę do poczytania. No co pan, kołowaty jakiś? To może chociaż komórkę, rodzina i ludzie się niepokoją, bym smsa wysłał. No co pan, kołowaty jakiś? Szlag, przyjdzie mi tu jebnąć z nudów. 

Nudy nie groziły. Na łóżku po drugiej stronie bloku, jakaś kompletnie otępiała pani, próbuje wyplątać się z pościeli i gdzieś chce iść. Podbiegają pielęgniarki, laska kompletnie nie kontaktuje i na dodatek straciła zdolność mowy, więc nie jest w stanie im powiedzieć o co chodzi. Się domyśliły, że boli i zajebały ją narkotykami. Po prawej, w moich nogach, leży ziom, który sobie na zbicie bólu wymyślił taką litanię: o kurwa, jak boli, ja pierdolę, jak boli, o kurwa, jak boli i tak da capo al fine. Przychodzi pielęgniarka, prosi go, żeby przestał przeklinać i zapierdala gościa narkotykami. Leżę i myślę tak sobie, że nic gorszego mnie nie spotka gdy obok mnie instalują Fetora. Fetor to wyjątkowo obrzydliwa postać, leżałem z nim przez chwilę na sali ale same pielęgniarki załatwiły mi transfer, bo koleś był bezczelnym skurwielem, srał pod siebie, chociaż bez problemu mógł obsłużyć basen i nie mówił, tylko warczał z pretensją, bo jemu się należy a obsługa jest chujowa. Żłób kompletny, wnioskując po haftach, po kryminale, kutas pieprzony, który pielęgniarzowi powiedział, że jemu się nie chce i nie opłaca pracować. I jak tylko wjechał na salę, się zaczęło. Siostro! SIOSTRO! Coś bym się napił, więcej przeciwbólowego, coś bym się napił, SIOSTRO! I tak, kurwa, do zajebania. 

Bliski byłem powyrywania sobie tych rurek, elektrod i interesów i zaorania gościa maszyną monitorującą ale właśnie wtedy środki przeciwbólowe przegrały swoją walkę z moim organizmem. Dość powiedzieć, że jeszcze nigdy w życiu nie bolało mnie aż tak, że łzy leciały mi z oczu, chociaż nie płakałem. To jakiś fizjologiczny fenomen musiał być, bo chłopaki płaczą tylko na niektórych filmach wojennych. Przyszła pielęgniarka, okazało się, że jest za krótka, zawołała panią doktor, która zajebała mnie narkotykami, przy czym dopiero druga albo trzecia mieszanka zadziałała. 

Chciałbym powiedzieć, że koktajl działał długo, ale nie mogę więc po jakimś czasie zawołali doktora (bo pani doktor chyba skończyła dyżur na bloku) i ziom ponownie zajebał mnie narkotykami, ale jakimiś innymi, bo ciągle czułem stępiony ból. A w tle Fetor nadawał bez ustanku. Po trzech albo miljonie godzin, dałem znak-sygnał pielęgniarce i się spytałem, czy mogę wrócić na salę, bo zaraz sąsiadowi przypierdolę. Ona chyba też miała typa dość, bo powiedziała, że spoko, jak pan woli tam leżeć, to nie ma problemu. W drodze powrotnej każdy podskok na progu był tak zabawny, że o rany, na szczęście ostatni zakręt, wmontowanie się w futrynę i już w domu. Koszmarne mdłości, zawroty głowy i miękkie nogi (powaga, do kibla nie szedłem tylko takie pół na pół skradanie i czołganie uskuteczniałem, jak pająk jakiś) były naprawdę niską ceną za opuszczenie sali, w której gnił Fetor. 

Będę żył, pomyślałem i odpaliłem Vikingów. Będę żył. Obolały, pocięty ale będę...

Chciałbym powiedzieć, że zapadłem w sen ale nie będę kłamał. Nadchodzące dwa tygodnie miały mnie nauczyć kilku rzeczy o samym sobie. Na przykład tego, że na luzie można nie spać przez prawie trzy dni albo jeść tramal jak tik-taki ale przestaję już skamlać, inni mają gorzej. 

A wszystkich, którzy pierdolą, że cierpienie uszlachetnia, zajebałbym szpadlem i zasypał wapnem w anonimowej mogile, na której zamiast znicza, postawiłbym kloca. Nie uszlachetnia, wy chuje bez serca. Za to bardzo upokarza i odziera z godności. A mnie, w porównaniu z innymi, których naprawdę boli, przecież ledwie swędziało. A nawet i to nie.

wtorek, 22 lipca 2014

No więc ukonstytuował się kolektyw mieszkańców i na pierwszym spotkaniu ustaliliśmy przez aklamację, że jest taka zorganizowana akcja, że wszyscy lokatorzy wpłacają pieniądze na konto kolektywu. Jak zwykle w kwocie, jaką podpowiada wam wasze sumienie, jednakowoż zwyczajowo sugeruję, żeby wpłacić trochę więcej niż trochę mniej, bo za trochę więcej są bonusy. 

Tak, wystartował nowy bookrejdż i tym razem twórcy pakietu mają dla was niespodziankę: Szczerek, Żulczyk i czwórka autorów, których możecie nie znać. Gdzie tu opłacalny deal? zapytają się niektórzy. No więc opłacalny deal jest podwójny. Po pierwsze, na mieście gadają, że nowa rzecz Szczerka jest jeszcze śmieszniejsza od Mordoru. Nie wiem jak wy, ja się nie mogę doczekać. Druga część dobrego interesu jest taka, że tych czterech anonimów warto, moim zdaniem, poznać, bo to ludzie dobrej roboty, którzy, niczym Szarmach, głowę wkładają tam, gdzie inni boją się włożyć nogę... Nie, po chuju ta analogia. Albo i nie, bo przecież czasami dokoła są jednak rycerze ortalionu. Chodzi o to, że oni robią taką kronikę z życia miasta. Karolina Pochwatka prowadzi Puls Trójmiasta, pije zimne piwo na murku, jara szlugi, przeklina ładniej ode mnie i ma zajebistą matkę, która, mam nadzieję, dorosła już do pewnych rzeczy. Łukasz Najder z kolei redaguje Głos Zakutasia i nadaje na falach długich z tramwaju 46, który to tramwaj będzie niedługo kvltovy i będzie stał w Muzeum Słowa Polskiego. Paweł Ziętek jest redaktorem naczelnym w Halo Poznań i czasem wrzuca swój urobek na bloga, za rzadko jednak, zobaczymy co skleił w książce. No i ja, redaktor i wydawca niecodziennika Warszawa Muwi, znacie mnie, to się nie będę produkował. 
Z moim zbiorkiem jest taka sytuacja, że rozmowy o pakiecie zaczęliśmy jakiś czas temu. I ja od tego, jakiegoś czasu temu, pisałem nowe rzeczy, do tego zbiorku. Bo część wybraliśmy starszych, a część miała być nowych, że niby nowa jakość. Ale jak już mi się udało coś napisać i wrzucić do szuflady, to natychmiast tekst zaczynał mi dno tej szuflady przepalać i najdalej po dwóch dniach, nakurwiałem tym kawałkiem w internet, bo przecież jak tak można więzić słowa? Dlatego nowych rzeczy nie ma, wszystko znacie ze strony, bloga i fejsa. Co nie zmienia faktu, że wam życzę dobrej zabawy a sobie nieustających przygód na mieście, zakończonych nie wpierdolem a kolejnym tekstem. 
Pakiet leży na stronie bookrage.org Klikacie w linka, klikacie w 'Kup' (hehehe), wybieracie kwotę albo wpisujecie swoją, jak ktoś czuje przymus, może pobawić się suwaczkami,następnie mail, płatność i lu, macie książki w mailu w fensi formatach epub, mobi i pdf. No to sobie możecie poczytać na każdym urządzeniu. 
Dziękuję za uwagę. 

wtorek, 17 czerwca 2014

Sobota, Targówek, chiński dresobar gdzie przy paśniku spotyka się policjant, najebany żul, lekko wcięty obywatel, dresiwo i ja. Buda mała, taka a'la kurnik, kolejka wywija się na zewnątrz, można od razu zrobić zakupy w całodobowym alkoholowym, który z dresbudą ściana w ścianę, no oaza samowystarczalności na dzielni.
W kolejce jakiś dwumetrowy steryd na bogatości, żadne tam adibasy tylko Najacze, wszystko błyszczące, przy nodze uśmiechnięty amstaff albo coś w podobie, i taki jest zadowolony z życia ten pies, że zachłostuje wszystkich ogonem na śmierć. Typ o spuchniętych nerkach doi setkę cytrynówki lubelskiej, kumpel Najacza karmi psa Snickersem, jakiś ziom opowiada o tym, jak to w sobotę coś go zaczęło w środku boleć, dziewczyna dała mu przeciwbólowce, pomogły. Na moment. A potem tak go zgięło, że przyjechała karetka i jak się ocknął w szpitalu, to usłyszał od lekarza, że jakby jeszcze pochojraczył i posnuł się na apapie, to wieźliby do szpitala trupa. Tylko nie usłyszałem co mu jebło, wiem natomiast, że w skali bólu, czuł podobno dziesionę, tak mu powiedział lekarz. Patrząc na ziomka uznaję, że najbliższy kontakt z dziesioną, to miał jak kroił studenta. Mija chwila i zza winkla wytacza się emeryt pod tęgą muchą i na hasło 'ty już tyle nie pij', odpowiada 'piję bo mogę'. Sobota leniwie toczy się dokoła nas.
Dzień jak co dzień na bębnie.
Każdy przychodzący do sklepu lub do budy jest witany mniej lub bardziej entuzjastycznie, bo wszyscy się przecież znają. Sobotnie, poranne pytania 'a co u Łysego?'. 'A, kurwa, nie wiem, wczoraj pochlaliśmy i gdzieś się nam zgubił'. No bukoliczna sielanka.
Okienko do zamówień się zbliża, jeszcze tylko jakiś typ w kowbojkach, spory dres na dorobku, który gawędzi z kumplem jedzącym przy stoliku obok i ja. No i ten koleś w kowbojkach, jakiś ewidentnie niemiejscowy, robi zamówienie, a najebany jest tak, że z gadką u niego już nie za bardzo w porządku, pewnie bidny z imprezy wysłany po żarcie. Kurczak z ą, kurczak z ę, sajgonki i krewetki z cebulą, czy kurwa coś podobnego. Tylko niech mi pani powie, czy te tajger krewetki to muszą być panierowane. I ta miła pani zza lady coś mu brzęczy po polskawu, ziom ni chuja nie kojarzy co się do niego mówi więc się bidny fiksuje na panierze.
-Czy one będą panierowane?
-Tak.
- A czy można te tajgery poprosić niepanierowane?
- Nie.
- Znaczy muszą być panierowane?
- Tak.
- Ale ja bym chciał niepanierowane.
I by tak pierdolił do sądnego dnia gdyby nie głos zza pleców.
-Zdrapiesz sobie.
Sobota leniwie przelewa się za oknem.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Orange, kurwa, festiwal.
Najpierw powiał wiatr i spadł im ekran LED oraz uszkodzeniu uległa część nagłośnienia na Warsaw Stage (scena na zewnątrz). Dość powiedzieć, że odwołano trzy koncerty w namiocie, no ale spoko, taki klimat w tym kraju, zawiało i po chuj drążyć. Tylko ciekawe jak się czują ludzie, których w piątek interesował wyłącznie któryś z tych odwołanych koncertów. Dostaną część hajsu z powrotem?

Bardzo się cieszę, że wyszedłem z pracy o 17, bo jakbym wyszedł o 18, to bym się spóźnił na koncert Pixies, który zaczynał się planowo o 19:30 ale w innej rzeczywistości, bo w rzeczywistości organizatorów wystartował bez ostrzeżenia i jakiejkolwiek zapowiedzi o 18:45, because fuck off.

Nagłośnienie tak chujowe, że gdybym nie znał kawałków Pixiesów, nie wiedziałbym co śpiewają. Zresztą kilka razy musiałem się mocno zastanawiać czego ja słucham w danym momencie. Chłopaki i dziewczyna wyszli, pierdolnęli (indie rock, jasne) 30 kawałków w godzinę, stałem i się cieszyłem jak dziecko, nawet jeżeli czasami nie bardzo było słychać wokal. W zasadzie z mojej żelaznej plejlisty zabrakło mi wyłącznie Tame, Gigantic i Holiday Song, więc nawet nie będę próbował narzekać. Bawiłem się doskonale chociaż z przyjemnością obejrzę ich kiedyś jeszcze raz. W plenerze. Nagłośnionych tak, żeby było słychać a nie żeby było głośno.

Queens of the Stone Age to na pewno fajny zespół ale dawno nie byłem na tak bardzo nijakim koncercie, pod koniec nawet się chyba przez 2 minuty zdrzemnąłem. Jednakowoż faństwo bawiło się doskonale i głównie o to chodzi.

Kings of Leon to fajna muzyka do potupania nóżką, pełna płyta, dość mocno zapakowane trybuny, posiedziałem pół godziny, żeby noga odpoczęła. Najbardziej podobało mi się to, że realizatorzy dźwięku wyjęli łby z dupy i zaczęli nagłaśniać a nie nakurwiać. Ale to pewnie było spowodowane tym, że KoL przywiózł swoich i nie musiał korzystać z miejscowych.

Snoop - fanem nie jestem ale tłumem bujał jak chciał i nóżka zaczęła mi sama chodzić. Aż zgniła i odpadła. Bo wiecie, w drodze na imprezę tak bardzo mi się spieszyło, że biegłem do tramwaju, źle stanąłem, światło zgasło a jak zapłonęło z powrotem, bolała mnie noga. Zresztą boli do teraz, chociaż mniej i jak jechałem do pracy rano rowerem, to nie traciłem przytomności z bólu.

No, i jak mi ta nóżka zaczęła na Snoopie chodzić, to się zruszyła jeszcze bardziej i o północy zorientowałem się, że tylko na lewej długo nie ustoję i trzeba spierdalać. Co też, z wielkim żalem, uczyniłem. A z żalem, bo Snoop był już bardzo rozkręcony i szkoda było iść.
Cieszę się, że nie kupiłem biletu na sobotę, bo słuchanie tak nagłośnionej muzyki to abominacja. Nie wiem, może na płycie albo w bocznych sektorach było słychać lepiej czy wyraźniej, ja, na wprost sceny, odbierałem sieczkę. Oprócz oczywiście Snoopa, który grał pod gołym niebem i było go słychać znakomicie.

A, jeszcze na sam koniec słyszałem, że na ludzi czekała taka niespodzianka, że oni czekali sobie na nocne ale nocne nie jeździły, bo most był zamknięty czy coś. Ale tylko słyszałem więc być może kogoś krzywdzę złym słowem.
Tak w skrócie - organizacyjnie spierdolone, nagłośnienie jak w grobie, tylko muzyka się obroniła. A wszystko to za jedyne 199 ziko minus zniżka w promocji Orange.
Pierdolę taki festiwal, wolę Woodstock.
Jak sobie pomyślę, jak mało zabrakło, żebym kupił bilety na drugi dzień tego czegoś, to zimny pot mnie oblewa.

czwartek, 05 czerwca 2014

Tak sobie pod wieczór przypomniałem, że przecież jakiś czas temu, miałem wam opowiedzieć o mojej wielkiej miłości – Stadionie Dziesięciolecia. Znaczy z tą wielką miłością to nie szalejmy, była wielka, bo obiekt uwielbienia gargantuiczny. No ale była.
Bo widzicie, w Stadionie kochałem się skrycie, tą miłością, która jest możliwa tylko wtedy, gdy nie wiesz, co tak naprawdę wyprawia się w jego trzewiach i bulgocze pod, i tak szemraną, powierzchnią. Miejsce to było niesamowite, a i tak mam świadomość, że tą szemraną powierzchnię tylko lekko liznąłem.

Na studiach podjechałem tam raz i mi się niezbyt spodobało, bo tłok był jak w niedzielę w Arkadii. A ja tłoku nie lubię. Kurde, mnie nawet późnopopołudniowa niedziela na Marszałkowskiej przy Domach Centrum, a zważcie, że w 1992 działo się tam niewiele, silnie osłabiała. Szczęki pod Patykiem zacząłem eksplorować ambitnie dopiero w 1993, bo wcześniej szlag mnie tam jasny trafiał. Ale jak już zacząłem pod Pałac śmigać, wpadłem jak śliwka w kompot. Te tanie buty, te tanie kurtki, te tanie pirackie kasety. Zapoznałem się z kilkoma handlarzami i od nich usłyszałem, że tutaj to nic, pan pojedź na Stadiona, tam dopiero handełe odchodzi. No to nie minął miesiąc, jak uzbrojony w odwagę (bo to jednak Praga) i niewielkie pieniądze, pomknąłem na Zieleniecką.

Pierwszy kontakt mnie tak poraził, że zrobiłem jedno szybkie kółko po koronie i uciekłem stamtąd z krzykiem. Upał, kurz, syf malaria i korniki, dziwne zapachy i różnokolorowy tłum, który próbuje ci wcisnąć każdy badziew spowodował, że nie wróciłem tam przez 4 lata. Bo to co tam zobaczyłem, przekraczało moje zdolności percepcji i poznania. Za dużo, za szybko i za głośno. A potem poszedłem pracować do złodzieja i stwierdziłem, że stać mnie praktycznie wyłącznie na rzeczy ze Stadionu, bo złodziej płacił marnie. Zaczęła się moja wielka, azjatycka przygoda.

Początki były trudne, bo przez te 4 lata mojej nieobecności, Stadion skrzepł, przenieśli się na niego handlarze spod Patyka i to, co widziałem tam wcześniej, zbladło przy ponownym zapoznaniu. Jeden wielki, pierdolony Mordor. Dlatego na początku przebiegałem koronę wyłącznie w poszukiwaniu cedeków z muzyką, bo zapłacić dychę za płytę jest lepiej niż zapłacić za płytę tych dych pięć, a kultura to była wtedy jedyna rzecz, która trzymała mnie w zdrowiu psychicznym. Przez jakieś pół roku, może rok, ambitnie wspierałem piractwo, do tej pory 90% mojej kolekcji to lewizna z korony. A potem się zorientowałem, że miejscówka jest magiczna.

Nie będę tutaj przepisywał swojego tekstu o Warszawie, w którym nawoływałem ludzi do poszukiwania miejsc magicznych w mieście, którego nienawidzą. Pod tekstem macie linka, poczytajcie. Stadion się stopniowo zaczął dla mnie, takim właśnie miejscem stawać.
Oczywiście najpierw musiałem się zorientować w niuansach bliższej i dalszej okolicy. No można powiedzieć, że do eksploracji Lothlorien a’rebours podszedłem po harcersku – mocno planowo, z kompasem ale bez mapy, bo ją sobie zacząłem stopniowo kreślić w głowie, w miarę posuwania się głębiej i dalej.

Górę korony miałem rozpykaną, zszedłem więc piętro niżej, pośród handlarzy lepszą dzianiną, dziwnymi gadżetami z demobilu i nielegalnym alkoholem. Lepszą dzianiną handlowali ludzie, którzy zjeżdżali na Stadiona niemalże z całej Polski, bo ludu tu co niemiara i łatwiej wyrwać od tego ludu piniondz, niż u siebie w mieście gminnym, gdzieś tak do 25 tysięcy mieszkańców. Dzianina interesowała mnie umiarkowanie, dlatego dużo chętniej snułem się między stanowiskami, na których handlowali ludzie o złotych zębach i spirytusowo-kiełbasianym oddechu. A w ich pudłach same cudności. Ordery Lenina, czy innego Bohatera Związku Radzieckiego. Bagnety. Sprężynowce. Kastety. Gazy łzawiące, paraliżujące i, dam głowę, iperyt, sarin i soman. W zasadzie, jakbym zagadał z jednym czy z drugim, to pewnie i jakaś atrapa broni by się znalazła, a kto wie, czy i nie oryginał, aczkolwiek pamiętajmy, że jest rok 1998 i czas Kałasznikowów z wiadrem amunicji, dawno już minął. No i król tych stoisk – alkohol.

Muszę wam powiedzieć, że fałszowany był fachowo o tyle, że zgadzał się i kształt butelki, i nalepka, i zakrętka, a co weselsi obywatele, potrafili zakurwić nawet banderolą. Tajemnicę rosyjskich markowych alkoholi poznałem jakiś czas później. Otóż potrzebny jest spirytus, woda i politura. Finlandię robi się z wiadra spirtu i wiadra wody. Tequilę z wiadra spirtu, wiadra wody i łyżki politury. A już na ten przykład rum czy whisky, z wiadra spirtu, wiadra wody i trzech łyżek politury. Smaku tych alkoholi i tak wtedy jeszcze Polak nie znał tak dobrze jak dzisiaj, styknęło jak kolor się zgadzał. I ludzie brali, co mieli nie brać, butelki czerwonego Walkera w cenie wódki byście nie wzięli? No więc brali, a ja każdą transakcję obserwowałem z zadumą pomieszaną z lekkim rozbawieniem. Z lekkim żeby w ryj nie dostać albo ciężką cyrylicą nie obskoczyć.

Oprócz alejki ze śmiesznymi artykułami i alkoholem, można było trafić na czarnoskórych dżentelmenów, którzy handlowali markowymi ciuchami markowymi w cenach stadionowych. Nie wnikałem skąd towar, zgaduję, że to ten, który spadł z palety i się zabrudził. Ewentualnie Levisy ciągnęli ze szwalni w Płocku, bo była taka zorganizowana akcja, że Levis zwoził materiał do Polski i szył swoje artykuły tutaj. A potem przepuszczał je przez gęste sito selekcji i odrzucał niedoróbki. Czasami wystarczył niedostrzegalny drobiazg, a wiem o czym mówię, bo w latach 1992-1993 ubierałem się wyłącznie w spady Levisa z Płocka i powiem wam, że w niektórych ubraniach nie znaleźliśmy żadnych wad, które mogłyby spowodować dyskwalifikację.

No z tym, że doktoranci z Sudanu handlowali nie tylko Levisami ale, jak wspomniałem, nie wnikałem. Raz zaryzykowałem fajną czarną koszulę i mam ją do dzisiaj. Od 15 lat się w nią nie mieszczę dlatego prawie w ogóle nie jest zużyta.

Po dokładnym wyeksplorowaniu korony i jej podstawy, obczaiłem alejki wzdłuż. Tam było mydło i powidło, dlatego rzadko się zatrzymywałem. Następnie obadałem bezpośrednie sąsiedztwo dworca Warszawa Stadion i tam zorientowałem się, że to co na górze, to przedszkole. Bo przy dworcu panowała srożyzna.

Na ten przykład raz widziałem, jak na stanowisko podjechał autobus i jakaś grażdanka zaczęła wypakowywać ze swoimi ziomkami mandżur. Jedna wielka, niebieska, brezentowa torba (jak z Ikei, tylko większa i na suwak, pewnie pamiętacie), druga, trzecia. Zza jednej z budek wyskoczyło dwóch sportsmenów, porwali najobfitszą z toreb, lekko się przygięli, zmodyfikowali plan, zaczęli ją ciągnąć po ziemi i po 4 sekundach zniknęli między budami. Zanim się obywatelka zorientowała, pościg za złodziejami nie miał najmniejszego sensu. A mi fajek wypadł z ust w błoto po burzy, taki byłem porażony sceną.

Pod samym wejściem na halę odlotów, rządziła benklarnia. Wiaderko do góry nogami, kawał tektury i trzy… A, widzicie. Żadne tam trzy karty. Trzy krążki drewniane – dwa podklejone na niebiesko, jeden na biało, biały wygrywa, niebieski przegrywa, mam dwie ręce i niemi kręce, każdy szczęściu dopomoże, każdy dzisiaj wygrać może. Oczywiście wszystko doskonale zorganizowane, mistrz ceremonii za wiadrem, obok jeden, dwóch naganiaczy z zajebiście modulowaną chrypką, dyskretna ochrona z nieodłącznym kiepem w kąciku ust i dwóch podstawionych graczy, którzy wygrywają kasę. Żongler rwie włosy z głowy, figuranci szczęśliwi oddalają się z hajsem, no normalnie psychologia społeczna i manipulacja w dobrym, podwórkowym wydaniu.

I wiecie, że byli ludzie, którzy się na to nabierali i zaczynali grać? Nie wiem czy głupi byli, czy cwani. Głupich mi trochę było szkoda, bo wtapiali po całości. Cwani byli niepełnosprytni, bo myśleli tak: ziom da nam na pewno na początku wygrać. No to wygramy i uciekniemy. Jak bardzo były to złe pomysły, to kilka razy widziałem i miałem bóle współczulne.

Przyznam też, że nigdy mnie nie kusiło, żeby głupich ostrzegać, bo miałem w pamięci opowieść mojego kumpla, który chciał ostrzec młode małżeństwo, które miało odłożony hajs na meble na Różycu ale postanowiło ów hajs zmnożyć. Kolega ostrzegł ich otwartym tekstem i dwie sekundy później głos zza jego ucha wychrypiał ‘już nie żyjesz’. Kolega nigdy jeszcze nie uciekał tak szybko, i nawet jak historia jest zmyślona, to dała mi do myślenia. Żal było patrzeć ale jeszcze bardziej było mi żal moich nerek, płuc, wątroby albo serca.

Na alejce prowadzącej wzdłuż stanowisk, do dworca, czaiły się złowrogie budki z żarciem gdzie można było się na szybko skrzepić skandalicznie tanią sajgonką. Owszem, mając w pogardzie chorobę brudnych rąk i własny żołądek, krzepiłem się często. I powiem wam, że nigdy w życiu nie widziałem tam przedstawiciela bananowej młodzieży. Nigdy w życiu nie widziałem tam nikogo, kto byłby ubrany w coś droższego niż ubrania ze Stadiona. Ba, nigdy w życiu nie widziałem tam nikogo, kto nie wyglądał na lekko przykurzonego. Dlatego jak likwidowali targowisko, bardzo rozśmieszył mnie tekst Magdy Dubrowskiej, w którym rozpływała się w zachwytach i płakała bardzo nad faktem, że kasują te obleśne budy, w których już nigdy sajgonka nie będzie taka pożywna, i gardło sobie podrzynam. I już nigdy kurczak curry nie będzie tak curry. I już nigdy nie będzie takiego lata. Trzeba przyznać, że felietonistka Stołka miała talent do kreowania bytów nieistniejących.
Aż pewnego dnia nastąpił ten moment gdy zanurzyłem się w niesamowity świat Czajnatałn.

I tutaj długo autor zbierał słowa, by odpowiednie dać rzeczy słowo.
W tych alejkach można się było zagubić i przez pierwsze pół roku gubiłem się za każdym razem. To był absolutnie fascynujący świat handlu, opanowany w 98% przez mniejszości etniczne. Na początku chodziłem tam na zakupy ale szybko się zorientowałem, że nawet jak kupujesz okazyjnie pięciopak białych tiszertów pod koszulę do pracy, w rozmiarze 5XL, to one i tak będą ci sięgać tuż pod pępuszek i będziesz klął, że ich, kurwa, w spodnie wpuścić nie możesz. Te bawełniane ściereczki do naczyń i kurzu, które najdalej w drugim praniu się rozpuszczały bez śladu. Te krótkie spodenki bojówki albo zwykłe bermudy, które po trzecim praniu pękały gdy spoglądałeś się na nie zbyt długo. Te sandały za dychę ziko, które, przecież tak miękkie w dotyku, zdzierały skórę ze stóp i bezpowrotnie zniekształciły mi obie pięty. Te buty sportowe za trzy dychy, w których stopa gniła, bo, kurwa, nie przepuszczały powietrza, a jak miały przepuszczać, jak były z plastiku z natryśniętym na niego nubukiem. Te dziesięciopaki tanich skarpet jednorazowego użytku. Te zajebiste szpongi i boksy, w których rów zamieniał ci się po kwadransie w deltę Mekongu a wory odparzały się nawet szybciej, a zważcie, że mówię o środku w chuj mroźnej zimy. No i te przezajebiste tiszerty z absolutnie fantastycznymi nadrukami, w których po miesiącu odpadały rękawy, dlatego kupowałem bez rękawów ale te z kolei pruły się pod pachami. Tyle tylko, że wszystko to było tak skandalicznie tanie, że nie potrafiłem się powstrzymać i zawsze wracałem z plecakiem wypchanym bawełną o zawartości bawełny na poziomie dyszki procent. W zasadzie jedyną rzeczą, jaka była w stanie przetrwać dłużej niż jeden sezon letni były bandanki, które kupowałem tam niczym nałogowiec.

Jednakowoż, jak wspomniałem, to nie zakupy były tam największą atrakcją. Widzicie, prawie całe to miejsce było zadaszone. Kupcy rozsnuwali miedzy swoimi budami albo namiotami plandeki, dzięki czemu w najbardziej przejebany, upalny dzień, panował tam miły cień i pewna intymność. Jasne, atmosfera pod plandeką daleka była od optimum olfaktoryczno-termicznego ale ten cień powodował, że klient nie przebiegał dystansu niczym Usain Bolt, tylko oddawał się niespiesznemu spacerowi i można go było ułowić. Przy deszczu, na klepisko rzucali drewniane pokłady, które niepokojąco przypominały elementy pobliskich rusztowań. Ewentualnie europalety topili w błocie. Handlarze z wózkami, którzy przemierzali ten ul i handlowali kawą, herbą, zimnymi napojami (tak, mieli tam pieprzone mini-lodówki) i gorącym żarciem. Wózek miał kilka komór – w jednej ryż, w drugim jakieś mięsiwo w sosie, obok surówka z nieśmiertelnej białej kapusty, kolejny pojemnik na jakąś wietnamską zupę, sajgonki, dwa duże termosy z wrzątkiem. No kurwa, objazdowy punkt gastronomiczny jak się patrzy ale nigdy się nie odważyłem i do dzisiaj żałuję. A żałuję, no bo przecież jak miejscowi handlujący zajadają się tym bez pamięci, to by ich przecież rodacy, którzy tę gastronomię ciągali, nie truli syfilisem. Pomijając aspekt higieniczny, to żarcie musiało być czyste.

Jak handełe się nie kleił, handlarze wyciągali na środek skrzyżowania skrzynkę po jabłkach, kładli na niej kawał płyty spilśnionej, na to jakąś przedziwną planszę i zaczynali oddawać się grze planszowej, których zasad nigdy nie pojąłem, bo nie spytałem, a oni komentowali to w swoim narzeczu, którego ni chuja nie rozumiałem. To starsi, bo młodsi grali w swojską zośkę ale totalnie z elementami viet-vo-dao, gdyż figury przestrzenne jakie kreślili w gęstym powietrzu, warte były mszy i kamery wideo. Byli zajebiści tą zajebistością, która rodzi się wyłącznie w tych dziwnych miejscach gdzie życie wyłącznie chłoszcze. No i tam się też zakochałem bez pamięci w dziewczynie, która siedziała za ladą, patrzyła takim rozmglonym wzrokiem w przestrzeń i była najpiękniejszą istotą, z jaką dane mi było skrzyżować ścieżki mojego życia, no pieprzona Miss Sajgonu.

Ale moimi absolutnymi faworytami byli uwaki. Kolesie o konstrukcji fizycznej uniemożliwiającej jakikolwiek wysiłek, ciągnęli za sobą wielkie wózki wypełnione towarem przeróżnym. Czasami były to wielkie torby, które dowozili z magazynu na obiekt handlowy, czasami puste kartony, czasami substancje, w których pochodzenie nie chciałem wnikać. A z ich ust wydobywał się tylko jeden monotonnie powtarzany wyraz ‘uwaka’. I nigdy nie widziałem, żeby w kogoś wjechali albo potrącili. Potem dowiedziałem się, że w hierarchii stadionowej stali najniżej. Zrobiło mi się smutno, bo odpierdalali naprawdę świetną robotę.

W samym sercu Czajnatałn znajdował się ogródek gastronomiczny, taki nawet bardziej bym powiedział, food court. Buda przy budzie a zapachy takie, że po pierwszym razie stwierdziłem, że będę to miejsce mijał szerokim łukiem. Nie, źle mnie zrozumieliście, tam nie jebało padliną, tam cudnie pachniało każdą przyprawą, jaką zna ludzkość a ja się bałem tam szamać. Oczywiście inni się moimi wątpliwościami nie przejmowali i zawsze bym tam tłum jedzących. Kilka wysokich drewnianych stołów, przy których stali pospołu Rosjanie, Rumuni, Polacy, Chińczycy, Wietnamczycy, Klingoni i Fremeni, pożywiając się niespiecznie i suto. No i któregoś dnia zabawiłem na Stadionie trochę dłużej niż planowałem, głodny byłem jak wilk, do alejki przy dworcu mi się nie chciało iść, bo daleko i stwierdziłem, że no kurwa, przy alejce zajadasz sajgonki bez obcinki a tutaj się szczypiesz? Wziąłem kurczaka curry. Zaniosłem do stolika. Grzebnąłem kilka razy widelcem, żeby rozprowadzić sos po ryżu. Spod sosu wypłynął kawałek kurczaka. Zamarłem. Jako dziecko wsi, dokładnie wiem jak wyglądają kurze kości. Te prezentowały się jakby ta kura miała cztery łapy. Popadłem w ciężką rozkminę. A chuj, raz się żyje i będziesz co miał opowiadać kiedyś wnukom i ziomom na fejsie. Zmiotłem porcję do czysta.
Jestem przekonany, że tego dnia jadłem szczura.

Tak, Stadion był miejscem absolutnie magicznym ale daleki jestem od idealizowania go. Wiem co się tam odpierdalało, bo czytałem wiadomości lokalne. Z grubsza wiem, co się tam odpierdalało, bo gadałem z ludźmi, którzy robili w służbach, które robiły na Stadionie porządek. A i sam widziałem kilka niefajnych rzeczy, po których nauczyłem się na przykład, że jak idziesz na Stadiona, to nie bierzesz portfela a hajs przeznaczony na rozpierdol, rozmieniasz na dyszki i rozkładasz po wszystkich dostępnych ci kieszeniach. Bo powiem wam, że złodziejska sztafeta to jedna z dziesięciu najfajniejszych rzeczy jakie widziałem, i cieszyłem się, że to nie ja padłem jej ofiarą. Wiem to wszystko.

Ale to właśnie na Stadionie spędziłem całe mnóstwo zabawnych i fajnych chwil. To tam pewien obywatel zaproponował mi schrypniętym sznapsbarytonem ‘kierowniku, może zegareczek’, i nie ściemniam wam, odchylił połę katany, do której miał te sikory poprzyczepiane, a każdy taki gorący, że przepalał rękawice azbestowe. To tam widziałem najskuteczniejszy system ostrzegania przeciwnalotowego, i jak policja startowała na sektorze 21, to najdalej doszli do sektora 23, gdy info o nalocie przeleciawszy przez całą koronę, trafiało glinę w plecy, taki to był wydajny system komórkowy. Jasne, działanie policji było pozoracją, bo prawdziwe naloty to oni robili bez rozgłosu albo z rozgłosem, rzadko, jak władza potrzebowała sukcesu pijarowego. To tam widziałem najsprytniejszego handlarza świata, który na wypadek nalotu, opracował system: do dużej tektury, obitej w ten rosyjski brezent na torby, poprzyczepiał taśmą klejącą okładki płyt z muzyką, jaką oferował. Pudełko w pudełko, równo przy sobie. I stałem przy nim jak odebrał info, że glina idzie. Flegmatycznym ruchem wkopał torbę z prohibitami pod ławkę a następnie odwrócił tekturkę. Chodnik uderzył mnie w plecy, bo ze śmiechu upadłem. Gość na rewersie miał te okładki, co to o nich wspominałem. A na awersie, poprzyczepiane zszywkami, różnego rodzaju reklamówki. Z cenami. Takie to było miejsce.
Wiem, że w dynamicznym dwudziestym pierwszym wieku, nie ma miejsca na takie przeżytki, jak wielki obiekt, w którym można kupić wszystko… Oh, wait. Jeszcze raz, wiem, że w dynamicznym dwudziestym pierwszym wieku, nie ma miejsca na jądro ciemności w sercu Stolicy. Ale powiem wam, że Praga bez Stadiona jest trochę pusta i trochę smutna.
Stary, zajebiście miło było mi ciebie poznać. Zajebiście. Nawet jak mieliśmy złe momenty. Dobranoc książe.

I wspomniany link

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24