|
Archiwum
|
czwartek, 29 października 2009
That is just the way it is
Some things'll never change. Not. Weekend po zakupach upłynął mi na leczeniu udaru piwem, konwencie Awangarda, dzikiej imprezie i legendarnej wizycie w KFC przy Poleczki. Misja na poniedziałek - przed pracą zawieźć na obiekt zamówienie z Leroya żeby ekipa mogła odebrać rzeczy z transportu. Zajechałem na Prażkie, człapię ciężko z przystanku pod blok, chłopaki wychodzą z jakiegoś kombiacza i kogo moje piękne, umęczone oczy widzą? Jurku, Wojtku i nieznajomu mężczyznu. RETROSPEKCJA Jak pisałem wcześniej, spędziłem z Jurku długie godziny omawiając, analizując, spierając się i osiągając liczne konsensusy. W kilku spotkaniach uczestniczył Wojtku, który miał robić u mnie łazienkę i kuchnię. Dzięki tym spotkaniom wiedział dokładnie jak ma wszystko wyglądać, bo to z nim głównie toczyłem fachowe rozmowy z gatunku 'te rure pierdolniem pod płytkami a góre opierdolim małym sufitem podwieszanym'. To Wojtku namówił mnie na płytki na balkon i w ogóle miał kilka niezłych pomysłów. POWRÓT DO RZECZYWISTOŚCI - Cześć panowie, szybko się tutaj zwijajmy z kwitami, bo do pracy muszę wracać a już... jestem... ciutkę... spóźniony... - mówiłem coraz wolniej, spoglądając nieufnie na Nowego. Spokój miałem do południa po czym zaczęły się nerwowe telefony. - Radek, wiesz co, jednak jakbyś mógł kupić dziś te płytki na balkon, to by było fajnie, bo Rafału nie ma co robić - zatrzeszczał w tubusiku Jurku. Po pracy wróciłem do domu, padłem na kanapę, weekend zaczął ze mnie powoli wychodzić, miałem na wszystko wyjebane w związku z czym programowo ignorowałem wszystkie próby połączenia czynione przez zdesperowanego Jurku, który musiał płacić Rafału postojowe. Nadszedł wtorek i od rana czułem w szpiku, że to będzie niedobry dzień. Tknięty przeczuciem zapakowałem do plecaka koszulkę na zmianę i wbiłem do fabryki. Od 10 zaczęły mnie atakować telefony, które tym razem postanowiłem odbierać. - Ej, Radek. Co z tymi płytkami - to znowu Jurku Po zakończonej pracy ruszyłem na zakupy do Leroya w Arkadii. Dziarrrsko przekroczyłem progi sklepu a w głowie kołatała mi się taka myśl niesforna: 'zakup kilku metrów płytek na taras to przecież chwila nieuwagi, będzie dobrze'. Ależ byłem naiwnym łosiem. Dezorganizacyjnie
W sobotę kończy mi się umowa na internet w Piasecznie. W nowym mieszkaniu sieci na razie brak (tak, wiem, będę żył jak zwierzę ale postaram się jakoś sobie z tym poradzić) i nie wiem kiedy będzie. Dlatego wrzucę za chwilę kolejną notkę o kaflu i przez następne 2-3 tygodnie proszę mnie nie zaczepiać. Brak sieci. Pakowanie. Przeprowadzka. Chaos. Ci co przeżyli, wiedzą o czym mówię. Młodym, którzy nie wiedzą, zawczasu dobrze radzę - bez żartów, połajanek i szturchania, bo mogą polecieć pierwsze w historii mojej bytności w internetsach bany. Połączone z bardzo niekulturalnym zjebaniem w komciach. W skrócie - przez następne 2-3 tygodnie będę niczym odbezpieczony granat. Zostaliście ostrzeżeni, reklamacje nie będą rozpatrywane. Za chwilę nowa notka. Deep inside of a parallel universe
Minęła pełna nerwowego wyczekiwania godzina. No dobra, może pół. Niech będzie, że trzy kwadranse. W tym czasie po sklepie nosiło mnie tak, że Wojtku, pod pozorem załatwiania jakiejś reklamacji, uciekł między regały. Co było z jego strony rozsądne. W momencie gdy oczy poczęła mi z wolna zasnuwać czerwona mgiełka szaleństwa i zacząłem wchodzić w stan 'berserker', tknęło mnie. To chyba wzmożony przypływ krwi do mózgu polepszył jego pracę. Wziąłem komórkę, nabiłem numer do Jurku i po uzyskaniu połączenia, wydusiłem do słuchawki: Przez następną minutę ludzie przy kasach byli świadkami dziwnego spektaklu. Łysy grubas z twarzą poczerwieniałą niczym przy apopleksji, miotał się z lewa na prawo i mówił słowa od których marynarze się rumienili, dorastające panienki mdlały a małe dzieci pytały rodziców 'mama, a co to jest szybkolaskoróbka pigalakowa'? Jak mi już przeszło, oddzwoniłem do Jurku, kazałem usiąść na jakiejś kawie i czekać na mnie. Wziąłem za oszewkę Wojtku, podjechałem z nim do metra, przedarłem się do Arkadii, odebrałem kartę rabatową i zdałem sobie sprawę, że dojechanie do Leroya w Alejach autobusem będzie trudne, bo nie mam pojęcia co tam jeździ. Zdałem się na instynkt. Ależ byłem naiwnym łosiem.
wtorek, 27 października 2009
Żmija - Andrzej Sapkowski
Rzeczy, które mi się w Żmii podobały: - pierwsze 40-50 stron Rzeczy, które mi się w Żmii nie podobały: - cała reszta Napisałbym coś więcej ale autora cenię, szanuję i tak wiele mu zawdzięczam, że prędzej sobie wbiję dłuto w zdradliwą dłoń niż zacznę się pastwić występnie nad czymkolwiek jego pióra. Ale żal trochę. I jeszcze ciepłe słowo do wydawcy - topowy autor dostaje papier toaletowy[2]? Poważnie? Wstydu, kurwa, nie macie. Ani szacunku. Tak dla pisarza, jak i dla czytelnika. Jak ja niby mam to postawić na półce obok sagi albo trylogii? Tani tandeciarze. [1] Przez co filmy wojenne są jedynymi, na których zdarza mi się wzruszyć do łez.
sobota, 03 października 2009
Jestem szop-pracz
I szoping uwielbiam wręcz pasjamy czyli idziemy na zakupy. W trakcie gdy elektryk walczył z drutem, poprosiłem Jurku o zrobienie listy zakupów budowlanych. Chciałem jednym transportem opękać wszystkie klamoty, zarówno moje, jak i ich zaprawy, bloczki, szpachle, kleje, gipsy, silikony, płyty gk oraz całą resztę niezbędnych do rozpoczęcia inwestycji rzeczy. Nie byłem pewien gdzie robić zakupy ale Jurku powiedział, że ma kartę rabatową do Leroya - 10% przy zakupach za ładne kilka tysięcy to rzecz nie do pogardzenia. Zanim fachowiec przystąpił do tworzenia owej listy, spotkaliśmy się jeszcze raz u mnie w lekko poszerzonym składzie. Na kwadracie pojawił się Wojtku[1], który miał u mnie dzielnie walczyć z kaflem w łazience i kuchni. Na spotkanie przyniosłem ponownie wszystkie wydruki, spędziliśmy na omawianiu kształtu mieszkania dobre dwie godziny, chłopaki pomazali ołówkiem ściany jeszcze bardziej i po dogadaniu wszystkich szczegółów oni przystąpili do tworzenia listy a ja zacząłem windykować na mieście kasę na te zakupy. Umówiliśmy termin i ustaliliśmy gromadnie, że wbijamy do LM na Jerozolimskich, bo jest najlepiej zaopatrzony. Wojtku przyjechał tam swoim furgonikiem, co mnie bardzo ucieszyło, bo odpadłyby opłaty za transport. A z Alei na Praszkie taki transport kosztuje coś koło stówki. Uzbrojeni w szczegółową i pełną listę ruszyliśmy na podbój hali. Pięć minut później musiałem zmienić plany i uwzględnić w kosztorysie transport w wykonaniu sklepu - całość nie zmieściłaby się w furgonetce. Nic to, stwierdziłem. Cały remont będzie kosztował kilkadziesiąt tysięcy więc czymże w tym ogromie kasy jest marna stówka. Zakupy przebiegały bardzo sprawnie, Wojtku podrzucił na gorąco kilka nowych pomysłów, kilka pozycji spadło. Dzięki temu, że pojawiły się oszczędności, dałem się namówić na terakotę na balkonie[2]. Z perspektywy czasu widzę, że pomysł był znakomity. Nie wiedziałem jeszcze ile z powodu tych cholernych kafli zmarnuję czasu, przeleję potu i wypowiem bluźnierstw. No ale nie uprzedzajmy wydarzeń. Po przejściu przez sklep i zrobieniu zbiorczego zamówienia okazało się, że jest dobrze. Do dokupienia zostały mi baterie do kuchni i łazienki, grzejnik naścienny oraz blaty. Ruszyłem do kasy uiszczać, daję pani zamówienie, pani wbija pozycje ja rzucam do Wojtka 'daj kartę rabatową' i słyszę 'ale ja jej nie mam'. Kurwa mać. Poprosiłem panią żeby przerwała, bo ja bez rabatu stąd nie wyjdę. 'To kto ma kartę?', wycedziłem przez zaciśnięte zęby. 'Noooo... Jurku ma, zapomniał mi dać'. Na twarz wypełzł mi maniakalny uśmiech, który przeraziłby każdego, kto mnie choć trochę zna. Wojtku nie znał więc nie uciekł. Ale lekko się ode mnie odsunął. Wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem do Jurku, który akurat robił u mnie na obiekcie. Zaczęło się długie czekanie. [1] Nie powiem wam jak Wojtku ma naprawdę na imię, bo chronię winnych.
czwartek, 01 października 2009
Na początku było słowo, tfu... światło
Po wielotygodniowych (ciągnących się miesiącami) bojach z ziomem, który projektował mi mieszkanie, zaczął się klarować taki jego kształt, który mnie satysfakcjonował. Równolegle szukałem ekipy, która mogłaby mi ten bałagan jakoś sensownie, szybko, niedrogo i dobrze ogarnąć. Metodą licznych poleceń i rekomendacji trafił w me ręce telefon do Jurku[1], zadzwoniłem, weszliśmy w kontakt i zaczęliśmy omawiać kwestie zakresu robót. W stronę skrzynki mailowej Jurku mknęły kolejne jpgi, pdfy, txty i excele, w których opisywałem szczegółowo końcowy efekt prac, który będzie mnie satysfakcjonował. Kilkukrotnie spotkaliśmy się na kwadracie i z rysunkami w dłoni tłumaczyłem mu jak ma wyglądać moja wymarzona kwartira. Gdy wydawało się, że wszystko jest obgadane, nastąpił pierwszy zgrzyt. Zgrzycik właściwie i dlatego nie wzbudził moich podejrzeń. Otóż okazało się, że on właściwie to elektryki mi nie będzie robił ale ma takiego zaprzyjaźnionego fachowca z uprawnieniami, z którym współpracuje. I on, ten fachowiec z kwitem, do mnie wpadnie i raz-dwa rozrzuci kable po domu. Trochę się wkurwiłem, bo po co niby tłumaczyłem mu przez godzinę jak ma wyglądać elektryka? Co to, mój czas jest bezwartościowy? Nic, wybiłem numer do Elektryka, umówiliśmy się na wizję lokalną, pomazał mi ściany ołówkiem, na planie mieszkania postawił tajemnicze znaczki, sprostował kilka moich błędów myśleniowych, sprzedał dwa świetne pomysły i się pożegnaliśmy. Dzień później przysłał wycenę, po tygodniu wbił na miejscówkę, w półtora dnia ją okablował, wystawił fakturę, skasował kasę i pozostawił mnie w stanie ekstazy. No dobra, nie pogipsował po sobie dziur ale od razu mnie lojalnie uprzedził, że on robi w drutach a nie gipsie i nie chce mi robić na odpierdol czegoś, czego robić nie potrafi. Zbudowała mnie jego postawa[2] i z nadzieją patrzyłem w przyszłość. No bo jak wszystkie ekipy takie będą, to normalnie czad i dżezi. Pomyślałem - 'Tak mnie straszyli tymi fachowcami, że takie z nich chuje niesumienne a tu proszę, rachu-ciachu i po strachu. Warunków dotrzymał, wszystko terminowo, kable prosto i jeszcze cedeka z dokumentacją dał. Będzie dobrze.' Ależ byłem naiwnym łosiem. [1] Nie powiem wam jak Jurku ma naprawdę na imię, bo chronię winnych.
poniedziałek, 07 września 2009
Bo dobry Bóg zrobił co mógł
Teraz trzeba zawołać fachowca. Po ośmiu latach mieszkania w Piasecznie doszedłem do wniosku, że wieś jest fajna ale dla tych, którzy lubią wieś. Ja za wodą czystą, trawą zieloną i długimi, męczącymi dojazdami do pracy, kultury, znajomych i przyjaciół jednak nie przepadam. Do Warszawy przeniósłbym się wcześniej ale na przeszkodzie stała moneta. Gdy w mieszku zaczęło robić się grubiej, kupiłem mieszkanie na Pradze. Z przyczyn, których nie chce mi się tu roztrząsać, prace wykończeniowe zacząłem ładny kęs czasu po kupieniu mieszkania. Kumpel zaoferował mi zrobienie projektu, po kilku tygodniach osiągnęliśmy konsensus co do ostatecznego kształtu wnętrz, wybrałem ekipę, obgadałem z jej wodzem projekt i pełen dobrych przeczuć oraz naiwnej wiary w ludzkość, wpuściłem fachowców na miejscówkę. Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że za miesiąc będę wypalał paczkę fajek dziennie, spał po 4 godziny na dobę, nienawidził ludzi i przeklinał bardziej niż przeklinam, to wyśmiałbym go nikczemnie. No cóż, człowiek uczy się całe życie. Był koniec słonecznego czerwca, czułem euforię i podniecenie na myśl, że wkrótce zamieszkam w mieście i pierwszy tydzień robót upłynął mi pod znakiem naturalnego haju. Nie wiedziałem, że właśnie zaczyna się moja droga krzyżowa, na końcu której będę gotów kłamać, oszukiwać, odmawiać uiszczenia rachunków i życzyć całemu światu nagłego zgonu. Ale nie uprzedzajmy nadchodzących wydarzeń. [1] Tak, wiem - jak ogrodzone, to cisza, spokój, bezpieczeństwo i brak dewastacji. Cóż poradzę, że mi się takie enklawy kojarzą z wsią ulicówką gdzie kolejne posesje są ogrodzone od pola, sąsiadów i drogi solidnym płotem i gdy zaatakuje cię luźny doberman, to nie ma gdzie spierdalać. A jak już wspomniałem, za wsią nie przepadam.
poniedziałek, 24 sierpnia 2009
We are the champions - my friends
Wpis o rowerach trafił na jedynkę gazety i na wykop, w wyniku czego rozlał się po kraju. Wylądowałem na 9 miejscu rankingu bloxa, w ciągu trzech dni zanotowałem w sumie 20 tysięcy wejść, zalinkowano mnie na kilku forach i grupach. Gdy wróciłem z urlopu, bitewny pył już opadł i mogłem przeczytać co też ciekawego do powiedzenia na temat, mieli ludzie, którzy ów tekst przeczytali. Śmiałem się długo ale potem zrobiło mi się smutno. Poniżej wybrane teksty z kilku miejsc gdzie wylądowałem. W przypadku niektórych zdobyłem się na krótki komentarz (głównie objaśniający kontekst plus kilka odautorskich), większość zostawiam na żywca, skomentujcie sobie sami. pl.rec.rowery - Słabe, głupie ... jak połowa rowerzystów? forum.gazeta.pl - Pisałeś, że idiotyzmem jest jechanie lewym pasem. A czy znasz inny, legalny!!!, sposób aby skręcić w lewo na drodze wielopasowej??? (często się ten 'argument' przewijał, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że w tym kraju idiotów nie ma być może zbyt wielu ale są tak sprytnie rozstawieni, że co krok na nich wpadam) bikeforum.pl - Jak ja nienawidzę wrzucania wszystkich do jednego wora. (a imię me Legion - twój tekst jest do dupy, bo krzywdząco uogólniasz) narolkach.pl http://www.narolkach.pl/component/option,com_fireboard/Itemid,44/func,view/id,21278/catid,9/#21280 (użytkownik slesh jest bardzo wesołym młodzieńcem, polecam cały jego komentarz) wykop.pl - http://www.wykop.pl/link/216148/trafna-analiza-rowerzystow#comment-1326157 (Quad był jednym z wielu, którzy zarzucili mi brak badań na poparcie tezy o tym, że 90% cyklistów to idioci. Napisał też o skręcie w lewo z lewego pasa) radkowiecki.blox.pl Oh, wait. Miałem to jakoś zbiorczo podsumować ale mi się odechciało. Miłe jest to, że sporo osób odczytało mój tekst tak, jak sobie tego bym życzył. Mam cichą nadzieję, że pod jego wpływem zmienią kilka nawyków i na rowerach będzie się nam pocinać sympatyczniej, w atmosferze przyjaźni, radości i wzajemnego zrozumienia.
środa, 12 sierpnia 2009
Lęk i odraza w Las Vegas - Hunter S. Thompson
Premiera. Będzie to pierwszy tekst jaki kiedykolwiek napisałem pod wpływem różnych środków psychoaktywnych. Z premedytacją i świadomie. Środki to piwo aczkolwiek jeżeli pod koniec utracę spójność wywodu, oznaczać to będzie, że sobie lekko dobawiłem wziewnie. Błędów nie wytykajcie. Goszczący tu tłumacz, prawdopodobnie chcący zachować anonimowość, przetłumaczył na rodzimy książkę, której po filmie wyczekiwałem jak kania. Po latach owszem, dostałem ale niestety wydawca zarzucił rynek jakimś nikczemnym nakładem w wyniku czego Lęku nawet na alegro nie byłem w stanie utrafić. Za to utrafiłem zupełnym przypadkiem dzisiaj, na półce księgarnianej. Jako, że mam urlop, o 1500 zasiadłem w knajpie, zamówiłem duże piwo (w sensie litra a nie pół) i począłem kończyć ledwo zaczętego Careya (Mój własny diabeł). Lekko mroczna, chandlerowska duchem opowieść o egzorcyście, którą polecam. Skończyłem ją czytać w okolicach początku trzeciego dużego (albo szybko czytam, albo wolno piję). W lokalu spodobało mi się na tyle, że po zakończonej zacząłem następną. Tytułową. I piwa dokupiłem. No i kurwa zrobiłem sobie dobrze. Uwaga na marginesie. Czytanie Lęku na trzeźwo ma taki sam sens jak picie ciepłej wódki. Niby smakuje ale... Porównanie mi chyba nie wyszło. No moim zdaniem trzeba to czytać na spawie. W moim przypadku alkoholowym, lepszy pewnie byłby inhalator. Tutaj, celem nadęcia objętości, miał być ściągnięty z posłowia i z wiki kawałek o gonzo, kontrkulturze i innych mądrych rzeczach ale doszedłem do wniosku, że w stanie w jakim się znajduję, kopypasta mogłaby się nie udać i przeczytalibyście kawałek o langustach jedzących dżem. Więc nie będzie o gonzo i o kontrkulturze. Wszystko wskazuje na to, że będzie to średnio udany strumień świadomości skatalizowany lekturą. Jak nie będzie strumienia to przepraszam. Fabuła jest taka, że dwóch ziomów jedzie do Las Vegas żeby napisać artykuł o jakichś złowoniaszczych wyścigach motocyklowych na pustyni. Walić fabułę. Cała książka to jakiś chory trip zafundowany niczego nie spodziewającemu się czytelnikowi. Thompson i Gonzo ładują dragami tył cadillaca i pociskają do stolicy hazardu. Ładują narkotyk garściami a ich kolejne jazdy świetnie zgrywały się z kuflami mojego piwa. Aczkolwiek uważam, że w przypadku tej książki powinna być taka możliwość, że zaczynam ją czytać od ósmego-dziesiątego piwa a kończę na trzecim. Bo pierwsza część jest tak pojebana, że nie próbujcie dotykać tego na trzeźwo. Znaczy pewnie się da ale po chuj, tak się zapytam? Jak już napomknąłem kolesie walą dragi, widzą nietoperze, jaszczury i inne rzeczy, potem jest eter, koka, znowu meskalina, jakieś pixy, znowu meskalina i jeszcze więcej rzeczy, których nazw nie pamiętam. Sączyłem kolejne browary i dawałem się porwać opowieści. Dalej czuję się porwany ale za to nie czuję nóg i końcówek palców. Nie pamiętam kiedy ostatnio książka zafundowała mi taką jazdę bez trzymanki w otchłań szaleństwa. Do tego tak sugestywną jazdę. Gówno wyszło ze strumienia, ręce mnie mrowią coraz bardziej, pisać bym chciał ale się nie klei więc może podsumuję ten jakże krótki jak na mnie, mętny wywód. Kupować, czytać, pożyczać żeby czytali. Mocarny literacki kop w łeb. Pod koniec lektury i browara chcieli mi chyba dać do zrozumienia żebym spierdalał, bo co prawda trochę tutaj monalizy drobnej zostawiłeś ale twoje dzikie kwiki (ze śmiechu) płoszą gości. No to dokończyłem kwicząc i wyszedłem. Czytać. Po środkach. Ten Thompson to był ktoś, ten Thompson. A teraz odpalam piwo i wracam do ponownej lektury.
wtorek, 28 lipca 2009
I want to ride my bicycle
Bajsikl, baaajsikl... Wiem, że moje pisanie o szalonych kierowcach, którzy od wielu lat na mnie polują jest nudne i nikt już tego nie chce czytać. Dlatego dzisiaj, albo jutro, w końcu nie wiemy kiedy to pójdzie, napiszę o moich braciach w niedoli - cyklistach. 1. Kodeks obsysa. Tak na oko 90% rowerzystów nie ma bladego pojęcia o przepisach ruchu drogowego. I nie mówię tu o przejeżdżaniu na rowerze przez przejście dla pieszych, bo przepis ten jest archaiczny i moim zdaniem zbędny. Wystarczyłoby wpisać w kodeksie obowiązek zwolnienia przed wjazdem na przejście. Nie, no co ja bredzę - przecież rowerzyści kodeksu w życiu na oczy nie widzieli więc przepis i tak byłby martwy. Poza tym każdy rozsądny cyklista, który co nieco widział i przeżył, na przejście wjeżdża w tempie pieszego i raczej nie jedzie prawą krawędzią, bo można wtedy obskoczyć od kierowców, którzy prawoskręt na zielonej strzałce widzą tak: kierownica w prawo i gaz do dechy. Niech się martwią piesi. 2. Są nas bezmózgie miliony. Dobra, pobrnąłem w dygresję więc zacznę jeszcze raz. Większość rowerzystów na drodze jest gorsza od stonki, dżumy i przemarszu rosyjskich wojsk. Jazda środkiem pasa, wymijanie stojących na czerwonym świetle samochodów[1], jazda zygzakiem (i nie chodzi mi o mijanie studzienek), jazda lewym pasem (niepojęte dla mnie), jazda prawym pasem podczas gdy obok jest pobocze, zmiana pasów bez oglądania się za siebie, włączanie się do ruchu na rympał (bo przecież jestem wąski i mogę sobie skręcać w prawo kiedy zechcę - wozy na pewno mnie miną). Z drobniejszych przewin wymieniłbym niesygnalizowanie skrętu, swobodne przeskakiwanie między ulicą i chodnikiem, bez oglądania się na pieszych i samochody czy jazda dwóch albo więcej rowerzystów obok siebie (skrajny debilizm). 3. Paint it black. Specjalny punkt przeznaczyłem dla Mrocznych Rycerzy. Opaska odblaskowa kosztuje jakieś 3 złote. Migające światełka wraz z kompletem baterii jakieś 20 złotych sztuka. Odblaski w niektórych sklepach rowerowych rozdają za darmo, trzeba je sobie tylko przykręcić. A ci debile jeżdżą nieoświetleni. Dzisiaj prawie zaliczyłem bonusa, bo starszy pan na idealnie niewidocznym junku postanowił sobie zjechać na ulicę. Z lewego chodnika walnął śmiało na prawy pas, nie oglądając się za siebie. Kierowca, nawet jadący przepisowe 50 km/h nie miałby żadnych szans na uniknięcie dzwona. Skąd wiem? Bo ja jechałem jakieś 20 na godzinę i ledwo dziadka minąłem. Tak na lakier. Zwróciłem mu uwagę, że warto byłoby zainstalować jakieś światła i na przyszłość rozejrzeć się przed takim zjazdem. Nie zareagował na moje chamskie zaczepki i pojechał dalej. 4. Mam rower - nie muszę myśleć. Niedouczenie i brak oświetlenia można w jakiś sposób zniwelować odrobiną wyobraźni i umiejętnością dostrzegania związków przyczynowo-skutkowych. Niestety, jakoś tak około połowy rowerzystów to bezmyślne bezmózgowia. Naprawdę nie trzeba kończyć klasy mat-fiz żeby wiedzieć, że samochód nie jest w stanie zatrzymać się w miejscu i istnieje coś takiego jak droga hamowania. Dla niektórych to za trudne. Z innej beczki - kierowca ma jakieś 0,1 sekundy na reakcję gdy gwałtownie odbijasz tuż przed nim w bok - czasami jadąc ulicą warto byłoby zatem na nią patrzeć, bo wszyscy wiemy jaki jest stan dróg w Polsce. Obserwacja umożliwia wyminięcie przeszkody szerokim i długim łukiem. No ale jak się gada przez komórkę albo gapi na boki, to czasami studzienkę dostrzega się w ostatniej chwili. Co jest przykre. 5. Jazda bez trzymanki. Za coś takiego rekwirowałbym rower z automatu. Bez trzymania to można sobie jeździć pod blokiem albo w cyrku. Niestety, przygłupów którzy robią to na ulicy bądż na chodniku obserwuję coraz więcej. I nie są to wyłącznie młodzi ludzie chcący zaszpanować przed dziewczynami. Trzydziestolatek jadący bez trzymania powinien pójść do lekarza i przeszczepić sobie z pół kilograma mózgu. 6. Who's the king babe! Zachowanie rowerzystów na ścieżkach. Woła. O. Pomstę. Do. Nieba. Wolna amerykanka, brak wyobraźni, dzicz i zezwierzęcenie. Większości rowerzystów na ścieżkach nie obowiązują żadne przepisy, nie trzeba myśleć, nie trzeba przepuszczać pieszych na przejściach, nie trzeba włączać świateł, nawet jeżeli się je ma. Można jeździć falangą macedońską, można zatrzymać się, postawić rower w poprzek ścieżki i pogadać przez komórę. Nie ma obowiązku jazdy prawą stroną, slalom jest fajny, luzacki i stylowy. Jak się pan rowerzysta zmęczy, to można prowadzić rower po ścieżce, nawet jeżeli obok jest chodnik. I oczywiście należy reagować nerwowo albo agresywnie na zbliżających się z tyłu innych rowerzystów, którzy dzwonkiem bądź okrzykiem ostrzegają, że będą wyprzedzać. Na ścieżce rowerowej można wszystko, zakazany jest tylko zdrowy rozsądek, myślenie i kultura. 7. Pieszy wrogiem twym. Dawno temu piesi na ścieżce mnie irytowali. Po dwóch latach jazdy zdałem sobie sprawę, że większość pieszych po ścieżce idzie nie dlatego, że nienawidzą rowerzystów i chcą im zrobić na złość. Zazwyczaj jest to efekt zagapienia, zmęczenia, roztargnienia albo wygody. Normalny człowiek zwalnia, z bezpiecznej odległości mówi głośno 'przepraszam', wymija pieszych z uśmiechem a gdy słyszy 'przepraszam, nie zauważyłem, że to ścieżka', uśmiecha się szerzej i mówi 'nie ma problemu' albo 'spoko, zbliżałem się czujnie i powoli'. Oczywiście jest to oznaka spedalenia i mięczakowości. Pieszego na ścieżce należy zjebać jak psa, zwłaszcza gdy jest mniejszy lub słabszy od nas. Niezłym celem są umęczone kobiety z siatami, starsi ludzie i matki z wózkami. Dresiarze i postawni faceci na ścieżce mogą czuć się swobodnie, bo przeciętny rowerzysta jest odważny w granicach rozsądku. 8. Moja racja jest najmojsza. Nieważne co zrobił rowerzysta, zawsze jest to wina innych: kierowcy, pieszego, psa, dziecka albo rolkarza. Pan na rowerze wie wszystko najlepiej, kierowcy to debile (można kopnąć ich w maskę albo urwać lusterko z buta), piesi są nieuważni, psy ganiają bez smyczy, dzieci wkurzają, bo sa nieobliczalne a rolkarze to tacy gorsi cykliści. Gorsi, bo snują się powoli i zajmują niepotrzebnie miejsce na ścieżce. Na dodatek nosi ich na obie strony. Za to my to jeżdżące ideały. 9. Rowerzysta na chodniku. Mało który rowerzysta wie, że na chodniku jesteśmy w gościach i w związku z tym powinniśmy zachować na nim wzmożoną uwagę. Z tym, że niekoniecznie. 30 km/h, szał w oku i dziki slalom między przechodniami. Hamowanie by pieszych przepuścić, to oznaka słabości, przecież jedziemy tak szybko, że na pewno zdążymy przejechać przed nimi. Gorzej, że czasami się to nie udaje i rowerzysta w pieszego wjeżdża. Za każdym razem jest to oczywiście wina tego powolnego zawalidrogi. I tu zdradzę wstydliwą tajemnicę - gdy widzę takiego artystę pędzącego z naprzeciwka, jako pieszy zawsze idę na konfrontację. Nawet jeżeli na rowerze pociska wielki jak góra ziom z siłki. Bo wychodzę z założenia, że jak przydzwoni we mnie, to może dzięki temu nie przydzwoni za rok w wózek z półrocznym dzieckiem. Ja zderzenie w rowerzystą okupię kontuzją, dziecko może nie dać rady. Przez moje nieodpowiedzialne zachowanie, wdałem się już w kilka pyskówek, dzięki czemu wyoptmowałem sobie tekst, działający w moim przypadku na wszystkich szybkopędzących. Notujcie. 10. Mam wyjebane. Dwa razy leciałem twarzą w przód przez kierownicę. Raz przez nieuwagę i niezdecydowanie kierowcy. Raz przez własne nieogarnięcie. Rozumiem, że zakrwawiony, kurwiący pod niebiosa łysy grubas nie jest kimś, do kogo się podchodzi by nieść pomoc. Ale wystarczy z daleka krzyknąć czy wszystko w porządku i już czuję się lepiej. Niestety, lepiej to jest się odwrócić w drugą stronę, ominąć mnie i udawać, że nic się nie widzi. 11. Kto nie pije, ten z Policji. Nie jestem święty, zdarzyło mi się dwa razy wracać rowerem do domu po sporej dawce alkoholu. Wstydzę się tego, bo wiem, że to była jedna z najbardziej idiotycznych rzeczy jakie zrobiłem w życiu i przy odrobinie pecha mogłem unieszczęśliwić wiele osób. Często obracam te akcje w głowie i zastanawiam się w których spodniach zostawiłem wtedy mózg. Nie rozumiem ludzi, którzy w jeździe po pijaku nie widzą niczego zdrożnego, ba, robią z tego jakiś wyczyn. No ale to już nie moja historia. Na koniec trochę emo niezwiązanego z bucerą. Mamy mało ścieżek rowerowych. Na drodze traktują nas jak intruzów. Na chodniku patrzą na nas koso. Przed dużymi gmachami użyteczności publicznej nie ma stojaków na rowery a gdy próbujesz przypiąć go w środku, ochroniarz grzecznie cię prosi abyś pospierdalał. Koleiny na drodze, wysokie krawężniki na zjazdach z chodnika, strome schody zamiast podjazdów i ściężki z kostki Bauma (najgorsze i wcale nie najtańsze rozwiązanie), które kończą się nagle albo na środku ktoś stawia słupek (Ursynów). Studzienki kanalizacyjne, korzenie drzew wysadzające kostkę, parkujące na ścieżkach samochody. Złe oznakowanie ścieżek, proste błędy projektowe i olewanie uchwały władz Warszawy o budowie ścieżek przez ZDM. Buduje się bezmyślnie, drogo i niebezpiecznie. Jesteśmy traktowani przez włodarzy miasta jak marudni ekscentrycy i kłopotliwi petenci, bo w głowach wygarniturowanych kolesi z samochodami nie postaje myśl, że na rowerze można dojeżdżać do pracy a nie tylko oddawać się rekreacji. I zupełnie na koniec dykteryjka portowa. W sobotę odbył się w Muzeum Powstania Warszawskiego koncert. Pojechałem rowerem. Nie pozwolono mi z nim wejść, co od biedy rozumiem, bo względy bezpieczeństwa. Ale czy takim dużym problemem było ustawienie kilku przenośnych stojaków przy ochronie, gdzie mógłbym sobie przypiąć bicykla bez obawy, że się komuś spodoba i go sobie weźmie? Znowu pokazano mi, że moje miejsce jest na wsi i lepiej bym zrobił gdybym na imprezę przyturlał się samochodem. Koncert, wraz z pokaźną grupą podobnych mi naiwniaków na rowerach, obejrzałem sobie zza ogrodzenia. Które na szczęście było niskie więc widziałem kawałek sceny i dwa reflektory. Dobranoc Państwu. Jutro do pracy znowu jadę rowerem, bo ja tak łatwo nie pękam. [1] Ma to sens jeżeli widzimy, że za światłami też jest korek. Debilizmem jest wymijanie samochodów jeżeli za światłami jest jasna, długa i pusta prosta, bo zmusza się w ten sposób kierowców by wyprzedzali cię jeszcze raz. Na następnych światłach historia się powtarza, rowerzysta blokuje pole position, zielone i kierowcy znowu go muszą wyprzedzać. I znowu. I znowu. Dziwicie się, że gdy kierowca widzi rowerzystę dostaje szału? Ja po 10 takich akcjach bym się odzenował. |