To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
Blog > Komentarze do wpisu
Miasto i Miasto - China Mieville

Jedna rzecz w całej tej jesieni jest dobra. No dobra dwie: atrakcyjnie obniżone temperatury i przesiadka z roweru do komunikacji miejskiej. Dzięki temu drugiemu, ilość czytanych tygodniowo książek skoczyła do 2-3 sztuk (nie powiem z ilu skoczyła, bo się swojego wiosenno-letniego lenistwa trochę wstydzę[1]).

 

UWAGA, CAPS LOCK PRZEMÓWIŁ - gdy pisałem jakoś do mnie nie dotarło, że zdradzam dosyć istotne dla odbioru książki rzeczy. Zwrócił mi na to uwagę jeden z komentatorów. Dlatego zdecydowałem się na dodanie na początku ostrzeżenia: w dalszej części trochę psuję radość z odkrywania świata opisanego w Miasto i miasto. Więc może tak - książkę polecam, brać w ciemno, jest świetna. Do mojego tekstu wrócić po lekturze albo nie wracać, bo do tego czasu internet napisze mnóstwo innych rzeczy. Dziękuję za uwagę.

 

Tydzień ubiegły był pierwszym tygodniem jesiennego przebudzenia, amoku i bankructwa. Od tamtej pory znalazłem czas na starszego Ketchuma, znalazłem czas na wpisane niedawno na listę 'koniecznie' Requiem dla snu (czy tylko mnie telepie gdy widzę takie tłumaczenie, czy też może tłumaczenie jest w porzo a ja nie skumałem o co w książce i filmie chodzi, dżim?), dokończyłem przykurzonego Wolskiego, zacząłem w końcu czytać Skórę Kathe Koji (Koi?). No w ogóle szał.

A potem zadałem na blipie pytanie o coś, co mnie po Dziewczynie i Requiem przeciągnie po glebie jeszcze bardziej i objawił się nasz doradca od rzeczy dziwnych i egzotycznych, niezawodny Blindlibrarian (tam, w Beszel) aka Braineater (tutaj, w Ul Quomie). Zasunął książką Miasto i Miasto pióra China Mieville (nie podejmuję się odmieniać ani imienia, ani nazwiska), podjąłem ryzyko finansowe, po 3 dniach skończyłem ją czytać i, zwyczajowo już, zacząłem kląć. Bo widzicie, 4 dyszki za 3 dni czytania to jest trochę przegięcie pały. Tak w ogóle muszę napisać jakąś hejtnotkę o cenach książek w tym kraju, bo to jest bandytyzm w biały dzień i rozbój na prostej drodze. Oraz wychowywanie pokolenia analfabetów, bo za 3 książki mam grę na peceta a za 4 na konsolę. To który nastolatek o zdrowych zmysłach zdecyduje się przepłacać za książki, męczyć się z czytaniem... Dobra, ja nie o tym.

Kląłem, bo Miasto i Miasto ma niekorzystny wskaźnik atrakcyjności (cena / czas poświęcony na czytanie x radość z lektury) gdyż jest za droga i za szybko się czyta. I tylko radości z lektury miałem całe mnóstwo chociaż była to radość dziwna, o czym za chwilę.

Dziwna radość wzięła się stąd, że to bardzo schizofreniczna książka jest. Mieville wrzucił motto z Brunona Schulza (Sklepy cynamonowe): 'Otwierają się w głębi miasta, żeby tak rzec, ulice podwójne, ulice sobowtóry, ulice kłamliwe i zwodne'. A potem potraktował ten fragment bardzo dosłownie i stworzył coś, z czym się do tej pory nie spotkałem nigdzie - dwa miasta zajmujące prawie ten sam obszar. Pomimo wypełniania tej samej przestrzeni, są to dwie różne jednostki administracyjne. Mieszkańcy Beszel nie mogą przekroczyć granicy z Ul Quomą i odwrotnie, bo następuje Przekroczenie, które jest przestępstwem największym. Wkracza wtedy obdarzona złą sławą superjednostka Przekroczeniówka, która delikwenta dokonującego przekroczenia znika. Działanie jej jest możliwe dzięki ustaleniom między władzami obu miast i bardzo silnego tabu, którego naruszenie jest dla większości mieszkańców niewyobrażalne.

Tutaj wtręt - pomysł jest świetny ale miałem problem z ogarnięciem siły tego tabu. Brak mi usystematyzowanej wiedzy, informacje o różnych dziwnych zakazach biorą się raczej z ogólnego oczytania ale bardzo trudno było mi przyjąć na klatę, że ludzi może aż tak pogiąć. Wszelkie przykłady prawdziwych zakazów, dziwniejszych niż Przekroczenie, powitam w komentarzach z radością. Wracamy prędziutko do tematu.

Ponieważ przekroczeniem może być praktycznie wszystko, mieszkańcy obu miast od dziecka uczą się przeoczać wszelkie przejawy i formy drugiego miasta - jego obywateli, ich ubrania, budynki i szerzej architekturę, autobusy i tramwaje, śmieci[2], zdarzenia i wypadki nawet, a zwłaszcza, jeżeli mają miejsce metr od ciebie. Podczas lektury miałem dojmujące poczucie deja vu, bo kojarzyło mi się to z połową powieści Zajdla gdzie ogłupieni, oszukani bądź samoogłupiający i samooszukujący się mieszkańcy Ziemi/stacji kosmicznej starają się nie dostrzegać i nie urażać swoich aktualnych władców[3]. Mieville bardzo udanie wprawił mnie w ten stan, który można nazwać tylko po francusku, bo pomimo tego, że nie daje mi żadnych wskazówek kiedy i dlaczego nastąpiło rozdzielenie miast, to pisze tak przekonująco, że bardzo szybko zacząłem traktować świat zastany jako coś normalnego. Normalnego w sensie łatwości poruszania się po nim przeze mnie jako przez czytelnika. Przy tak wykręconym patencie, to naprawdę duża sztuka a nie z masłem buła.

Gdyby nie patent z Przekroczeniem, fabuła byłaby sztampowa do bólu bo Mieville nie wymyślił specjalnie skomplikowanej intrygi - zabójstwo, śledztwo, trochę polityki, niepokoje społeczne, ekstremistyczne grupy nawołujące do rozdziału, międzynarodowa korporacja i twardy, chandlerowski inspektor. W zasadzie nic, czego nie dostałbym gdzieś wcześniej. Ale dzięki patentowi z Przekroczeniem, autor mógł kopnąć nas w głowę i mógł wrzucić kawałek, przy czytaniu którego drżałem z rozkoszy - główny bohater ściga mordercę po tych samych ulicach ale każdy z nich jest w innym mieście. I jest problem, bo bez Przekroczenia nie da się niczego zrobić[4], nie można nawet drugiej osobie zbyt natarczywie się przyglądać. W końcówce książki, robi nam się jeszcze bardziej, bo jeden z bohaterów przemieszcza się w ten sposób, że nie da się jednoznacznie określić, w którym mieście się znajduje, co paraliżuje pracę organów ścigania. No same smakowitości.

I tylko jedna mała łyżeczka dziegciu w wielkiej beczce pysznego miodu - konstrukcja bohaterów. Z żadnym się nie zżyłem, z żadnym się nie zaziomiłem, na żadnym mi nie zależało, żadnego za miesiąc nie będę pamiętał. Może oprócz głównego bohatera, inspektora Borlu z Brygady Najpoważniejszych Zbrodni. To w zasadzie jedyna słabość tej ksiażki, bo w takiej książce chcę bohaterów, za których będę dawał choćby najmniejszego faka. A tu nic - dobrze napisani a nie zachwycają. I właśnie przez to nie mogę wbić do chóru pod batutą Neila Gaimana, w którym mógłbym w grupie pośpiewać 'Literatura nowego stulecia'. Szkoda, bo Miasto i miasto miało wszelkie szanse, by zostać dla mnie powieścią wybitną. A tak jest tylko bardzo dobra. Na szczęście jestem tylko amatorem, który się nie zna, wcześniej wypowiedzieli się fachowcy i książka skosiła Hugo, Locusa i nagrodę Arthura C. Clarka.

Oczywiście się droczę - rzecz jest warta każdej złotówki jaką na nią wydacie a wszystkie nagrody jakie skosiła są jak najbardziej zasłużone. Wysupłajcie kasę, miłej lektury i do poczytania. Ja zaś udaję się na mało skomplikowane poszukiwania innych rzeczy tego szalonego Angola, bo widzę, że warto się z nim bliżej zapoznać.

 

[1] Z drugiej strony mam pewność, że pomimo nikczemnej cyfry i tak latem czytałem więcej niż 80% społeczeństwa. Tak, najważniejsze to podbijać bębenek dobrego samopoczucia.
[2] Pyszny krótki kawałek o cyklu życia śmieci wart jest osobnej nagrody dla pysznego, krótkiego kawałka o rzeczach niezauważanych.
[3] Mniemam, że kojarzycie o co chodzi w moim skrócie myślowym. Wyjście z cienia, Proksowie, zakaz korzystania z piłek do rugby, cygar albo wykreślenie mrówek z podręczników mniej mi się kojarzyło z cenzurą a bardziej z oszukiwaniem samego siebie i niewidzeniem pewnych rzeczy. Jak ulał przeoczanie.
[4] Znaczy da się. Jedyne miejsca gdzie nie dochodzi do Przekroczenia a legalnego przekroczenia granicy między miastami, to specjalnie wyznaczone punkty kontrolne (Hale Łącznikowe). Bohater mógł wrócić do takiego punktu, przekroczyć zamiast Przekroczyć, po czym kontynuować pościg. Jak na złość, po drodze żaden punkt się nie przytrafił więc mogliśmy się cieszyć przepiękną, psychodeliczną sceną, zakończoną trzęsieniem ziemi.

wtorek, 02 listopada 2010, radkowiecki
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2010/11/02 17:11:07
@ pióra China Mieville (nie podejmuję się odmieniać ani imienia, ani nazwiska)

Chiny Miéville'a.
-
2010/11/02 17:46:04
Dla mnie ta książka jest jednym z lepszych opisów rzeczywistości panującej w komunistycznych demoludach - dwójmyślenie rozwinięte do granic absurdu.

Jakże charakterystyczne, że główny bohater - teoretycznie bardzo zdyscyplinowany policjant - co chwila "przypadkiem" dostrzega kogoś z drugiego miasta - kogo nie wolno mu dostrzegać. A to atrakcyjną kobitkę, a to pociąg pełen pasażerów, a to fenomenalną architekturę - niby natychmiast sobie przypomina, że kobitki w jego mieście nie ma, pociągu takoż, a architektura w jego mieście nie jest w tym miejscu jakoś szczegónie interesująca ani zabytkowa.

Jestem ciekaw, jak tę powieść odbierają osoby z krajów zachodnich, które nie doświadczyły nigdy uroków najlepsiejszego z systemów. Mam wrażenie, że dla nich "Miasto i Miasto" jest bardziej fascynującym tworem intelektualnym. Ja mam do tej książki dużo bardziej osobisty stosunek.

Co do Twoich uwag o niskiej empatii z bohaterami - obawiam się, że jest to powtarzająca się wada nowszych książek Miéville'a. Nawet "LonNieDyn" (książka dla dzieciaków, coś jak Alicja po Drugiej Stronie Londynu) otoczenie jest dużo ciekawsze, niż większość bohaterów.

Z pozostałej twórczości Chiny na początek polecam "Dworzec Perdido", jego druga książka w ogóle i pierwsza z cyklu o świecie Bas-Lag. Mocny, szalony steampunk, że pozwolę sobie zacytować Krystynę Chodorowską: "Mieville w Dworcu jest jak dziecko w lunaparku - biegnie w szaleńczym tempie i chce jeździć na wszystkich karuzelach naraz".

Książku z cyklu Bas-Lag mocno różniły się od obecnej twórczości Miéville'a. Nowsza twórczość jakby mniej mnie wciąga, ale imponuje mi ciągle to, że stara się on być oryginalny i nie spoczywa na laurach - zamiast trzaskać kolejne tomy swojego świata fantasy, eksperymentuje uparcie, osadzając swoje dzieła w mocno udziwnionym świecie współczesnym.

Dość powiedzieć, że jego najnowsza powieść (Kraken, na razie brak polskiej edycji) opowiada o kradzieży faktycznie istniejacego egzemplarza, umieszczonej w brytyjskim Muzeum Darwina wielgachnej kałamarnicy.

(Aha, ja jestem uprzejmym aniołkiem i w dodatku rzadko udzielającym się gościem na blogu, więc się powstrzymałem; ale czekam, aż ktoś Cię trzepnie za spoilerowanie. Dla mnie połowa przyjemności z czytania "Miasta i miasta" wynikała z tego, że nie miałem pojęcia o czym w ogóle to będzie. Jako "piszczący fan Mieville'a" (że znowu zapożyczę cytat od Krystyny) kupuję jego kolejne książki w ciemno.
-
2010/11/02 18:22:53
@spojlery
Po namyśle idę dopisać, że trochę zdradzam.
-
2010/11/02 19:59:10
@ I tylko jedna mała łyżeczka dziegciu w wielkiej beczce pysznego miodu - konstrukcja bohaterów. Z żadnym się nie zżyłem, z żadnym się nie zaziomiłem, na żadnym mi nie zależało, żadnego za miesiąc nie będę pamiętał. Może oprócz głównego bohatera, inspektora Borlu z Brygady Najpoważniejszych Zbrodni. To w zasadzie jedyna słabość tej ksiażki, bo w takiej książce chcę bohaterów, za których będę dawał choćby najmniejszego faka. A tu nic - dobrze napisani a nie zachwycają.


O, to to, mnie to w ogóle odstrasza od całości dzieł pana M., dlatego Miasta sobie przezornie wcześniej zajumałem w ebooku, bo się spodziewałem, że da mi pomysłów i zanudzi cała resztą, jak przy poprzednich. Skończyło się na tym, że kupiłem paperbacka i teraz krąży po ludziach, bo wszystkim go wciskam. Co do zjawiskowości samej lokacji, to wylądował u mnie na trzecim miejscu po Non-Stopie i Cieplarni Aldissa, muszę jeszcze za jakieś pół roku sprawdzić, czy się wybroni w drugim czytaniu (bo tamte się bronią w każdym)
-
2010/11/02 20:06:37
aha @ Requiem. Tak ma być. Selby nie był normalny, a to i tak jego najprzystępniejsza książka.
-
2010/11/03 09:57:12
@40 dyszki

Z tym zerem to rzeczywiście rozbój w biały dzień.
-
2010/11/03 11:22:06
@jonatankoot
Dzięki, poprawione. 40 dyszek za książkę to faktycznie byłby rozbój.

@brain
Mi chodzi o to dlaczego tytuł oryginalny Requiem for a dream ktoś kiedyś przetłumaczył dosłownie i teraz się to Requiem dla snu powiela w książce. Nie jest tak, że dream przetłumaczone na marzenia lepiej by konweniowało z treścią książki? Tłumaczem nie jestem ale wydaje mi się, że marzenia byłyby w tytule polskim lepsze. Oni w tej książce przecież wcale nie śpią tak dużo a gawędy o funcie czystej, własnej kafejce i wiecznych wakacjach przewijają się prawie do końca.
I jeszcze co do Selby'ego - brać się za Piekielny Brooklyn czy znowu po lekturze przeklnę autora, wydawcę oraz tłumacza, po czym przytulę się do podłogi i będę płakał pół dnia?
-
2010/11/03 14:45:15
@brain i zjawiskowość lokacji:

A próbowałeś Bułyczowa "Osada" i "Miasto na górze"?
-
2010/11/03 22:10:05
@ Requiem
to wydaje mi się, że tutaj Gałązka-Salamon nie miałą za wiele do powiedzenia i tytuł narzucił wydawca, żeby w potencjalnym czytelniku zaszła reakcja zaskoczeniowa "aaaaaa, film". Żeby zresztą nie było za trudno, okładka jest "filmowa" przecież. Bo samo tłumaczenie EG-S jest kongenialne.
-
2010/11/09 00:33:00
Spieszę donieść za wikipedią "In the book, Selby refers to the "American Dream" as amorphous and unattainable, a compilation of the various desires of the story's characters."

U nas się mówi "Amerykański sen", prawda, a nie "Amerykańskie marzenie". Dlatego Requiem dla snu.
-
2010/11/09 17:57:30
@k.lalinea
Nie żeby mnie to przekonało ale dzięki za wyjaśnienie.