To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
Blog > Komentarze do wpisu
Autobusy i tramwaje Kinga

W ramach koszenia furmanki szmalu, po lewej stronie pojawiło mi się okienko, dzięki któremu w ciągu roku osiągnę supremację w świecie finansów. Wszystkich, którzy zechcieliby napisać w komciach albo na priva dobre słowo o komercji i sprzedajnych dziwkach proszę o powstrzymanie się, bo aktualnie mam taki moment, że żarty się mnie nie trzymają. Ale ja nie o tym.

Komentarz pod notką o 'nowym' zbiorze opowiadań Kinga rozrósł mi się tak, że postanowiłem zrobić z niego oddzielny fragment. Teza jest taka, że King skończył się na Kill'em All, a większość z tego, co napisał po zderzeniu z samochodem prowadzonym przez pana Smitha[1] jest kiepskie, słabe, złe albo bardzo złe. No z tym, że niekoniecznie. Polećmy po kolei.

Łowca snów - King napisał go niecałe dwa lata po wypadku. Z niezrozumiałego dla mnie powodu wielu fanów uważa Łowcę za krap okrutny. Zgoda, książka nie jest wybitna, nie zapisała się złotymi zgłoskami w historii literatury ale King nie miał przecież wcale takiego zamysłu. Leżał sobie w łóżku, cierpiał z powodu bólów w zmielonym biodrze i postanowił coś napisać. No i napisał remake Inwazji porywaczy ciał z realiami przesuniętymi bliżej naszych czasów i bez zimnowojennego lęku w tle. Łowca podobał mi się z kilku powodów - King znowu rozgrywa motyw przyjaźni z dzieciństwa, który w jego wykonaniu uwielbiam i kupuję bezkrytycznie. Owszem, nie jest on tak rozbudowany jak w It (To), ani tak intensywny jak w The Body (Ciało) ale to nie znaczy przecież automatycznie, że jest zły. Po drugie, z powodów czysto sentymentalnych, lubię czytać o takich przyjaźniach potraktowanych przez czas. Nie podejmuję się tego uzasadniać, bo nie wszystko mam ochotę wrzucać do internetów. A po trzecie w Łowcy są pościgi, obozy przejściowe, faszystowska soldateska, psychopata, ekstremalny cykl rozwojowy Obcego, strzelaniny, wybuchy i zagrożenie dla planety. Ludzie, jak to się może nie podobać? Oczywiście przy moim dziwnym guście czytelniczym mogę się mylić ale to już jakby nie mój problem. Zresztą, King pisząc Łowcę, czerpał niesamowitą radość z tworzenia, po dosyć długiej dla niego przerwie na wątpliwy wywczas. Dla mnie jest to wystarczający powód, by wciągnąć tą pozycję na listę rzeczy niekoniecznie świetnych ale na pewno niezasługujących na tak obcesowe potraktowanie przez krytykę i fanów.

Czarny Dom - podróż Jacka Sawyera przez Terytoria (Talizman) jest piękna i magiczna a jak macie ochotę, to możecie sobie przeczytać dlaczego jestem w niej zakochany. O, tutaj: http://radkowiecki.is.evil.pl/23-03-4.html. Kontynuacja jedną dłonią czerpie z Talizmanu a drugą z Mrocznej Wieży. O co chodzi marudzącym, nie bardzo rozumiem, bo chociaż Czarny Dom jest od części pierwszej słabszy, to nie jest słabszy aż tak, by nurać go w smole i obsypywać pierzem.

Buick 8 - no dobra, w tym przypadku mistrzu popełnił mały fakap, bo Buick 8 jest mało porywający. Na dodatek premiera zbiegła się z zapowiedziami Kinga o wycofaniu się z pisania. Ale było to tak samo przekonujące jak ofiara metaamfetaminy zarzekająca się, że od jutra przestaje grzać. Oczywiście fandomici trochę przypękali, bo historia pisarza przypominała nieco tą z Worka Kości. King napisał prawie całego Buicka przed wypadkiem[2], potem trochę nie miał możliwości pisać, bo po wypadku siedzenie przed komputerem było bolesne. Dopiero po 3 latach rzuca książkę na rynek, ludzie czytają i widzą, że jest kiepska. I jest stres, że gość się wypalił i jedzie na rezerwie. Do tego doszły problemy z gwałtownie pogarszającym się wzrokiem Kinga i oczywiście dolegliwości powypadkowe. Jednym słowem koniec, do tego przykry gdyż z jednej strony pisarz recyclinguje stary kawałek, a z drugiej nie dokończy swego opus magnum (Mroczna Wieża). Oczywiście śmiałem się z tego, bo King musiał dokończyć MW. Poza tym gdyby ten człowiek przestał pisać, po kwartale zadusiłby się słowami. Ale to tylko moje spekulacje, bo pewnie zadusiłby się po miesiącu.

Mroczna Wieża V, VI i VII - w ciągu dwóch lat (2003-2004) King dokończył swoje koronne dzieło (w sumie prawie 2000 stron) i dla mnie te trzy książki stanowią najlepszy dowód na to, że ględzenie o powypadkowym wypaleniu się Kinga są pozbawione sensu - te pozycje można śmiało postawić obok takich gigantów jak To, Bastion, Wielki Marsz czy Misery. Miesiąc temu powtórzyłem sobie całość więc mam wrażenia na bieżąco.

Colorado Kid - traktuję to opowiadanie (bo ciężko to nazwać książką) jako fajną wprawkę literacką i dowód na to, że dobrze opowiedziana historia wcale nie musi mieć takiej puenty, jakiej wszyscy oczekują. Ale faktycznie bez szału.

Komórka - czyli Bastion dla ludzi ze wstrętem do drukowanego, niechętnym poważnym rozważaniom o manichejskim konflikcie Dobra i Zła. I to jest właśnie problem Komórki - nieuchronne zestawianie jej właśnie z Bastionem, w którym King dał swój najpełniejszy obraz upadku społeczeństwa. Przez co Komórka nie miała żadnych szans na dobre recenzje, bo każdy spinał dupę, robił mądrą minę i mówił coś takiego: phi, odcinanie kuponów od arcydzieła i nędzne po nim popłuczyny. Na co ja mam tylko jedną ripostę - popłuczynami to cię człowieku robili. Pewnie, że Komórka nie jest czymś, przed czym będziemy klękać (swoje uwagi na jej temat wyłożyłem tutaj: http://radkowiecki.is.evil.pl/07-04-09.html). Ale porównywanie jej do gówna, to lekka przesada.

Historia Lisey - i tutaj jest problem, bo krytyka zachwycona, czytelnicy zachwyceni a ja niekoniecznie, o czym również możecie poczytać w zalinkowanym powyżej kawałku.

Ręka mistrza - jedyna jej słabość, to fakt, że miejscami jest przegadana. Jakby zmniejszyć jej objętość z 600 do 450 stron, choćby wyrzucając ze dwa wątki poboczne, byłoby idealnie.

Blaze - wspominam o niej niechronologicznie (wydano ją między Historią Lisey a Ręką mistrza), bo nie bardzo wiem, czy mam Kingowi wierzyć. Twierdzi, że napisał ją w połowie lat siedemdziesiątych jako Richard Bachman. Potem książka, w niewyjaśnionych okolicznościach, trafiła do schowka w bibliotece (co to w ogóle jest ten schowek?) gdzie przeleżała wiele lat, przeżywszy swego twórcę (Bachman zmarł w 1985 roku na schizonomię, czyli raka pseudonimu). King ją odnalazł, uwspółcześnił i wydał w 2007. Skąd moje wątpliwości? Bo ja nie bardzo wierzę w to, że pisarz ograniczył się jedynie do uwspółcześnienia - za bardzo mu się styl zmienił i za dużo jego niepochlebnych opinii o starszych pozycjach czytałem, żeby w to bezkrytycznie uwierzyć. Z drugiej strony, kto go wie? Może faktycznie postanowił zabrać czytelników w podróż literackim wehikułem czasu i postanowił ją tylko lekko podszlifować? Tak czy inaczej o książce złego słowa powiedzieć nie dam, bo równie rozczulającego prostaczka jak Blaze nie udało mu się stworzyć ani wcześniej, ani później. Tom Cullen z Bastionu, podobny charakterologicznie, był zbyt męczący, by móc z Blazem stawać w szranki a John Coffey z Zielonej Mili irytował swoją świętością. Przy Kingu wzruszam się dosyć często, bo gość potrafi indukować ten stan u czytelnika. Ale tylko przy dwóch książkach uroniłem łzę - przy Zielonej Mili i przy Blaze.

Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika występuje poza konkursem, bo to zupełnie inna bajka w takim sensie, że to poradnik a nie beletrystyka.

Wszystko jest względne - jak na pisarza wypalonego, udało mu się w tym zbiorze pomieścić wcale sporo świetnych opowiadań. Wywiozą ci wszystko, co kochasz napisał w 2001. Śmierć Jacka Hamiltona również 2001. Jazda na kuli jest z roku 2000. Dla mnie wygląda to na niezły wynik.

Tak patrzę i wychodzi mi, że jak na załamanie formy, to King daje radę. Ale to oczywiście mój, i tylko mój punkt widzenia. Gdybym miał wskazać słabszy okres w twórczości pisarza, to obejmowałby on czas między rokiem 1992 (Gra Geralda) a 1998 (Worek kości). W tym czasie popełnił również Dolores Claiborne i Rose Madder, które były świetnymi studiami kobiet terroryzowanych przez mężów ale wielkiego poklasku fanów nie zdobyły. Do tego niezbyt fajna Desperacja, okrutnie niedobrzy Regulatorzy, nielubiana przez czytelników Bezsenność (mi akurat podoba się bardzo), Zielona Mila (szacuneczek), Mroczna Wieża IV (szacuneczek) oraz najsłabszy według mnie zbiór opowiadań Marzenia i Koszmary. To tyle, teraz spadam na długi weekend.

Nie wiem czy tym swoim tl;dr cokolwiek udowodniłem ale przynajmniej fajnie mi się ten kawałek pisało. A o to przede wszystkim w moim grafomanieniu mi chodzi[3]. Do poczytania.

[1] Brzmi, jakby kierowcą był mały człowiek w żółtym płaszczu.
[2] Zastanawiające jest to, jak ten gość wyprorokował sobie w tej książce swoją przyszłość - jeden z bohaterów, oficer policji, podczas rutynowej kontroli drogowej, zostaje zmiażdżony między kontrolowaną ciężarówką a przejeżdżającym samochodem.
[3] No dobra, niedługo zacznę zarabiać na reklamach na blogu. Dychę na kwartał, jak się jakiś reklamodawca w ogóle zgłosi. Szlag, w końcu udało mi się zaprzedać Babilonowi. Idę to opić a konto przyszłych zysków.

czwartek, 30 kwietnia 2009, radkowiecki
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2009/04/30 21:09:02
Jak dychę na kwartał, to chyba wielkiego pijaństwa nie będzie ;)
-
2009/04/30 21:59:10
tja
a w Serce Atlantydów dalej muszę wierzyć na podstawie dwóch i 1/2 linijki tekstu.
Damn.
Się skończy na ebókó.
-
2009/04/30 23:37:41
mila niespodzianka na koniec kwietnia - znaczy kolejny rozdzial "grafomanii" w zsypie;) tak sobie mysle, ze w "ciekawych" miejscach trzeba szukac zeby sobie przyjemnie poczytac;) no i wiem co bedzie nastepnym czytaniem (oprocz "diuny" w oryginale naturalnie;) bez komentarza;) udanego "majenia" :)