To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
czwartek, 29 października 2009
That is just the way it is

Some things'll never change. Not.

Weekend po zakupach upłynął mi na leczeniu udaru piwem, konwencie Awangarda, dzikiej imprezie i legendarnej wizycie w KFC przy Poleczki. Misja na poniedziałek - przed pracą zawieźć na obiekt zamówienie z Leroya żeby ekipa mogła odebrać rzeczy z transportu. Zajechałem na Prażkie, człapię ciężko z przystanku pod blok, chłopaki wychodzą z jakiegoś kombiacza i kogo moje piękne, umęczone oczy widzą? Jurku, Wojtku i nieznajomu mężczyznu.

RETROSPEKCJA

Jak pisałem wcześniej, spędziłem z Jurku długie godziny omawiając, analizując, spierając się i osiągając liczne konsensusy. W kilku spotkaniach uczestniczył Wojtku, który miał robić u mnie łazienkę i kuchnię. Dzięki tym spotkaniom wiedział dokładnie jak ma wszystko wyglądać, bo to z nim głównie toczyłem fachowe rozmowy z gatunku 'te rure pierdolniem pod płytkami a góre opierdolim małym sufitem podwieszanym'. To Wojtku namówił mnie na płytki na balkon i w ogóle miał kilka niezłych pomysłów.

POWRÓT DO RZECZYWISTOŚCI

- Cześć panowie, szybko się tutaj zwijajmy z kwitami, bo do pracy muszę wracać a już... jestem... ciutkę... spóźniony... - mówiłem coraz wolniej, spoglądając nieufnie na Nowego.
- Cześć Radek, to jest Rafału, będzie robił ci łazienkę i kuchnię - nie wytrzymał nerwowo Jurku.
- Eeee... a co z Wojtku? - zainteresowałem się myśląc, że może coś się stało.
- Wojtku pierdoli i nie robi. Rafału nie pierdoli i robi - odparował Wojtku.
- No ale mam nadzieję, że będziecie pilnować czy Rafału dobrze robi i wytłumaczycie mu wszystkie moje koncepcje? - rzuciłem naiwnie w stronę dzielnej ekipy rem-bud.
- Spoko-Maroko, Rafału nie trzeba pilnować. Rafału jest twardy i nie pęka - odpysknął Wojtku.
- Ale wytłumaczycie mu wszystkie moje koncepcje, prawda? - w moim głosie zaczęły pobrzmiewać błagalne tony, za co natychmiast się znienawidziłem.
- Oczywiście - wkitrał się Jurku - Wszystko wytłumaczymy tak, że mucha nie siada.
- No to gitara. Rozumiem, że jak przyjmiecie transport, to macie co robić, nie muszę srać żarem i mogę się na luzie ustawić na kupowanie płytek w drugiej połowie tygodnia? - postanowiłem doprecyzować żeby uniknąć niepotrzebnych komplikacji.
- Spoko-loko-Maroko - ubarwił wypowiedź Jurku - Mamy roboty huk i w ogóle nie ma paraliżu. Ale fajnie jakby płytki były w tym tygodniu.
- Spoko-loko-Maroko-rokokoko - wbiłem w konwencję - Postaram się wybrać płytki, które będą do wzięcia od ręki albo najdalej na drugi dzień. Może być?
- No mamy w łazience trochę roboty więc myślę, że będzie akurat - uspokajająco powiedział Jurku, który po akcji z kartą rabatową z lekką obawą patrzył na moją poparzoną czaszkę i płaty skóry złażące mi z nosa.
- No to, panowie, ja robię rząd i idę stąd a wy macie tu klucze i idźcie dłubać - pożegnałem się z chłopakami i na skrzydłach euforii pomknąłem do pracy.

Spokój miałem do południa po czym zaczęły się nerwowe telefony.

- Radek, wiesz co, jednak jakbyś mógł kupić dziś te płytki na balkon, to by było fajnie, bo Rafału nie ma co robić - zatrzeszczał w tubusiku Jurku.
- Dżizaskurwajapierdolę - zmęłłem w ustach przekleństwo - jakie płytki, do chuja Wacława?
- No na balkon. Bo nie ma co robić. Rafału - doprecyzował Jurku.
- Dziś nie mogę, jutro kupię, może być? - postanowiłem nie nawiązywać do porannego wywiadu, w wyniku którego dowiedziałem się, że roboty jest od groma i przestoje nie grożą.
- No jak nie może być dzisiaj, to jutro - jebnął lekkiego foszka Jurku.
- No to będzie jutro, pod koniec dnia - z tymi słowami rozłączyłem się gdyż nie chciałem potęgować rosnącego wkurwu i wzmagać bulgotania kwasu żołądkowego.

Po pracy wróciłem do domu, padłem na kanapę, weekend zaczął ze mnie powoli wychodzić, miałem na wszystko wyjebane w związku z czym programowo ignorowałem wszystkie próby połączenia czynione przez zdesperowanego Jurku, który musiał płacić Rafału postojowe.

Nadszedł wtorek i od rana czułem w szpiku, że to będzie niedobry dzień. Tknięty przeczuciem zapakowałem do plecaka koszulkę na zmianę i wbiłem do fabryki. Od 10 zaczęły mnie atakować telefony, które tym razem postanowiłem odbierać.

- Ej, Radek. Co z tymi płytkami - to znowu Jurku
- Gówno - wyszeptałem bezgłośnie - Jak już wczoraj wspomniałem, będą pod koniec dnia.
- Ale my nie mamy co robić. Znaczy Rafału - Jurku załkał w słuchawkę.
- To może niech wam pomoże w salonie albo w sypialni. Płytki będą pod koniec dnia - nerw zaczął mi lekko puszczać.
- A kiedy będą płytki do łazienki? - Jurku nie ustawał w wysiłkach.
- Jak już powiedziałem, po płytki jedziemy w okolicach środy-czwartku więc pewnie będą w piątek - postanowiłem być twardy.
- No to Rafału przez ten czas nie będzie miał co robić - ton Jurku był coraz bardziej płaczliwy.
- Chuj mnie to obchodzi - ponownie wyszeptałem bezgłośnie, zaś do słuchawki rzekłem - Jurku, ale przecież mówiłeś, że Rafału ma robotę i nie ma paniki.
- No wiem ale wyszło inaczej - Jurku postanowił utwardzić swoje stanowisko w tych bezsensownych negocjacjach.
Postanowiłem pomóc Jurku w przydzielaniu pracy - No to może niech Rafału jakąś dziurę w podłodze wykuje pod rurki. Albo pod geberit. Albo niech się pomocuje z wywietrznikiem w kominie kuchennym. Cokolwiek.
- To wiesz co, poczekamy na te płytki ale żeby one w środę rano były - Jurku postawił twarde ultimatum i się pożegnał.
- Będą na pewno - odparłem ale nie wiem czy Jurku usłyszał, bo jak kończyliśmy rozmowę był wyraźnie poruszony.

Po zakończonej pracy ruszyłem na zakupy do Leroya w Arkadii. Dziarrrsko przekroczyłem progi sklepu a w głowie kołatała mi się taka myśl niesforna: 'zakup kilku metrów płytek na taras to przecież chwila nieuwagi, będzie dobrze'.

Ależ byłem naiwnym łosiem.

Dezorganizacyjnie

W sobotę kończy mi się umowa na internet w Piasecznie. W nowym mieszkaniu sieci na razie brak (tak, wiem, będę żył jak zwierzę ale postaram się jakoś sobie z tym poradzić) i nie wiem kiedy będzie. Dlatego wrzucę za chwilę kolejną notkę o kaflu i przez następne 2-3 tygodnie proszę mnie nie zaczepiać. Brak sieci. Pakowanie. Przeprowadzka. Chaos. Ci co przeżyli, wiedzą o czym mówię. Młodym, którzy nie wiedzą, zawczasu dobrze radzę - bez żartów, połajanek i szturchania, bo mogą polecieć pierwsze w historii mojej bytności w internetsach bany. Połączone z bardzo niekulturalnym zjebaniem w komciach.

W skrócie - przez następne 2-3 tygodnie będę niczym odbezpieczony granat. Zostaliście ostrzeżeni, reklamacje nie będą rozpatrywane. Za chwilę nowa notka.

Deep inside of a parallel universe

Minęła pełna nerwowego wyczekiwania godzina. No dobra, może pół. Niech będzie, że trzy kwadranse. W tym czasie po sklepie nosiło mnie tak, że Wojtku, pod pozorem załatwiania jakiejś reklamacji, uciekł między regały. Co było z jego strony rozsądne. W momencie gdy oczy poczęła mi z wolna zasnuwać czerwona mgiełka szaleństwa i zacząłem wchodzić w stan 'berserker', tknęło mnie. To chyba wzmożony przypływ krwi do mózgu polepszył jego pracę. Wziąłem komórkę, nabiłem numer do Jurku i po uzyskaniu połączenia, wydusiłem do słuchawki:
- Jurku, gdzie jesteś. Bo tak tu czekam sobie. - popatrzcie, że nawet nie przeklinałem.
- Jestem na miejscu - odparował niezdetonowany Jurku.
- Gdzie konkretnie, bo jakoś ciebie nie widzę przy kasach - odrzekłem, czując już co się święci.
- A bo ja jestem przed wejściem - wyjąkał nerwowo Jurku.
- Ja stoję przed wejściem, przy kasach - wykrzyczałem umiarkowanie głośno, mając prawie stuprocentową pewność, co się stało.
- Nie widzę cię - Jurku jąkał się coraz bardziej.
- A w którym ty Leroyu właściwie jesteś? Bo my, tak jak wspólnie ustaliliśmy, w Alejach - postanowiłem sprawdzić swoje podejrzenia.
- W Arkadii. - wyszeptał przez ściśnięte gardło Jurku.

Przez następną minutę ludzie przy kasach byli świadkami dziwnego spektaklu. Łysy grubas z twarzą poczerwieniałą niczym przy apopleksji, miotał się z lewa na prawo i mówił słowa od których marynarze się rumienili, dorastające panienki mdlały a małe dzieci pytały rodziców 'mama, a co to jest szybkolaskoróbka pigalakowa'? Jak mi już przeszło, oddzwoniłem do Jurku, kazałem usiąść na jakiejś kawie i czekać na mnie. Wziąłem za oszewkę Wojtku, podjechałem z nim do metra, przedarłem się do Arkadii, odebrałem kartę rabatową i zdałem sobie sprawę, że dojechanie do Leroya w Alejach autobusem będzie trudne, bo nie mam pojęcia co tam jeździ. Zdałem się na instynkt.
Instynkt kazał mi wsiąść w jakąś pięćsetkę i wysiąść przy Ryżowej, którą kojarzyłem z mapki na stronie sklepu. Spojrzałem w prażące słońce, określiłem azymut i dawaj z buta. Wędrówka z buta zakończyła się po kilometrze gdy zacząłem słaniać się na nogach. Godzina 14, lato w apogeum, chociaż dopiero czerwiec, ponad trzydzieści gradusów i niebo błękitne, żadnej nie ma na nim chmury. Dziwnym nie jest, że się przegrzałem. Na szczęście panie w aptece poczęstowały mnie kubkiem zimnej wody, drugi wziąłem na drogę i tak szłem, kurwa, szedłem do Leroya. Aż w końcu udało mi się na opustoszałej ulicy złapać gościa, który podpowiedział mi jak dojechać do sklepu.
Dojechałem, zapłaciłem, wyszarpałem rabat po czym przestałem na środku pola, znowu w pełnym słońcu, kolejne 20 minut, bo autobus się spóźnił. Drogi do cywilizacji nie pamiętam, bo miałem coś na kształt udaru. O 17 doczołgałem się do Paradoxu, wypiłem kilka piw i zrobiło mi się błogo. Co prawda pierwszy dzień z ekipą, przypłaciłem zagotowaniem mózgu, trzema litrami potu i ogólnoustrojowym wkurwem ale wszystkie najważniejsze rzeczy kupione i dowiozą mi je na obiekt za 4 dni, w poniedziałek. Ekipa ma co robić, ja w tym czasie jadę wybierać płytki do kuchni i łazienki, wszystko ogarnięte, pochytane i pod kontrolą. Co złego może się stać? Co może mnie wkurwić? Nic.

Ależ byłem naiwnym łosiem.

wtorek, 27 października 2009
Żmija - Andrzej Sapkowski

Rzeczy, które mi się w Żmii podobały:

- pierwsze 40-50 stron
- sceny batalistyczne
- język i styl (samo się czyta)
- sceny z życia radzieckich żołnierzy w Afganistanie
- kilka zdań, które trafiły w sam środek mojego emo związanego z braterstwem broni i tego typu historiami, które windukowałem sobie za dzieciaka[1]

Rzeczy, które mi się w Żmii nie podobały:

- cała reszta
- cena (33,90)
- objętość (240 stron)
- czas spędzony na lekturze (poszło w niecałe 3 godziny ale tylko dlatego, że sobie przerwy robiłem)

Napisałbym coś więcej ale autora cenię, szanuję i tak wiele mu zawdzięczam, że prędzej sobie wbiję dłuto w zdradliwą dłoń niż zacznę się pastwić występnie nad czymkolwiek jego pióra. Ale żal trochę.

I jeszcze ciepłe słowo do wydawcy - topowy autor dostaje papier toaletowy[2]? Poważnie? Wstydu, kurwa, nie macie. Ani szacunku. Tak dla pisarza, jak i dla czytelnika. Jak ja niby mam to postawić na półce obok sagi albo trylogii? Tani tandeciarze.

[1] Przez co filmy wojenne są jedynymi, na których zdarza mi się wzruszyć do łez.
[2] W zasadzie powinienem użyć frazy 'obsrany papier toaletowy' gdyż papier użyty do druku wygląda jakby ktoś się na niego wypróżnił.

sobota, 03 października 2009
Jestem szop-pracz

I szoping uwielbiam wręcz pasjamy czyli idziemy na zakupy.

W trakcie gdy elektryk walczył z drutem, poprosiłem Jurku o zrobienie listy zakupów budowlanych. Chciałem jednym transportem opękać wszystkie klamoty, zarówno moje, jak i ich zaprawy, bloczki, szpachle, kleje, gipsy, silikony, płyty gk oraz całą resztę niezbędnych do rozpoczęcia inwestycji rzeczy. Nie byłem pewien gdzie robić zakupy ale Jurku powiedział, że ma kartę rabatową do Leroya - 10% przy zakupach za ładne kilka tysięcy to rzecz nie do pogardzenia. Zanim fachowiec  przystąpił do tworzenia owej listy, spotkaliśmy się jeszcze raz u mnie w lekko poszerzonym składzie. Na kwadracie pojawił się Wojtku[1], który miał u mnie dzielnie walczyć z kaflem w łazience i kuchni.

Na spotkanie przyniosłem ponownie wszystkie wydruki, spędziliśmy na omawianiu kształtu mieszkania dobre dwie godziny, chłopaki pomazali ołówkiem ściany jeszcze bardziej i po dogadaniu wszystkich szczegółów oni przystąpili do tworzenia listy a ja zacząłem windykować na mieście kasę na te zakupy. Umówiliśmy termin i ustaliliśmy gromadnie, że wbijamy do LM na Jerozolimskich, bo jest najlepiej zaopatrzony. Wojtku przyjechał tam swoim furgonikiem, co mnie bardzo ucieszyło, bo odpadłyby opłaty za transport. A z Alei na Praszkie taki transport kosztuje coś koło stówki. Uzbrojeni w szczegółową i pełną listę ruszyliśmy na podbój hali.

Pięć minut później musiałem zmienić plany i uwzględnić w kosztorysie transport w wykonaniu sklepu - całość nie zmieściłaby się w furgonetce. Nic to, stwierdziłem. Cały remont będzie kosztował kilkadziesiąt tysięcy więc czymże w tym ogromie kasy jest marna stówka.

Zakupy przebiegały bardzo sprawnie, Wojtku podrzucił na gorąco kilka nowych pomysłów, kilka pozycji spadło. Dzięki temu, że pojawiły się oszczędności, dałem się namówić na terakotę na balkonie[2]. Z perspektywy czasu widzę, że pomysł był znakomity. Nie wiedziałem jeszcze ile z powodu tych cholernych kafli zmarnuję czasu, przeleję potu i wypowiem bluźnierstw. No ale nie uprzedzajmy wydarzeń.

Po przejściu przez sklep i zrobieniu zbiorczego zamówienia okazało się, że jest dobrze. Do dokupienia zostały mi baterie do kuchni i łazienki, grzejnik naścienny oraz blaty. Ruszyłem do kasy uiszczać, daję pani zamówienie, pani wbija pozycje ja rzucam do Wojtka 'daj kartę rabatową' i słyszę 'ale ja jej nie mam'. Kurwa mać.

Poprosiłem panią żeby przerwała, bo ja bez rabatu stąd nie wyjdę. 'To kto ma kartę?', wycedziłem przez zaciśnięte zęby. 'Noooo... Jurku ma, zapomniał mi dać'. Na twarz wypełzł mi maniakalny uśmiech, który przeraziłby każdego, kto mnie choć trochę zna. Wojtku nie znał więc nie uciekł. Ale lekko się ode mnie odsunął. Wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem do Jurku, który akurat robił u mnie na obiekcie.
- 'Ej, zią - co jest, kurwa? A konkretnie to gdzie jest?' - zagaiłem niezobowiązująco.
- 'Ale co gdzie jest?' - nie skumał Jurku.
- 'Karta, kurwa mać, gdzie jest?' - odparłem, resztką żelazowej woli powstrzymując cisnące się na usta obraźliwe wyrazy.
- 'Ojej, nie dałem jej Wojtku' - speszył się nieco Jurku.
- 'No przecież widzę. Teraz  musimy wykombinować jak mi ją przekażesz'.
- 'Jadę do was', odparował Jurku i przerwał połączenie.
Nawet nie zdążyłem się zdziwić - przecież ode mnie na Jerozolimskie jest w przysłowiowy kutas drogi a Jurku, o czym wcześniej nie wspomniałem, nie ma samochodu. 'Nic to' pomyślałem, chłopak wie co robi.

Zaczęło się długie czekanie.

[1] Nie powiem wam jak Wojtku ma naprawdę na imię, bo chronię winnych.
[2] Pierwotny plan zakładał pomalowanie balkonu i jebnięcie nań sztucznej trawy. Nie śmiać się, u kumpla ten patent sprawdza się znakomicie.

czwartek, 01 października 2009
Na początku było słowo, tfu... światło

Po wielotygodniowych (ciągnących się miesiącami) bojach z ziomem, który projektował mi mieszkanie, zaczął się klarować taki jego kształt, który mnie satysfakcjonował. Równolegle szukałem ekipy, która mogłaby mi ten bałagan jakoś sensownie, szybko, niedrogo i dobrze ogarnąć. Metodą licznych poleceń i rekomendacji trafił w me ręce telefon do Jurku[1], zadzwoniłem, weszliśmy w kontakt i zaczęliśmy omawiać kwestie zakresu robót. W stronę skrzynki mailowej Jurku mknęły kolejne jpgi, pdfy, txty i excele, w których opisywałem szczegółowo końcowy efekt prac, który będzie mnie satysfakcjonował. Kilkukrotnie spotkaliśmy się na kwadracie i z rysunkami w dłoni tłumaczyłem mu jak ma wyglądać moja wymarzona kwartira. Gdy wydawało się, że wszystko jest obgadane, nastąpił pierwszy zgrzyt. Zgrzycik właściwie i dlatego nie wzbudził moich podejrzeń. Otóż okazało się, że on właściwie to elektryki mi nie będzie robił ale ma takiego zaprzyjaźnionego fachowca z uprawnieniami, z którym współpracuje. I on, ten fachowiec z kwitem, do mnie wpadnie i raz-dwa rozrzuci kable po domu.

Trochę się wkurwiłem, bo po co niby tłumaczyłem mu przez godzinę jak ma wyglądać elektryka? Co to, mój czas jest bezwartościowy? Nic, wybiłem numer do Elektryka, umówiliśmy się na wizję lokalną, pomazał mi ściany ołówkiem, na planie mieszkania postawił tajemnicze znaczki, sprostował kilka moich błędów myśleniowych, sprzedał dwa świetne pomysły i się pożegnaliśmy. Dzień później przysłał wycenę, po tygodniu wbił na miejscówkę, w półtora dnia ją okablował, wystawił fakturę, skasował kasę i pozostawił mnie w stanie ekstazy. No dobra, nie pogipsował po sobie dziur ale od razu mnie lojalnie uprzedził, że on robi w drutach a nie gipsie i nie chce mi robić na odpierdol czegoś, czego robić nie potrafi. Zbudowała mnie jego postawa[2] i z nadzieją patrzyłem w przyszłość. No bo jak wszystkie ekipy takie będą, to normalnie czad i dżezi.

Pomyślałem - 'Tak mnie straszyli tymi fachowcami, że takie z nich chuje niesumienne a tu proszę, rachu-ciachu i po strachu. Warunków dotrzymał, wszystko terminowo, kable prosto i jeszcze cedeka z dokumentacją dał. Będzie dobrze.'

Ależ byłem naiwnym łosiem.

[1] Nie powiem wam jak Jurku ma naprawdę na imię, bo chronię winnych.
[2] Jeżeli ktoś kiedyś będzie potrzebował elektryka z uprawnieniami, to mail do mnie i dam numer.

poniedziałek, 07 września 2009
Bo dobry Bóg zrobił co mógł

Teraz trzeba zawołać fachowca.

Po ośmiu latach mieszkania w Piasecznie doszedłem do wniosku, że wieś jest fajna ale dla tych, którzy lubią wieś. Ja za wodą czystą, trawą zieloną i długimi, męczącymi dojazdami do pracy, kultury, znajomych i przyjaciół jednak nie przepadam. Do Warszawy przeniósłbym się wcześniej ale na przeszkodzie stała moneta. Gdy w mieszku zaczęło robić się grubiej, kupiłem mieszkanie na Pradze.
Do tego kroku nie natchnął mnie film Rezerwat, entuzjastyczne opinie młodych, rzutkich, pięknych i bogatych, którzy zaczęli kolonizować Pragę (zaczynając od owianej złą sławą Ząbkowskiej) czy chęć poczucia klimatu starej Warszawy. Chodziło mi o rzecz banalną - chciałem mieszkać blisko centrum miasta (15-20 minut komunikacją), do pracy dojeżdżać w pół godziny i nie zbankrutować płacąc dyszkę z metra. Prawy brzeg Wisły był zatem naturalnym i logicznym wyborem.
Jako, że osłabiają mnie grodzone osiedla[1], oko moje spoczęło na stojącym luźno, pojedynczym bloku, który góruje nad okolicą niczym Patyk nad Warszawą. Puściłem mimo uszu mrożące krew w żyłach historię o gwałtach, pobiciach, wymuszeniach rozbójniczych i strzelaninach i zawinszowałem sobie kwadrat na Pradze Północ. Co prawda nie dałem rady uniknąć płotu całkowicie ale ogrodzona jest druga strona bloku i trzypoziomowy garaż, czego ze swoich okien nie widzę. Co mnie cieszy.

Z przyczyn, których nie chce mi się tu roztrząsać, prace wykończeniowe zacząłem ładny kęs czasu po kupieniu mieszkania. Kumpel zaoferował mi zrobienie projektu, po kilku tygodniach osiągnęliśmy konsensus co do ostatecznego kształtu wnętrz, wybrałem ekipę, obgadałem z jej wodzem projekt i pełen dobrych przeczuć oraz naiwnej wiary w ludzkość, wpuściłem fachowców na miejscówkę. Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że za miesiąc będę wypalał paczkę fajek dziennie, spał po 4 godziny na dobę, nienawidził ludzi i przeklinał bardziej niż przeklinam, to wyśmiałbym go nikczemnie. No cóż, człowiek uczy się całe życie. Był koniec słonecznego czerwca, czułem euforię i podniecenie na myśl, że wkrótce zamieszkam w mieście i pierwszy tydzień robót upłynął mi pod znakiem naturalnego haju. Nie wiedziałem, że właśnie zaczyna się moja droga krzyżowa, na końcu której będę gotów kłamać, oszukiwać, odmawiać uiszczenia rachunków i życzyć całemu światu nagłego zgonu. Ale nie uprzedzajmy nadchodzących wydarzeń.

[1] Tak, wiem - jak ogrodzone, to cisza, spokój, bezpieczeństwo i brak dewastacji. Cóż poradzę, że mi się takie enklawy kojarzą z wsią ulicówką gdzie kolejne posesje są ogrodzone od pola, sąsiadów i drogi solidnym płotem i gdy zaatakuje cię luźny doberman, to nie ma gdzie spierdalać. A jak już wspomniałem, za wsią nie przepadam.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009
We are the champions - my friends

Wpis o rowerach trafił na jedynkę gazety i na wykop, w wyniku czego rozlał się po kraju. Wylądowałem na 9 miejscu rankingu bloxa, w ciągu trzech dni zanotowałem w sumie 20 tysięcy wejść, zalinkowano mnie na kilku forach i grupach. Gdy wróciłem z urlopu, bitewny pył już opadł i mogłem przeczytać co też ciekawego do powiedzenia na temat, mieli ludzie, którzy ów tekst przeczytali. Śmiałem się długo ale potem zrobiło mi się smutno. Poniżej wybrane teksty z kilku miejsc gdzie wylądowałem. W przypadku niektórych zdobyłem się na krótki komentarz (głównie objaśniający kontekst plus kilka odautorskich), większość zostawiam na żywca, skomentujcie sobie sami.

pl.rec.rowery

- Słabe, głupie ... jak połowa rowerzystów?
- Czy proces zgłaszania nominacji do nagrody Darwina jest już zamknięty? (w kontekście mojego wchodzenia pod pędzące po chodniku rowery)
- Osobiście podoba mi się ten tekst o jeździe środkiem pasa... Może ja już zasługuję na Darwina, ale osobiście uprawiam ten rodzaj "sportu" dzięki czemu nie muszę się martwic o to czy zostanę zepchnięty na krawężnik  przez tira, czy zmieciony jego podmuchem do rowu. Nie ma też gamoni próbujących się wcisnąć "na gazetę"+"może jakoś się uda"... No ale autor bloga wie lepiej, on na pewno 1cm od krawężnika stara się przeżyć i na pewno ma z tym ciekawe doświadczenia związane, skoro sam się przyznaje do jeżdżenia po chodnikach
- Daj spokój, koleś w korku stoi kilometr od świateł, "na czerwonym". Pewnie jak widzi korek to wskakuje na chodnik i tak pogina.
- kolega tak sie rzuca, ze rowerzysci nie czytali pord, a sam "wymija" samochody stojace na czerwonym - doprawdy pocieszne. (pomyliłem wymijanie z omijaniem, co zdyskwalifikowało wszystkie moje wywody)
- Jazda parami. Wszystko zalezy od warunkow, ale tak czy siak nazwalbym to raczej chamstwem a nie skrajnym debilizmem. A czasami i tak kierowca jest zmuszony zmienic pas by wyprzedzic, wiec co mu za roznica ile osob jedzie na pasie obok.
- Co do jazdy bez trzymanki. Znowu nie ma co generalizowac. Ogolnie sie zgadzam, zwlaszcza jak sie jedzie wsrod ludzi. Ale na trasie czasami po prostu trzeba dac odpoczac kregoslupowi i dlonia.

forum.gazeta.pl

- Pisałeś, że idiotyzmem jest jechanie lewym pasem. A czy znasz inny, legalny!!!, sposób aby skręcić w lewo na drodze wielopasowej??? (często się ten 'argument' przewijał, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że w tym kraju idiotów nie ma być może zbyt wielu ale są tak sprytnie rozstawieni, że co krok na nich wpadam)
- Ciekawe,że takie bazgroły, GW eksponuje na pierwszej stronie swojego portalu. W gazetkach kolonijnych dzieci piszą ciekawiej i jaśniej wyrażają swoje myśli. Koleś - kierowca, nie mający nic wspólnego z rowerowaniem podszywa się pod rowerzystę i wypisuje slogany powtarzane przez kierowców. Niestety niektórzy internauci nie zauważyli tego. (mój faworyt)
- Oczywiście net przyjmie wszystko więc i ten strumień myśli - natomiast eksponowanie tego jako głosu świadomego rowerzysty wydaje mi sie, hm... przedwczesne (mój tekst był za długi)

bikeforum.pl

- Jak ja nienawidzę wrzucania wszystkich do jednego wora. (a imię me Legion - twój tekst jest do dupy, bo krzywdząco uogólniasz)
- Koleś dosyć arogancko do wielu spraw podchodzi! ja uważam zę bezpieczniej i sprawniej się przejeżdza niż przechodzi przez pasy!
- http://www.bikeforum.pl/showpost.php?p=133857&postcount=6 (to trzeba przeczytać w całości, koleś albo nie rozumie prostych zdań, albo sili się na humor - w obu przypadkach fail)
- jak zwykle przesada. Nie chce mi sie komentować całości, bo niektóre zarzuty są dość żałosne, zresztą tak jak stwierdzenia, ze wszyscy kierowcy jezdzą jak urodzeni mordercy. Zgadzam sie jedynie co do "nocnych marków" i "chodnikowych ścigantów".

narolkach.pl

http://www.narolkach.pl/component/option,com_fireboard/Itemid,44/func,view/id,21278/catid,9/#21280 (użytkownik slesh jest bardzo wesołym młodzieńcem, polecam cały jego komentarz)

wykop.pl

- http://www.wykop.pl/link/216148/trafna-analiza-rowerzystow#comment-1326157 (Quad był jednym z wielu, którzy zarzucili mi brak badań na poparcie tezy o tym, że 90% cyklistów to idioci. Napisał też o skręcie w lewo z lewego pasa)
- Co do tej znieczulicy, to nie rozumiem, o co burzy się ten pan. Jeżeli on już pomagał tej kobiecie, to po co kolejni przejeżdżający rowerzyści mieliby się zatrzymywać? Żeby zrobić niepotrzebny tłum "pomagaczy" (w późniejszym komciu wytłumaczyłem, że mogę mdleć na widok krwi i wtedy cała moja asysta psu w dupę)
- Dlaczego rowerzysta powinien wyprzedzać samochody stojące na światłach ? Dla własnego bezpieczeństwa, żaden problem jadącego poprawnie rowerzystę wyprzedzić - zresztą nie rozumiem argumentu w stylu "pole position" i "muszą wyprzedzić" (z jednej strony rowerzyści postulują żeby jechać metr od krawędzi, z drugiej twierdzą, że nie problem rowerzystę wyprzedzić, z trzeciej, że kierowcy wcale nie muszą rowerzystów wyprzedzać - kurwa, wstyd się przyznawać, że jest się cyklistą, bo natychmiast tracisz w oczach rozmówcy 60 punktów IQ, 50% zajebistości i 42 punkty atrakcyjności towarzyskiej)
- Żaden normalny kierowca nie rusza ze skrzyżowania z piskiem opon, opuszczając je po czasie 0.1s - z praktyki wiem, że mój czas przejazdu jako rowerzysty przez jest nieznacznie niższy niż samochodu. (zapraszam na Puławską w Piasecznie/Warszawie)
- Odnośnie tej jazdy po pijaku to bym się nie zgodził, wiadomo jak się ma 2 promile to się nie wsiada na dwukołowca, ale żeby w upalny dzień nie mogę sobie po przejechaniu kilkunastu kilometrów zatrzymać się gdzieś w barze na schłodzonego browarka to już jest chore (wielu rowerzystów nie rozróżnia stanu 'po pijaku' od stanu 'po jednym zimnym browarze')
- Co za agresja! Widać, że łysy
- momentami lepiej jechac caly czas srodkiem jezdni, niz co chwile cos omijac... druga kwestia przy kilku pasach ruchu, sprobujcie zmienic pas, jak nie bedziecie jechac srodkiem swojego pasa ruchu
- wielokrotnie jechalem bez trzymanki, i jakos nie widze powodu dla ktorego mialbym przestac to robic, kwestia KIEDY sie tak jezdzi
- sam jezdzil po pijaku, a jak jechal, to nie widzial w tym problemu; jak Kali krasc to dobrze, jak Kalemu to zle
- sam nieraz szorowalem asfalt po upadku, i powiem jedno, osoby ktore to widziala z boku byly przerazone, a ja wsiadalem z powrotem na rower i jechalem dalej
- kiedy to straszne "gnoje i gnidy" nie zatrzymały się pomóc tej biednej dziewczynie i wybawić ją z opresji mam pytanie: a po co? Jakoś sobie nie przypominam, by jakiekolwiek złamania lub obtarcia bolały odwrotnie proporcjonalnie do liczby ludzi jaka tłoczy się nad głową poszkodowanego
- Nic mnie bardziej nie wkurwia niż pisanie bloga tonem specjalisty i wszystkowiedzącego. Chyba jak ktoś już komuś pomaga to po co ja się mam jeszcze wpierdalać ze swoim "jak dobrze czujesz". Do prawie każdego punktu się można przyczepić ale oczywiście autor wszystko wie najlepiej a nam niech zgniją flaki. Kretyn.
- Człowiek który to pisał wrzuca wszystkich do jednego wora - nienawidzę tego. Styl i bluzgi jakie lecą w artykule powodują u mnie raczej niesmak do autora, który wydawać by się mogło - wie wszystko najlepiej. Resztę pozostawię bez komentarza
- Autor dokonał wiekopomnego odkrycia że na drogach obowiązuje łańcuch pokarmowy na którego szczycie stoją ci którzy dysponują pojazdami o największej masie
- Koleś ma rację, jednak nie podoba mi się jego styl
- W końcu gdy trafi na normalnego mężczyznę będzie oglądał zęby na chodniku (to o moim wchodzeniu pod pędzące po chodniku rowery)
- kolejny radykalny pseudointelgent ktory mysli ze jest zabawny, idealnie pasuje na wykop
- Ogólnie zgoda, ale z tym oświetleniem to ciężka sprawa. Taki odblask waży pewnie z 50g razy 2 to już 100g zbędnej wagi. Ja tam sobie nie mogę na taki luksus pozwolić tym bardziej że mam jeszcze 500 do zrzucenia z roweru ;) Rowerek poniżej 10kg wymaga poświęceń:P (naiwnie zakładam, że to żart)
- Według mnie autor bardzo generalizuje
- Po części może tekst prawdziwy, ale kiepski (taka lepsza wersja tekstu 'fajne, tyle że chujowe')
- Co Wy wykopaliście? Kolejne narzekania... Lubicie to czy co? Artykuł sianie mitów poprzez narzekania...
- Co to za człowiek, co napisał ten artykuł? "Łysy grubas" - jak sam się opisał? Samotny, czy co?
- Jak dla mnie tekst żałosny- kosz.
- lubię jeździć bez trzymanki nie dla tego by poszpanować przed dziewczynami(tu są inne sposoby by na rowerze poszpanować, np. jedna noga na siodełku a druga na kierownicy i jedziesz ;) ale dla tego że można się wyprostować, może odpocząć kręgosłup, można rozluźnić nadgarstki(jeden miałem połamany) i ogólnie lżej się jedzie. a co powiesz o pieszych, rowerzyści na ścieżkach normalnie jeżdżą, i zazwyczaj jeżdżą po ścieżkach a nie chodniku, czyli w miejscu przeznaczonym dla nich, a nie jak k**a piesi, zapieprzają po ścieżce rowerowej, a jeszcze się buntują jak się ich blisko wyminie, wrzaśnie na nich, czy nawet zadzwoni dzwonkiem rowerowym. całego tekstu mi się nie chce czytać
- Co do jazdy bez trzymanki to zgadzam się - nieraz po kilkudziesięciu kilometrach dziur nadgarstki zaczynają doskwierać, więc gdy wiem że droga wolna a dziurawa, to puszczam kierownicę i rower sam jedzie, ew. chwytając za kierownicę gdy pojawia się jakiś większy uszczerbek w jezdni. Na normalnym łatanym asfalcie dobrze trzyma kierunek i spokojnie można przejechać kilka kilometrów z wolnymi rękoma.
- mam dziwne wrazenie ze autor tego tekstu na oczy roweru nie widzial. nie wiem skad taka negatywna ocena , pewnie kiedys jakis rowerzysta wydymal go bez masla i tak sie wkurzyl i splodzil taki beznadziejny tekst
- Tekst pretensjonalny i przesycony malkontentyzmem. Samo narzekanie na wszystko i wszystkich. Jakbym codziennie miał czytać takiego pokroju teksty to bym stwierdził że cały świat jest bezmózgowiem, a jedynymi myślącymi istotami są autorzy takich artykułów.

radkowiecki.blox.pl

Oh, wait.

Miałem to jakoś zbiorczo podsumować ale mi się odechciało. Miłe jest to, że sporo osób odczytało mój tekst tak, jak sobie tego bym życzył. Mam cichą nadzieję, że pod jego wpływem zmienią kilka nawyków i na rowerach będzie się nam pocinać sympatyczniej, w atmosferze przyjaźni, radości i wzajemnego zrozumienia.
A tymczasem, w innym zakątku Ziemi - moje terenowe badania stanu oświetlenia rowerów po zmierzchu czynione podczas późnych przejazdów miejskich pokazują, że jakiekolwiek lampki ma średnio 20% cyklistów. W pytę.

środa, 12 sierpnia 2009
Lęk i odraza w Las Vegas - Hunter S. Thompson

Premiera. Będzie to pierwszy tekst jaki kiedykolwiek napisałem pod wpływem różnych środków psychoaktywnych. Z premedytacją i świadomie. Środki to piwo aczkolwiek jeżeli pod koniec utracę spójność wywodu, oznaczać to będzie, że sobie lekko dobawiłem wziewnie. Błędów nie wytykajcie.

Goszczący tu tłumacz, prawdopodobnie chcący zachować anonimowość, przetłumaczył na rodzimy książkę, której po filmie wyczekiwałem jak kania. Po latach owszem, dostałem ale niestety wydawca zarzucił rynek jakimś nikczemnym nakładem w wyniku czego Lęku nawet na alegro nie byłem w stanie utrafić. Za to utrafiłem zupełnym przypadkiem dzisiaj, na półce księgarnianej. Jako, że mam urlop, o 1500 zasiadłem w knajpie, zamówiłem duże piwo (w sensie litra a nie pół) i począłem kończyć ledwo zaczętego Careya (Mój własny diabeł). Lekko mroczna, chandlerowska duchem opowieść o egzorcyście, którą polecam. Skończyłem ją czytać w okolicach początku trzeciego dużego (albo szybko czytam, albo wolno piję). W lokalu spodobało mi się na tyle, że po zakończonej zacząłem następną. Tytułową. I piwa dokupiłem. No i kurwa zrobiłem sobie dobrze.

Uwaga na marginesie. Czytanie Lęku na trzeźwo ma taki sam sens jak picie ciepłej wódki. Niby smakuje ale... Porównanie mi chyba nie wyszło. No moim zdaniem trzeba to czytać na spawie. W moim przypadku alkoholowym, lepszy pewnie byłby inhalator.

Tutaj, celem nadęcia objętości, miał być ściągnięty z posłowia i z wiki kawałek o gonzo, kontrkulturze i innych mądrych rzeczach ale doszedłem do wniosku, że w stanie w jakim się znajduję, kopypasta mogłaby się nie udać i przeczytalibyście kawałek o langustach jedzących dżem. Więc nie będzie o gonzo i o kontrkulturze. Wszystko wskazuje na to, że będzie to średnio udany strumień świadomości skatalizowany lekturą. Jak nie będzie strumienia to przepraszam.

Fabuła jest taka, że dwóch ziomów jedzie do Las Vegas żeby napisać artykuł o jakichś złowoniaszczych wyścigach motocyklowych na pustyni. Walić fabułę. Cała książka to jakiś chory trip zafundowany niczego nie spodziewającemu się czytelnikowi. Thompson i Gonzo ładują dragami tył cadillaca i pociskają do stolicy hazardu. Ładują narkotyk garściami a ich kolejne jazdy świetnie zgrywały się z kuflami mojego piwa. Aczkolwiek uważam, że w przypadku tej książki powinna być taka możliwość, że zaczynam ją czytać od ósmego-dziesiątego piwa a kończę na trzecim. Bo pierwsza część jest tak pojebana, że nie próbujcie dotykać tego na trzeźwo. Znaczy pewnie się da ale po chuj, tak się zapytam?

Jak już napomknąłem kolesie walą dragi, widzą nietoperze, jaszczury i inne rzeczy, potem jest eter, koka, znowu meskalina, jakieś pixy, znowu meskalina i jeszcze więcej rzeczy, których nazw nie pamiętam. Sączyłem kolejne browary i dawałem się porwać opowieści. Dalej czuję się porwany ale za to nie czuję nóg i końcówek palców. Nie pamiętam kiedy ostatnio książka zafundowała mi taką jazdę bez trzymanki w otchłań szaleństwa. Do tego tak sugestywną jazdę.

Gówno wyszło ze strumienia, ręce mnie mrowią coraz bardziej, pisać bym chciał ale się nie klei więc może podsumuję ten jakże krótki jak na mnie, mętny wywód. Kupować, czytać, pożyczać żeby czytali. Mocarny literacki kop w łeb. Pod koniec lektury i browara chcieli mi chyba dać do zrozumienia żebym spierdalał, bo co prawda trochę tutaj monalizy drobnej zostawiłeś ale twoje dzikie kwiki (ze śmiechu) płoszą gości. No to dokończyłem kwicząc i wyszedłem. Czytać. Po środkach.

Ten Thompson to był ktoś, ten Thompson.

A teraz odpalam piwo i wracam do ponownej lektury.

wtorek, 28 lipca 2009
I want to ride my bicycle

Bajsikl, baaajsikl... Wiem, że moje pisanie o szalonych kierowcach, którzy od wielu lat na mnie polują jest nudne i nikt już tego nie chce czytać. Dlatego dzisiaj, albo jutro, w końcu nie wiemy kiedy to pójdzie, napiszę o moich braciach w niedoli - cyklistach.
Proszę państwa, w większości to są bezmyślne chamy.
Tu mógłbym zakończyć ale jako analityk nie mogę rzucać wniosku bez uzasadnienia, bo źle bym się z tym czuł. Temat wzbierał i nabrzmiewał od kilku lat ale ostatnie trzy tygodnie intensywnego roweringu pozwoliły mi zaobserwować taki zestaw debilnych zachowań, że grzechem byłoby nie zrobić listy. Kolejność przypadkowa ale starałem się uszeregować dziwne akcje od najbardziej hardkorowych do lajcików. Co mi się nie udało ale nie chce mi się przeklejać akapitów.

1. Kodeks obsysa. Tak na oko 90% rowerzystów nie ma bladego pojęcia o przepisach ruchu drogowego. I nie mówię tu o przejeżdżaniu na rowerze przez przejście dla pieszych, bo przepis ten jest archaiczny i moim zdaniem zbędny. Wystarczyłoby wpisać w kodeksie obowiązek zwolnienia przed wjazdem na przejście. Nie, no co ja bredzę - przecież rowerzyści kodeksu w życiu na oczy nie widzieli więc przepis i tak byłby martwy. Poza tym każdy rozsądny cyklista, który co nieco widział i przeżył, na przejście wjeżdża w tempie pieszego i raczej nie jedzie prawą krawędzią, bo można wtedy obskoczyć od kierowców, którzy prawoskręt na zielonej strzałce widzą tak: kierownica w prawo i gaz do dechy. Niech się martwią piesi.

2. Są nas bezmózgie miliony. Dobra, pobrnąłem w dygresję więc zacznę jeszcze raz. Większość rowerzystów na drodze jest gorsza od stonki, dżumy i przemarszu rosyjskich wojsk. Jazda środkiem pasa, wymijanie stojących na czerwonym świetle samochodów[1], jazda zygzakiem (i nie chodzi mi o mijanie studzienek), jazda lewym pasem (niepojęte dla mnie), jazda prawym pasem podczas gdy obok jest pobocze, zmiana pasów bez oglądania się za siebie, włączanie się do ruchu na rympał (bo przecież jestem wąski i mogę sobie skręcać w prawo kiedy zechcę - wozy na pewno mnie miną). Z drobniejszych przewin wymieniłbym niesygnalizowanie skrętu, swobodne przeskakiwanie między ulicą i chodnikiem, bez oglądania się na pieszych i samochody czy jazda dwóch albo więcej rowerzystów obok siebie (skrajny debilizm).

3. Paint it black. Specjalny punkt przeznaczyłem dla Mrocznych Rycerzy. Opaska odblaskowa kosztuje jakieś 3 złote. Migające światełka wraz z kompletem baterii jakieś 20 złotych sztuka. Odblaski w niektórych sklepach rowerowych rozdają za darmo, trzeba je sobie tylko przykręcić. A ci debile jeżdżą nieoświetleni. Dzisiaj prawie zaliczyłem bonusa, bo starszy pan na idealnie niewidocznym junku postanowił sobie zjechać na ulicę. Z lewego chodnika walnął śmiało na prawy pas, nie oglądając się za siebie. Kierowca, nawet jadący przepisowe 50 km/h nie miałby żadnych szans na uniknięcie dzwona. Skąd wiem? Bo ja jechałem jakieś 20 na godzinę i ledwo dziadka minąłem. Tak na lakier. Zwróciłem mu uwagę, że warto byłoby zainstalować jakieś światła i na przyszłość rozejrzeć się przed takim zjazdem. Nie zareagował na moje chamskie zaczepki i pojechał dalej.
Ktoś ma pomysł dlaczego ludzie nie chcą zainwestować pięciu dyszek w bezpieczeństwo? Poważnie, zdrowie albo życie nie jest tyle dla nich warte? Mój postulat - jeżeli na rowerze nie ma pół światła, odblasku czy czegokolwiek co zwiększałoby widoczność rowerzysty na drodze, policja powinna takich pajaców zatrzymywać i walić mandaty. Szybko by się okazało, że pięć dyszek to nie tak dużo. A za recydywę można rekwirować rower.
I co mnie najbardziej szokuje - maszynka na oko za trzy, cztery klocki, na siodełku właściciel wyglądający na inteligentnego pracownika umysłowego a wszystko razem to jedna, wielka czarna dziura. Oprócz firmowych odblasków nic. Nul. Zero. Z empatycznym bólem serca mogę zrozumieć, że ten starszy pan nie miał pieniędzy na światełka, dlatego mówiłem do niego spokojnie, kojąco i grzecznie (nie żartuję). Ale tych nowobogackich ciulów chyba stać na wydanie stówki na kosmiczne światła widoczne z odległości kilometra? Dlaczego sobie ich nie kupili? Kolejny temat na pracę z socjologii albo psychologii. Chociaż w ich przypadku to chyba psychopatologia jest raczej.

4. Mam rower - nie muszę myśleć. Niedouczenie i brak oświetlenia można w jakiś sposób zniwelować odrobiną wyobraźni i umiejętnością dostrzegania związków przyczynowo-skutkowych. Niestety, jakoś tak około połowy rowerzystów to bezmyślne bezmózgowia. Naprawdę nie trzeba kończyć klasy mat-fiz żeby wiedzieć, że samochód nie jest w stanie zatrzymać się w miejscu i istnieje coś takiego jak droga hamowania. Dla niektórych to za trudne. Z innej beczki - kierowca ma jakieś 0,1 sekundy na reakcję gdy gwałtownie odbijasz tuż przed nim w bok - czasami jadąc ulicą warto byłoby zatem na nią patrzeć, bo wszyscy wiemy jaki jest stan dróg w Polsce. Obserwacja umożliwia wyminięcie przeszkody szerokim i długim łukiem. No ale jak się gada przez komórkę albo gapi na boki, to czasami studzienkę dostrzega się w ostatniej chwili. Co jest przykre.

5. Jazda bez trzymanki. Za coś takiego rekwirowałbym rower z automatu. Bez trzymania to można sobie jeździć pod blokiem albo w cyrku. Niestety, przygłupów którzy robią to na ulicy bądż na chodniku obserwuję coraz więcej. I nie są to wyłącznie młodzi ludzie chcący zaszpanować przed dziewczynami. Trzydziestolatek jadący bez trzymania powinien pójść do lekarza i przeszczepić sobie z pół kilograma mózgu.

6. Who's the king babe! Zachowanie rowerzystów na ścieżkach. Woła. O. Pomstę. Do. Nieba. Wolna amerykanka, brak wyobraźni, dzicz i zezwierzęcenie. Większości rowerzystów na ścieżkach nie obowiązują żadne przepisy, nie trzeba myśleć, nie trzeba przepuszczać pieszych na przejściach, nie trzeba włączać świateł, nawet jeżeli się je ma. Można jeździć falangą macedońską, można zatrzymać się, postawić rower w poprzek ścieżki i pogadać przez komórę. Nie ma obowiązku jazdy prawą stroną, slalom jest fajny, luzacki i stylowy. Jak się pan rowerzysta zmęczy, to można prowadzić rower po ścieżce, nawet jeżeli obok jest chodnik. I oczywiście należy reagować nerwowo albo agresywnie na zbliżających się z tyłu innych rowerzystów, którzy dzwonkiem bądź okrzykiem ostrzegają, że będą wyprzedzać. Na ścieżce rowerowej można wszystko, zakazany jest tylko zdrowy rozsądek, myślenie i kultura.

7. Pieszy wrogiem twym. Dawno temu piesi na ścieżce mnie irytowali. Po dwóch latach jazdy zdałem sobie sprawę, że większość pieszych po ścieżce idzie nie dlatego, że nienawidzą rowerzystów i chcą im zrobić na złość. Zazwyczaj jest to efekt zagapienia, zmęczenia, roztargnienia albo wygody. Normalny człowiek zwalnia, z bezpiecznej odległości mówi głośno 'przepraszam', wymija pieszych z uśmiechem a gdy słyszy 'przepraszam, nie zauważyłem, że to ścieżka', uśmiecha się szerzej i mówi 'nie ma problemu' albo 'spoko, zbliżałem się czujnie i powoli'. Oczywiście jest to oznaka spedalenia i mięczakowości. Pieszego na ścieżce należy zjebać jak psa, zwłaszcza gdy jest mniejszy lub słabszy od nas. Niezłym celem są umęczone kobiety z siatami, starsi ludzie i matki z wózkami. Dresiarze i postawni faceci na ścieżce mogą czuć się swobodnie, bo przeciętny rowerzysta jest odważny w granicach rozsądku.

8. Moja racja jest najmojsza. Nieważne co zrobił rowerzysta, zawsze jest to wina innych: kierowcy, pieszego, psa, dziecka albo rolkarza. Pan na rowerze wie wszystko najlepiej, kierowcy to debile (można kopnąć ich w maskę albo urwać lusterko z buta), piesi są nieuważni, psy ganiają bez smyczy, dzieci wkurzają, bo sa nieobliczalne a rolkarze to tacy gorsi cykliści. Gorsi, bo snują się powoli i zajmują niepotrzebnie miejsce na ścieżce. Na dodatek nosi ich na obie strony. Za to my to jeżdżące ideały.

9. Rowerzysta na chodniku. Mało który rowerzysta wie, że na chodniku jesteśmy w gościach i w związku z tym powinniśmy zachować na nim wzmożoną uwagę. Z tym, że niekoniecznie. 30 km/h, szał w oku i dziki slalom między przechodniami. Hamowanie by pieszych przepuścić, to oznaka słabości, przecież jedziemy tak szybko, że na pewno zdążymy przejechać przed nimi. Gorzej, że czasami się to nie udaje i rowerzysta w pieszego wjeżdża. Za każdym razem jest to oczywiście wina tego powolnego zawalidrogi. I tu zdradzę wstydliwą tajemnicę - gdy widzę takiego artystę pędzącego z naprzeciwka, jako pieszy zawsze idę na konfrontację. Nawet jeżeli na rowerze pociska wielki jak góra ziom z siłki. Bo wychodzę z założenia, że jak przydzwoni we mnie, to może dzięki temu nie przydzwoni za rok w wózek z półrocznym dzieckiem. Ja zderzenie w rowerzystą okupię kontuzją, dziecko może nie dać rady. Przez moje nieodpowiedzialne zachowanie, wdałem się już w kilka pyskówek, dzięki czemu wyoptmowałem sobie tekst, działający w moim przypadku na wszystkich szybkopędzących. Notujcie.
'Stary, pojebało cię? Chcesz kogoś zabić tym makrokeszem? Znasz jakiekolwiek przepisy? Masz mózg? Zwolnij, zacznij myśleć i spierdalaj, bo nie mam ochoty na awanturkę towarzyską.' Gdy mam fazę erudycyjną, zdarza mi się dodawać ornamentów. Gdy jestem w nastroju 'idź stąd', ograniczam się z reguły do formy skróconej: 'Pojebało cię, chcesz kogoś zabić? Spierdalaj.'
Sprawdzone, działa.
A ja zacząłem po chodniku jeździć ze wzmożoną czujnością po dwóch akcjach. Raz, wyrypanym okrutnie po pracy będąc, snułem się powolnie z buta do domu, nie zauważyłem ścieżki i władowałem się rowerzyście prawie pod koła. Przeprosiłem, powiedziałem, że się zamyśliłem, obaj się uśmiechnęliśmy i każdy udał się w swoją stronę. Za drugim razem to ja byłem rowerzystą - wjechałem znienacka w szkło na chodniku i zamiast się od razu zatrzymać, zacząłem spoglądać na tylne koło, czy sobie opony nie ściachałem. Pół sekundy później wjechałem między nogi kolesia, który walczył ze smyczą, w którą owinął go jego pies. Żaden z nas nie widział tego drugiego więc jak na komendę obaj zaczęliśmy przepraszać się nawzajem a chwilę potem wpadliśmy w panikę, bo stworzyliśmy bezwiednie taką grupę Laokoona, jakiej w życiu nie widzieliście. Łysy typ na rowerze zaparkowanym między nogami kolesiowca, który coraz beznadziejniej plącze się ze smyczą. Pies rasy duży kudłaty zwęszył zabawę, obiegł rower dokoła i zablokował ową smycz między kołem a błotnikiem. Gość cierpi, ja próbuję się nie wywalić, pies się świetnie bawi. Wymotanie się z tej intymnej nieomal konfiguracji zajęło nam z 15 sekund, po czym obaj zaczęliśmy się tłumaczyć, przepraszać i dopytywać czy z tym drugim wszystko w porządku. Wszystko było w porządku, przeprosiliśmy się po raz dziesiąty, grzecznie pożegnali i każdy udał się w swoją stronę. Od tamtej pory mam oczy dokoła głowy, bo wiem, że wtedy to była moja wina. I gdyby gość był trochę niższy, styrałbym mu jądra kołem. Not cool.

10. Mam wyjebane. Dwa razy leciałem twarzą w przód przez kierownicę. Raz przez nieuwagę i niezdecydowanie kierowcy. Raz przez własne nieogarnięcie. Rozumiem, że zakrwawiony, kurwiący pod niebiosa łysy grubas nie jest kimś, do kogo się podchodzi by nieść pomoc. Ale wystarczy z daleka krzyknąć czy wszystko w porządku i już czuję się lepiej. Niestety, lepiej to jest się odwrócić w drugą stronę, ominąć mnie i udawać, że nic się nie widzi.
Raz byłem świadkiem półprzelotu przez kierownicę. Dziewczynie coś się pomotało i poszła czołgiem o glebę. Zawróciłem, pozbierałem jej rower, spytałem się czy wszystko w porządku, pomogłem się jej podnieść, jeszcze raz spytałem czy wszystko w porządku, poprawiłem pytaniem, czy nie uderzyła się w głowe, ponowiłem pytanie o samopoczucie, by na koniec zapytać czy nie potrzebuje pomocy i czy nie odprowadzić jej na pogotowie (wiem jak niefajne jest przytarcie o asfalt gołymi dłońmi i kolanami). Jak już doszliśmy do porozumienia, że jest w porządku i że może jechać dalej, z dużymi oporami pozwoliłem jej się oddalić. W tym czasie minęło nas kilku rowerzystów i jakoś żaden nie zainteresował się co jest nie tak z wynuraną kobietą. Do dzisiaj uważam, że dałem dupy, bo nie powinienem pozwolić jej odjechać. No ale byłem w niezłym szoku, bo dziewczyna wykonała naprawdę koszmarny przelot i nie myślałem jasno. Niezszokowani rowerzyści mieli wszystko w dupie. Oby wam flaki zgniły i wypłynęły dupą, wy gnoje.

11. Kto nie pije, ten z Policji. Nie jestem święty, zdarzyło mi się dwa razy wracać rowerem do domu po sporej dawce alkoholu. Wstydzę się tego, bo wiem, że to była jedna z najbardziej idiotycznych rzeczy jakie zrobiłem w życiu i przy odrobinie pecha mogłem unieszczęśliwić wiele osób. Często obracam te akcje w głowie i zastanawiam się w których spodniach zostawiłem wtedy mózg. Nie rozumiem ludzi, którzy w jeździe po pijaku nie widzą niczego zdrożnego, ba, robią z tego jakiś wyczyn. No ale to już nie moja historia.

Na koniec trochę emo niezwiązanego z bucerą. Mamy mało ścieżek rowerowych. Na drodze traktują nas jak intruzów. Na chodniku patrzą na nas koso. Przed dużymi gmachami użyteczności publicznej nie ma stojaków na rowery a gdy próbujesz przypiąć go w środku, ochroniarz grzecznie cię prosi abyś pospierdalał. Koleiny na drodze, wysokie krawężniki na zjazdach z chodnika, strome schody zamiast podjazdów i ściężki z kostki Bauma (najgorsze i wcale nie najtańsze rozwiązanie), które kończą się nagle albo na środku ktoś stawia słupek (Ursynów). Studzienki kanalizacyjne, korzenie drzew wysadzające kostkę, parkujące na ścieżkach samochody. Złe oznakowanie ścieżek, proste błędy projektowe i olewanie uchwały władz Warszawy o budowie ścieżek przez ZDM. Buduje się bezmyślnie, drogo i niebezpiecznie. Jesteśmy traktowani przez włodarzy miasta jak marudni ekscentrycy i kłopotliwi petenci, bo w głowach wygarniturowanych kolesi z samochodami nie postaje myśl, że na rowerze można dojeżdżać do pracy a nie tylko oddawać się rekreacji.
Zamiast wypisywać listę żali, mógłbym w sumie zacytować byłego rzecznika prasowego ZDM, pana Marka Wosia, który jakoś tak w 2005 podsumował nasze mędzenie: 'Warszawa to nie wieś, żeby po niej rowerem jeździć'. Maksymą Gorkiego popisał się również były prezydent Warszawy, Lech Kaczyński. Z okazji Europejskiego Dnia bez Samochodu błysnął tekstem 'Nie przesadzajmy z budową ścieżek rowerowych'. Była wiceprezydent, Dorota Safjan, na żale dotyczące schodów na ścieżce pod Rondem Zesłańców Syberyjskich, odparła 'Jesteście młodzi, możecie 10 metrów znieść rower'. Były wice Urbański - 'Dopóki ja tutaj będę wiceprezydentem, ścieżka na Wale Miedzeszyńskim nie powstanie!'. Domaradzki, autor projektu remontu Krakowskiego Przedmieścia: 'Rower na wydzielonej ścieżce jest dość niebezpieczny dla przechodniów - nadjeżdża szybko i nie pozwala swobodnie spacerować[2]'. Białek, dyrektor ZOM, na temat przygotowań do zimy: 'Ścieżki będą czyszczone sporadycznie więc zachęcam do saneczkarstwa'. I wiele, wiele innych złotych myśli, z których bije zaściankowość, wąskie horyzonty myślowe, kompleks dorobkiewicza i zwykła głupota. Ale ja wierzę, że nawet w tym kraju gówna, trawa kiedyś zamieni się w mleko.

I zupełnie na koniec dykteryjka portowa. W sobotę odbył się w Muzeum Powstania Warszawskiego koncert. Pojechałem rowerem. Nie pozwolono mi z nim wejść, co od biedy rozumiem, bo względy bezpieczeństwa. Ale czy takim dużym problemem było ustawienie kilku przenośnych stojaków przy ochronie, gdzie mógłbym sobie przypiąć bicykla bez obawy, że się komuś spodoba i go sobie weźmie? Znowu pokazano mi, że moje miejsce jest na wsi i lepiej bym zrobił gdybym na imprezę przyturlał się samochodem. Koncert, wraz z pokaźną grupą podobnych mi naiwniaków na rowerach, obejrzałem sobie zza ogrodzenia. Które na szczęście było niskie więc widziałem kawałek sceny i dwa reflektory. Dobranoc Państwu. Jutro do pracy znowu jadę rowerem, bo ja tak łatwo nie pękam.

[1] Ma to sens jeżeli widzimy, że za światłami też jest korek. Debilizmem jest wymijanie samochodów jeżeli za światłami jest jasna, długa i pusta prosta, bo zmusza się w ten sposób kierowców by wyprzedzali cię jeszcze raz. Na następnych światłach historia się powtarza, rowerzysta blokuje pole position, zielone i kierowcy znowu go muszą wyprzedzać. I znowu. I znowu. Dziwicie się, że gdy kierowca widzi rowerzystę dostaje szału? Ja po 10 takich akcjach bym się odzenował.
[2] Czy tylko ja po tym tekście umarłem ze śmiechu?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14