|
Archiwum
|
wtorek, 26 stycznia 2010
Kocham cię jak Ursynów
Wylicytowałem na allegro po bandyckiej taniości książkę 'Jak brednie podbiły świat' (Francis Wheen, polecam). Odbiór osobisty na Ursynowie, ulica Alternatywy. I pojechałem, uprzednio sprawdziwszy na mapie gdzie jest ta kultowa miejscówka. A potem mi się okrutnie popieprzyło. I stwierdziłem, że: Jak wspomniałem, obadałem gdzie jest ulica Alternatywy i uzbrojony w wiedzę wysiadłem na rondzie przy Realu (niebieski krzyżyk w lewym dolnym rogu). Poszedłem kawałek Płaskowickiej (za chwilę o tym dlaczego akurat tam) a jak mi się chodnik skończył to zawróciłem i stwierdziłem, że zajdę z drugiej strony, bo tu pewnie wbitki nie ma. Otóż wystawcież sobie, że pamiętałem o tym, że Alternatywy są między Pileckiego a Płaskowickiej. Tylko mi się strony popierdoliły. Numer 1 to początek mojej epickiej przygody. Zanim doszedłem do numeru 2, miałem dumkę, żeby się w przecznicę wbić ale przecznica (Makolągwy) pytowała na maksa bo nie posiadała chodnika. Cofnąłem się bo nagle zacząłem mieć wątpliwości. Nabiłem numer do sprzedawcy: Jestem typem dosyć topornym i stwierdziłem, że może by obadać jednak Płaskowicką. Cofnąłem się do punktu 3, po czym okazało się, że TU KURWA NIE MA CHODNIKA! Znaczy może był ale go zawiało. Zwątpiłem w ród ludzki i służby odśnieżania, przeczłapałem z powrotem do przystanku (litera B) i stwierdziłem, że wbijam tam gdzie wydawało mi się, że widziałem Alternatywy na planie. Aha, w okolicach litery U prawie poczułem twarz z powrotem, bo wieczór był mrok, ziąb, chujnia sukinkot, choć suchy. No dobra, chuja tam suchy, wilgotność 90% i porywisty wiatr, pierwszy raz tej zimy poczułem zimno. Przy literze S (albo numerze 4) wysiadłem, kupiłem paczkę papierosów (nawet nie wiecie jakie to mądre w swej głupocie było), przeszedłem na drugą stronę Ciszewskiego i zacząłem szukać człowieka, który upewniłby mnie w moim przekonaniu. Napatoczył się miły pan biegacz (na jego widok jądra wróciły do moszny, po czym powędrowały do cieplejszych regionów w okolicach migdałków - tak skubany był na letniaka ubrany). Miły pan stwierdził 'kurwa, wie pan, nie mam pewności ale wydaje mi się, że byłem tam niedawno na spacerze i jest to tam' - machnął ręką, wskazując w stronę Puławskiej (za lewą krawędzią mapy). I byłem w domu, bo mi się też wydawało, że to tam. Dochodząc do numeru 5 miałem coraz gorsze przeczucia. Niska zabudowa a gość mieszka pod numerem w okolicach dwusetki. I do tego wszystko pogrodzone jak kmiece chaty na wichurze. Numer 5 wyznacza kolejnego miłego pana, tym razem z psem i bez łódki, który uświadomił mnie, że tutaj to raczej ptasie ulice a Alternatywy to zdaje mu się, że tam - tu wskazał w kierunku, z którego przyszedłem. Przekląłem głośno, wykurwiłem pierwszego z serii kujawiaka w zaspę i wróciłem do punktu wyjścia. W okolicach numeru 6 zdałem sobie sprawę z tego, że ten akurat nejberhud znam bardzo dobrze, bo mieszka tu mój ziom, jeszcze z czasów pracy dla okurwieńców z pewnego azjatyckiego kraju. I przypomniałem sobie, że za pierwszym razem bloku Andrzeja szukałem pół godziny i prawie się rozpłakałem ale jako żywo Alternatywy nie pamiętam. Tutaj drobny przerywnik dla tych, którzy mieli szczęście i nigdy nie musieli szukać adresu w kwadracie wyznaczonym ulicami Ciszewskiego, Dereniową, Gandhi i Pileckiego. Otóż tam każdy blok jest na innej ulicy. Dereniowa, Miklaszewskiego, Dybowskiego, Amundsena, Pileckiego - co sobie tylko zażyczycie. A numeracja to temat na dłuższą rozprawkę. Wbiłem w to psychodeliczne osiedle a malunki na załączonej mapce nawet w połowie nie oddają tego, co ja tam przeżyłem. Po kwadransie, wycieńczony i odwodniony dopadłem jakąś staruszkę, która na pytanie o Alternatywy, wskazała budynek oddalony o jakieś 50 metrów i powiedziała, że tam jest numer 4 a innych muszę sobie poszukać. Oblazłem to wszystko w kółko i nichuja. Nabiłem po raz kolejny numer sprzedawcy: 'Stoję przy Alternatywy 4 i nie wiem co dalej'. 'Panie Radek, pan pójdzie prosto, dojdzie do rondka, skręci w prawo, przejdzie jakieś 100 metrów i po lewej będzie mój blok'. Problem był taki, że w zasięgu wzroku nie miałem żadnego rondka. Postanowiłem dokładniej obadać Alternatywy 4. 15 sekund później zacząłem płakać z bezsilności. To nie były Alternatywy 4 tylko Amundsena 4. Dałem sobie ostatnią szansę na wyjście z twarzą z tej porażki intelektualnej - postanowiłem ciężko skopać kolejną zaspę. Odpaliłem następnego fajka i poczłapałem zrezygnowany na skos, między nowe bloki żywiąc słabą nadzieję, że może to będzie to. Niestety, Nowa Estetyka Warszawska narzuca taki paradygmat: wysokie ogrodzenie, najlepiej pod napięciem i zero tabliczki z nazwą ulicy i numerem bloku. Kto nie wierzy niech się kopnie w okolice numeru 7, gdzie próbowałem okrążyć ogrodzony blok ale utknąłem w zaspie i po raz kolejny zacząłem szlochać bezgłośnie. Już zrezygnować chciałem, miałem tego dość ale postanowiłem dać ostatnią szansę miejscowym. I pod numerem 7 spotkałem miłą panią, która wiedziała gdzie jest Alternatywy. Pan przejdzie tu na skos do stacji benzynowej i za nią będzie Alternatywy. Ten taki okrągły blok - tak mi skubana powiedziała. Z radości zadzwoniłem do gościa, że zaraz będę, potem skopałem kolejną zaspę, następnie wpadłem w ukrytą zaspę, która nie wyglądała jak zaspa i dolazłem do tej złowoniaszczej stacji. Oczom mym ukazał się sklep Lidl i w tym momencie oficjalnie zacząłem się wkurwiać (dlaczego, powiem na końcu). Na dodatek polazłem z tej stacji tak, że musiałem, niczym jebany muflon, pomknąć po wąskim, oblodzonym murku, co to z jednej strony sterta śniegu a z drugiej 4 metry w dół do wjazdu garażowego. I tak się zestresowałem wysokością, że schodząc z murka wyłapałem lód i przykurwiłem w krawężnik prawym kolanem tak, że chyba się lekko zesrałem (aczkolwiek tej wersji nie będę fanatycznie bronił). Dlatego aktualnie mam zmasakrowane oba kolana, co jest śmieszne. Miejsce kaźni wyznacza numer 8. Wtedy zaczęło mi się wydawać, że gorzej nie będzie. Stare to a głupie - oczywiście że będzie. Podbiłem do jakiegoś kolesiowca i zapytałem co to za adres. Indiry Gandhi, powiedział a ja chyba właśnie w tym momencie przyjąłem ten swój niepokojący innych wyraz twarzy, bo gość od razu zapytał jakiej ulicy szukam. 'A, Alternatywy. To pewnie Alternatywy 4?'. Nie człowieku, siódemka mi jest potrzebna. Siódemka jak siedem cudów świata. Jak siedem grzechów głównych i cnót kardynalnych. Jak pierdolone siedem wzgórz Rzymu, siedem sakramentów i siedem dni tygodnia. Jak w dupę jebane siedem sfer piekła i nieba i siedem sztuk wyzwolonych. Nie wiedział. A ja zacząłem poważnie rozważać zrobienie powtórki z filmu Se7en. Jak mi wkurw minął i zniknęła czerwona mgła, ujrzałem rondo, o którym mówił mi typ przez telefon (numer 9). Doszedłem do niego, po prawej Alternatywy 4, po lewej chujnia, wygon i niebieski neon. No dobra, co by zrobił Brian Boitano. Skręciłem w prawo, przeszedłem 50 metrów, zobaczyłem na bloku po prawej tabliczkę 'Polskie Drogi 21' i chyba mi strzeliło jakieś naczynie w mózgu. Zawróciłem i na rondzie ponownie skręciłem w prawo. Doszedłem do numeru 10, zapukałem do cieciówki i zapytałem się kolesia co to za adres. Polskie Drogi, on do mnie a mi się przypomniał stary dowcip, że jak to kurwa jest, że ty wszędzie mieszkasz a ja nigdzie? Gdzie się nie obejrzysz - Polskie Drogi. Odpaliłem 15 bodajże fajka i brutalnie zmasakrowałem kolejne dwie zaspy. Nic z nich nie zostało, dlatego zaznaczyłem ich miejsce spoczynku krzyżykami. Ostatnim kierunkiem na rondzie było znowu w prawo (czyli w stronę numeru 11) ale tam znowu zaatakowała mnie Nowa Estetyka Warszawska wzbogacana o lampy, które wzbudzały się zbliżeniowo. Zupełnie jakby niewystarczająca była moja ślepota ogólna a zwłaszcza po zmierzchu. Wróciłem na rondo, pod numer 9, zapaliłem fajkę, wygarnąłem pot spod bluzy i zadzwoniłem do sprzedawcy, że ja to pierdolę, poddaję się, 10 lat wyszkolenia harcerskiego psu w dupę na nowych ursynowskich osiedlach i że przeleję mu kasę a książkę odbiorę jak uda mi się tu przyjechać w dzień i znajdę te jebane Alternatywy 7. Gość kazał mi się rozluźnić, spytał gdzie stoję, kazał odwrócić się plecami do niebieskiego neonu, o którym wspominałem wcześniej i przejść jakieś 100 metrów przed siebie. A potem w lewo i jestem na miejscu. 3 minuty później klęczałem przed blokiem z tabliczką 'Alternatywy 7', głośno płakałem z ulgi a dowozicielator pizzy, który atakował akurat piątkę, uciekł na mój widok prędko. Odebrałem książkę i wróciłem pod numer 11, by tam wsiąść w autobus i udać się do metra. Zadajecie sobie pytanie dlaczego wkurwiłem się widząc sklep Lidl. Otóż gdybym nie był takim zjebem, to pod tym Lidlem bym wysiadł z autobusu, którym doginałem z pracy i pieprzone Alternatywy 7 byłyby moje w ciągu 10 minut. No ale dzięki zgapieniu przeżyłem piękną przygodę, którą będę mógł jeszcze kiedyś opowiedzieć przy piwie. Albo i nie. Plusy tego pokazu nieudacznictwa - ważna nauka: nie wierz mieszkańcom Ursynowa. Każdego napotkanego projektanta tego koszmaru ładuj od razu w usto bolesne. Wrzuć sobie plan Warszawy do komórki. No i kolejna dobra książka w biblioteczce.
czwartek, 07 stycznia 2010
I nikt nam nie wmówi, że kremowe jest brązowe oraz na odwrót
Pierwotnie ten podcykl blogowy miał służyć skanalizowaniu wkurwu, odreagowaniu traum postremontowych i terapii śmiechem. Niestety, z uwagi na nieudolność ekipy walczącej z kaflem, po dziś dzień wychodzą jakieś fakapy. I coraz mniej mi do śmiechu, zwłaszcza że niektóre z nich są potencjalnie niebezpieczne i przy gorszym zbiegu okoliczności mogły mnie zrujnować finansowo. Z tego powodu cykl ulegnie skróceniu, bo przestał spełniać pokładane w nim nadzieje. Przede wszystkim przestał mnie bawić i sprawiać mi frajdę. Dodatkowo, do tej pory nie jestem w stanie oswoić pewnych rzeczy i gdy patrzę na krzywe blaty, w dalszym ciągu chuj mnie strzela. Gdy widzę sufit podwieszany, który pękł po 3 miesiącach, mam ochotę spalić kilka wsi. Gdy patrzę na upierdolony odpływ w kuchni, który rozleciał się na kawałki od lekkiego puknięcia weń pudłem przeprowadzkowym, oczy zasnuwa mi czerwona mgła. Dlatego z zaplanowanych 13-15 kawałków, skleję z dziesięć, bo chyba mi się już odechciało pisać o radosnych chujograjcach z ekipy rem-bud. Oczywiście za miesiąc może mi się coś pozmieniać ale na dzisiaj wygląda to tak, że oprócz tej notki będzie jeszcze jeden odcinek fabularyzowany i podsumowanie całości. Pod poprzednią notką padło pytanie dlaczego klepnąłem rury na ścianie i inne wpadki. Z czterech powodów. Dong dong dong dong dong, dong dong dong - zaświergoliła radośnie komórka, wyrywając mnie z objęć Morfeusza. MINĘŁO KILKANAŚCIE STRZAŁÓW ZNIKĄD Bartycka. Czwartek. Otóż nie ruszyła. Płytki przyjechały i sobie stały w kącie, w przedpokoju. W piątek stały, bo pewnie nie ma sensu zaczynać pod koniec tygodnia. W sobotę też stały, bo w sobotę pracują tylko żydy, rumuny i cygany. W poniedziałek praca ruszyła z kopyta. Dong dong dong dong dong, dong dong dong - zaświergoliła radośnie komórka, odrywając mnie od moich tabelek excelowych. Ozon okazał się być zajebistym ziomem, bo najpierw mnie uspokoił a potem stwierdził, że kopnie się na obiekt i wytłumaczy Rafału co i jak. Co też tego samego dnia uczynił. Rafału wszystko zrozumiał, bo upewniłem się telefonicznie czy wszystko zrozumiał. No tak powiedział. Że zrozumiał. MIGNĘŁO SIEDEMNAŚCIE MGNIEŃ WIOSNY - Cześć Rafału, słyszałem, że łazienka porobiona. Daj no rzucić okiem. O, jak fajnie. I ładnie. Tylko... dlaczego... kurwa... mać... pod blatem... są... ja pierdolę... JASNE, W DUPĘ PIERDOLONE PŁYTKI!? Wtedy wydałem się sobie bardzo wyrozumiały i zajebisty. Stwierdziłem też, że po takim tekście chłopaki bardziej będą się przykładać w miejscach, których nie widać. Ależ byłem naiwnym łosiem. I żeby nie było, że fakap był totalny - pomyłka Rafału zaowocowała całkiem fajnym rozwiązaniem. Pierwotnie Geberit miał być dwukolorowy, Rafału się pierdolnął i rąbnął go w całości w ciemnych płytkach (dlatego zabrakło mu ich pod blat). Uważam, że jeden kolor wygląda lepiej niż dwa a jasnych płytek pod blatem faktycznie nie będzie widać. Bo muszę kurwa zasłonić czymś te pierdolone, ciemnoszare, obleśne rury.
piątek, 11 grudnia 2009
Jak sobie radzić z atakami paniki (i szału) - krótki poradnik
W czasie gdy Rafału kładł na balkonie, w pocie czoła kupione płytki, Jurku zaczęła się udzielać lekka panika. Siedziałem w pracy, piłem poranną kawę i odbębniałem poranną internetówkę gdy w kieszeni zaczęła mi wibrować komórka. I już po wibracjach poczułem, że szykuje się niezła akcja. - Radek, Radek musimykoniecznieszybkokupićrurykolankaizawory - wyrzucił na jednym ćwierćoddechu zadyszany Jurku I tu słowo wyjaśnienia. Ozon zaprojektował mi łazienkę w najlepszy z możliwych sposobów. Ale ten najlepszy ze sposobów wymagał przesunięcia odpływów i wpuszczenie w ścianę dwóch rur. W dobrej wierze zleciłem tę robotę Jurku. Ależ byłem naiwnym łosiem. - No to pojedź do Liroja i kup rury - postanowiłem wskazać Jurku kierunek w życiu, bo się ewidentnie pogubił. Tego dnia odbyłem jeszcze dwie podobne rozmowy z Jurku, z każdą następną chłopak był w coraz większym amoku i panice. Zachowałem się niczym najlepszy psychoterapeuta i siostra miłosierdzia razem wzięci, bo słysząc narastające przejęcie w jego głosie, czułem że z typem dzieje się coś niedobrego. Ale nie zapaliły mi się żadne lampki awaryjne w głowie, bo stwierdziłem że może ma tremę albo zaganiany jest. Za materiały zabuliłem jak za zboże ale doszedłem do wniosku, że warto - wszystkie rury będą pochowane w ścianie, kupię sobie bajerancki chromowany syfon i nie będę musiał przestrzeni pod zlewem niczym zakrywać. Ależ byłem naiwnym łosiem. Zerwę teraz chronologię opowieści (i będę to czynił coraz częściej), bo nie będzie mi się chciało w przyszłych notkach odwoływać do poprzednich. Przeskoczmy do przodu do momentu pierwszej wizyty na inwestycji, już po położeniu rur. I płytek. Godzina 13:00. Miejsce akcji - łazienka. - Co to kurwa ma być. No ja pierdolę, czy was pojebało ze szczętem - zacząłem krzyczeć łagodnie, żeby chłopak na dzień dobry się nie spłoszył. Myślałem, że mu jebnę. Poważnie. Dostałem ataku furii i po raz pierwszy od bodaj dekady miałem ochotę rozbić komuś twarz. Ale tak bardzo, żeby fragmenty czaszki wbiły mu się w mózg. Ile samokontroli wymagało niezrobienie tego, wiem tylko ja a wy nigdy w to nie uwierzycie. Pomijając kilka rzeczy ewidentnie spierdolonych (o których w następnym odcinku), łazienka wyszła mi bardzo fajnie. Niestety wszystko szpecą dwie obleśne, ciemnoszare rury: jedna od ziemi do zlewu, druga odpływowa do pralki. Ja wiem, że je można zasłonić. Naprawdę. Ale długo wkurwiać mnie będzie świadomość tego, że nawet zasłonięte one tam dalej będą. I jeszcze coś z ciekawostek z życia wesołej ekipy wykończeniowej - odpływ do zlewu trzeba było przesunąć na tyle, żeby zmieściła się między nim a ścianą wanna. Korzystając z promocji kupiłem wannę o 20 cm szerszą niż ta w projekcie. Wanna leżała od samego początku w rogu salonu. Kilka razy prosiłem ekipę, żeby wszystko dokładnie pomierzyli przez zrobieniem, bo projekt to jedno a rzeczywistość drugie. I co chłopcy zrobili? Ano tak to wszystko sprytnie uknuli, że odpływ od zlewu wchodzi w podłogę w odległości 3-4 centymetrów od boku wanny. W wyniku czego mogę zapomnieć o bocznej ściance podblatowej (walnąłem zamiast tego nóżkę). No i rzecz jasna przy każdym prysznicu woda chlapie tym odkrytym bokiem pod zlew. A przecież wystarczyło wymierzyć tak, żeby boczna ścianka zmieściła się w takiej odległości od boku wanny, żeby wszedł tam mop. Niestety, woleli zrobić na oko zamiast użyć miarki. To była jedna z wielu traum jakie zafundowali mi dzielni ekipanci. Pewnie myślicie, że zacząłem od największej? Ależ jesteście naiwnymi łosiami.
wtorek, 01 grudnia 2009
Jestem Leroy, scyzoryk z Galicji
Co pójdzie nie tak, skoro do kupienia jest marne 10 metrów kwadratowych płytek - taka myśl kołatała mi pod czaszką gdy jechałem do Leroya w Arkadii (podświadomość już weszła w tryb 'fatalizm', ja się jeszcze świadomie łudziłem). Zepchnąłem ją głęboko i uśmiechnięty ruszyłem między regały. O, to może i światełka od razu kupię. Niestety, w dziale elektrycznym z halogenami, te ostatnie są włączane przy pomocy jakiegoś czujnika ruchu a że ruch tam jest cały czas więc świeci się cały czas, w związku z czym temperatura była tam wyższa od tej na zewnątrz (+25) o kolejne 25 stopni. Zanim doszedłem do końca regału, płynąłem. Postanowiłem zakup lampek odłożyć na jakiś chłodniejszy dzień. Dział płytek powitał mnie chłodno. Nie w kontekście temperatur, po prostu obsługa miała na mnie centralnie wyjebane a jedyny koleś, który sprawiał wrażenie, że nie jest zajęty, na mój widok zaczął spieprzać na zaplecze. Chwilowo postanowiłem olać obsługę, poszedłem obejrzeć terakotę, wybrałem kilka szansownych modeli, porankowałem je według stopnia chujowości[1] i ceny, pospisywałem numery referencyjne, schowałem się w sąsiedniej sekcji i cierpliwie niczym pyton czekałem na ofiarę. Zegarek wskazywał 18:00. Po chwili zauważyłem ruch, nonszalancko, by nie wzbudzać podejrzeń biedaka, którego wytypowałem na swojego Wergiliusza[2], zacząłem się przechadzać między regałami i w momencie gdy miał mnie za plecami, ruszyłem. - Elo zią, potrzebny mi jesteś żeby coś posprawdzać na komputerku... Zobaczywszy kolejkę w dziale obsługi klienta, ucieszyłem się bo do kasy byłem drugi a do transportu czwarty albo piąty. Na zegarku 18:30, o 19:00 będzie po zawodach to sobie jeszcze zdążę obskoczyć kilka miejsc i załatwić kilka spraw. No z tym że niekoniecznie. Przy kasie poszło na szybkości a potem poszło jak koń po błocie. W dziale obsługi klienta był jeden koleś, który obsługiwał reklamacje, transport i wydawanie towaru z magazynu. Oraz odbierał telefony z miasta. Połowa ludzi przede mną przyszła w sprawach podobnych do mojej, pozostali z reklamacjami. Ale nie jakieś tam gówna typu pęknięta oprawka w lampce za 30 złotych. Nie, takie rzeczy reklamują w każdy inny dzień, dzisiaj na tapetę wjechały bardzo poważne sprawy. Na przykład pęknięta osłona kabiny prysznicowej, kupionej 3 miesiące temu ale dopiero teraz rozpakowanej. Oszczędzę wam opisu porażki intelektualnej jaka miała tam miejsce, jobów jakie przelatywały w powietrzu, waląc rykoszetami w niewinnych i ogólnego stężenia nienawiści w atmosferze. Dość powiedzieć, że już o 20:00 mój towar został mi wydany z magazynu (półtorej godziny, wielkie mi halo) i był ładowany na ciężarówkę a ja sadowiłem się w szoferce obok kierowcy[3]. Dojechaliśmy na miejsce, gość zrzucił towar przed klatką, dostał kasę i pojechał. Paczki były ciężkie jak skurwesyn, pomimo późnej pory był upał, winda chciała mnie przyciąć (ma coś zwalone w czujniku i próbuje zamknąć drzwi nawet jeżeli ktoś w nich stoi), raz dwie paczki płytek i mój plecak pojechały na górę beze mnie ale na szczęście za chwilę zjechały, cieć coś chciał mi powiedzieć ale zobaczył moją minę i poniechał pomysłu. No ogólnie był Monty Python ale taki bardziej udany niż nieudany. Kończąc - zakup 9m2 płytek zajął mi z dojazdami i wniesieniem trzy i pół godziny, skasowałem sobie paznokcia w prawej ręce, ponaciągałem coś w udzie i kręgosłupie i rozciąłem przedramię o terakotę. Bo te skurwiele wcisnęły mi jedną paczkę połamanych płytek. Po powrocie do Piaseczna wbiłem pod prysznic i padłem na wyro. - No, chłopaki mają płytki na balkon, umówieni jesteśmy, że resztę kupuję w środę albo czwartek, plan robót do końca tygodnia ogarnięty, będzie dobrze - takie myśli przebiegły mi przez głowę na chwilę przed tym jak odpłynąłem w objęcia Morfeusza. Ależ byłem naiwnym łosiem. [1] Jeżeli myślicie, że w którymkolwiek Leroyu kupicie ładne płytki, to znaczy, że jesteście podatni na reklamy. Do Leroya idzie się wyłącznie po tanie płytki na balkon i wybrać możesz te najmniej brzydkie.
czwartek, 29 października 2009
That is just the way it is
Some things'll never change. Not. Weekend po zakupach upłynął mi na leczeniu udaru piwem, konwencie Awangarda, dzikiej imprezie i legendarnej wizycie w KFC przy Poleczki. Misja na poniedziałek - przed pracą zawieźć na obiekt zamówienie z Leroya żeby ekipa mogła odebrać rzeczy z transportu. Zajechałem na Prażkie, człapię ciężko z przystanku pod blok, chłopaki wychodzą z jakiegoś kombiacza i kogo moje piękne, umęczone oczy widzą? Jurku, Wojtku i nieznajomu mężczyznu. RETROSPEKCJA Jak pisałem wcześniej, spędziłem z Jurku długie godziny omawiając, analizując, spierając się i osiągając liczne konsensusy. W kilku spotkaniach uczestniczył Wojtku, który miał robić u mnie łazienkę i kuchnię. Dzięki tym spotkaniom wiedział dokładnie jak ma wszystko wyglądać, bo to z nim głównie toczyłem fachowe rozmowy z gatunku 'te rure pierdolniem pod płytkami a góre opierdolim małym sufitem podwieszanym'. To Wojtku namówił mnie na płytki na balkon i w ogóle miał kilka niezłych pomysłów. POWRÓT DO RZECZYWISTOŚCI - Cześć panowie, szybko się tutaj zwijajmy z kwitami, bo do pracy muszę wracać a już... jestem... ciutkę... spóźniony... - mówiłem coraz wolniej, spoglądając nieufnie na Nowego. Spokój miałem do południa po czym zaczęły się nerwowe telefony. - Radek, wiesz co, jednak jakbyś mógł kupić dziś te płytki na balkon, to by było fajnie, bo Rafału nie ma co robić - zatrzeszczał w tubusiku Jurku. Po pracy wróciłem do domu, padłem na kanapę, weekend zaczął ze mnie powoli wychodzić, miałem na wszystko wyjebane w związku z czym programowo ignorowałem wszystkie próby połączenia czynione przez zdesperowanego Jurku, który musiał płacić Rafału postojowe. Nadszedł wtorek i od rana czułem w szpiku, że to będzie niedobry dzień. Tknięty przeczuciem zapakowałem do plecaka koszulkę na zmianę i wbiłem do fabryki. Od 10 zaczęły mnie atakować telefony, które tym razem postanowiłem odbierać. - Ej, Radek. Co z tymi płytkami - to znowu Jurku Po zakończonej pracy ruszyłem na zakupy do Leroya w Arkadii. Dziarrrsko przekroczyłem progi sklepu a w głowie kołatała mi się taka myśl niesforna: 'zakup kilku metrów płytek na taras to przecież chwila nieuwagi, będzie dobrze'. Ależ byłem naiwnym łosiem. Dezorganizacyjnie
W sobotę kończy mi się umowa na internet w Piasecznie. W nowym mieszkaniu sieci na razie brak (tak, wiem, będę żył jak zwierzę ale postaram się jakoś sobie z tym poradzić) i nie wiem kiedy będzie. Dlatego wrzucę za chwilę kolejną notkę o kaflu i przez następne 2-3 tygodnie proszę mnie nie zaczepiać. Brak sieci. Pakowanie. Przeprowadzka. Chaos. Ci co przeżyli, wiedzą o czym mówię. Młodym, którzy nie wiedzą, zawczasu dobrze radzę - bez żartów, połajanek i szturchania, bo mogą polecieć pierwsze w historii mojej bytności w internetsach bany. Połączone z bardzo niekulturalnym zjebaniem w komciach. W skrócie - przez następne 2-3 tygodnie będę niczym odbezpieczony granat. Zostaliście ostrzeżeni, reklamacje nie będą rozpatrywane. Za chwilę nowa notka. Deep inside of a parallel universe
Minęła pełna nerwowego wyczekiwania godzina. No dobra, może pół. Niech będzie, że trzy kwadranse. W tym czasie po sklepie nosiło mnie tak, że Wojtku, pod pozorem załatwiania jakiejś reklamacji, uciekł między regały. Co było z jego strony rozsądne. W momencie gdy oczy poczęła mi z wolna zasnuwać czerwona mgiełka szaleństwa i zacząłem wchodzić w stan 'berserker', tknęło mnie. To chyba wzmożony przypływ krwi do mózgu polepszył jego pracę. Wziąłem komórkę, nabiłem numer do Jurku i po uzyskaniu połączenia, wydusiłem do słuchawki: Przez następną minutę ludzie przy kasach byli świadkami dziwnego spektaklu. Łysy grubas z twarzą poczerwieniałą niczym przy apopleksji, miotał się z lewa na prawo i mówił słowa od których marynarze się rumienili, dorastające panienki mdlały a małe dzieci pytały rodziców 'mama, a co to jest szybkolaskoróbka pigalakowa'? Jak mi już przeszło, oddzwoniłem do Jurku, kazałem usiąść na jakiejś kawie i czekać na mnie. Wziąłem za oszewkę Wojtku, podjechałem z nim do metra, przedarłem się do Arkadii, odebrałem kartę rabatową i zdałem sobie sprawę, że dojechanie do Leroya w Alejach autobusem będzie trudne, bo nie mam pojęcia co tam jeździ. Zdałem się na instynkt. Ależ byłem naiwnym łosiem.
wtorek, 27 października 2009
Żmija - Andrzej Sapkowski
Rzeczy, które mi się w Żmii podobały: - pierwsze 40-50 stron Rzeczy, które mi się w Żmii nie podobały: - cała reszta Napisałbym coś więcej ale autora cenię, szanuję i tak wiele mu zawdzięczam, że prędzej sobie wbiję dłuto w zdradliwą dłoń niż zacznę się pastwić występnie nad czymkolwiek jego pióra. Ale żal trochę. I jeszcze ciepłe słowo do wydawcy - topowy autor dostaje papier toaletowy[2]? Poważnie? Wstydu, kurwa, nie macie. Ani szacunku. Tak dla pisarza, jak i dla czytelnika. Jak ja niby mam to postawić na półce obok sagi albo trylogii? Tani tandeciarze. [1] Przez co filmy wojenne są jedynymi, na których zdarza mi się wzruszyć do łez.
sobota, 03 października 2009
Jestem szop-pracz
I szoping uwielbiam wręcz pasjamy czyli idziemy na zakupy. W trakcie gdy elektryk walczył z drutem, poprosiłem Jurku o zrobienie listy zakupów budowlanych. Chciałem jednym transportem opękać wszystkie klamoty, zarówno moje, jak i ich zaprawy, bloczki, szpachle, kleje, gipsy, silikony, płyty gk oraz całą resztę niezbędnych do rozpoczęcia inwestycji rzeczy. Nie byłem pewien gdzie robić zakupy ale Jurku powiedział, że ma kartę rabatową do Leroya - 10% przy zakupach za ładne kilka tysięcy to rzecz nie do pogardzenia. Zanim fachowiec przystąpił do tworzenia owej listy, spotkaliśmy się jeszcze raz u mnie w lekko poszerzonym składzie. Na kwadracie pojawił się Wojtku[1], który miał u mnie dzielnie walczyć z kaflem w łazience i kuchni. Na spotkanie przyniosłem ponownie wszystkie wydruki, spędziliśmy na omawianiu kształtu mieszkania dobre dwie godziny, chłopaki pomazali ołówkiem ściany jeszcze bardziej i po dogadaniu wszystkich szczegółów oni przystąpili do tworzenia listy a ja zacząłem windykować na mieście kasę na te zakupy. Umówiliśmy termin i ustaliliśmy gromadnie, że wbijamy do LM na Jerozolimskich, bo jest najlepiej zaopatrzony. Wojtku przyjechał tam swoim furgonikiem, co mnie bardzo ucieszyło, bo odpadłyby opłaty za transport. A z Alei na Praszkie taki transport kosztuje coś koło stówki. Uzbrojeni w szczegółową i pełną listę ruszyliśmy na podbój hali. Pięć minut później musiałem zmienić plany i uwzględnić w kosztorysie transport w wykonaniu sklepu - całość nie zmieściłaby się w furgonetce. Nic to, stwierdziłem. Cały remont będzie kosztował kilkadziesiąt tysięcy więc czymże w tym ogromie kasy jest marna stówka. Zakupy przebiegały bardzo sprawnie, Wojtku podrzucił na gorąco kilka nowych pomysłów, kilka pozycji spadło. Dzięki temu, że pojawiły się oszczędności, dałem się namówić na terakotę na balkonie[2]. Z perspektywy czasu widzę, że pomysł był znakomity. Nie wiedziałem jeszcze ile z powodu tych cholernych kafli zmarnuję czasu, przeleję potu i wypowiem bluźnierstw. No ale nie uprzedzajmy wydarzeń. Po przejściu przez sklep i zrobieniu zbiorczego zamówienia okazało się, że jest dobrze. Do dokupienia zostały mi baterie do kuchni i łazienki, grzejnik naścienny oraz blaty. Ruszyłem do kasy uiszczać, daję pani zamówienie, pani wbija pozycje ja rzucam do Wojtka 'daj kartę rabatową' i słyszę 'ale ja jej nie mam'. Kurwa mać. Poprosiłem panią żeby przerwała, bo ja bez rabatu stąd nie wyjdę. 'To kto ma kartę?', wycedziłem przez zaciśnięte zęby. 'Noooo... Jurku ma, zapomniał mi dać'. Na twarz wypełzł mi maniakalny uśmiech, który przeraziłby każdego, kto mnie choć trochę zna. Wojtku nie znał więc nie uciekł. Ale lekko się ode mnie odsunął. Wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem do Jurku, który akurat robił u mnie na obiekcie. Zaczęło się długie czekanie. [1] Nie powiem wam jak Wojtku ma naprawdę na imię, bo chronię winnych.
czwartek, 01 października 2009
Na początku było słowo, tfu... światło
Po wielotygodniowych (ciągnących się miesiącami) bojach z ziomem, który projektował mi mieszkanie, zaczął się klarować taki jego kształt, który mnie satysfakcjonował. Równolegle szukałem ekipy, która mogłaby mi ten bałagan jakoś sensownie, szybko, niedrogo i dobrze ogarnąć. Metodą licznych poleceń i rekomendacji trafił w me ręce telefon do Jurku[1], zadzwoniłem, weszliśmy w kontakt i zaczęliśmy omawiać kwestie zakresu robót. W stronę skrzynki mailowej Jurku mknęły kolejne jpgi, pdfy, txty i excele, w których opisywałem szczegółowo końcowy efekt prac, który będzie mnie satysfakcjonował. Kilkukrotnie spotkaliśmy się na kwadracie i z rysunkami w dłoni tłumaczyłem mu jak ma wyglądać moja wymarzona kwartira. Gdy wydawało się, że wszystko jest obgadane, nastąpił pierwszy zgrzyt. Zgrzycik właściwie i dlatego nie wzbudził moich podejrzeń. Otóż okazało się, że on właściwie to elektryki mi nie będzie robił ale ma takiego zaprzyjaźnionego fachowca z uprawnieniami, z którym współpracuje. I on, ten fachowiec z kwitem, do mnie wpadnie i raz-dwa rozrzuci kable po domu. Trochę się wkurwiłem, bo po co niby tłumaczyłem mu przez godzinę jak ma wyglądać elektryka? Co to, mój czas jest bezwartościowy? Nic, wybiłem numer do Elektryka, umówiliśmy się na wizję lokalną, pomazał mi ściany ołówkiem, na planie mieszkania postawił tajemnicze znaczki, sprostował kilka moich błędów myśleniowych, sprzedał dwa świetne pomysły i się pożegnaliśmy. Dzień później przysłał wycenę, po tygodniu wbił na miejscówkę, w półtora dnia ją okablował, wystawił fakturę, skasował kasę i pozostawił mnie w stanie ekstazy. No dobra, nie pogipsował po sobie dziur ale od razu mnie lojalnie uprzedził, że on robi w drutach a nie gipsie i nie chce mi robić na odpierdol czegoś, czego robić nie potrafi. Zbudowała mnie jego postawa[2] i z nadzieją patrzyłem w przyszłość. No bo jak wszystkie ekipy takie będą, to normalnie czad i dżezi. Pomyślałem - 'Tak mnie straszyli tymi fachowcami, że takie z nich chuje niesumienne a tu proszę, rachu-ciachu i po strachu. Warunków dotrzymał, wszystko terminowo, kable prosto i jeszcze cedeka z dokumentacją dał. Będzie dobrze.' Ależ byłem naiwnym łosiem. [1] Nie powiem wam jak Jurku ma naprawdę na imię, bo chronię winnych. |