To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
wtorek, 26 stycznia 2010
Kocham cię jak Ursynów

Wylicytowałem na allegro po bandyckiej taniości książkę 'Jak brednie podbiły świat' (Francis Wheen, polecam). Odbiór osobisty na Ursynowie, ulica Alternatywy. I pojechałem, uprzednio sprawdziwszy na mapie gdzie jest ta kultowa miejscówka. A potem mi się okrutnie popieprzyło. I stwierdziłem, że:
- to tak żałosne, że aż śmieszne
- ostatnia notka o dupie Maryni była dawno temu
- sam z siebie darłem łacha jeszcze dawniej temu (chyba przy okazji gotowania palca z zastrzałem)
No to wam opiszę detalicznie co i jak mi się popieprzyło, jak doznałem odmrożeń, hipotermii, jak zabłądziłem i w ogóle. Aha, pod tekstem jest mapka, otwórzcie ją sobie w oddzielnym oknie i wbijajcie ze mną w paszczę nieudolności, mchu po południowej stronie drzewa i zabawnych pomyłek.

Jak wspomniałem, obadałem gdzie jest ulica Alternatywy i uzbrojony w wiedzę wysiadłem na rondzie przy Realu (niebieski krzyżyk w lewym dolnym rogu). Poszedłem kawałek Płaskowickiej (za chwilę o tym dlaczego akurat tam) a jak mi się chodnik skończył to zawróciłem i stwierdziłem, że zajdę z drugiej strony, bo tu pewnie wbitki nie ma. Otóż wystawcież sobie, że pamiętałem o tym, że Alternatywy są między Pileckiego a Płaskowickiej. Tylko mi się strony popierdoliły. Numer 1 to początek mojej epickiej przygody. Zanim doszedłem do numeru 2, miałem dumkę, żeby się w przecznicę wbić ale przecznica (Makolągwy) pytowała na maksa bo nie posiadała chodnika. Cofnąłem się bo nagle zacząłem mieć wątpliwości. Nabiłem numer do sprzedawcy:
'Panie Radku, stanie pan na Pileckiego, tyłem do Puławskiej, pójdzie kawałek prosto i skręci w lewo nagle. To blisko jest Centrum Onkologii'. Jak widzicie sprzedawca pomylił Pileckiego z Płaskowickiej (albo ja coś źle usłyszałem), początkując tym ciąg zabawnych nieporozumień.

Jestem typem dosyć topornym i stwierdziłem, że może by obadać jednak Płaskowicką. Cofnąłem się do punktu 3, po czym okazało się, że TU KURWA NIE MA CHODNIKA! Znaczy może był ale go zawiało. Zwątpiłem w ród ludzki i służby odśnieżania, przeczłapałem z powrotem do przystanku (litera B) i stwierdziłem, że wbijam tam gdzie wydawało mi się, że widziałem Alternatywy na planie. Aha, w okolicach litery U prawie poczułem twarz z powrotem, bo wieczór był mrok, ziąb, chujnia sukinkot, choć suchy. No dobra, chuja tam suchy, wilgotność 90% i porywisty wiatr, pierwszy raz tej zimy poczułem zimno. Przy literze S (albo numerze 4) wysiadłem, kupiłem paczkę papierosów (nawet nie wiecie jakie to mądre w swej głupocie było), przeszedłem na drugą stronę Ciszewskiego i zacząłem szukać człowieka, który upewniłby mnie w moim przekonaniu. Napatoczył się miły pan biegacz (na jego widok jądra wróciły do moszny, po czym powędrowały do cieplejszych regionów w okolicach migdałków - tak skubany był na letniaka ubrany). Miły pan stwierdził 'kurwa, wie pan, nie mam pewności ale wydaje mi się, że byłem tam niedawno na spacerze i jest to tam' - machnął ręką, wskazując w stronę Puławskiej (za lewą krawędzią mapy). I byłem w domu, bo mi się też wydawało, że to tam.

Dochodząc do numeru 5 miałem coraz gorsze przeczucia. Niska zabudowa a gość mieszka pod numerem w okolicach dwusetki. I do tego wszystko pogrodzone jak kmiece chaty na wichurze. Numer 5 wyznacza kolejnego miłego pana, tym razem z psem i bez łódki, który uświadomił mnie, że tutaj to raczej ptasie ulice a Alternatywy to zdaje mu się, że tam - tu wskazał w kierunku, z którego przyszedłem. Przekląłem głośno, wykurwiłem pierwszego z serii kujawiaka w zaspę i wróciłem do punktu wyjścia.

W okolicach numeru 6 zdałem sobie sprawę z tego, że ten akurat nejberhud znam bardzo dobrze, bo mieszka tu mój ziom, jeszcze z czasów pracy dla okurwieńców z pewnego azjatyckiego kraju. I przypomniałem sobie, że za pierwszym razem bloku Andrzeja szukałem pół godziny i prawie się rozpłakałem ale jako żywo Alternatywy nie pamiętam.

Tutaj drobny przerywnik dla tych, którzy mieli szczęście i nigdy nie musieli szukać adresu w kwadracie wyznaczonym ulicami Ciszewskiego, Dereniową, Gandhi i Pileckiego. Otóż tam każdy blok jest na innej ulicy. Dereniowa, Miklaszewskiego, Dybowskiego, Amundsena, Pileckiego - co sobie tylko zażyczycie. A numeracja to temat na dłuższą rozprawkę.

Wbiłem w to psychodeliczne osiedle a malunki na załączonej mapce nawet w połowie nie oddają tego, co ja tam przeżyłem. Po kwadransie, wycieńczony i odwodniony dopadłem jakąś staruszkę, która na pytanie o Alternatywy, wskazała budynek oddalony o jakieś 50 metrów i powiedziała, że tam jest numer 4 a innych muszę sobie poszukać. Oblazłem to wszystko w kółko i nichuja. Nabiłem po raz kolejny numer sprzedawcy: 'Stoję przy Alternatywy 4 i nie wiem co dalej'. 'Panie Radek, pan pójdzie prosto, dojdzie do rondka, skręci w prawo, przejdzie jakieś 100 metrów i po lewej będzie mój blok'. Problem był taki, że w zasięgu wzroku nie miałem żadnego rondka. Postanowiłem dokładniej obadać Alternatywy 4. 15 sekund później zacząłem płakać z bezsilności. To nie były Alternatywy 4 tylko Amundsena 4. Dałem sobie ostatnią szansę na wyjście z twarzą z tej porażki intelektualnej - postanowiłem ciężko skopać kolejną zaspę. Odpaliłem następnego fajka i poczłapałem zrezygnowany na skos, między nowe bloki żywiąc słabą nadzieję, że może to będzie to. Niestety, Nowa Estetyka Warszawska narzuca taki paradygmat: wysokie ogrodzenie, najlepiej pod napięciem i zero tabliczki z nazwą ulicy i numerem bloku. Kto nie wierzy niech się kopnie w okolice numeru 7, gdzie próbowałem okrążyć ogrodzony blok ale utknąłem w zaspie i po raz kolejny zacząłem szlochać bezgłośnie.

Już zrezygnować chciałem, miałem tego dość ale postanowiłem dać ostatnią szansę miejscowym. I pod numerem 7 spotkałem miłą panią, która wiedziała gdzie jest Alternatywy. Pan przejdzie tu na skos do stacji benzynowej i za nią będzie Alternatywy. Ten taki okrągły blok - tak mi skubana powiedziała. Z radości zadzwoniłem do gościa, że zaraz będę, potem skopałem kolejną zaspę, następnie wpadłem w ukrytą zaspę, która nie wyglądała jak zaspa i dolazłem do tej złowoniaszczej stacji. Oczom mym ukazał się sklep Lidl i w tym momencie oficjalnie zacząłem się wkurwiać (dlaczego, powiem na końcu). Na dodatek polazłem z tej stacji tak, że musiałem, niczym jebany muflon, pomknąć po wąskim, oblodzonym murku, co to z jednej strony sterta śniegu a z drugiej 4 metry w dół do wjazdu garażowego. I tak się zestresowałem wysokością, że schodząc z murka wyłapałem lód i przykurwiłem w krawężnik prawym kolanem tak, że chyba się lekko zesrałem (aczkolwiek tej wersji nie będę fanatycznie bronił). Dlatego aktualnie mam zmasakrowane oba kolana, co jest śmieszne. Miejsce kaźni wyznacza numer 8. Wtedy zaczęło mi się wydawać, że gorzej nie będzie. Stare to a głupie - oczywiście że będzie.

Podbiłem do jakiegoś kolesiowca i zapytałem co to za adres. Indiry Gandhi, powiedział a ja chyba właśnie w tym momencie przyjąłem ten swój niepokojący innych wyraz twarzy, bo gość od razu zapytał jakiej ulicy szukam. 'A, Alternatywy. To pewnie Alternatywy 4?'. Nie człowieku, siódemka mi jest potrzebna. Siódemka jak siedem cudów świata. Jak siedem grzechów głównych i cnót kardynalnych. Jak pierdolone siedem wzgórz Rzymu, siedem sakramentów i siedem dni tygodnia. Jak w dupę jebane siedem sfer piekła i nieba i siedem sztuk wyzwolonych. Nie wiedział. A ja zacząłem poważnie rozważać zrobienie powtórki z filmu Se7en.

Jak mi wkurw minął i zniknęła czerwona mgła, ujrzałem rondo, o którym mówił mi typ przez telefon (numer 9). Doszedłem do niego, po prawej Alternatywy 4, po lewej chujnia, wygon i niebieski neon. No dobra, co by zrobił Brian Boitano. Skręciłem w prawo, przeszedłem 50 metrów, zobaczyłem na bloku po prawej tabliczkę 'Polskie Drogi 21' i chyba mi strzeliło jakieś naczynie w mózgu. Zawróciłem i na rondzie ponownie skręciłem w prawo. Doszedłem do numeru 10, zapukałem do cieciówki i zapytałem się kolesia co to za adres. Polskie Drogi, on do mnie a mi się przypomniał stary dowcip, że jak to kurwa jest, że ty wszędzie mieszkasz a ja nigdzie? Gdzie się nie obejrzysz - Polskie Drogi. Odpaliłem 15 bodajże fajka i brutalnie zmasakrowałem kolejne dwie zaspy. Nic z nich nie zostało, dlatego zaznaczyłem ich miejsce spoczynku krzyżykami. Ostatnim kierunkiem na rondzie było znowu w prawo (czyli w stronę numeru 11) ale tam znowu zaatakowała mnie Nowa Estetyka Warszawska wzbogacana o lampy, które wzbudzały się zbliżeniowo. Zupełnie jakby niewystarczająca była moja ślepota ogólna a zwłaszcza po zmierzchu. Wróciłem na rondo, pod numer 9, zapaliłem fajkę, wygarnąłem pot spod bluzy i zadzwoniłem do sprzedawcy, że ja to pierdolę, poddaję się, 10 lat wyszkolenia harcerskiego psu w dupę na nowych ursynowskich osiedlach i że przeleję mu kasę a książkę odbiorę jak uda mi się tu przyjechać w dzień i znajdę te jebane Alternatywy 7. Gość kazał mi się rozluźnić, spytał gdzie stoję, kazał odwrócić się plecami do niebieskiego neonu, o którym wspominałem wcześniej i przejść jakieś 100 metrów przed siebie. A potem w lewo i jestem na miejscu. 3 minuty później klęczałem przed blokiem z tabliczką 'Alternatywy 7', głośno płakałem z ulgi a dowozicielator pizzy, który atakował akurat piątkę, uciekł na mój widok prędko. Odebrałem książkę i wróciłem pod numer 11, by tam wsiąść w autobus i udać się do metra.

Zadajecie sobie pytanie dlaczego wkurwiłem się widząc sklep Lidl. Otóż gdybym nie był takim zjebem, to pod tym Lidlem bym wysiadł z autobusu, którym doginałem z pracy i pieprzone Alternatywy 7 byłyby moje w ciągu 10 minut. No ale dzięki zgapieniu przeżyłem piękną przygodę, którą będę mógł jeszcze kiedyś opowiedzieć przy piwie. Albo i nie.

Plusy tego pokazu nieudacznictwa - ważna nauka: nie wierz mieszkańcom Ursynowa. Każdego napotkanego projektanta tego koszmaru ładuj od razu w usto bolesne. Wrzuć sobie plan Warszawy do komórki. No i kolejna dobra książka w biblioteczce.
Minusy - hipotermia, odmrożenia nóg pierwszego stopnia, utrata wiary w siebie, płacz i szlochy przy ludziach, zmasakrowane prawe kolano.
Rekapitulując - zajebista godzina w mieście.

czwartek, 07 stycznia 2010
I nikt nam nie wmówi, że kremowe jest brązowe oraz na odwrót

Pierwotnie ten podcykl blogowy miał służyć skanalizowaniu wkurwu, odreagowaniu traum postremontowych i terapii śmiechem. Niestety, z uwagi na nieudolność ekipy walczącej z kaflem, po dziś dzień wychodzą jakieś fakapy. I coraz mniej mi do śmiechu, zwłaszcza że niektóre z nich są potencjalnie niebezpieczne i przy gorszym zbiegu okoliczności mogły mnie zrujnować finansowo. Z tego powodu cykl ulegnie skróceniu, bo przestał spełniać pokładane w nim nadzieje. Przede wszystkim przestał mnie bawić i sprawiać mi frajdę. Dodatkowo, do tej pory nie jestem w stanie oswoić pewnych rzeczy i gdy patrzę na krzywe blaty, w dalszym ciągu chuj mnie strzela. Gdy widzę sufit podwieszany, który pękł po 3 miesiącach, mam ochotę spalić kilka wsi. Gdy patrzę na upierdolony odpływ w kuchni, który rozleciał się na kawałki od lekkiego puknięcia weń pudłem przeprowadzkowym, oczy zasnuwa mi czerwona mgła. Dlatego z zaplanowanych 13-15 kawałków, skleję z dziesięć, bo chyba mi się już odechciało pisać o radosnych chujograjcach z ekipy rem-bud. Oczywiście za miesiąc może mi się coś pozmieniać ale na dzisiaj wygląda to tak, że oprócz tej notki będzie jeszcze jeden odcinek fabularyzowany i podsumowanie całości.

Pod poprzednią notką padło pytanie dlaczego klepnąłem rury na ścianie i inne wpadki. Z czterech powodów.
Po pierwsze, chciałem się tych kolesi jak najszybciej pozbyć żeby nie musieć oglądać przez kolejny tydzień ich uśmiechniętych twarzy.
Po drugie, miałem umówioną ekipę od parkietu a u nich z terminami było tak słabo, że nie było opcji dowolnego przesuwania. Plus mój mazurski urlop na początku sierpnia się zaczynał.
Po trzecie bałem się, że jak zaczną poprawiać, to spierdolą jeszcze bardziej (z perspektywy czasu widzę jak bardzo mądrym chłopcem się okazałem). 
Po czwarte wreszcie, stwierdziłem, że za ewidentne wpadki nie zapłacę.
A gdzieś w tle majaczyła mi dodatkowo groźba załamania psychicznego - wszyscy moi znajomi, którzy mnie w tamtym czasie spotykali potwierdzą, że byłem cieniem dawnego Teklaka, w sensie kompletnego zwraczenia. Dobra, koniec smutków, wracamy do mojej łazienki (chronologia zdarzeń zostanie ponownie olana).

Dong dong dong dong dong, dong dong dong - zaświergoliła radośnie komórka, wyrywając mnie z objęć Morfeusza.
- Splrt, urghhh, nie zabierajcie mi ciżm... Czego, kurwa? - udało mi się w końcu wyartykułować.
- Radekzrobiliśmywszystkogdziesąpłytkidołazienki - wystrzelił niczym z karabinu Jurku.
- Jurku, zwolnij bo ni chuja cię nie rozumiem.
- Płytki do łazienki są potrzebne natychmiast - wykrzyczał do słuchawki Jurku, a we mnie zaczęło narastać dojmujące poczucie deja vu. Czy myśmy tego w ubiegłym tygodniu nie ćwiczyli?
- Jurku, kurwa mać, przecież mówiłem, że po płytki jadę z Ozonem w czwartek - postanowiłem być miły.
- No ale my nie mamy znowu co robić - zakwilił do słuchawki Jurku a mnie zaczął powoli acz nieustępliwie chuj strzelać.
- Jak to kurwa nie macie co robić? Położyliście płytki na balkonie?
- Tak.
- Wyburzyliście ściany?
- Tak.
- No to kurwa róbcie sufit podwieszany w salonie. Murujcie ściankę między sypialnią a kuchnią. Montujcie drzwi do pieprzonej sypialni. Przecież z tym będziecie mieć w kutas roboty, bo tam jest pieprzona dziura od sufitu po posadzkę do zamurowania. Nie wiem, może wyjebcie dziurę pod Geberit. Albo, kurwa, osadźcie wannę. Macie tyle rzeczy do zrobienia a ty mi dupę zawracasz płytkami? - przez te kilkadziesiąt sekund gdy wyliczałem Jurku prace do zrobienia, poczułem się jak kierownik dużej budowy. Na pewno pod względem leksykalnym.
- Ale my byśmy chcieli robić płytki - odparował Jurku.
- Płytki kupię w czwartek - odparowałem i się rozłączyłem.

MINĘŁO KILKANAŚCIE STRZAŁÓW ZNIKĄD

Bartycka. Czwartek.
- Teklaczku, proponuję ci do kuchni na ścianę te płyty, na podłogę te a do łazienki zaraz wybierzemy, ale w innym miejscu - Ozon nie pierdolił się w tańcu.
- Spoko, ta pasi, ta też - jak widzicie, dobrze traktowany, jestem bardzo łagodnym i kontaktowym klientem.
Wszedłem, zapłaciłem, ustaliliśmy kiedy będą do odebrania (tutaj pośpiechu nie było, bo kuchnia miała być robiona na końcu) i cali w ułybkach pożegnaliśmy się z obsługą. Całość zajęła nam jakiś kwadrans.
Zanim poszliśmy do salonu glazury, terakoty i innych cudów, siedliśmy przed jakąś budą z hambaksami, puknęliśmy kilka rolek, walnęliśmy Tymbarka i wyliczyliśmy dokładne ilości płytek. Co do centymetra kwadratowego. Oddychajcie, wiedzieliśmy przecież, że płytki będą sprzedawane na paczki i byliśmy przygotowani na pewną nadmiarowość (w sumie wyszło jakieś 10% górką dla obu kolorów).
W rzeczonym salonie Ozon pokazał mi kilkanaście kolekcji, które mu konweniowały z moją wizją, do finału weszły dwie, wybrałem zwycięzcę, kupiłem, wyżebrałem jakiś drobny rabat (lepiej mieć kilkadziesiąt złotych niż nie mieć) i ustaliłem, że ich tajny kurier Michał Strogow przywiezie płytki na obiekt następnego dnia. Co też uczynił. Myślałem, że od piątku praca nad płytkami ruszy z kopyta. Ależ byłem naiwnym łosiem.

Otóż nie ruszyła. Płytki przyjechały i sobie stały w kącie, w przedpokoju. W piątek stały, bo pewnie nie ma sensu zaczynać pod koniec tygodnia. W sobotę też stały, bo w sobotę pracują tylko żydy, rumuny i cygany. W poniedziałek praca ruszyła z kopyta.

Dong dong dong dong dong, dong dong dong - zaświergoliła radośnie komórka, odrywając mnie od moich tabelek excelowych.
- Ke? - zagaiłem przytomnie i na pełnym luzie gdyż nie spodziewałem się hiszpańskiej Inkwizycji.
- Radek, płytki mi się nie zgadzają - to był Rafału, spec od cięcia glazury i terakoty.
- Jak to się nie zgadzają? - odparowałem już mniej przytomnie i na mniejszym luzie.
(kurwa, dlaczego mi to człowieku mówisz tuż przed rozpoczęciem pracy? Nie mogłeś sobie policzyć w piątek, jak tylko płytki przyjechały?) - przebiegło mi przez głowę. 
- Anobo obłożyłem płytkami Geberit i wychodzi mi, że jasnych jest za dużo a ciemnych za mało.
- Czekaj, nic nie rób, zadzwonię do Ozona.

Ozon okazał się być zajebistym ziomem, bo najpierw mnie uspokoił a potem stwierdził, że kopnie się na obiekt i wytłumaczy Rafału co i jak. Co też tego samego dnia uczynił. Rafału wszystko zrozumiał, bo upewniłem się telefonicznie czy wszystko zrozumiał. No tak powiedział. Że zrozumiał.

MIGNĘŁO SIEDEMNAŚCIE MGNIEŃ WIOSNY

- Cześć Rafału, słyszałem, że łazienka porobiona. Daj no rzucić okiem. O, jak fajnie. I ładnie. Tylko... dlaczego... kurwa... mać... pod blatem... są... ja pierdolę... JASNE, W DUPĘ PIERDOLONE PŁYTKI!?
W tym momencie spłynął na mnie olimpijski spokój, oceniłem, że nie będę się kłócił z narzędziem jeno ukarzę rękę, która je dzierży. Wróciłem do domu i napisałem do Jurku maila, w którym mu wyjaśniłem, że albo poprawiają na własny koszt, albo odlicza mi od rachunku 250 zł. Bo tyle kosztowały źle połoźone płytki. Jurku próbował się nawet ze mną telefonicznie targować ale obciąłem go krótkim 'nie płacisz za realne metry tylko za paczki, które musiałbyś kupić, kleju i transportu ci nie liczę'.
I jak już chciałem się ponapawać tą małą wiktorią, usłyszałem w słuchawce tekst, po którym najpierw pękło mi coś w układzie współczulnym a potem, z miną jakbym miał gwałtowny ból trzonowych, udzieliłem Jurku pierwszej poważnej lekcji w temacie 'Jak rozmawiać z klientem'. Otóż Jurku zagaił, w jego mniemaniu żartobliwie, w te słowa: 'Zupełnie nie wiem Radek dlaczego się tak denerwujesz. Przecież tego i tak nie będzie widać'. Moja lekcja zaś brzmiała tak: Jurku, nigdy więcej nie mów przy mnie słów 'tego i tak nie będzie widać', bo zacznę się zastanawiać czego z rzeczy, które już zrobiliście, nie będzie widać ale wy zapomnieliście mi o nich powiedzieć.

Wtedy wydałem się sobie bardzo wyrozumiały i zajebisty. Stwierdziłem też, że po takim tekście chłopaki bardziej będą się przykładać w miejscach, których nie widać. Ależ byłem naiwnym łosiem.

I żeby nie było, że fakap był totalny - pomyłka Rafału zaowocowała całkiem fajnym rozwiązaniem. Pierwotnie Geberit miał być dwukolorowy, Rafału się pierdolnął i rąbnął go w całości w ciemnych płytkach (dlatego zabrakło mu ich pod blat). Uważam, że jeden kolor wygląda lepiej niż dwa a jasnych płytek pod blatem faktycznie nie będzie widać. Bo muszę kurwa zasłonić czymś te pierdolone, ciemnoszare, obleśne rury.

piątek, 11 grudnia 2009
Jak sobie radzić z atakami paniki (i szału) - krótki poradnik

W czasie gdy Rafału kładł na balkonie, w pocie czoła kupione płytki, Jurku zaczęła się udzielać lekka panika. Siedziałem w pracy, piłem poranną kawę i odbębniałem poranną internetówkę gdy w kieszeni zaczęła mi wibrować komórka. I już po wibracjach poczułem, że szykuje się niezła akcja.

- Radek, Radek musimykoniecznieszybkokupićrurykolankaizawory - wyrzucił na jednym ćwierćoddechu zadyszany Jurku
- Izi mon, jeszcze raz, to samo, ale powoli.
- Bo wiesz, rury, do łazienki, poczebne są, szybko. Pieniądze daj, przelew, gotówka, złoty piasek, drobne kamienie szlachetne albo muszelki.
- Kurwa, Jurku, uspokuj się i powoli powiedz o ci tak konkretnie chodzi, bo na razie słyszę, że bawisz się w jakiegoś szalonego płuczkarza z Klondike.
- Musimy kupić rury do tej instalacji, co to ją ci będziemy w łazience przesuwać i wpuszczać w podłogę i ściany - Jurku w końcu wydobył z siebie zrozumiały komunikat.

I tu słowo wyjaśnienia. Ozon zaprojektował mi łazienkę w najlepszy z możliwych sposobów. Ale ten najlepszy ze sposobów wymagał przesunięcia odpływów i wpuszczenie w ścianę dwóch rur. W dobrej wierze zleciłem tę robotę Jurku. Ależ byłem naiwnym łosiem.

- No to pojedź do Liroja i kup rury - postanowiłem wskazać Jurku kierunek w życiu, bo się ewidentnie pogubił.
- Nie da rady. To są specjalne rury i można je kupić na ulicy Juliana Bruna. Na Mokotowie - wysapał przejęty Jurku.
- Wiem gdzie jest Bruna, studiowałem niedaleko. Ale nie o tym - co za super rury to są one, że nie da się ich kupić bliżej jak tylko w manufakturze u Bruna? - zapytałem, bo to przecież ja zapłacę za wszystkie ekskursje chłopaków na zakupy.
Tutaj nastąpił minutowy wywód, z którego poza tym, że będą cholerycznie drogie, niczego nie zrozumiałem, bo ja jestem prosty chłopak z maturą kupioną na Różycu (z którego to powodu jest mi niepomiernie przykro) a nie wykwalifikowany wykończyciel wnętrz.
- No dobra, jak trzeba to trzeba. W sumie w tej ścianie może faktycznie musi być inna rura. I w podłodze - postanowiłem jednak zaistnieć w tym dialogu żeby nie wyjść na skończonego tłuka, który bez excela nie trafiłby palcem do dupy.
- Tak, to są specjalne rury i do nich są specjalne łączenia i one są drogie, te rury i w związku z tym potrzebuję od ciebie tysiąca - zadysponował Jurku.
- A skąd ja ci przyjacielu wezmę teraz tysiąca. Załóż ze swoich a ja puszczę ci na konto przelew. Może od razu dwa tysiące. Wiesz, żebyś się nie musiał za każdym razem prosić o kasę na kolejne nieprzewidziane zakupy.
- Dobra, tak zróbmy. Ale będę miał dzisiaj pieniądze na koncie? - nie dawał za wygraną Jurku.
- Mon, rozłączamy się i puszczam przelew, przy dobrych układach kasa wyjdzie ode mnie przed południem - odparłem kojącym głosem, który miał koić głównie mnie gdyż jeszcze chwila a zacząłbym na Jurku krzyczeć.
- To na razie - pożegnał się uspokojony i rykoszetowo ukojony Jurku.
- Elo zią.

 Tego dnia odbyłem jeszcze dwie podobne rozmowy z Jurku, z każdą następną chłopak był w coraz większym amoku i panice. Zachowałem się niczym najlepszy psychoterapeuta i siostra miłosierdzia razem wzięci, bo słysząc narastające przejęcie w jego głosie, czułem że z typem dzieje się coś niedobrego. Ale nie zapaliły mi się żadne lampki awaryjne w głowie, bo stwierdziłem że może ma tremę albo zaganiany jest. Za materiały zabuliłem jak za zboże ale doszedłem do wniosku, że warto - wszystkie rury będą pochowane w ścianie, kupię sobie bajerancki chromowany syfon i nie będę musiał przestrzeni pod zlewem niczym zakrywać. Ależ byłem naiwnym łosiem.

Zerwę teraz chronologię opowieści (i będę to czynił coraz częściej), bo nie będzie mi się chciało w przyszłych notkach odwoływać do poprzednich. Przeskoczmy do przodu do momentu pierwszej wizyty na inwestycji, już po położeniu rur. I płytek. Godzina 13:00. Miejsce akcji - łazienka.

- Co to kurwa ma być. No ja pierdolę, czy was pojebało ze szczętem - zacząłem krzyczeć łagodnie, żeby chłopak na dzień dobry się nie spłoszył.
- Ale o co chodzi? - wydukał ujęty moją łagodnością Jurku.
- Czy wy nie rozumiecie po polsku? Co to kurwa jest, ja się pytam - łagodniałem coraz bardziej.
- No... łazienka - zaryzykował Jurku.
- Wiem kurwa, że łazienka - zawyłem. - Co to jest kurwa to przy wannie i dwa metry obok? Tak się umawialiśmy?
- No płytki i odpływy - ocenił fachowo Jurku.
- Zapłaciłem za jebane rury wykonane w technologii kosmicznej furmankę kasy, bo miały iść w ścianie. Co one, do chuja Wacława, robią na zewnątrz? - postanowiłem opuścić krainę łagodności, bo Jurku wkurwiał mnie coraz bardziej.
- A faktycznie, jakoś tak wyszło.

Myślałem, że mu jebnę. Poważnie. Dostałem ataku furii i po raz pierwszy od bodaj dekady miałem ochotę rozbić komuś twarz. Ale tak bardzo, żeby fragmenty czaszki wbiły mu się w mózg. Ile samokontroli wymagało niezrobienie tego, wiem tylko ja a wy nigdy w to nie uwierzycie.

Pomijając kilka rzeczy ewidentnie spierdolonych (o których w następnym odcinku), łazienka wyszła mi bardzo fajnie. Niestety wszystko szpecą dwie obleśne, ciemnoszare rury: jedna od ziemi do zlewu, druga odpływowa do pralki. Ja wiem, że je można zasłonić. Naprawdę. Ale długo wkurwiać mnie będzie świadomość tego, że nawet zasłonięte one tam dalej będą.

I jeszcze coś z ciekawostek z życia wesołej ekipy wykończeniowej - odpływ do zlewu trzeba było przesunąć na tyle, żeby zmieściła się między nim a ścianą wanna. Korzystając z promocji kupiłem wannę o 20 cm szerszą niż ta w projekcie. Wanna leżała od samego początku w rogu salonu. Kilka razy prosiłem ekipę, żeby wszystko dokładnie pomierzyli przez zrobieniem, bo projekt to jedno a rzeczywistość drugie. I co chłopcy zrobili? Ano tak to wszystko sprytnie uknuli, że odpływ od zlewu wchodzi w podłogę w odległości 3-4 centymetrów od boku wanny. W wyniku czego mogę zapomnieć o bocznej ściance podblatowej (walnąłem zamiast tego nóżkę). No i rzecz jasna przy każdym prysznicu woda chlapie tym odkrytym bokiem pod zlew. A przecież wystarczyło wymierzyć tak, żeby boczna ścianka zmieściła się w takiej odległości od boku wanny, żeby wszedł tam mop. Niestety, woleli zrobić na oko zamiast użyć miarki.  
Obecnie, z uwagi na wyschnięcie źródła z kasą, obie te syfiaste konstrukcje widzę za każdym razem gdy siadam na kiblu. I za każdym razem, patrząc na nie, mam ochotę by miast do kibelka, wysrać się na Jurku.

To była jedna z wielu traum jakie zafundowali mi dzielni ekipanci. Pewnie myślicie, że zacząłem od największej? Ależ jesteście naiwnymi łosiami.

wtorek, 01 grudnia 2009
Jestem Leroy, scyzoryk z Galicji

Co pójdzie nie tak, skoro do kupienia jest marne 10 metrów kwadratowych płytek - taka myśl kołatała mi pod czaszką gdy jechałem do Leroya w Arkadii (podświadomość już weszła w tryb 'fatalizm', ja się jeszcze świadomie łudziłem). Zepchnąłem ją głęboko i uśmiechnięty ruszyłem między regały. O, to może i światełka od razu kupię. Niestety, w dziale elektrycznym z halogenami, te ostatnie są włączane przy pomocy jakiegoś czujnika ruchu a że ruch tam jest cały czas więc świeci się cały czas, w związku z czym temperatura była tam wyższa od tej na zewnątrz (+25) o kolejne 25 stopni. Zanim doszedłem do końca regału, płynąłem. Postanowiłem zakup lampek odłożyć na jakiś chłodniejszy dzień.

Dział płytek powitał mnie chłodno. Nie w kontekście temperatur, po prostu obsługa miała na mnie centralnie wyjebane a jedyny koleś, który sprawiał wrażenie, że nie jest zajęty, na mój widok zaczął spieprzać na zaplecze. Chwilowo postanowiłem olać obsługę, poszedłem obejrzeć terakotę, wybrałem kilka szansownych modeli, porankowałem je według stopnia chujowości[1] i ceny, pospisywałem numery referencyjne, schowałem się w sąsiedniej sekcji i cierpliwie niczym pyton czekałem na ofiarę. Zegarek wskazywał 18:00.

Po chwili zauważyłem ruch, nonszalancko, by nie wzbudzać podejrzeń biedaka, którego wytypowałem na swojego Wergiliusza[2], zacząłem się przechadzać między regałami i w momencie gdy miał mnie za plecami, ruszyłem.

- Elo zią, potrzebny mi jesteś żeby coś posprawdzać na komputerku...
Gość wierzgnął spłoszony i chciał uciekać ale nie dałem mu tej szansy, oparłem dłoń na ramieniu i powiodłem do stanowiska.
- Tutaj ma pan numery referencyjne, proszę podać mi stany magazynowe tych płytek.
- Tych pierwszych mamy 20m2 w placówce w Pias...
- Zią, jakbym chciał kupować w Piasecznie, to bym podjechał do Piaseczna. Mnie interesują stany magazynowe w Arkadii a nie w całej waszej sieci.
- A no to tych pierwszych nie mamy w ogóle.
- To zdejmijcie je z ekspozycji albo domówcie kilka metrów - odparowałem nieco wkurwiony gdyż najmniej chujowe płytki były całkiem si. - A co z tymi?
- O, tych to mamy normalnie tyle, że hoho.
- A konkretnie to ile? - zapytałem grzecznie, bo znam to ich hoho.
- A konkretnie to z 50 metrów.
- No to ja konkretnie te płytki chcę kupić i chcę żeby mi je ktoś jutro rano przywiózł do domu. Brać wózek i wbijamy między regały do tajnych skrytek czy jakoś inaczej to będziemy załatwiać?
- A to musi pan pójść do działu obsługi klienta, tam zapłacić za zamówienie, które zaraz panu wydrukuję a potem z paragonem załatwia pan sobie transport. Też w dziale obsługi klienta.
- Dzięki.

Zobaczywszy kolejkę w dziale obsługi klienta, ucieszyłem się bo do kasy byłem drugi a do transportu czwarty albo piąty. Na zegarku 18:30, o 19:00 będzie po zawodach to sobie jeszcze zdążę obskoczyć kilka miejsc i załatwić kilka spraw. No z tym że niekoniecznie.

Przy kasie poszło na szybkości a potem poszło jak koń po błocie. W dziale obsługi klienta był jeden koleś, który obsługiwał reklamacje, transport i wydawanie towaru z magazynu. Oraz odbierał telefony z miasta. Połowa ludzi przede mną przyszła w sprawach podobnych do mojej, pozostali z reklamacjami. Ale nie jakieś tam gówna typu pęknięta oprawka w lampce za 30 złotych. Nie, takie rzeczy reklamują w każdy inny dzień, dzisiaj na tapetę wjechały bardzo poważne sprawy. Na przykład pęknięta osłona kabiny prysznicowej, kupionej 3 miesiące temu ale dopiero teraz rozpakowanej.

Oszczędzę wam opisu porażki intelektualnej jaka miała tam miejsce, jobów jakie przelatywały w powietrzu, waląc rykoszetami w niewinnych i ogólnego stężenia nienawiści w atmosferze. Dość powiedzieć, że już o 20:00 mój towar został mi wydany z magazynu (półtorej godziny, wielkie mi halo) i był ładowany na ciężarówkę a ja sadowiłem się w szoferce obok kierowcy[3]. Dojechaliśmy na miejsce, gość zrzucił towar przed klatką, dostał kasę i pojechał. Paczki były ciężkie jak skurwesyn, pomimo późnej pory był upał, winda chciała mnie przyciąć (ma coś zwalone w czujniku i próbuje zamknąć drzwi nawet jeżeli ktoś w nich stoi), raz dwie paczki płytek i mój plecak pojechały na górę beze mnie ale na szczęście za chwilę zjechały, cieć coś chciał mi powiedzieć ale zobaczył moją minę i poniechał pomysłu. No ogólnie był Monty Python ale taki bardziej udany niż nieudany. 

Kończąc - zakup 9m2 płytek zajął mi z dojazdami i wniesieniem trzy i pół godziny, skasowałem sobie paznokcia w prawej ręce, ponaciągałem coś w udzie i kręgosłupie i rozciąłem przedramię o terakotę. Bo te skurwiele wcisnęły mi jedną paczkę połamanych płytek. Po powrocie do Piaseczna wbiłem pod prysznic i padłem na wyro. - No, chłopaki mają płytki na balkon, umówieni jesteśmy, że resztę kupuję w środę albo czwartek, plan robót do końca tygodnia ogarnięty, będzie dobrze - takie myśli przebiegły mi przez głowę na chwilę przed tym jak odpłynąłem w objęcia Morfeusza.

Ależ byłem naiwnym łosiem.

[1] Jeżeli myślicie, że w którymkolwiek Leroyu kupicie ładne płytki, to znaczy, że jesteście podatni na reklamy. Do Leroya idzie się wyłącznie po tanie płytki na balkon i wybrać możesz te najmniej brzydkie.
[2] Młodzieży, do lektur. Wtedy ten tekst może wam się nawet wydać śmieszny.
[3] Wytłumaczyłem mu, że warto jechać do jego domu przez Pragę, skręcić przed Rondem Żaba w prawo, zatrzymać się na chwilę przed moim blokiem a ja sobie dzisiaj sam te płytki wyładuję.

czwartek, 29 października 2009
That is just the way it is

Some things'll never change. Not.

Weekend po zakupach upłynął mi na leczeniu udaru piwem, konwencie Awangarda, dzikiej imprezie i legendarnej wizycie w KFC przy Poleczki. Misja na poniedziałek - przed pracą zawieźć na obiekt zamówienie z Leroya żeby ekipa mogła odebrać rzeczy z transportu. Zajechałem na Prażkie, człapię ciężko z przystanku pod blok, chłopaki wychodzą z jakiegoś kombiacza i kogo moje piękne, umęczone oczy widzą? Jurku, Wojtku i nieznajomu mężczyznu.

RETROSPEKCJA

Jak pisałem wcześniej, spędziłem z Jurku długie godziny omawiając, analizując, spierając się i osiągając liczne konsensusy. W kilku spotkaniach uczestniczył Wojtku, który miał robić u mnie łazienkę i kuchnię. Dzięki tym spotkaniom wiedział dokładnie jak ma wszystko wyglądać, bo to z nim głównie toczyłem fachowe rozmowy z gatunku 'te rure pierdolniem pod płytkami a góre opierdolim małym sufitem podwieszanym'. To Wojtku namówił mnie na płytki na balkon i w ogóle miał kilka niezłych pomysłów.

POWRÓT DO RZECZYWISTOŚCI

- Cześć panowie, szybko się tutaj zwijajmy z kwitami, bo do pracy muszę wracać a już... jestem... ciutkę... spóźniony... - mówiłem coraz wolniej, spoglądając nieufnie na Nowego.
- Cześć Radek, to jest Rafału, będzie robił ci łazienkę i kuchnię - nie wytrzymał nerwowo Jurku.
- Eeee... a co z Wojtku? - zainteresowałem się myśląc, że może coś się stało.
- Wojtku pierdoli i nie robi. Rafału nie pierdoli i robi - odparował Wojtku.
- No ale mam nadzieję, że będziecie pilnować czy Rafału dobrze robi i wytłumaczycie mu wszystkie moje koncepcje? - rzuciłem naiwnie w stronę dzielnej ekipy rem-bud.
- Spoko-Maroko, Rafału nie trzeba pilnować. Rafału jest twardy i nie pęka - odpysknął Wojtku.
- Ale wytłumaczycie mu wszystkie moje koncepcje, prawda? - w moim głosie zaczęły pobrzmiewać błagalne tony, za co natychmiast się znienawidziłem.
- Oczywiście - wkitrał się Jurku - Wszystko wytłumaczymy tak, że mucha nie siada.
- No to gitara. Rozumiem, że jak przyjmiecie transport, to macie co robić, nie muszę srać żarem i mogę się na luzie ustawić na kupowanie płytek w drugiej połowie tygodnia? - postanowiłem doprecyzować żeby uniknąć niepotrzebnych komplikacji.
- Spoko-loko-Maroko - ubarwił wypowiedź Jurku - Mamy roboty huk i w ogóle nie ma paraliżu. Ale fajnie jakby płytki były w tym tygodniu.
- Spoko-loko-Maroko-rokokoko - wbiłem w konwencję - Postaram się wybrać płytki, które będą do wzięcia od ręki albo najdalej na drugi dzień. Może być?
- No mamy w łazience trochę roboty więc myślę, że będzie akurat - uspokajająco powiedział Jurku, który po akcji z kartą rabatową z lekką obawą patrzył na moją poparzoną czaszkę i płaty skóry złażące mi z nosa.
- No to, panowie, ja robię rząd i idę stąd a wy macie tu klucze i idźcie dłubać - pożegnałem się z chłopakami i na skrzydłach euforii pomknąłem do pracy.

Spokój miałem do południa po czym zaczęły się nerwowe telefony.

- Radek, wiesz co, jednak jakbyś mógł kupić dziś te płytki na balkon, to by było fajnie, bo Rafału nie ma co robić - zatrzeszczał w tubusiku Jurku.
- Dżizaskurwajapierdolę - zmęłłem w ustach przekleństwo - jakie płytki, do chuja Wacława?
- No na balkon. Bo nie ma co robić. Rafału - doprecyzował Jurku.
- Dziś nie mogę, jutro kupię, może być? - postanowiłem nie nawiązywać do porannego wywiadu, w wyniku którego dowiedziałem się, że roboty jest od groma i przestoje nie grożą.
- No jak nie może być dzisiaj, to jutro - jebnął lekkiego foszka Jurku.
- No to będzie jutro, pod koniec dnia - z tymi słowami rozłączyłem się gdyż nie chciałem potęgować rosnącego wkurwu i wzmagać bulgotania kwasu żołądkowego.

Po pracy wróciłem do domu, padłem na kanapę, weekend zaczął ze mnie powoli wychodzić, miałem na wszystko wyjebane w związku z czym programowo ignorowałem wszystkie próby połączenia czynione przez zdesperowanego Jurku, który musiał płacić Rafału postojowe.

Nadszedł wtorek i od rana czułem w szpiku, że to będzie niedobry dzień. Tknięty przeczuciem zapakowałem do plecaka koszulkę na zmianę i wbiłem do fabryki. Od 10 zaczęły mnie atakować telefony, które tym razem postanowiłem odbierać.

- Ej, Radek. Co z tymi płytkami - to znowu Jurku
- Gówno - wyszeptałem bezgłośnie - Jak już wczoraj wspomniałem, będą pod koniec dnia.
- Ale my nie mamy co robić. Znaczy Rafału - Jurku załkał w słuchawkę.
- To może niech wam pomoże w salonie albo w sypialni. Płytki będą pod koniec dnia - nerw zaczął mi lekko puszczać.
- A kiedy będą płytki do łazienki? - Jurku nie ustawał w wysiłkach.
- Jak już powiedziałem, po płytki jedziemy w okolicach środy-czwartku więc pewnie będą w piątek - postanowiłem być twardy.
- No to Rafału przez ten czas nie będzie miał co robić - ton Jurku był coraz bardziej płaczliwy.
- Chuj mnie to obchodzi - ponownie wyszeptałem bezgłośnie, zaś do słuchawki rzekłem - Jurku, ale przecież mówiłeś, że Rafału ma robotę i nie ma paniki.
- No wiem ale wyszło inaczej - Jurku postanowił utwardzić swoje stanowisko w tych bezsensownych negocjacjach.
Postanowiłem pomóc Jurku w przydzielaniu pracy - No to może niech Rafału jakąś dziurę w podłodze wykuje pod rurki. Albo pod geberit. Albo niech się pomocuje z wywietrznikiem w kominie kuchennym. Cokolwiek.
- To wiesz co, poczekamy na te płytki ale żeby one w środę rano były - Jurku postawił twarde ultimatum i się pożegnał.
- Będą na pewno - odparłem ale nie wiem czy Jurku usłyszał, bo jak kończyliśmy rozmowę był wyraźnie poruszony.

Po zakończonej pracy ruszyłem na zakupy do Leroya w Arkadii. Dziarrrsko przekroczyłem progi sklepu a w głowie kołatała mi się taka myśl niesforna: 'zakup kilku metrów płytek na taras to przecież chwila nieuwagi, będzie dobrze'.

Ależ byłem naiwnym łosiem.

Dezorganizacyjnie

W sobotę kończy mi się umowa na internet w Piasecznie. W nowym mieszkaniu sieci na razie brak (tak, wiem, będę żył jak zwierzę ale postaram się jakoś sobie z tym poradzić) i nie wiem kiedy będzie. Dlatego wrzucę za chwilę kolejną notkę o kaflu i przez następne 2-3 tygodnie proszę mnie nie zaczepiać. Brak sieci. Pakowanie. Przeprowadzka. Chaos. Ci co przeżyli, wiedzą o czym mówię. Młodym, którzy nie wiedzą, zawczasu dobrze radzę - bez żartów, połajanek i szturchania, bo mogą polecieć pierwsze w historii mojej bytności w internetsach bany. Połączone z bardzo niekulturalnym zjebaniem w komciach.

W skrócie - przez następne 2-3 tygodnie będę niczym odbezpieczony granat. Zostaliście ostrzeżeni, reklamacje nie będą rozpatrywane. Za chwilę nowa notka.

Deep inside of a parallel universe

Minęła pełna nerwowego wyczekiwania godzina. No dobra, może pół. Niech będzie, że trzy kwadranse. W tym czasie po sklepie nosiło mnie tak, że Wojtku, pod pozorem załatwiania jakiejś reklamacji, uciekł między regały. Co było z jego strony rozsądne. W momencie gdy oczy poczęła mi z wolna zasnuwać czerwona mgiełka szaleństwa i zacząłem wchodzić w stan 'berserker', tknęło mnie. To chyba wzmożony przypływ krwi do mózgu polepszył jego pracę. Wziąłem komórkę, nabiłem numer do Jurku i po uzyskaniu połączenia, wydusiłem do słuchawki:
- Jurku, gdzie jesteś. Bo tak tu czekam sobie. - popatrzcie, że nawet nie przeklinałem.
- Jestem na miejscu - odparował niezdetonowany Jurku.
- Gdzie konkretnie, bo jakoś ciebie nie widzę przy kasach - odrzekłem, czując już co się święci.
- A bo ja jestem przed wejściem - wyjąkał nerwowo Jurku.
- Ja stoję przed wejściem, przy kasach - wykrzyczałem umiarkowanie głośno, mając prawie stuprocentową pewność, co się stało.
- Nie widzę cię - Jurku jąkał się coraz bardziej.
- A w którym ty Leroyu właściwie jesteś? Bo my, tak jak wspólnie ustaliliśmy, w Alejach - postanowiłem sprawdzić swoje podejrzenia.
- W Arkadii. - wyszeptał przez ściśnięte gardło Jurku.

Przez następną minutę ludzie przy kasach byli świadkami dziwnego spektaklu. Łysy grubas z twarzą poczerwieniałą niczym przy apopleksji, miotał się z lewa na prawo i mówił słowa od których marynarze się rumienili, dorastające panienki mdlały a małe dzieci pytały rodziców 'mama, a co to jest szybkolaskoróbka pigalakowa'? Jak mi już przeszło, oddzwoniłem do Jurku, kazałem usiąść na jakiejś kawie i czekać na mnie. Wziąłem za oszewkę Wojtku, podjechałem z nim do metra, przedarłem się do Arkadii, odebrałem kartę rabatową i zdałem sobie sprawę, że dojechanie do Leroya w Alejach autobusem będzie trudne, bo nie mam pojęcia co tam jeździ. Zdałem się na instynkt.
Instynkt kazał mi wsiąść w jakąś pięćsetkę i wysiąść przy Ryżowej, którą kojarzyłem z mapki na stronie sklepu. Spojrzałem w prażące słońce, określiłem azymut i dawaj z buta. Wędrówka z buta zakończyła się po kilometrze gdy zacząłem słaniać się na nogach. Godzina 14, lato w apogeum, chociaż dopiero czerwiec, ponad trzydzieści gradusów i niebo błękitne, żadnej nie ma na nim chmury. Dziwnym nie jest, że się przegrzałem. Na szczęście panie w aptece poczęstowały mnie kubkiem zimnej wody, drugi wziąłem na drogę i tak szłem, kurwa, szedłem do Leroya. Aż w końcu udało mi się na opustoszałej ulicy złapać gościa, który podpowiedział mi jak dojechać do sklepu.
Dojechałem, zapłaciłem, wyszarpałem rabat po czym przestałem na środku pola, znowu w pełnym słońcu, kolejne 20 minut, bo autobus się spóźnił. Drogi do cywilizacji nie pamiętam, bo miałem coś na kształt udaru. O 17 doczołgałem się do Paradoxu, wypiłem kilka piw i zrobiło mi się błogo. Co prawda pierwszy dzień z ekipą, przypłaciłem zagotowaniem mózgu, trzema litrami potu i ogólnoustrojowym wkurwem ale wszystkie najważniejsze rzeczy kupione i dowiozą mi je na obiekt za 4 dni, w poniedziałek. Ekipa ma co robić, ja w tym czasie jadę wybierać płytki do kuchni i łazienki, wszystko ogarnięte, pochytane i pod kontrolą. Co złego może się stać? Co może mnie wkurwić? Nic.

Ależ byłem naiwnym łosiem.

wtorek, 27 października 2009
Żmija - Andrzej Sapkowski

Rzeczy, które mi się w Żmii podobały:

- pierwsze 40-50 stron
- sceny batalistyczne
- język i styl (samo się czyta)
- sceny z życia radzieckich żołnierzy w Afganistanie
- kilka zdań, które trafiły w sam środek mojego emo związanego z braterstwem broni i tego typu historiami, które windukowałem sobie za dzieciaka[1]

Rzeczy, które mi się w Żmii nie podobały:

- cała reszta
- cena (33,90)
- objętość (240 stron)
- czas spędzony na lekturze (poszło w niecałe 3 godziny ale tylko dlatego, że sobie przerwy robiłem)

Napisałbym coś więcej ale autora cenię, szanuję i tak wiele mu zawdzięczam, że prędzej sobie wbiję dłuto w zdradliwą dłoń niż zacznę się pastwić występnie nad czymkolwiek jego pióra. Ale żal trochę.

I jeszcze ciepłe słowo do wydawcy - topowy autor dostaje papier toaletowy[2]? Poważnie? Wstydu, kurwa, nie macie. Ani szacunku. Tak dla pisarza, jak i dla czytelnika. Jak ja niby mam to postawić na półce obok sagi albo trylogii? Tani tandeciarze.

[1] Przez co filmy wojenne są jedynymi, na których zdarza mi się wzruszyć do łez.
[2] W zasadzie powinienem użyć frazy 'obsrany papier toaletowy' gdyż papier użyty do druku wygląda jakby ktoś się na niego wypróżnił.

sobota, 03 października 2009
Jestem szop-pracz

I szoping uwielbiam wręcz pasjamy czyli idziemy na zakupy.

W trakcie gdy elektryk walczył z drutem, poprosiłem Jurku o zrobienie listy zakupów budowlanych. Chciałem jednym transportem opękać wszystkie klamoty, zarówno moje, jak i ich zaprawy, bloczki, szpachle, kleje, gipsy, silikony, płyty gk oraz całą resztę niezbędnych do rozpoczęcia inwestycji rzeczy. Nie byłem pewien gdzie robić zakupy ale Jurku powiedział, że ma kartę rabatową do Leroya - 10% przy zakupach za ładne kilka tysięcy to rzecz nie do pogardzenia. Zanim fachowiec  przystąpił do tworzenia owej listy, spotkaliśmy się jeszcze raz u mnie w lekko poszerzonym składzie. Na kwadracie pojawił się Wojtku[1], który miał u mnie dzielnie walczyć z kaflem w łazience i kuchni.

Na spotkanie przyniosłem ponownie wszystkie wydruki, spędziliśmy na omawianiu kształtu mieszkania dobre dwie godziny, chłopaki pomazali ołówkiem ściany jeszcze bardziej i po dogadaniu wszystkich szczegółów oni przystąpili do tworzenia listy a ja zacząłem windykować na mieście kasę na te zakupy. Umówiliśmy termin i ustaliliśmy gromadnie, że wbijamy do LM na Jerozolimskich, bo jest najlepiej zaopatrzony. Wojtku przyjechał tam swoim furgonikiem, co mnie bardzo ucieszyło, bo odpadłyby opłaty za transport. A z Alei na Praszkie taki transport kosztuje coś koło stówki. Uzbrojeni w szczegółową i pełną listę ruszyliśmy na podbój hali.

Pięć minut później musiałem zmienić plany i uwzględnić w kosztorysie transport w wykonaniu sklepu - całość nie zmieściłaby się w furgonetce. Nic to, stwierdziłem. Cały remont będzie kosztował kilkadziesiąt tysięcy więc czymże w tym ogromie kasy jest marna stówka.

Zakupy przebiegały bardzo sprawnie, Wojtku podrzucił na gorąco kilka nowych pomysłów, kilka pozycji spadło. Dzięki temu, że pojawiły się oszczędności, dałem się namówić na terakotę na balkonie[2]. Z perspektywy czasu widzę, że pomysł był znakomity. Nie wiedziałem jeszcze ile z powodu tych cholernych kafli zmarnuję czasu, przeleję potu i wypowiem bluźnierstw. No ale nie uprzedzajmy wydarzeń.

Po przejściu przez sklep i zrobieniu zbiorczego zamówienia okazało się, że jest dobrze. Do dokupienia zostały mi baterie do kuchni i łazienki, grzejnik naścienny oraz blaty. Ruszyłem do kasy uiszczać, daję pani zamówienie, pani wbija pozycje ja rzucam do Wojtka 'daj kartę rabatową' i słyszę 'ale ja jej nie mam'. Kurwa mać.

Poprosiłem panią żeby przerwała, bo ja bez rabatu stąd nie wyjdę. 'To kto ma kartę?', wycedziłem przez zaciśnięte zęby. 'Noooo... Jurku ma, zapomniał mi dać'. Na twarz wypełzł mi maniakalny uśmiech, który przeraziłby każdego, kto mnie choć trochę zna. Wojtku nie znał więc nie uciekł. Ale lekko się ode mnie odsunął. Wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem do Jurku, który akurat robił u mnie na obiekcie.
- 'Ej, zią - co jest, kurwa? A konkretnie to gdzie jest?' - zagaiłem niezobowiązująco.
- 'Ale co gdzie jest?' - nie skumał Jurku.
- 'Karta, kurwa mać, gdzie jest?' - odparłem, resztką żelazowej woli powstrzymując cisnące się na usta obraźliwe wyrazy.
- 'Ojej, nie dałem jej Wojtku' - speszył się nieco Jurku.
- 'No przecież widzę. Teraz  musimy wykombinować jak mi ją przekażesz'.
- 'Jadę do was', odparował Jurku i przerwał połączenie.
Nawet nie zdążyłem się zdziwić - przecież ode mnie na Jerozolimskie jest w przysłowiowy kutas drogi a Jurku, o czym wcześniej nie wspomniałem, nie ma samochodu. 'Nic to' pomyślałem, chłopak wie co robi.

Zaczęło się długie czekanie.

[1] Nie powiem wam jak Wojtku ma naprawdę na imię, bo chronię winnych.
[2] Pierwotny plan zakładał pomalowanie balkonu i jebnięcie nań sztucznej trawy. Nie śmiać się, u kumpla ten patent sprawdza się znakomicie.

czwartek, 01 października 2009
Na początku było słowo, tfu... światło

Po wielotygodniowych (ciągnących się miesiącami) bojach z ziomem, który projektował mi mieszkanie, zaczął się klarować taki jego kształt, który mnie satysfakcjonował. Równolegle szukałem ekipy, która mogłaby mi ten bałagan jakoś sensownie, szybko, niedrogo i dobrze ogarnąć. Metodą licznych poleceń i rekomendacji trafił w me ręce telefon do Jurku[1], zadzwoniłem, weszliśmy w kontakt i zaczęliśmy omawiać kwestie zakresu robót. W stronę skrzynki mailowej Jurku mknęły kolejne jpgi, pdfy, txty i excele, w których opisywałem szczegółowo końcowy efekt prac, który będzie mnie satysfakcjonował. Kilkukrotnie spotkaliśmy się na kwadracie i z rysunkami w dłoni tłumaczyłem mu jak ma wyglądać moja wymarzona kwartira. Gdy wydawało się, że wszystko jest obgadane, nastąpił pierwszy zgrzyt. Zgrzycik właściwie i dlatego nie wzbudził moich podejrzeń. Otóż okazało się, że on właściwie to elektryki mi nie będzie robił ale ma takiego zaprzyjaźnionego fachowca z uprawnieniami, z którym współpracuje. I on, ten fachowiec z kwitem, do mnie wpadnie i raz-dwa rozrzuci kable po domu.

Trochę się wkurwiłem, bo po co niby tłumaczyłem mu przez godzinę jak ma wyglądać elektryka? Co to, mój czas jest bezwartościowy? Nic, wybiłem numer do Elektryka, umówiliśmy się na wizję lokalną, pomazał mi ściany ołówkiem, na planie mieszkania postawił tajemnicze znaczki, sprostował kilka moich błędów myśleniowych, sprzedał dwa świetne pomysły i się pożegnaliśmy. Dzień później przysłał wycenę, po tygodniu wbił na miejscówkę, w półtora dnia ją okablował, wystawił fakturę, skasował kasę i pozostawił mnie w stanie ekstazy. No dobra, nie pogipsował po sobie dziur ale od razu mnie lojalnie uprzedził, że on robi w drutach a nie gipsie i nie chce mi robić na odpierdol czegoś, czego robić nie potrafi. Zbudowała mnie jego postawa[2] i z nadzieją patrzyłem w przyszłość. No bo jak wszystkie ekipy takie będą, to normalnie czad i dżezi.

Pomyślałem - 'Tak mnie straszyli tymi fachowcami, że takie z nich chuje niesumienne a tu proszę, rachu-ciachu i po strachu. Warunków dotrzymał, wszystko terminowo, kable prosto i jeszcze cedeka z dokumentacją dał. Będzie dobrze.'

Ależ byłem naiwnym łosiem.

[1] Nie powiem wam jak Jurku ma naprawdę na imię, bo chronię winnych.
[2] Jeżeli ktoś kiedyś będzie potrzebował elektryka z uprawnieniami, to mail do mnie i dam numer.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14