|
Archiwum
|
piątek, 16 grudnia 2011
Podróż na Wschód przygotowałem zimą
To dziwny kawałek. Bardzo nie chciałem go napisać. Ale musiałem go napisać. Z pełną świadomością, że to nie moja estetyka i nie potrafię. Trudno, czasami facet oddaje się sprawie beznadziejnej z pełną świadomością tego, że przegra. To chyba wina testosteronu. Brzeg majaczył coraz bardziej niewyraźny a mi w głowie urodziła się taka myśl, która była zgęstkiem, od którego zaczęły się moje nocne loty w głąb głowy. Pomyślałem sobie otóż, że Gran Canaria, Teneryfa czy Lanzerote to żaden bajer, bo można sobie wykupić wczasy all inclusive, przelecieć się samolotem i spędzić 2 tygodnie na basenie, sączyć drinki z palmą, czytać historie Kolumba, Magellana czy Da Gamy i, gapiąc się w ocean, zazdrościć tym, którzy jednak. Ale mają dla mnie specjalne znaczenie, bo ja tutaj dopłynąłem. Jasne, na razie mały kawałeczek trasy dopiero zrealizowany ale zrobiłem to. Ja. Sam. Własnoręcznie. Gdzieś ta myśl cały czas we mnie kiełkowała, czy to w trakcie robienia notatek, czy to podczas kolacji. Skuliłem się w kłębek na pokładzie i zapadłem w krótki sen. Odcięliśmy 16 mil. Za 3 godziny moja wachta. Zaczynała się moja afrykańska przygoda.
piątek, 02 grudnia 2011
Ziele na wulkanie
Ekhem... Czy ktoś tu jeszcze jest, czy może wszyscy goście opuścili imprezę? W ramach przeprosin przynoszę obrazek.
Widzicie, długa przerwa w notkach z rejsu wzięła się stąd, że pisanie o ciepłych krajach podczas upałów nie ma sensu, bo wszyscy albo siedzą w Polsce, gdzie w czerwcu było gorąco albo pojechali na wczasy, w jeszcze większe upały niż moje marne +30. A tak zimą będziecie mogli się w żarze tych notek trochę zagrzać. Oraz uważam, że pisanie o skwarze, słońcu i oceanu lazurze w momencie, w którym mrok, ziąb, chujnia sukinkot, choć suchy, jest całkiem udaną próbą trollingu. A więc dzisiaj krótko o Lanzarote (w dalszej części tekstu jako L.) i może, jak będę miał czas i natchnienie, skrobnę coś o przelocie do Maroko. Ale nie obiecuję. L. to bardzo malownicza wyspa, składająca się ze skał wulkanicznych, żwiru, pięknych widoków, kilku dodatkowych kawałków żwiru, zmęczonej mewy i tysiąca palm w jednym miejscu. Na końcu drogi jest również Sammath-Naur. Jak już doszliśmy do siebie po porannym odstresie alkoholowym, wbiliśmy w samochody i ruszyliśmy na podbój wyspy. Plany były napięte, na szczęście udało nam się nie wejść w tryb turysta-berserker i zwyciężył luz i wyjebka. Trochę mieliśmy na początku problemów, żeby ustalić wspólną marszrutę więc odpaliliśmy zajęcia w podgrupach. Na początku jakieś wodogrzmoty gdzie fale pod sufit. Ale nie na fale patrzyłem, bo wbiliśmy centralnie w środek jakiejś sesji fotograficznej. Och jakże kląłem zepsuty wyświetlacz. Potem okazało się, że nieopodal jest cała seria atrakcyjnych, wygasłych wulkanów. Zapewne przeżywałbym ten trip pełniej gdyby nie to, że było wąsko, stromo i ze stresu mnie mdliło. A kierowca autobusu, znający pewnie trasę na pamięć, jechał z iście ułańską fantazją. Wulkanów nie pamiętam ale było zajebiście. Krótki rzut oka w przewodnik w poszukiwaniu nadchodzących atrakcji skierował nas w lewo. Nie, zaraz, zawracaj, w prawo a dopiero potem w lewo. A może na odwrót. Kierowca i jego pilot byli tak hilaryjni, że mało sobie dupy nie odeśmiałem. A potem do głosu doszły nasze żołądki i doszliśmy do wniosku, że warto... Opierdolić coś na ciepło. I tutaj już się nie obcyndalaliśmy tylko polecieliśmy taką kliszą, że nikt by nawet nie chciał jej umieścić w Wielkim Zbiorze Klisz i Schematów Na Każdą Okazję. Knajpa z tarasem. Przy plaży. 50 metrów od brzegu oceanu. Praktycznie do wszystkiego, co żyje w morzu, czuję głównie obrzydzenie. Do niewielu rzeczy obojętność. Kocham tylko śledzia w occie albo w śmietanie. Poza tym czułem, że branie w tej sytuacji ryby, strąci tę scenkę do składu scen, których nie użyłby nawet Ed Wood. Wziąłem kurczaka i zagapiłem się w wodę. To był jeden z pierwszych stuporów, w które przez resztę rejsu wprawiał mnie Atlantyk. Zawodowy hipnotyzer się przy nim chowa. Tak mi się ta terapia spodobała, że... Doszedłem do wniosku, że to jest ten moment, w którym trzeba w końcu zmoczyć nogi w oceanie na poważnie. Najpierw zastrzeliłem Araba a potem stanąłem w wodzie i zacząłem kontemplować landszaft. 3 minuty później wybudziłem się z kolejnej krótkiej śpiączki i stwierdziłem, że to dopiero 4 dzień a wyjazd już mi się zwrócił dwukrotnie. Bo widzicie, poczułem nagle, że w tym miejscu wypłynęło ze mnie całe gówno, które się do mnie od ostatniego urlopu przyczepiło a jego miejsce zajęła czysta woda. Owszem, tą myśl ukradłem Alexowi ale po co mam wyważać otwarte drzwi? Po jakichś 100 godzinach relaksu strzepnęliśmy piach ze stóp, dokupiliśmy piwa i stwierdziliśmy, że czas zobaczyć... Las. Konkretnie las palmas. Fantastyczny widok, miasto tysiąca palm wyglądało jak z rosyjskiej bajki i uśmiech typu o joooo... prawie opasał mi głowę dokoła. Czas nas gonił, pęcherz nękał, nadciągała ciemność, nie było czasu się zatrzymać. W sumie pewnie i tak nie miałoby to sensu, bo bankowo mieli półdniową sjestę. Chwilę później okazało się, że jednak musimy stanąć, bo widok był taki, że nie mieliśmy szans nie depnąć po hamulcach. Wysiadłem i z moich ust wyrwało się po kolei: o kurwa, jak stromo; o rany, pięknie jest w dolinie; tu jest naprawdę stromo oraz czy tam na dole to spalony wrak samochodu. Postanowiłem, że to będzie miejsce, w którym zmierzę się z jednym z moich największych lęków - z lękiem gruntu[1]. Siadłem na murku, wychyliłem się i... A idź pan w chuj z takim żartem[2]. Najpierw zakręciło mi się w głowie a potem dostałem mdłości. Normalny człowiek w tym momencie by przestał ale przecież pan bosman ma urlop i nikt mu nie będzie mówił co ma robić. Stwierdziłem, że lęki są dla mięczaków, wróciłem na murek i przerzuciłem nogi na stronę zbocza. Zwycięstwo było połowiczne bo w momencie, w którym nogi znalazły się po drugiej stronie, ciało przejęło nad sobą kontrolę i wygięło mnie w przeciwwadze w tył. Ja walczyłem z lękiem, reszta składu walczyła z torsjami, które zaczęły nimi wstrząsać ze śmiechu. Wyglądałem bardzo zabawnie a minami wygrałbym ponoć pojedynek z Jasiem Fasolą. Spadłem w końcu z tego murka, doczołgałem się do samochodu i zapadła decyzja, że... Ciśniemy na koniec wyspy a potem sobie wrócimy jakąś inną drogą. Zaczęło się robić ciemno, chyba próbowało pokropić, czyżbyśmy zabłądzili, gdzie jesteśmy, może by tak zawrócić gdy nagle dojechaliśmy do końca drogi. Przed nami cienie wierzchowców Nazguli. Nie, zaraz, wróć, to jakieś małe sympatyczne koniki na szczycie wzniesienia. Jakie koniki, to przecież krowy są. Zanim weszliśmy w spór zbiorowy odwróciłem się... I opadła mi szczęka. Wiedziałem, że nie będę potrafił tego opisać więc próbowałem zrobić zdjęcia. Gdy dwie godziny później je oglądałem na kompie, porwał mnie śmiech pusty a potem lytość. I trwoga. Aparacik za 200 zika nie poradził sobie ze zmrokiem i widać tylko zamazane, czarne plamy. Trzeba więc naostrzyć pióro i spróbować. Wyobraźcie sobie, że stoicie na wysokiej górze. Za plecami ocean, nad którym zachodzi słońce, przed wami długa droga w dół, parę kilometrów dalej, podobnej wysokości skała. Wszystko to w chmurach. Które macie pod sobą. A ostatnie promienie słońca oświetlają oddaloną skałę w taki sposób, że dwie plamy czerwonego światła robią tak, jak zawsze sobie wyobrażałem Sammath Naur. Aaaaarghhh... Chyba zacząłem toczyć pianę z zachwytu a na pewno wmurowało mnie w glebę. Załapałem się na kolejny hipnotyczny moment, który postanowili zepsuć moi kompanioni, bo nagle z tyłu usłyszałem... E, bosman. Jedziemy bo późno a tu jeszcze impreza na łódce. Otóż postanowiliśmy załogantce, która w poprzednim odcinku stwierdziła, że umrze w swoje urodziny, wyprawić przyjęcie-niespodziankę, o którym nie będę opowiadał, bo każdy z was przynajmniej raz był na imprezie. Rano śniadanie, dla odmiany w restauracji przy samym oceanie. Do tego stopnia przy nim, że bryzgi wody wpadały mi do kawy. Potem odprawa. Oczywiście spóźniliśmy się o godzinę czy dwie i trzeba było dopłacić za kolejną dobę ale olać, mamy urlop, stać nas. O 17 padł rozkaz 'załoga, do siekier, cumy ciąć'. Gdy cumy wylądowały na pokładzie, kapitan poprawił spodnie i wydał rozkaz, który okazał się być najczęściej wykonywanym poleceniem w czasie rejsu. Wziął oddech i powiedział... 'Bardzo proszę o puszczenie numeru 42[3]'. Chwilę później z głośników zagrzmiał motyw z Piratów z Karaibów i z portu wychodziliśmy like The Boss. Gdy w twarz uderzyła mi pierwsza bryza, poczułem jak odpada mi w kolanie prawa noga a na jej miejscu materializuje się drewniany kołek, zamiast lewej dłoni wyrasta mi hak, na prawym ramieniu pojawia się papuga, która chce krakersa a ja mam ochotę złapać za ster, wbić się w burtę najbliższej łodzi, przeskoczyć reling, wymordować mężczyzn, zgwałcić kobiety a później puścić wrak z dymem. Krew szybciej krąży, wiatr szarpie moją przepaską na oko, papuga skrzeczy coraz głośniej, sięgam po kordelas, w gardle rośnie głośne arrr... Idioto, ocknij się. Klar na pokładzie trzeba zrobić. Liny pobuchtować. Żagle postawić bo się przecież nie będziemy wlec na samej katarynie. O, motyl stoi i nie łopocze. Jeszcze bardziej like The Boss. Potem przydałoby się wywlec na górę ciuchy na noc, żeby się później pod pokładem nie pałętać. Wysłać ostatnie smsy do ziomów i jeszcze kilka blipów, zanim wyjdziemy z zasięgu sieci. A potem się wyciszyć, przygotować na 3 dni ciągłego płynięcia (pierwszy raz w życiu) bez możliwości ucieczki od załogi gdyby coś zaczęło zgrzytać. Boję się bardziej niż podczas sztormu, bo tam jechałem na pewniaka i jedyna walka jaką toczyłem, odbyła się na poziomie fizycznym. Z tym sobie radzę. Tutaj, jeżeli dojdzie do konfrontacji, odbędzie się ona w sferze psychiki. Z tym też sobie radzę ale nie przepadam za. Zwłaszcza, że jak już wspomniałem, z całej ekipy znam dobrze tylko 2 osoby, z którymi już zresztą wcześniej pływałem po Mazurach. Trzeba się sprężyć, przestać się mazać, za chwilę przekażemy wachtę i zacznie się moja najdłuższa podróż. I noc, po której znowu zmienił się jakiś kawałek mnie. Ale o tym już następnym razem. Ewentualnych urażonych słabością, mizerną objętością tekstu i fatalnym doborem zdjęć, proszę o wybaczenie. Krótki rzut oka i widzę, że ostatnią nieanalityczną notkę napisałem 20 lipca. Ponad 4 miesiące temu. Wbrew obiegowym opiniom rozsiewanym przez niektórych, nie jest łatwo wejść w pisanie, nawet niezobowiązujące, po takiej przerwie. Dlatego puszczam notkę z całą świadomością tego, że nie jest najlepsza. Ale na czymś musiałem się rozgrzać, złapać twardy grunt i powoli ruszyć. Dziękuję za uwagę i do poczytania. Aha, zwracam uwagę na kreatywne użycie wielokropków, jestem z niego tak bardzo dumny. I właśnie z powodu wielokropków fotografie znajdą się w tym odcinku na końcu.
W tym miejscu grzmiała woda, brak wyświetlacza uniemożliwił mi złapanie rozbryzgów. Postarajcie je sobie wyobrazić.
Jedyny raz gdy złapałem fale bijące o brzeg, kadr wyszedł taki, że wyglądają jak coś, co robi się w wannie gdy puścimy bąka a nie niszczycielski żywioł, który rozsmarowałby człowieka na skałach w formę psychodelicznego tatara.
No dobra, nie będę taki. Załogantom udało się sfotografować żywioł. Są lepsze zdjęcia ale nie mam siły wycinać z nich ludzi, co do których nie jestem pewien, czy chcą by ich twarze były na moim blogu.
Po chwili olałem bryzgi wody no bo kamon, sesja, fotki, modelki w prześcieradłach. Brak wyświetlacza ponownie stanął mi na przeszkodzie (w sensie braku zbliżeń)
I strasznie nie szło mi wcelowywanie ludzi w kadr. Przynajmniej ocean ma przyjemny kolor.
Wulkany i okolice. Taki trochę weselszy Mordor. Wróć, bez orków Mordor jest smutniejszy a nie weselszy.
Prawdopodobne miejsce postoju patrolu orków z Lugburza.
We like the moon! Fatalna jakość i cienie po prawej biorą się stąd, że trzeba było focić przez szybę. Nie ma tam niestety opcji spacerowych, przelot autobusem to jedyne, co może ci ajent tego terenu zaproponować. Nie mogłem docenić pełni piękna, bo miałem mdłości. Wysoko, stromo, wąsko. Jak powiedziałem, Mordor.
A tu trochę weselszy obrazek. To zielone to jakieś życie. Chyba mech. Nie dałem rady sprawdzić dokładnie.
Siły przyrody w służbie człowieka czyli grill na wulkanie. Nawet bym przyjął jakieś mięso ale wyziewy cuchną jak stopiony opiekacz. Więc zamiast obiadu dostałem mdłości. Oraz jak skończony moron się nad tym schyliłem. Miałem farta, stopiło mi tylko kilka krótkich włosków na głowie. 30 cm dalej i byłbym gładko ogolony na całej twarzy.
To o czym pisałem wcześniej czyli trzyminutowa zawieszka. Jakże ta woda hipnotyzowała.
Zdjęcie bez sensu - fotografuję ojca, który fotografuje syna, który robi sesję fotograficzną jednej z załogantek. We must go derper. A, i blox ma wadę gadki, przestał środkować zdjęcia. No cóż, jak powiedział Custer pod Little Big Horn 'symetria to estetyka głupców'. Jedziemy schodkowo.
Ten pejzażyk był sprawcą transu numer 2. Szkoda, że nie zrobiłem pocztówki dźwiękowej. Głos fal brzmiał jak odgłos kucia Mjolnira w krasnoludzkiej kuźni. Wypłukuję z siebie nieczystości. Zabawne nieporozumienie było z tym zdjęciem na blipie. Otóż jakiś anonimowy moronita doszedł do wniosku, że jak łysy grubas, to pewnie dres. A jak dres, to szcza do wody przy ludziach. A jak szcza, to sobie zrobi focię. A jak już zrobił, to wrzuci ją w internety. Nie kopałem go zbyt mocno. Zwłaszcza, że nie trzeba bystrego oka elfa, by zobaczyć pałętające się przy mojej lewej nodze ramiona plecaka. Chociaż fakt, pozycja niefortunna.
Zmęczona mewa jest zmęczona. Najpierw myślałem, że ptak jest na bani. Z błędu wyprowadziły mnie chodzące po nim robaki. Nikt z miejscowych nie dawał faka więc i ja nie dałem.
O, znowu zaszła zmiana i nagle środkuje. Jedyne nadające się do czegokolwiek zdjęcie miasta, gdzie rosło tysiąc palm. Z tej perspektywy nic ciekawego ale wrzucam z kronikarskiego obowiązku.
Pięknie jest w dolinie. Nie miałem już siły żeby mazać po obrazku Paintem więc nie zaznaczyłem wam położenia wypalonych wraków. Jakoś tak na osi x będzie to na wysokości trzeciej kępy zieleni, tej pod żebrowanym stokiem. Na osi y tuż przed zakończeniem zbocza pierwszego od lewej. Chyba majaczę.
Murek, moja Nemezis, mój odwieczny arcywróg. Niech was nie zwiedzie ujęcie, robiłem to na wyciągniętych rękach, mocno odchylony do tyłu.
To jest ten moment, w którym nie potrafię siąść prosto. Ale cykam foty. Z tego co pamiętam, za chwilę wywrócę się na plecy, przetrulam i wstanę. Nie bałem się nic a nic.
Wierzchowce Nazguli. Oraz koniec wyspy.
Mój aparat jest dzielny. Próbuje oświetlić lampą błyskową skałę, oddaloną w linii prostej o ponad 9000 metrów.
A to wspomniana restauracja nad oceanem. Jakkolwiek doceniam walor estetyczny, tak powiem wam, że słona kawa jest taka sobie.
Na motyla. Jak warszawscy cwaniaczkowie.
Notuj ziom, notuj. Bo potem nie spiszesz tego na gorąco, pamięć cię zawiedzie i będziesz musiał zmyślać jakbyś był na przesłuchaniu przed komisją sejmową. Zwracam uwagę wszystkich żeglarzy, że piwo stojące na stole jest zamknięte. Zacznę je pić natychmiast po zdaniu wachty czyli za jakieś 2 godziny.
Postanowiłem skorzystać z potęgi literatury fachowej. Przygotowuję się do przetrwania 3 dni na wodzie z całą kupą mniejszych braci.
Bardzo lubię to zdjęcie. Gdy je robiłem, czułem się jak koleś, który jest świadkiem wynurzenia się Rlyeh. Dzięki czemu zakotwiłem na nim niepokój i jak mi jest za dobrze, to zawsze mogę sobie na nie zerknąć i poczuć się bardziej statecznie.
Uważny czytelnik dostrzeże na tym zdjęciu samolot. Próbowałem złapać go możliwie najbliżej słońca, poszło całkiem nieźle.
Ta fotka jest tak obrzydliwie landszaftowa, a jednocześnie tak bardzo mi się podoba, że nie mogła się tutaj nie znaleźć.
Słońce schowało się za wyspą, za chwilę zaczną się jazdy w mojej głowie. [1] Wiem, że teoretycznie wszyscy czytelnicy mojego bloga powinni znać Pratchetta ale dopóki jest to wolny kraj musu nie ma więc objaśnię:
czwartek, 27 października 2011
Czasami ambicja nie wystarcza, chłopie
Na początek, bardzo śmieszny w świetle dzisiejszych wydarzeń, cytat z fejsa. Nie dane mi było podyskutować z typem, bo rozmowa odbywała się w miejscu, do którego nie mogłem wbić. W zasadzie mógłbym krótko ale lubię długo. W każdym zdaniu gość popełnia błąd. Najpierw zarzuca mi nierzetelność, bo tak traktuję uznanie moich analiz na twardych danych za opinie. To nie opinie, to matematyka i umiejętność kojarzenia faktów. A jutro przejdę się do dziewczyn z Kuchni i powiem im, że URz jest ich konkurencją. Nie oczekiwałem w lutym rentowności w krótkim okresie. Kasę na start bierze się, jak wiadomo, z kuferka na końcu tęczy i księguję się ją w papierach leprechauna. Kawałek o odmiennym modelu funkcjonowania, targecie i nietypowości pisma rozśmieszył mnie, za co autorowi dziękuję. No i przez to, że nie potrafię spojrzeć obiektywnie, wiele moich szacunków może być mocno nietrafnych. A, prawie przegapiłem - sprzedaż reklam nie jest miarą sukcesu żadnego pisma. Ona jest potrzebna, żeby pismo funkcjonowało. Dzisiaj dowiedzieliśmy się trochę więcej o bardzo innowacyjnym przypadku, którego nie dostrzegłem i próbowałem nagiąć do starych standardów. O 13 Grzegorz Hajdarowicz (właściciel Presspubliki) zrobił konferencję prasową i opowiedział kilka ciekawych rzeczy. Znaczy opowiadał też rzeczy nieciekawe, jak na przykład to, że Lisiecki został odwołany ze stanowiska naczelnego Rzepy. Zaproponowano mu stołek w URz ale chyba się uniósł honorem i nie przyjął w związku z czym sajonara. Zwolniono też kilkanaście osób i mam nadzieję, że kopa dostali pieczeniarze a nie personel operacyjny. To co ciekawe, to wyniki finansowe wydawnictwa. Dla przypomnienia, Presspublica wydaje trzy dzienniki: Parkiet, Rzeczpospolita i Życie Warszawy oraz tygodnik Uważam Rze. Koniem pociągowym przedsięwzięcia jest oczywiście Rzeczpospolita, która na reklamach zarabia ponad 3-4 razy więcej niż pozostałe tytuły razem wzięte: do września tego roku, po cenniku 100 milionów[1], Parkiet 15, ŻW 9, URz 9. Nie pamiętam dokładnie kiedy pojawiły się pierwsze wzmianki na temat Uważam Rze ale mam wrażenie, że projekt kiełkował i czekał na bilans roku 2010. Bilans musiał się okazać bardzo dobry[2], bo w lutym 2011 URz wystartował. Na początku biednie, papier gazetowy, niska cena. Następny krok to polepszenie strony edytorskiej, lepszy papier, podwyższenie ceny o złotówkę (do 2,9). Od początku nie zmieniały się dwie rzeczy: skład redakcji (co jest na prawej stronie bardzo dziwne, nikt się nie pokłócił?) oraz propaganda sukcesu. W każdej notce poświęconej pieniom Lisickiego o sukcesie URz pisałem, że jest to najprawdopodobniej wyłącznie sukces sprzedażowy. I dzisiaj dostałem potwierdzenie, że miałem rację. W zasadzie nie trzeba analityka żeby wiedzieć, że prawica nie umie biznesplanów i wydaje im się, że można się żywić Ideą. Może redakcja tak potrafi, każdy wydawca traktujący poważnie swój biznes wie, że po porodzie trzeba cały czas siedzieć i liczyć. No i tak liczyli, że naliczyli. Wybaczcie, że tak odwlekam ale to jest naprawdę mój mały moment triumfu. Nie w sensie, że komuś się dzieje krzywda ale w kontekście sprawdzenia się moich analiz. Grzegorz Hajdarowicz podał cyfry. Do września przychody ogółem wyniosły 162,38 mln, koszty ogółem 174,56 mln, strata brutto 12,21 mln. Prognozy do końca roku: przychody 217,19 mln., koszty 232,79 mln, strata brutto 15,61 mln. Powody oficjalne: wysokie koszty, spadające przychody z reklam oraz ze sprzedaży. Powody nieoficjalne według info od człowieka, który ma człowieka wewnątrz[3]: wpływ na brak sukcesu miał rynek nie spełniający założeń. O, i to, jak na prawicowych biznesmenów, brzmi bardziej prawdopodobnie. I jednak nie będę musiał odszczekiwać niczego. Zapewne na stratę złożyły się nie tylko koszty nowego projektu ale mam wrażenie, że stanowią one jej sporą część. Na wszelki wypadek przyjrzałem się wynikom z ubiegłego roku, żeby nie było, że sprzeniewierzam się powinnościom analityka. W 2010 Presspublika wyłamała się z trendu rynkowego i zwiększyła swoje wpływy z reklam o 5,3% i wyniosły one 91,1 mln zł. Przychody ze sprzedaży wzrosły o 2,8% i wyniosły 104,1 mln zł. Dyscyplina kosztowa spowodowała, że wzrosły one minimalnie, o 0,5%. Rok zamknęli zyskiem operacyjnym w kwocie 6,1 mln, zysk netto sięgnął 9,8 mln zł. W roku 2009 strata na zysku operacyjnym wynosiła 9,2 mln a na zysku brutto 9 mln zł. Potwierdza się to, co mówiłem kilka akapitów wcześniej - księgi rachmistrzów pokazały, że jest kasa na nowy projekt, projekt odpalono i Presspublika odniosła duży sukces. W dostępnych mi badaniach porównałem sobie analogiczne okresy i widać, że Presspublika w tym roku nie miała szans utrzymać takich wyników jak w 2010. Wyłączając z rozważań URz wpływy reklamowe są w 2011 o 13% niższe, sprzedaż spadła o 7%. I to oczywiście główny powód. Dołożenie sobie kosztu w postaci nowego tytułu, pogłębiło stratę. A, i jeszcze jeden istotny parametr. W 2010 wydawca ciął koszty, co odbyło się głównie przez redukcję wynagrodzeń o 10% i zmniejszenie zatrudnienia o 15%, do 553 osób. Dzisiaj podano informację, że liczba pracowników i współpracowników Presspubliki wynosi 790 osób czyli wzrosła o 43%. Ciekawe gdzie tych ludzi poupychano? Rozluźnianie dyscypliny budżetowej w trudnym dla rynku okresie to nie był najlepszy pomysł. Dlatego bardzo się cieszę, że redaktor Lisicki w końcu się zamknie i przestanie piać o wiośnie gdy wokół mroźna zima. Oh, wait. Oczywiście z tak przytoczonych przez Hajdarowicza cyfr nie sposób bezspornie wyrokować czy URz było kotwicą dla wydawnictwa, czy wręcz przeciwnie, jako jedyne było na plusie, bo wszystkie koszty pozaprodukcyjne przerzucono na Rzeczpospolitą. Ale mnie taka kreatywna księgowość nie interesuje. Mnie interesuje tylko to, że miałem rację. Miały być tabelki ale stwierdziłem, że nie zdążę ich zrobić bo iść muszę. Może wrzucę jakieś gdy zechce mi się przyjrzeć czytelnikowi URz w PBC. Ale nie obiecuję, bo przyznam wam się szczerze, trochę mnie już ten temat mdli. Do poczytania. [1] Taka moja metodologia, w której z przychodów wyrzuca się potencjalne bartery.
wtorek, 04 października 2011
Nagły atak prasy prawicowej
To jest niesamowite jak ci ludzie są oderwani od rzeczywistości i w jakiej potwornej paranoi żyją. Nie jestem pewien czy mógłbym tak funkcjonować. Zacznę od czegoś, co jest dla mnie nudne z punktu widzenia analityka ale stanowi ciekawy przypadek kompletnego niezrozumienia rzeczywistości otaczającej komentatora. Co tam jeszcze się odbywa? A, Ruch nie pozwolił na zamieszczenie ramek z gazetami na kioskach. Tutaj powody mogły być mniej bombastyczne niż redaktor Sakiewicz myśli. Na przykład takie kampanie wykupuje się z odpowiednim wyprzedzeniem. Albo to, że nowy typ kiosku, lansowany ostro przez Ruch, nie ma ramek. A przynajmniej nie mają ich te, które wczoraj pojechałem obejrzeć. Ale nie wiem jak było naprawdę więc założę, że Ruch faktycznie bojkotuje gazetę. Powodów nie znam, może nie podoba im się to, że druk brudzi ręce. Natomiast druga drama jest poważniejsza, bo jest to paranoja wyższego rzędu oraz sranie do wspólnego gniazda. We wcześniejszych notkach pisałem o Polskich Badaniach Czytelnictwa więc z grubsza wiecie o co chodzi. Jeżeli ktoś chce ciut lepiej zrozumieć to, o czym będę pisał poniżej, może sobie kliknąć w linka i poczytać o metodologii badania. Nie, żeby dobrze zrozumieć co za chwilę napiszę poczytajcie sobie sekcje 'O PBC' oraz 'Badanie PBC'. Presspublika, jako jeden z członków PBC, postanowiła poddać w wątpliwość metodologię badania. Otóż dostrzegli nieuzasadnioną dysproporcję między świetną sprzedażą a wynikami czytelnictwa. I skierowali do PBC prośbę żeby zespół ekspercki i metodologiczny przeanalizował tę różnicę. Analiza taka pozwoli na eliminację rozbieżności i przedstawienie rynkowi wiarygodnych danych czytelnictwa tygodników. Najpierw szeroki zasięg na CCS-ie. Fale miesięczne, bez agregacji danych (co oznacza, że w lutym 2010 macie wyniki z lutego 2010). Wskaźnik w estymacji na populację. Estymacja oznacza rzucenie wyników z próby na populację. Próby są na tyle duże, że wyniki nie są obarczone dużym błędem i dla uproszczenia wywodu będziemy je sobie traktować tak, jak je widzimy. Teraz inny wskaźnik, SCPW. Nic się nie zgadza, w danych panuje burdel, kto za tym stoi, kto zapłacił, dlaczego PBC okłamuje 30 milionów Polaków, ja się pytam. Na koniec rozpowszechnianie płatne razem, średnie miesięczne, skąd pik w kwietniu 2010 domyślicie się sami. Poza Przekrojem nic tu się nie zgadza. Newsweek ma najniższą sprzedaż ale najwyższe czytelnictwo, Polityka najwyższą sprzedaż i drugie albo trzecie czytelnictwo. We Wprost sprzedaż od maja rosła a czytelnictwo malało. Czyżby PBC oszukiwało wszystkich? A może wyniki można sobie kupić i w zależności od tego jak udany był miesiąc dla tytułu, następuje tasowanie na pozycji lidera. A może po prostu rozpatrywanie wyników czytelnictwa w ujęciu miesięcznym jest zwyczajnie głupie, bo za duże są jego wahania i dlatego wszyscy przyjmują jakieś sensowne okresy agregacji danych? No właśnie. Kierownik Presspubliki wpadł na pomysł analizowania jednego miesiąca. Do tego był to pierwszy miesiąc tytułu w badaniu. Nie chce mi się szukać analogii i napiszę wprost - to nie ma najmniejszego sensu, nikt normalny nie robi analizy na jednym miesiącu, pogadamy gdy będą przynajmniej trzy fale badania (w notce są dwie, bo w międzyczasie pojawiły się dane sierpniowe). Dla ciekawości popatrzcie jak wyglądają rolowane wyniki czytelnictwa na okresach półrocznych. Rolowanie oznacza kroczącą średnią z 6 miesięcy tzn. styczeń 2010 to średnia za okres sierpień 2009-styczeń 2010, luty 2010 to wrzesień 2009-luty 2010 itd. BEHOLD!!! CCS ...i SPCW I właśnie między innymi dlatego nie bawimy się w oglądanie wyników miesięcznych. Nigdy. Znaczy znam pewien dział analiz, który wrzucał kiedyś takie rzeczy do prezentacji po to, żeby udowodnić, że są najlepsi na rynku ale na szczęście rozchodzili to i przestali się kompromitować. Mógłbym przytoczyć przykłady pism, które mają niezbyt dużą sprzedaż a bardzo wysokie czytelnictwo (Cztery Kąty, Focus, Mój Piękny Ogród). Mogę zajechać z drugiej strony - Działkowiec ma dość wysoką sprzedaż ale niezbyt imponujące czytelnictwo (wysokie ale intuicyjnie powinno być większe). Żeby prezes wydawnictwa nie rozumiał niuansów badania, tego jak konstruowane są wskaźniki i jak je sensownie interpretować, nie ogarniam. Mógł przecież pójść do analityka i ten by mu wytłumaczył, że nie ma sensu się wygłupiać z takimi oskarżeniami, bo to tylko wstyd i pośmiewisko. Więc może ja tutaj dam małą ściągę: CCS to de facto wskaźnik pokazujący siłę danego tytułu. Przez siłę rozumiem kojarzenie marki. Nietrudno sobie wyobrazić sytuację, w której przychodzi atrakcyjna ankieterka i odpytywany zaczyna się trochę mijać z prawdą, opowiadając o tym, że jest wiernym czytelnikiem Newsweeka, Nationala i Rzepy, bo te marki kojarzy lepiej niż inne. Z kolei CPW (SCPW) to wskaźniki 'lojalnościowe' gdyż pytamy się nie o to 'czy' ale 'ile'. Po ujednoliceniu metodologii dla różnych periodyczności, pytamy się respondenta 'ile wydań spośród ostatnich 4 pan/pani czytał'. A potem do wzoru i wyliczamy. Tutaj oczywiście też można pościemniać ale przy tak postawionym pytaniu ludzie się zastanawiają i do tego wskaźnika trafiają, choćby i okazjonalni, ale faktyczni czytelnicy danego tytułu. A teraz mało śmieszne anegdotki. Dużo śmieszniejszy był natomiast barter z jednym z operatorów saloników prasowych. Reklamowaliśmy się w ramkach na kioskach plus jakieś plakaty z okładek. Przekrój, jak to tygodnik opinii, sprzedaje się okładką, zdarzały się więc różne. Pamiętam do dzisiaj jak nam odrzucili dwie i powiedzieli, że na lotnisku taki farmazon nie przejdzie. Pierwszą nawet zrozumiałem, bo był na niej bodajże Irakijczyk, który w ramach protestu podpalił się i to była mocna ale słaba fotka. OK, pokazywanie czegoś takiego ludziom przed lotem, do tego po 11 września, to może być fatalny pomysł. Ale drugie wejście cenzora było z pogranicza Mrożka. Otóż powiedzieli nam, że goła baba na okładce na Okęciu nie przejdzie bo będzie urażać. Ja to rozumiem. Ale gołą babą była Maja naga Goi.
czwartek, 01 września 2011
Aaaaaaby... czytelnika wychować. Znowu.
Notka nakręcona odpryskami flejma na blipie. Jest taka akcja, że MEN marzy o elektrycznych podręcznikach a wydawcy płaczą, że to będzie dramat, bo uczniowie spiracą książki i nic nie uchroni rynku przed zapaścią. Bankructwo, Armagedon, Ragnarok, no koniec świata jaki znamy. Nie chce mi się dyskutować z wizją wydawców, bo nie robię w branży i może faktycznie, nie da się zrobić systemu, w którym podręcznik będzie przypisany do konkretnego ucznia, będzie sam badał postępy jego wiedzy, serwował odpowiednie zestawy ćwiczeń i łączył się z bazą, bo to za drogie oraz nie umiemy tego zrobić. Dlatego też jestem za tym, żeby tornister mojego bratanka (podstawówka) był cięższy od chłopaka i ważył tyle, że dzieciak chodzi wygięty w sposób znamionujący albo wiele lat wywierania wpływu na jego kręgosłup, albo szybki strzał w plecy z młota do wbijania pali mostowych. Teraz młodzież ma słaby kręgosłup moralny więc taka tresura na pewno im się przyda. Zresztą w e-podręczniku nie da się dorysowywać postaciom na ilustracjach wąsów i irokezów czy malować na marginesach kutasów więc w ogóle nie ma taka inicjatywa sensu. A teraz trochę z innej beczki. Tej poważnej. Zamysł mój jest taki, żeby sobie obejrzeć rynek książki w Polsce i sprawdzić jak to wygląda w ogólnym zarysie, jaki jego procent stanowią podręczniki i czy robienie w poprzek ich wydawcom nie będzie zabójczym strzałem wymierzonym w cały rynek wydawniczy w kraju. Sprawdzimy też co tam w sprzedaży i czytelnictwie gazet i magazynów słychać. W kawałku o czytelnictwie i sprzedaży będzie to częściowa powtórka z tej notki ale na nowych danych. Jeżeli chodzi o rynek księgarski, to znalazłem trochę fajnych danych, na których można próbować coś sobie pownioskować. Jeszcze tylko na szybkości krótka ściąga z badań czytelnictwa i sprzedaży i możemy jechać. SPRZEDAŻ Się zgłasza tytuł do ZKDP, się płaci, się co miesiąc wypełnia pieczołowicie deklaracje, się chwali wynikami (w porównaniu z konkurencją) przed klientami, się od tych mniej ogarniętych wyciąga kasę. Analizy zrobię na najszerszym parametrze czyli na rozpowszechnianiu płatnym razem. Ponieważ analizuję okres do roku 2010 włącznie, przyjmiemy definicję rozpowszechniania z tego roku. sprzedaż w kioskach + prenumerata + inne płatne formy rozpowszechniania = rozpowszechnianie płatne razem BADANIA CZYTELNICTWA Się zgłasza tytuł do Polskich Badań Czytelnictwa, się płaci, PBC przy pomocy SMG/KRC co miesiąc przesłuchuje 4000-4100 osób, się wyciąga dane i się nimi chwali przed klientami w celu wyciągnięcia od nich kasy. Z programu można wyciągnąć dużo rzeczy, nas będą interesowały jedynie wyniki czytelnictwa. Myślałem, że da się obejrzeć jaki rodzaj książek kupują ludzie ale w proponowanym przez PBC zestawie nie ma wydzielonych podręczników. Dlatego te analizy sobie darowałem. W poniższych zestawieniach postanowiłem obejrzeć sobie czytelniczo i sprzedażowo lata 2006 (zmiana metodologii) - 2010 (lubię pracować na pełnych latach). Ponieważ część wskaźników nam w międzyczasie wypadła z badania, sprawdzimy jak wygląda szeroki zasięg tytułu w populacji (CCS) dla poszczególnych periodyczności. Grupa docelowa wszyscy, mieści w sobie ludzi w wieku 15-97 lat. Z uwagi na to, że tworzenie niektórych analiz jest tak samo przyjemne jak robota kanałowa bez znieczulenia, pojechałem najprostszym raportem przez co wyniki będą nieco przybliżone ale dadzą obraz sytuacji. Sprawdźmy jaki procent populacji miało kontakt z jakimkolwiek pismem w ramach poszczególnych periodyczności. Dane w % i w estymacji na populację, badana populacja, na podstawie której sobie estymujemy to 30,1 miliona osób (wspomniane osoby w wieku 15+). Minikonkurs dla spostrzegawczych - w którym roku zaczął się w Polsce kryzys? Słowo objaśnienia co do dużych zmian w przypadku tygodników i dwutygodników w 2010. Kilka dużych tygodników dla kobiet zmieniło się z tygodnika na dwutygodnik (Przyjaciółka, Tina, Pani Domu) bądź miesięcznik (Naj). Tytuły były na tyle mocne, że odbiło się to znacząco na wynikach poszczególnych periodyczności. Różnice w estymacji przy tych samych procentach biorą się z przybliżeń wyników. Nie jest źle. Prawie 90% Polaków ma kontakt z jakimś drukiem. Oczywiście sposób skonstruowania wskaźnika powoduje, że do jednego worka wrzucamy zarówno ambitnych prenumeratorów, jak i tych, którzy kartkują bezpłatne Metro ale mimo wszystko obie te grupy coś czytają. Więc, jak widać, upadek prasy papierowej w kraju jest w pełnym rozkwicie i niedługo wszystkie redakcje pójdą na bruk, ku uciesze polaczków[1]. Znaczy kiedyś na pewno pójdą ale mam wrażenie, że raczej później niż wcześniej. ROZPOWSZECHNIANIE Ponieważ ZKDP liczy dużo więcej tytułów niż PBC nasze rozważania polecą trochę obok i trochę szerzej. Z drugiej strony najwięksi wydawcy realizują 80-90% rozpowszechniania i są praktycznie w całości badani przez PBC więc w dosyć szerokim zakresie się oba badania widzą. Jak widać spora sterta papieru. Dzieląc te wyniki przez 30 milionów obywateli i 12 miesięcy widzimy ile sztuk prasy czyta miesięcznie przeciętny Polak. 2006 - 4,8 Efekty działania kryzysu widać gołym okiem, ostatnie 2 lata przyniosły znaczny spadek sprzedaży. Zastanawiam się też ile osób przesiadło się do internetu, bo wystarczą im niusy na portalach i nie mają potrzeby przeglądania czegokolwiek papierowego. Niestety, gdybym chciał robić taką analizę, zażyczyłbym sobie za nią honorarium więc mam nadzieję, że zrozumiecie jej brak w notce na blogu. KSIĄŻKI Dotarłem do kilku ciekawych zestawień[2] dotyczących działalności naszych wydawców w latach 2005-2009 i na nich sobie oprę moje mało uczone wywody. Najpierw obraz rynku wydawców w roku 2009
Poniżej kilka pouczających cyferek z lat 2005-2009. Wnioski proszę sobie wyciągnąć samodzielnie. Dobra, żartowałem. Trochę wniosków wyciągnę i ja. Propozycja MEN wzbudziła płacz i zgrzytanie zębów. Ja tam się wydawcom podręczników wcale nie dziwię. Co roku przytulają 25% z rynku wartego 2,5-3 mld złotych. Jest to duża kasa, której nikt nie odpuści. Niestety, nie udało mi się dotrzeć do informacji ilu wydawców w poszczególnych grupach według kryterium przychodów zajmuje się wydawaniem podręczników i jaka w tym subsegmencie jest koncentracja. Co do katastroficznych scenariuszy typu 'jak nam zaczną piracić to popadamy a razem z nami padnie cały rynek książki', to niestety nie jestem tego w stanie nijak potwierdzić czy sfalsyfikować gdyż brakuje mi pogłębionych analiz dotyczących profilu wydawniczego wydawców podręczników. Brakuje mi informacji jaki procent obrotów księgarni niesieciowych stanowią owe podręczniki. Brakuje informacji o modelu dystrybucyjnym podręczników. Jesteśmy jednak twardzi, nie poddajemy się z byle powodu i dlatego poczynię założenie, że w przypadku księgarni i hurtowni ich obrót odpowiada procentowo udziałowi podręczników w wydawanych książkach. I jestem skłonny się zgodzić, że przy tak zbudowanym rynku wydawniczym, wycofanie się z papieru będzie oznaczało pogrom. Odwołam się do danych z 2009. Dystrybucja w Polsce wyglądała następująco: hurtownie miały 44% udział w rynku, ogólna liczba podmiotów hurtu księgarskiego wynosiła 300 firm. W całym kraju działały zaledwie 4 sieci sprzedaży o zasięgu ogólnopolskim - Azymut, FK Jacek Olesiejuk, Wikr i Wkra. Podejrzewam, że dla dużej hurtowni ścięcie przychodów o 25% to katastrofa. Dla małej to grób. Liczba placówek księgarskich wynosiła 2 520 punktów odpowiedzialnych za sprzedaż 40% książek. Główne sieci księgarskie to: Podział rynku wyglądał następująco Księgarnie - 40% Z andegdaty i rozmów ze znajomymi księgarzami wiem, że dla większości niewielkich księgarni podręczniki to główne źródło utrzymania. I znowu, jak w przypadku hurtowników, duże sieci będą mogły sobie jakoś utratę 25% przychodów zrekompensować na innych polach działalności. Mali księgarze najprawdopodobniej padną. Wszystko to rozważamy przyjmując, że poziom obrotów małych hurtowni i małych księgarni w przypadku podręczników odpowiada poziomowi obrotu na rynku. Obawiam się, że jest to założenie zbyt nieprawdopodobne, bo wiem, że istnieją hurtownie obsługujące prawie wyłącznie obrót podręcznikami. Dla nich propozycja MEN-u to natychmiastowa śmierć. Jakkolwiek jestem za nowoczesnością tak w domu, jak i w zagrodzie, o tyle wydaje mi się, że możemy wylać dziecko razem z kąpielą. Nie mam złudzeń - e-książka, jeżeli w ogóle, będzie niewiele tańsza niż papierowa. No taką mamy dziwną specyfikę (popatrzcie na ceny rodzimych e-booków), że nie wierzę w cud pod tytułem 'wyprawka dla pierwszaka za pół ceny'. I nawet jeżeli udałoby się wypracować model, w którym nie ma szans na spiracenie takiego podręcznika i poziom przychodów w tym segmencie utrzymałby się na dotychczasowych poziomach, to zrealizowalibyśmy wyłącznie redystrybucję pieniędzy rodziców. W tej chwili z ceny egzemplarzowej żyje wydawca, pośrednik i księgarnia. Po zmianach zostaliby nam tylko wydawcy. Oraz Empik. Nie jestem pewien czy życzę sobie takiego modelu. Zresztą potraficie czytać i widzicie jak jest u nas słabo. Za garść fistaszków Empik jest na najlepszej drodze do zmonopolizowania rynku księgarskiego. Wydawcy klną na terminy płatności (w tej chwili 180 dni plus obowiązkowe opóźnienia bez odsetek), na politykę zwrotów, w zasadzie na wszystko. Ale nie potrafią zrobić niczego innego, bo do tego potrzeba kasy, która z jednej strony jest wspomnianą czapką fistaszków, a z drugiej są to kwoty nieosiągalne dla małych wydawnictw. Nawet gdyby się dogadały i skonsolidowały, takie odnoszę wrażenie. Nikomu rzecz jasna się nie uśmiecha sponsorowanie całego łańcuszka pośredników. Ale czy tego chcemy czy nie, sponsorujemy takie łańcuszki na każdym kroku - od nabiału po samochody. Książka nie jest artykułem pierwszej potrzeby więc łatwiej nam machnąć ręką na to, że padną hurtownie i niektóre księgarnie. Zresztą przecież możemy kupować w internecie. Ja jednak byłbym za tym, żeby za 20 lat można było wejść do księgarni a nie tylko do empikowego saloniku. I z tą myślą was zostawię. [1] Znacie ich, to ci, którzy gdy sąsiadowi padnie krowa, cieszą się zamiast zanieść mu mleka, śmietany i masła. Czasami myślę, że stanowią połowę tego kraju.
czwartek, 25 sierpnia 2011
Trzeba mieć ambicję, chłopie - po raz przedostatni
Pomimo nikczemnej częstotliwości wrzutów (wiecie, wakacje) znowu wyprzedzę Barta z wrzutką. Po raz kolejny krótka notka na zamówienie o Uważam Rze i obiecuję, że jest to ostatnia notka o tym tygodniku przed wrzuceniem go do Polskich Badań Czytelnictwa. Jak nie wrzucą, temat zamkniemy tu i teraz. Jak wrzucą, to nawet bez proszenia mnie o, nie będę mógł się powstrzymać i sobie dla ciekawości poanalizuję. Tymczasem krótki rzut oka na to jak URz miesza na rynku tygodników opinii i co z tego dla pisma wynika. SPRZEDAŻ Tutaj sukcesu odmówić się nie da. Chłopaki trzymają przyzwoite poziomy sprzedaży (przez sprzedaż rozumiem rozpowszechnianie płatne razem - kioski, prenumerata, inne płatne formy i nowość czyli rozpowszechnianie e-wydań). Wyłączając poza analizę Angorę, która operuje na poziomie 350 tysięcy egzemplarzy tygodniowo, od samego początku URz trzymało się blisko czołówki, którą formuje lider Gość Niedzielny (średnia półroczna 145 tys.) i Polityka (135 tys.). URz po pięciu miesiącach operuje regularnie na poziomie 130 tys. Newsweek 110, Wprost 115, Przekrój, pomimo odchudzenia wydania drukowanego i eksperymentów w internecie osiągnął 41 zaś Forum 17 tys. egzemplarzy. W marcu URz udało się wyprzedzić Politykę i pismo było dwójką na listach wyborczych kupujących, w czerwcu zostało numerem 1 w segmencie. Patrząc na tak przedstawione cyfry - sukces. Zanim jednak porozrzucamy po stołach kawior i otworzymy Heidsiecka w moskiewskim Ritz Carlton, rzućmy okiem na taki drobny detal jak cena kioskowa pism o zbliżonej sprzedaży: Newsweek - 5 zł W poprzedniej notce wyraziłem opinię, że po podwyższeniu ceny do zapowiadanej na początku (4,5 zł) sprzedaż spadnie. Wydawca cały czas trzyma cenę, która jest lekko dumpingowa więc nie jestem w stanie ciągle zweryfikować swoich koncepcji. Podtrzymuję jednak zdanie, że po tej podwyżce średnia zmaleje. Łatwiej byłoby mi coś pownioskować gdyby wydawca zgłosił tytuł do badań czytelnictwa. Strzeliłbym sobie strukturę i mógł coś knuć. Tymczasem z niewiadomych dla mnie powodów (kasa?) nie robi tego. Dla mnie słaby ruch, bo jak niby mediaplanerzy mają Urz wrzucić do ewentualnej większej kampanii puszczanej przez dom mediowy/agencję? No właśnie, kampanie. Rzućmy okiem czy URz dało radę przekonać do siebie większą grupę reklamodawców. WPŁYWY REKLAMOWE Nie dało rady. Proszę przechodzić dalej. A tak na poważnie, to szału nie ma. Daruję sobie tutaj robienie zestawienia na kasie, bo rabaty zaciemniają obraz i strzelę po stronach. URz od lutego do lipca zebrało 100 stron reklamowych (zaokrąglam dane dla uproszczenia wywodu). Jak konkurencja? Ano tak: Newsweek - 570 Co przy z grubsza zbliżonych cennikach reklamowych daje obraz miazgi i zniszczenia. Rozumiem, że tytuł jest na dorobku i na razie reklamodawcy, poza sprzedażą, nie mają żadnych podstaw żeby wchodzić do URz. Dobra, to jest dobry czas na mini-kurs wiedzy o podstawach podstaw kupowania reklam w prasie. Kurs teoretyczny bo o tym jak niektóre deale wyglądają w praktyce mogę opowiedzieć przy piwie w małym gronie a nie w internetach. Tak więc w teorii wygląda to tak, że przychodzi ogarnięty klient i nie daje sobie nawinąć makaronu na uszy 'że my, wie pan, jesteśmy najwięksi, najlepsi i najfajniejsi oraz najtańsi a reszta to młoty'. Nie, on zaczyna bałach o strukturze czytelnika, czytelnictwie w grupach docelowych swoich produktów, kosztach dotarcia w owych grupach, rankingach czytelnictwa, współczytelnictwie w segmencie czy co tam sobie jeszcze państwo zażyczą. Jak jest zwyrolem skrajnym, może poprosić o pokazanie jak obecność danego tytułu w mediaplanie, polepszy parametry owegoż. I następuje moment zabawnej zgęstki intelektualnej gdyż tytuł niezgłoszony do Polskich Badań Czytelnictwa nie może klientowi przedstawić nic ponad swoją sprzedaż i, ewentualnie, koszt dotarcia do 1000 nabywców pisma (bierzemy 1000 kupujących żeby się nie bawić w grosze po przecinku). Jak wielokrotnie wcześniej wspominałem, wydawca z niezrozumiałych dla mnie powodów nie zgłosił URz do PBC. Przez co rozmowy handlowe są, moim zdaniem, mocno utrudnione. Bo co ma powiedzieć sprzedawca gdy klient się pyta ilu waszych czytelników mieszka w miastach powyżej 100 tys. mieszkańców (bo tylko w takich mamy swoje salony firmowe), ilu z nich to kobiety (bo ilu facetów kupuje podpaski), ilu jest w wieku 15-18 lat (bo po co studentowi podręczniki do gimnazjum czy ogólniaka) albo ilu zarabia powyżej 2000 zika na głowę (bo mój notebook jest trochę droższy niż Zenex Kraptronix). Jasne, można klienta złowić potężnym rabatem, bo czym w skali wydatków całorocznych jest 50 tys. za 20 całostronicowych emisji, co dwa tygodnie przez cały rok od lutego do świąt. Ale chyba nie tak się powinno robić poważny biznes. Dobra, na tym zakończymy mini-kurs i wrócimy do struktury reklamodawców. Największe i najważniejsze branże żywiące segment tygodników opinii to telekomy, motoryzacja, sektor finansowy, szeroko pojęta budowlanka (od producenta zaprawy po deweloperów) i handel (hipery, Empik, sklepy internetowe etc.). Urz w tych segmentach zgarnia pikookruszki ze stołu starszych braci. Jedziemy cały czas tym samym zestawem pięciu tytułów i popatrzmy na udziały w największych branżach: Motoryzacja - 8% Warto wspomnieć, że pierwsze trzy branże robią im połowę budżetu. Taka struktura reklamodawców i dochodów z reklam to nawet nie gliniane nogi. I nic się z tym na razie nie da zrobić. Ponieważ nie chciałbym niczego pozostawiać domysłom domorosłych fachowców poruszę tutaj jeszcze jedną sprawę. Bo wiecie, łysy gruby cwaniak się czepia, że mało reklam a to przecież jest tak, że te wszystkie Polityki i Newsweeki są grubsze i mają więcej miejsca dla klientów. Dlatego postanowiłem zerknąć na objętości poszczególnych tytułów: Gość Niedzielny - 68/76 stron Sorry, no bonus. WYDATKI REKLAMOWE Po lanczyku wydatki na media spadły i ograniczają się wyłącznie do radia, co pozwala mi domniemywać, że URz korzysta z barteru wydawcy z przynajmniej niektórymi nadawcami. Skłaniałbym się ku Zetce, RMF i być może Polskiemu Radiu. CO RAZEM DAJE... Sukces sprzedażowy - jak najbardziej, nie ma z mojej strony żadnego sporu. Znaleźli niszę i bardzo ładnie ją zagospodarowali. Ciężko oceniać na jakim procencie zagospodarowania jadą ale to chwilowo dla wydawcy istotne nie jest. Bardziej istotne jest to, że od czasu mojej poprzedniej notki z początku lipca nic się z punktu widzenia biznesowego nie zmieniło. Wpływy ze sprzedaży kioskowej skoczyły ale nie są to te miliony, których szukacie. Jeżeli chodzi o wpływy to po niezłym maju i czerwcu, w lipcu i w sierpniu (z sierpnia mam dane cząstkowe, których w rozważaniach nie uwzględniłem ale mogę sobie na ich podstawie ekstrapolować wynik całego miesiąca) reklamodawcy udali się na wczasy. Jasne, u innych też ale pozostałe tytuły mają z czego sfinansować kiepskie dwa miesiące. Dla URz oznacza to ładowanie w tytuł złotych dublonów wziętych z innej szkatuły. I jeżeli czegoś nie zrobią w kierunku lepszego i skuteczniejszego pozyskiwania kasy z reklam, zastanawiam się na ile wystarczy cierpliwości (i płynności) nowemu właścicielowi. Pozwolę sobie przekleić ostatnie zdanie z poprzedniej notki gdyż je podtrzymuję - jeżeli wydawca czy naczelny Uważam Rze mówi cokolwiek o sukcesie tego magazynu, to mam nadzieję, że ma na myśli sukces sprzedażowy. W przeciwnym wypadku trochę się mija z prawdą. Aha, być może jak opykam temat URz, coś mi się w głowie urodzi i napiszę o innych historiach i zjawiskach na rynku prasy. Dlatego specjalnie na taką ewentualność dodałem nową kategorię blogową, pod którą będę publikował nudne grzmoty z cyferkami w środku. Gdyby ktoś więc nie miał życzenia obcować z taką abominacją, Analizy po godzinach może sobie śmiało wrzucić do kilfajla. Dziękuję za uwagę i do poczytania.
środa, 20 lipca 2011
Wrum wrum wrum
W zasadzie to miałem nie pisać, bo to puste bicie bitów ale jak sobie przypomnę, że prawie się spierdoliłem z roweru, to jednak dopada mnie imperatyw. Jadąc ulicą padał deszcz. Przepraszam, jadąc ulicą. Wróć, jadąc chodnikiem, po to by za chwilę zjechać na ulicę, słuchałem sobie Antyradia. W Antyradiu między 16 a 18 jest idiotyczna audycja motoryzacyjna, której słucham tylko dlatego, że w przerwach między mamrotaniem składu na miejscówce, puszczają naprawdę świetną muzykę i nie urywają kawałków nagle. W przerwach między kawałkami, siedzący w studio ludzie rozmawiają o motoryzacji. Zazwyczaj smętne pierdolenie o nowych markach przelatuje mi przez uszy ale wczoraj Przemysław 'Jah Jah' Frankowski wydał wojnę rowerzystom jeżdżącym po chodnikach. Spoko, to wolny kraj, można wydawać wojnę każdemu i nie przejmować się tym, że przejaz rowerem Wisłostradą albo Puławską to proszenie się o śmierć lub kalectwo i nie ma bata, będę jeździł tam chodnikiem. Puściłem jego teksty mimo uszu. Następnie zaczęły się płacze nad zmianami w przepisach, które dały rowerzystom jakieś szanse na drodze. Bo widzicie, cykliści nie są gotowi na taki szok i tyle wolności gdyż brak nam tego skila, który mają inne nacje. Chodzi o sensowną koegzystencję pieszych, rowerzystów i kierowców w tkance miasta. Za mało było czasu żeby go wyrobić, rozumiecie. No nie ma tradycji i już. Trochę zwolniłem i zacząłem słuchać z uwagą. Bo ciekaw byłem jakimi mądrościami jeszcze mnie uraczą. Zgodnie z przewidywaniami, w audycji motoryzacyjnej nikt nie zająknął się o kierowcach łamiących nagminnie przepisy. Zaczęła się za to moja ulubiona fikcja - przecież w Warszawie wszędzie jest ograniczenie prędkości do 50 km/h więc jazda po chodniku no to normalnie jest szok i przerażenie. Ale i to przyjąłem na klatę, bo prywykszy do takiego smutnego pierdolenia. Potem był słuszny postulat żeby nie przejeżdżać rowerem przez przejścia dla pieszych na pełnej kurwie, bo kierowcy podczas prawoskrętu nas nie widzą gdy wyskakujemy im przed maskę nagle. Tu się zgodzę, przez przejścia przejeżdżam w tempie pieszych. I piesi zawsze mnie odgradzają od skręcających prawoskrętnych gdyż jadę po zewnętrznej bandzie. Powiedział to facet, którego syn zapierdalał po Puławskiej Ferrari, jakoś tak trzykrotnie przekroczył prędkość po czym wbił się w filar i zabił swojego pasażera. Kurtyna.
piątek, 01 lipca 2011
Trzeba mieć ambicję, chłopie - po raz kolejny
Rozprawię się pokrótce ze swoimi wróżbami z pierwszej notki o Uważam Rze oraz spróbuję policzyć na ile ten projekt jest opłacalny. Specjalnie do celów notkowych poszedłem i kupiłem egzemplarz. A potem go podczas obiadu próbowałem czytać i zrobiło mi się trochę smutno, bo tematy mają fajne ale wykonanie nudne. Jak można napisać takiego klocka mając pod ręką policjantów prowadzących sprawy przeciwko pedofilom to ja nie wiem. No ale pracuję przy tabelkach więc nie muszę się znać na pisaniu felietonów. Co ja tam nawypisywałem w lutym... Początkowy nakład 200-250 tysięcy, ZKDP mówi że w lutym średni nakład wynosił 230 tysięcy. Nieźle, kolego Teklak, nieźle. Początkowa sprzedaż wersji za 1,90 zł miała według mnie wynosić 120-150 tysięcy. ZKDP mówi, że średnie rozpowszechnianie razem wyniosło 120 tysięcy. No i jogi babu Jasiu, może faktycznie coś kojarzę z tego rynku i nie jestem tak kiepskim analitykiem, jakim widział mnie mój przedpoprzedni szef. Następnie zastanawiałem się jakie poziomy osiągnie Uważam Rze w momencie zmiany ceny na 4,50 zł. Wydawca wyciął numer i cenę zwiększył do 2,90 zł więc w tym momencie moje mamrotanki nie mają już umocowania w rzeczywistości. Przewidywałem zjazd sprzedaży do poziomu 80-100 tysięcy ale musimy z weryfikacją tych danych jeszcze trochę poczekać. Chwilowo jest taka akcja, że za wzrostem ceny poszła znacząca poprawa jakości tytułu (papier, szata graficzna) i widać to w rozpowszechnianiu - w marcu 140 tysięcy, w kwietniu 133 tysiące. Wymyśliłem sobie też koszt kampanii launchowej, cytuję: Jeżeli budżet powstał w księgowości, to 2 miliony. Jeżeli przy współpracy z domem mediowym: 4,5-5 milionów. Obstawiam ostrożnie 4 miliony. Oczywiście mówimy o kwotach z cennika, bo nie znam wysokości rabatów jakie ma Mindshare. W tym miejscu wróżę sobie największą porażkę w zgadywaniu. Okazało się, że budżet powstał w księgowości gdyż w lutym wydawca wydał na reklamę we wszystkich mediach 2,5 miliona złotych po cenniku. Kurde, miewam dobre momenty. Podtrzymali tę kwotę w marcu, potem już tylko jakieś drobne na piwo na kampanie radiowe wydawali. Oczywiście może to być barter wydawniczy z RMF i Zetką ale to nieistotne (znaczy zaraz będzie, ale teraz jeszcze nie). Istotne jest to, że z kwotą udało mi się trafić, jestem z siebie dumien. I dobrze zrobiłem, że sobie kupiłem dużego Glenfiddicha - zasłużyłem na niego. A teraz chciałbym się przyjrzeć biznesowej stronie całego projektu. Od razu mówię, że nie mogę przedstawić szczegółowych danych dotyczących kosztów produkcji, redakcji, druku, papieru etc. Mam taką wiedzę ale dotyczy moich tytułów i nie jest do upubliczniania. Jak się jednak za chwilę okaże, nie będzie nam ona do niczego potrzebna. Jasne, analiza byłaby pełniejsza ale mi nie chodzi o drugie miejsce po przecinku tylko o odpowiedź na jedno pytanie - czy ten biznes się opłaca. Po kolei więc. Większość tytułów zarabia na dwóch polach - sprzedaż i reklamy. Policzę jak to wygląda w przypadku Uważam Rze. Łączne rozpowszechnianie płatne razem od lutego do kwietnia (tylko tyle mam danych w ZKDP) wyniosło w przybliżeniu 1,5 miliona egzemplarzy. Tutaj trochę czarów na danych szczegółowych i lu - na egzemplarzówce wydawca zarobił 3,9 miliona złotych. Z reklam, cennikowo, od lutego do kwietnia (ujednolicę okres badania) wydawca zarobił 1,7 miliona złotych. Razem 5,6 miliona. No z tym, że niekoniecznie. Wpływy z reklam są liczone po cenniku. W tym kraju po cenniku możecie kupić paliwo albo chleb, na reklamy daje się solidne rabaty. Nie znam oczywiście poziomu rabatów jakie oferuje biuro reklamy Uważam Rze ale wydaje mi się, że podzielenie tej kwoty na pół nie będzie przybliżeniem krzywdzącym dla wydawcy. Od lutego do kwietnia wydawca zarobił więc na reklamach i egzemplarzówce 4,75 miliona. No niech będzie, że 5 milionów pękło. Po stronie wydatków mamy dostęp do wydatków na reklamę i po cenniku jest to 6 milionów (luty-kwiecień). Po rabatach niech to będą 4 miliony. Zadałem sobie trud i przejrzałem emisję po emisji żeby wykluczyć ewentualnych klientów barterowych. Za outdoor zapłacili w całości, wydatki w magazynach to grosze. W przypadku telewizji pewnie zapłacili za duże stacje, jeżeli mają przytomną promocję z niszówkami mogli się zbarterować. Załóżmy optymistycznie, że faktycznie tak było i zapłacili tylko za państwową i TVN. W przypadku radia mam podejrzenia, że wydawca ma podpisany barter z RMF i Zetką, bo sieją tam kasą jak opętani. Poczyniwszy te wszystkie, miejscami dość karkołomne założenia, otrzymujemy 3 miliony po cenniku. Po rabatach policzmy sobie zgrubnie 2 miliony. Co nam zostało? Ano 3 miliony łącznie czyli milion miesięcznie. Z tego trzeba ponieść: Oczywiście nie jestem w stanie bezspornie stwierdzić ile konkretnie w Uważam Rze kosztują poszczególne piony, bo nie wiem jak oni są sklejeni organizacyjnie z Rzepą. I być może koszty biur, księgowość, HR i innych działów wspólnych bierze na siebie Rzepa. Zresztą po co ja to piszę, bierze czy nie bierze - milion miesięcznie oznacza, że Uważam Rze jest solidnie pod kreską. W okresie luty-kwiecień wydrukowali w sumie 3,5 miliona egzemplarzy (nakład). Kasa którą w tym czasie zarobili nie pokryła im nawet kosztów druku - sorry, jeden egzemplarz, nawet przy solidnych rabatach na jakie może liczyć w drukarni Presspublica, kosztuje trochę więcej niż złotówka. A gdzie jeszcze w tym wszystkim dystrybucja, produkcja czy redakcja? Zresztą nawet gdyby drukowali za 50 groszy (to bardzo karkołomne założenie) nie da się za pół miliona miesięcznie opędzić pozostałych wymienionych kosztów. Dziękuję za uwagę. Mógłbym tutaj tworzyć jakieś modele, w których koszty kampanii reklamowej nie liczą się do wyniku Uważam Rze i zostały poksięgowane gdzie indziej. Tytuł nie płaci również za powierzchnię biurową a po stronie kosztów ma wyłącznie redakcję i okolice (27 osób) oraz biuro reklamy (6 osób). Plus koszty druku i dystrybucji. Nie ma to jednak najmniejszego sensu, bo jakbym nie kombinował, nie wychodzi nic innego niż to, że Presspublica jest na razie w plecy. Gdzie szukać zyskowności? Na egzemplarzówce nie zawalczą dużo więcej, bo jak podniosą cenę do 4,5 zł to ewentualne nadwyżki zostaną skonsumowane przez obniżoną sprzedaży. Zakładam, że czytelnicy Uważam Rze nie odbiegają od czytelnika 'standardowego' i są wrażliwi na cenę egzemplarza. Podwyżka o 50% spowoduje spadek sprzedaży. Zawsze się tak działo i zawsze na rynku prasy się tak dziać będzie. Zobaczymy. Podtrzymuję to, co napisałem w lutym - nie czytam ale kibicuję pismu i chciałbym żeby im się udało. Poważnie. Natomiast jeżeli wydawca czy naczelny Uważam Rze mówi cokolwiek o sukcesie tego magazynu, to mam nadzieję, że ma na myśli sukces sprzedażowy. W przeciwnym wypadku trochę się mija z prawdą. Do poczytania.
wtorek, 28 czerwca 2011
Sztorm walnął panie bosman
Bez kokieterii oznajmiam, że w tym odcinku jest trochę nudno. Nie ma zdjęć, płachta tekstu i głównie smętne pierdolenie o moich przemyśleniach wywołanych wielką wodą. Czujcie się ostrzeżeni. ZAISTE, KOMUNIKACJA MOŻE BYĆ POMOCNA W ŻYCIU Raaaaaadek!!! Kosmici, Marsjanie, potwory z mackami atakują! Na pokład biegnij prędko!!! Kraken i wielka ośmiornica!!! I piraci!!! SZTORM LABOGA!!! Tyle mniej więcej zostało w mojej głowie gdy krzyki spanikowanej koleżanki przefiltrowały się przez opar spowijający śpiący mózg (tak, wiem, mózg nie śpi). Dlatego rada. Jeżeli budzicie zioma, który położył się spać 2 godziny temu a wcześniej był prawie dwie doby na nogach, należy: Co prawda od jakiegoś kwadransa wpół drzemałem, wpół spałem gdyż łódź chodziła jak student po akademiku w sobotni wieczór. I przeczuwałem, że coś się dzieje ale skoro nie słyszę krzyków, sytuacja jest pod kontrolą i można drzemać dalej. Gdy załogantka obudziła mnie rykiem, najpierw spierdoliłem się z koi na pokład, następnie przez pół minuty zakładałem prawego buta na lewą nogę (spałem w opakowaniu więc tylko buty musiałem wzuć), złapałem sztormiak, pasy i wybiegłem na górę gdzie zobaczyłem... SZTORM ŻE O W MORDĘ!!! Oraz ludzi, którzy mocowali się z linką. Robili to źle. Okazało się mianowicie, że pogoda nagle postanowiła wykręcić nam psikusa i się była zmieniła diametralnie w ciągu kilku minut. Z fajnego wiatru zrobił się niefajny wiatr, fale stanęły na wysokości zadania i nagle zaczęły być wysokie jak domy. Łódź dostała kopa, przechyliła się mocno na lewą burtę, fale atakowały od rufy i zrobił się kibel ogólnie. Załoga obecna na pokładzie zrolowała genuę (ten przedni żagiel) ale z grotem (ten środkowy żagiel) były problemy. Nie wiedziałem o co chodzi bo miałem jeszcze strupy w oczach i absmak w ustach, złapałem więc linę, którą ktoś mi wcisnął do ręki i zacząłem ciągnąć. Nie pytajcie się mnie czy była to talia czy jakiś szot grota bo nie pamiętam. Ciągnąłem zapamiętale, skóra na rękach zaczęła mi się topić gdy nagle ułyszałem zza pleców gromki ryk kapitana: a sprzęgło od grota ktoś przestawił!? Kurtyna. Szczwani germańscy projektanci naszej Bavarii wymyślili mianowicie, że grot będzie się rolował do wnętrza masztu. Żadnych lazy jacków ani nic takiego, po prostu ciągniesz jedną linę, popuszczasz drugą i żagiel okręca się w środku. Co jest fajne tylko że chujowe. Bo nie dość, że grota bez kabestanu nie masz szans postawić nawet podczas flauty (ciężko skubany chodzi), to jeszcze na maszcie jest takie sprzęgiełko, które przestawiasz w zależności od tego czy szmaty zwalasz czy stawiasz. Po prostu pysznie. O takim drobiazgu jak zbyt krótka i zbyt cienka lina kręcąca tym sprzęgłem nie będę wspominał, bo to jedynie drobna niedogodność, za którą inżynierom ze stoczni zrobiłbym drugie Drezno. Ktoś więc musiał przeczołgać się kilka metrów po pochyłym i śliskim pokładzie i to sprzęgło przestawić. To są właśnie te sekundy, podczas których rodzą się Bohaterowie Związku Radzieckiego. Gdybym miał szansę pomyśleć, to w życiu bym się nie ruszył na śródokręcie w takich warunkach. Czasu nie było, już chciałem zacząć pełznąć po burcie prawej gdy kątem oka zobaczyłem kolegę P., który przemknął biegiem, złapał się masztu i przestawił wajchę na zrzucanie. Jestem mu wdzięczny, bo gdybym ja tam polazł, pewnie spierdoliłbym się do wody i nie czytalibyście tej notki. Zbyt mało bowiem płynęło w mojej adrenalinie krwi, żebym myślał o takim detalu jak przypięcie się do lajfliny[2]. Gdy sprzęgło znalazło się w odpowiednim położeniu, zaczęliśmy ciągnąć. Nie chce mi się tutaj detalicznie opisywać dlaczego dawaliśmy nonstop dupy podczas zrzucania grota, bo to nudne szczegóły techniczne. Plus załoga była jednak spanikowana. I tylko we mnie rósł kompletnie irracjonalny spokój i coraz większe zadowolenie. Niekoniecznie z tego powodu, że naciągnąłem sobie wszystkie mięśnie w obręczy barkowej, zerwałem wszystkie przyczepy bicepsów i zdarłem skórę z dłoni do kości. To było mało zabawne aczkolwiek boost do maczyzmu był niesamowity gdyż grota w końcu zrzuciliśmy. Chodziło o to, że wiedziałem, że ten przerażający żywioł nie zrobi mi żadnej krzywdy. Opowiem wam skąd wiedziałem, racjonaliści mogą opuścić następny akapit żeby im żyła nie strzeliła. NIE WSZYSTEK UMRĘ Otóż widzicie, nie wiem kiedy umrę ale dokładnie wiem jak umrę. Nie jest to przekonanie na zasadzie żartu towarzyskiego. Jest to przekonanie graniczące z pewnością, płynące nie bardzo wiem skąd. Po prostu wiem. I moja śmierć nie będzie miała nic wspólnego z wypadkiem łodzi na morzu, jeziorze czy oceanie. Jak ktoś ma życzenie może się pośmiać. Ja to po prostu wiem. Oczywiście nie działa to na zasadzie nieśmiertelności, co to, to nie. Jak dam dupy, to wypadnę za burtę i utonę. Gdy jednak zachowam ostrożność, nic mi nie grozi. A skoro wiedziałem, że śmierć nie jest mi tego dnia i w tym miejscu pisana, mogłem się rozluźnić. Dodatkowe rozluźnienie przyszło gdy zobaczyłem, że kapitan się zaczął świetnie znajdować w sytuacji. Załoganci, pamiętajcie - zawsze patrzcie na kapitana, gdy ma blazę na ryju i się nie spina, znaczy że jest lepiej niż się na pierwszy rzut oka wydaje. NIE NALEŻY ZANIEDBYWAĆ NAUKI O PIĘKNIE Więc tak - po zrzuceniu grota najpierw zszedłem pod pokład uspokoić histeryzującą załogantkę, która miała od kwadransa urodziny i była przekonana, że zginie w kwiecie wieku. Następnie przełożyłem szelki od pasa spod sztormiaka na niego, usiadłem sobie na lewej, wyższej burcie, odpaliłem fajka i chłonąłem widowisko. Szkoda, że pod pokładem tak mnie zemdliło, że nie zmieniłem już lekko przemoczonych krótkich spodenek na coś nieprzemakalnego. Był to jednak drobiazg, który nie był w stanie zmącić mego luzu i zen-wyjebki. Bo widzicie, sztormowy ocean nocą jest czymś tak pięknym, że moje grafomańskie pióro jest za krótkie żeby to dobrze opisać. Chociaż oczywiście spróbuję. Nie było ekstremy bo wiała ósemka przechodząca w dziewiątkę, co oczywiście wytrawnych matrosów jedynie rozśmieszy. Nie jestem wytrawnym matrosem i dziewiątka miała dla mnie swój ciężar gatunkowy. Wiało mocno, łódź tańczyła na falach jak domy[3], pół załogi zeszło pod pokład, drugie pół trwało dzielnie na posterunku. Nie wiem jak inni ale mnie by czwórka koni nie ściągnęła na dół. Zwłaszcza, że mieliśmy szczęście, że było ciepło i nie padało a jedyne bryzgi wody w twarz i na klatę brały się z fal, które z uporem godnym szalonego Neptuna waliły w nasze burty. Taki grubszy pył więc totalnie bez patologii. Cudne widowisko i zupełnie za darmo. Na dodatek jestem w jego samym środku. Czego mógłbym chcieć więcej? No dobra, kubek gorącej kawy byłby wtedy niezły ale nie miałem czasu myśleć o pierdołach bo całą moją uwagę absorbował lekko wkurwiony ocean. 80% czasu poświęciłem tej nocy na kontemplowaniu tej jedynej i niepowtarzalnej mieszanki i na galopadzie myśli. Żebym miał wtedy pióro i kawałek kartki papieru, powstałyby takie fragmenty prozą, że skosiłbym Nobla. Nie miałem więc skoszę co najwyżej jakiś szlaban na rowerze. No i tak sobie płynęliśmy, ocean szalał i było strasznie i pięknie a ja cieszyłem się jak dziecko. Później, gdy opowiedziałem o tym kapitanowi, dowiedziałem się, że jestem pojebany. No niespodzianka, pomyślałby kto. ILE NAS SPRAWDZONO Bo wiecie, chodzi o to, że taki facet jak ja musi się ostro nakombinować żeby się sprawdzić. Niektórzy robią to w pracy ale mi kariera wisi kalafiorem, ja chcę robić to co lubię i zarabiać tyle, żeby było mnie stać na przyjemności. Do końca życia mogę być analitykiem, stanowiska kierownicze mnie nie jarają. Mógłbym sobie zrobić dziecko, bo przy nim facet może się sprawdzić najbardziej na świecie. No ale nie mam dziecka więc ta opcja odpada. Mój lęk wysokości uniemożliwia mi łażenie po górach (zresztą nie lubię jak mnie Achillesy napierają przy schodzeniu) oraz paralotniarstwo, kitesurfing i loty balonem. Nigdy nie jarały mnie samochody i motocykle, w moich żyłach nie płynęła i nie płynie czysta benzyna, nie dla mnie nocne wyścigi po mieście i ekstremalna jazda samochodem rajdowym. Strzelnica, owszem, fajna i dająca takiego kopa, że po wyjściu mógłbym w ręcznym boju pokonać pół Żylety. Ale kop jest krótki i schodzi najdalej następnego dnia. Na sprawdzanie się w wolontariacie jestem za leniwy i jest mi z tego powodu niewymownie wręcz głupio. Naprawdę, zostaje mi niewiele pól działalności, w których mógłbym dowiedzieć się o sobie rzeczy, których wcześniej nie wiedziałem, albo o które siebie nie podejrzewałem. DLATEGO DOBRZE SIĘ BAWIĘ Bawiłem się więc znakomicie. THAT WAS BRÜTAL Nie wdając się w zbędne szczegóły techniczne powiem wam, że ukoronowaniem trzeciego najlepszego dnia w moim życiu było drugie najgorsze cumowanie w moim życiu. Palmę pierwszeństwa dzierży sztormowe cumowanie w Helu, które było złem wcielonym, bo nie tak powinno się zaczynać swoją przygodę z morzem. ZADBAJMY O CZYSTOŚĆ PŁYNÓW USTROJOWYCH Po czymś takim jedynym sensownym rozwiązaniem jest obgadanie całej sytuacji celem zluzowania i położenie się spać. No z tym że niekoniecznie. Sytuację obgadaliśmy ale zasnąć nie miałem szans, bo przypominam że w adrenalinie miałem naprawdę niewiele krwi. Siedliśmy więc do whisky, piwa, wódki, wina, piwa i wszystkiego, co ma jakiś procent. Załoga naprawdę potrzebowała czegoś, co ją rozluźni i pchnie w sen. Był to jeden z tych dni gdy nie mogłem się upić, choćbym nie wiem jak próbował. Przestałem próbować koło 9, bo jednak za chwilę mieliśmy przeparkować łódkę na stanowisko postojowe i stwierdziłem, że warto zdrzemnąć się godzinę. Oczywiście na pokładzie gdzie śnił mi się sztorm i ludzie mieszkający w morzu. Przestawiliśmy się, złapałem kolejne 2 godziny, zjedliśmy śniadanie, wbiliśmy w wynajęte samochody i ruszyliśmy zwiedzać Lanzarote. O czym opowiem w następnym odcinku, bo tutaj mi się na pewno nie zmieści a nie chce mi się sztucznie i bez sensu dzielić notki. Wszystkich zawiedzionych kiepskością tego odcinka serdecznie przepraszam. Musiałem go napisać. Ważny jest dla mnie chociaż musnąłem w nim jedynie naskórek problemu. No ale to blog a nie kozetka u psychoterapeuty więc mam nadzieję, że zrozumiecie. W następnej części będzie dla odmiany mnóstwo fotek i mniej tekstu. [1] W ciągu całego rejsu tak naprawdę spałem tylko podczas postojów. Gdy płynęliśmy wpadałem w stan półsnu-półdrzemki. Jakim cudem się nie rozsypałem, nie mam pojęcia.
piątek, 27 maja 2011
Tam i z powrotem, czyli pierwsze zmyłki
NOCĄ NA WODZIE JEST NAJFAJNIEJ Oczywiście pod warunkiem, że nie wieje za bardzo, fala nie jest za wysoka, nie pada deszcz i nie płyniesz z Ceuty na Gibraltar. Ale o tym innym razem. Pierwsze nocne pływanie zrobiło mi tak dobrze, że nie mogłem zasnąć. Oczywiście nie myślałem nawet o schodzeniu pod pokład, bo to zbrodnia przy takiej pogodzie. Wytargałem podkładki pod tyłek, poduszkę, śpiwór i po zakończeniu wachty się położyłem na burcie prawej. Było to bez sensu, bo emocje mną szarpały, łódź się kiwała, druga wachta gadała i się nie dało. Tak więc pół drzemiąc, pół czuwając, otoczony Niedzielą Palmową, patrzyłem jak zbliża się do nas Gran Canaria. Oczywiście na razie w formie jakichś światełek na horyzoncie (sprawdzić czy się nie ruszają). OSTATNI PRZYJAZNY OŚWIETLONY DOM To jest paradoks pływania po dużej wodzie. Gdy na lądzie znajdziesz się w nocy w środku niczego, światło zobaczone gdzieś daleko oznacza potencjalne schronienie. Witasz je z radością, jest twoim najlepszym przyjacielem, w organizm wlewają się nowe siły i zdwajasz wysiłki, by jak najszybciej tam dojść. Jak masz szczęście, to ugoszczą, dadzą coś gorącego, zapytają się skąd i dokąd i dlaczego dobrodziej pobłądził (nawet jeżeli nie pobłądziłeś). A na sam koniec rozwalą ci głowę siekierą, ubranie i dobytek sprzedadzą na targu a twoimi resztkami będą się przez miesiąc żywić. Chociaż to oczywiście tylko na południu Stanów. SPANIE JEST DLA MIĘCZAKÓW Moja pierwsza wachta na oceanie wyglądała więc tak, że jak ruszyliśmy o północy, tak do godziny 5 nie spałem, potem podrzemałem godzinę a następnie do 08:19 trwałem w transowym półśnie-półjawie (bardziej jawie). I wtedy się rozbudziłem na dobre gdyż nastąpił pierwszy w moim życiu wschód słońca nad oceanem. Tym razem słońce wychodziło zza wyspy Pierwsze zdjęcie jakie mój aparat uciągnął bo było dla niego dostatecznie jasno. (impresjonistyczny efekt na wodzie mi się spodobał) 20 minut później krwisty efekt się rozwodnił No dobra, przyznaję się - nikt nie spodziewał się UFO nad wyspą
(a tu wszystko na raz - woda, dym, światło i dźwięk) Nagle wyspa wybuchła i wszystkim zrobiło się przykro, bo przecież mieliśmy na niej cumować. To pewnie UFO rozpoczęło taktyczny ostrzał nuklearny. Po wybuchu nastąpił nagły zwrot akcji - zobaczyłem, że ktoś mnie wydymał i zamiast na kolejną rajską wyspę, Nazgul Karol uprowadził mnie do Mordoru. Na zbliżeniach wyglądało to 42 razy straszniej bo ta góra była wielka i zdawała się wisieć i schylać nade mną. Miałem lekko duszę na ramieniu. Na szczęście wystarczyło zrobić odzumowanie i wszystko wróciło do normy No mówię że wszystko w normie. Niestety, znowu zacząłem się bawić zoomem i tym oto sposobem udało mi się zrobić drugą albo trzecią najstraszniejszą fotkę rejsu. Głupi jestem czasami ale to pewnie z emocji. Zdjęcia oddają może połowę tego, jak to naprawdę wyglądało. Dlatego w tym miejscu przestanę na chwilę pisać i pozwolę wam samym to sobie spróbować wyobrazić. OBSŁUŻYMY PANA HURTOWO Wjazd na Gran Canarię był bezekscesowy, przytuliliśmy się do drugiej łodzi (ciut nas wyprzedzili), wyczołgaliśmy się na brzeg i daliśmy sobie czas na chwilę zadumy. Dla mnie był to czas zadumy potrójnej: po co już drugiego dnia mam oparzenia słoneczne i udar; kiedy ekscytacja zejdzie ze mnie tak, że w końcu zasnę oraz a może byś tak zią znalazł chwilę i obadał funkcje aparatu niezbędne do robienia wypasionych zdjęć. Wrzuciłem więc w kieszonki bojówek puszkę piwa, ramkę fajek, aparat i zszedłem na brzeg. Poklikałem trochę w funkcje ale to było nudne, bo przecież dokoła Kanary, mon, przestań klikać jak jakiś głupek, siądź w cieniu, wypij piwo, puknij rolkę, wysraj się w cywilizowanych warunkach, jaki w ogóle aparat, ortodontyczny chyba. Jak ktoś zgadnie dlaczego akurat takie zdjęcie... Nie, nie będzie nagrody. W zasadzie to się trochę przestraszę, bo to będzie znaczyć, że ten ktoś zna mnie chyba trochę za dobrze. Okazało się, że trzeba było jednak poklikać i pozgłębiać. To co widzicie powyżej jest ostatnią fotką zrobioną sprawnym aparatem. Albowiem drugiego dnia rejsu, oprócz zepsucia głowy lekkim udarem, zepsułem sobie również wyświetlacz aparatu. Każde następne zdjęcie jakie wrzuce w tej relacji będzie zdjęciem robionym totalnie na oślep, bez możliwości zmiany ustawień, jakiejkolwiek korekty i innych bajerów, które się powinno robić żeby fotka była niezła a nie zła.
To fotka zrobiona komórką więc w ogóle sobie darujcie dis Trochę mi się zrobiło smutno ale z drugiej strony dlaczego ma być łatwo, skoro może być trudno. Rozpoczęło się cykanie fotek na masę, z nadzieją, że któraś z nich nada się do oglądania i publikacji. Awaria sprzętu to w zasadzie jedyna warta odnotowania rzecz jaka zdarzyła się na Gran Canarii. Postaliśmy tam ze 2 godziny i ruszyliśmy na Lanzarote. Oczekiwałem kolejnych pozytywnych wrażeń ale gdybym wiedział co szykuje dla mnie ocean, zostałbym w porcie. A POTEM PRZYSZŁY ZWIERZĘTA Żartuję, w życiu bym nie został bo byłem na takim strzale adrenalinowym, że przepchnąłbym jedną ręką lokomotywę albo przepłynął wpław kanał Fu Manche. Wypłynęliśmy około południa i zaczęło się prawdziwe żeglowanie. W tym sensie, że żagle poszły w górę, wiatr nas pognał w przód i nagle zrobiło mi się jeszcze lepiej. Gdyby mi się bowiem od takich widoków zrobiło gorzej, udałbym się natychmiast do najbliższego lekarza Tutaj sobie wypływamy z portu. Albo już wypłynęliśmy. Dobra, już wiem - to widok na drugą stronę portu z miejsca, w którym cumowaliśmy. Tu też widok z łodzi na port i okolice. Zwróćcie uwagę na szczwanych hultajów z sąsiedniej łodzi - napompowali sobie pontonik i szpanują. Przydał się kilka dni później. Dobra, dość przynudzania. Wyszliśmy z portu, żagiel w tle to druga załoga, która naiwnie sądzi, że nas ścignie. Owszem, ścignęli ale grali niesportowo bo w pewnym momencie pojechali na dieselgrocie. Tutaj znowu mi aparat ześwirował i nagle ocean stał się cukierkowy i błękitniuśki jak coś bardzo błękitniuśkiego. Nie wiem czy akurat jedziemy na żaglach czy na katarynie, bo przy wyspie wiatr tak kręcił, że żagle stawialiśmy i zrzucaliśmy tyle razy, że mi się rachuba pomyliła po godzinie. A potem przyleciał ptak. Nie lubię gołębi gdyż są głupie i srają. Ale jak jesteś daleko od brzegu i ptak ląduje ci na daszku żeby odpocząć, to nagle robi ci się coś dziwnego. To twój ziomal z lądu jest. Niech siedzi. Niech nawet nasra. A jak odpocznie, niech leci i nie wpada do wody. Pierwszy raz od 1998 dobrze życzyłem gołębiowi. Widzicie co woda robi z człowiekiem? To jedno z najnudniejszych zdjęć w skali całego rejsu ale zamierzam wrzucić wszystkie fotki mijających nas jednostek jakie zrobiłem. Czujcie się ostrzeżeni. Jednakowoż zdjęcie to wrzucam też z innego powodu - w momencie, w którym je robiłem, mieliśmy trzy w jednym: na górze gołąb, z przodu trawler (chyba?) a na dole 4 kilometry głębii. Albo 3. Dość powiedzieć, że nigdy głębiej pod sobą nie miałem. Lekko rozluźnił mi się wtedy zwieracz, bo gdy człowiek sobie uświadomi jaka jest pod nim otchłań, zaczyna się zastanawiać czy przypadkiem to nie gdzieś tutaj, w swym domu w R'lyeh czeka w uśpieniu martwy Cthulhu[2]. I ja was tutaj nie kokietuję, naprawdę durne myśli potrafią w takich sytuacjach przyjść do głowy. Następny ziomek przejechał trochę bliżej. Oczywiście bliżej w skali wodnej a nie rowerowej. Nawet mu pomachałem ale nie widziałem żeby ktokolwiek odmachał Coraz większe kołysanie, zapachy z kuchni i widok obiadu lekko złożyły 3 osoby, w tym jedną na burcie. Po pierwszym pawiu, rejs uznałem za oficjalnie rozpoczęty. I żebyśmy się dobrze zrozumieli, wasz Brat i Piszący Te Słowa nie chorował, bo się nawsuwał antywymiotnych pigułek dla dzieci. Zresztą na fali długiej i łagodnej pochorować się nie sposób, to krótka i wredna falka od dziobu wywala z człowieka żołądek. Ale dość już o gastrologii, wróćmy do widoczków. Zaczęło zachodzić słońce ale schowało się za chmurami więc z fotek romantycznych nici. Udało mi się za to złapać kolejnego ptaka. ALBATROSSS!!! (w sensie ta ciemna plama na tle chmur po prawej) A tu trochę bardziej w prawo, bo próbowałem zrobić takie zdjęcie, które pokazałoby, że fale są miejscami jak domy. Niestety, aparat sobie nie radził z fotografowaniem wody. To jest ostatnie zdjęcie z tego wieczoru, bo zapadł zmrok. I nagle... Wtem... Nieoczekiwanie... Aaaaa... przypłynęły delfiny. Dwa. I wyskakiwały nad wodę. Dobra, o delfinach bedzie dłuższy kawałek w jednej z następnych części. Na razie ograniczę się do stwierdzenia, że się podnieciliśmy. Fotek nie zrobiłem, bo zrobiło się ciemno. Ale o tym już mówiłem. Chwilę potem zrobiło się całkiem ciemno, wiatr się wzmagał, fala rosła a my dzielnie szliśmy na żaglach, bo wyciągaliśmy całkiem zadowalającą ilość węzłów. Na pokładzie rozmowy o wszystkim i nagle była 21. Ostatni raz na poważnie spałem poprzedniego dnia między 2:00 a 8:00 (krótka doba hotelowa, co nie?), od tego momentu w sumie przespałem jakieś 2 godziny, o północy zaczynała się moja wachta i ledwo widziałem na oczy. Stwierdziłem więc 'dobranoc, obudźcie mnie za kwadrans północ'. Po czym spadłem pod pokład, doczłapałem do kajutki i w opakowaniu, z pasem asekuracyjnym pod ręką, padłem na kojo. 10 sekund później odpłynąłem w wielki sen. Gdybym wtedy wiedział jakie będę miał przebudzenie... [1] Oczywiście czasami radar działa i widać na nim, w którą stronę jedzie ten obłędnie wielki tankowiec. Najczęściej, celem oszczędzania akumulatorów, radar wyłączaliśmy i opieraliśmy się jedynie na złudnym świadectwie zmysłów. |