To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
Blog > Komentarze do wpisu
15:10 do Jumy

Jeżeli ktoś pomyślał, że zamieszczę tutaj poradnik sieciowego jumania, to oznacza, że zaszło zabawne percepcyjne nieporozumienie - jeżeli nie wiesz jak jumać, to znaczy, że przez ostatnie 5 lat mieszkałeś w buszu. Albo jesteś uczciwy. Dzisiaj zatem, korzystając z przerwy w jumaniu filmów, chciałem krótko opędzić temat jumania książek. Chyba przesadziłem z użyciem tego słowa w jednym akapicie.

Mam tak (o czym kilka razy wspominałem), że nie jestem w stanie powstrzymać kompulsywnego kupowania książek. W wyniku czego leżą one u mnie wszędzie. Regał na całą ścianę w sypialni w 3/4 zastawiony książkami (reszta to wieża, prywatne papiery i półka z alkoholami świata). Pół ściany w drugim pokoju - regał zastawiony książkami (na półkach) i filmami DVD (na górze). Parapet do wysokości pół metra zastawiony nowościami z ostatniego okresu, czekającymi na oexlibrisowanie i wprowadzenie do bazy bibliotecznej. Ba, ja nawet w pracy mam jakąś małą kolekcję.

Dodajmy do tego 6 albo 7 różnej wielkości kartonów spiętrzonych dokoła szafki na telwizor, mini-biblioteczkę w ubikacji i kilku pozycji na szafce w przedpokoju, a otrzymamy obraz upadku, rozkładu i degrengolady. W sumie mam jakieś półtora tysiąca książek plus wszystkie roczniki Fantastyki do roku bodajże 2003 albo 2004, kilka roczników Science Fiction i około setki komiksów. Wysypuje mi się papier zewsząd a myśl o oczekującej mnie przeprowadzce powoduje ataki paniki i wbija w poczucie beznadziei. Dlatego jakiś czas temu postanowiłem uderzyć w serce problemu i zacząłem jumać książki z netu. Wszystko byłoby dobrze gdyby nie jedna przykra okoliczność.

Książki w formie dokumentów wordowych mają mnóstwo zalet i jedną wadę. Wrzucam je sobie na palma i czytam kiedy chcę i gdzie chcę. Nie przeszkadza mi ujebane oświetlenie w autobusie, konieczność trzymania się jedną ręką rurki, tłok w komunikacji czy brak powierzchni magazynowej w kieszeniach bojówek. Skończyły się post-cegłowe omdlenia dłoni i syndrom napięcia nadgarstka. Nie muszę już wyklinać geniuszy z wydawnictw, którzy raczą mnie takimi cegłami jak nowe wydania Hyperiona, Diuny, Diamentowego Wieku, że o potworności Lodu nie wspomnę. Wygoda, wygoda i jeszcze raz wygoda. Na dodatek książka taka leży sobie gdzieś na dysku, nie zabiera miejsca, nie powiększa chaosu panującego w moim mieszkaniu i ogólnie jest bardzo fajnie. Poza jednym drobiazgiem.

O ile nie mam dylematów moralnych związanych z oglądaniem nie do końca legalnych kopii filmów czy słuchaniem kradzionych empetrójek, to okradanie pisarzy powoduje u mnie moralne zaniepokojenie, by nie rzec panikę. Efekt jest taki, że najpierw biorę sobie książkę z netu, czytam ją wygodnie w drodze do i z pracy, cieszę się, że nie zawaliłem kolejnych centymetrów sześciennych następnym tomiszczem a potem, podczas wizyty w księgarni, kupuję te zajumane książki, targam je do domu, stawiam w parapetowej poczekalni i zaczynam się zastanawiać, czy pojebało mnie już w łonie matki, czy dopiero na studiach. Powodów tego zachowania jest kilka. Najważniejszym jest świadomość tego, jak pisanie jest trudne i jak bardzo kiepsko za nie w Polsce płacą. Wróć, najważniejszy powód jest inny - często zdarza mi się naszych pisarzy widywać osobiście. Czy to przy okazji konwentu, czy to podczas ich spotkań w Paradoxie. Ba, niektórzy nawet mówią do mnie 'cześć'. Oczywiście wykorzystuję takie sytuacje i w ramach podziękowania za szczególnie udany fragment prozą, piątkę przybiję, pochwalę czy postawie piwo. No i teraz pomyślcie - jaki wynik w skali świńskości bym osiągnął gdybym z jednej strony zajebał z netu książkę autora X, a potem na Nordconie stawiał mu piwo albo bez mrugnięcia okiem gadał z nim o tym, jak bardzo mi się podobała książka A albo zbiór opowiadań B. Dopóki polskie grupy skanerzystów piraciły książki zagraniczne, ów dylemat był mniejszy a czasami nawet skutkował nieplanowanym zakupem gdy w desperacji zaczynałem czytać coś, czego w księgarni nie tknąłbym kijem, a w trakcie lektury okazywało się całkiem przyjemnym kawałkiem. Teraz, gdy zaczęto złośliwie piracić polskie książki, jestem w dupie. Bo z jednej strony cenię sobie wygodę formatów elektronicznych a z drugiej wiem, że akurat w tym przypadku, moje postępowanie byłoby niefajne[1]. I stąd na przykład moja akcja z Lodem - dostałem od jednego z czytelników worda a dzień później podreptałem do księgarni i kupiłem cegłę, której czytać się nie da ale za to ładnie wygląda na półce obok pozostałych książek Jacka.

I dlatego ciekawi mnie jedna rzecz - dlaczego nie mogę w łatwy sposób kupić sobie legalnego e-booka[2]? Koszt wyprodukowania książki w formacie cyfrowym jest pomijalny i jednostkowy. Nie wiem ile w naszej republice bananowej pisarz zarabia na jednym sprzedanym egzemplarzu wydania papierowego, dlatego strzelę sobie, być może bardzo niecelnie - niech sobie książka w formacie wordowym kosztuje dyszkę. Którą to dyszką się jakoś literat z wydawcą podzieli. A jeżeli po przeczytaniu książki na palmie zapragnę ją mieć w formie drukowanej, to niech wydawca sprzeda mi egzemplarz po nieco niższej cenie specjalnej, takiej dla posiadacza wersji elektronicznej[3]. Oczywiście wiem dlaczego pewnie nie doczekam się takiego rozwiązania - osób funkcjonujących w stylu czytelniczym podobnym do mojego jest w Polsce pewnie z tysiąc i nie warto dla nich tworzyć rynku. Co nie zmienia faktu, że rozwiązanie takie jest całkiem niezłe. Czytelnikowi łatwiej przełknąć gniota i wybaczyć pisarzowi wpadkę, bo dycha to dwa piwa w knajpie. Kolekcjoner i tak kupi/dokupi wydanie drukowane. Unikniemy też sytuacji, w której za złą książkę zapłacę trzydzieści złotych i moje niechrześcijańskie miłosierdzie bardzo szybku zsublimuje. Więc może to nie jest taki zły pomysł z tymi tanimi e-bookami? Oczywiście niektórych autorów kupuję w ciemno i w ich przypadku e-book jest czystym ułatwiaczem - każda książka takiego na przykład Kinga będzie u mnie stać na półce niezależnie od faktu, że większość jego rzeczy mam na dysku w formie elektronicznej. Ale już Koontza czy Mastertona mógłbym przyjmować bez konieczności mieszania w to papieru.

Miałem tutaj napisać jakąś mądrą puentę ale zabrakło mi natchnienia. Zamiast tego zapytam się, czy jest na sali ktoś, kto ma inside view na jakieś wydawnictwo książkowe i jest w stanie, bez zdradzania tajemnic handlowych, powiedzieć mi z jakiego powodu Potworny regiment Pratchetta w merlinie kosztuje 17,50 a w sklepie na stronie Prószyńskiego 26,90?

Aha, i darujcie sobie duposzczipatielnoje historie o niepowtarzalnym zapachu świeżej farby drukarskiej i papieru na którym wydrukowano książkę oraz o jakże ważnej w recepcji dzieła frajdzie wynikającej z przewracania kartek i czucia ich faktury pod palcami. Ja się już tyle tego nawąchałem i nadotykałem, że przestało mnie to ruszać. Proszę też o niezadawanie mi pytania 'a wydania albumowe też byś kupował w formie e-booka?', bo moja tolerancja na idiotyzm ma swoje granice. A teraz wracam do spiraconego Pratchetta[4].

[1] Jak ktoś ma życzenie pojechać mnie za relatywizowanie i wartościowanie kradzieży, to wolna wola - wiem, że moja argumentacja jest schizofreniczna ale wali mnie to.
[2] Nie potrzebuję fikuśności - wystarczy mi pdf i word. Pierwszy do oglądania (jeżeli są jakieś obrazki), drugi do czytania.
[3] Niech książka 'normalna' kosztuje 30 zł. Sprzedajcie mi e-booka za dychę a potem ewentualnie drukowaną za dwie dychy. I tak w każdym przypadku wydawca i autor wygrywa.
[4] Nie pomyliliście się, mam wszystko ze Świata Dysku na półce a repetytoria robię na palmtopie, bo popularniejsze egzemplarze po 15 czytaniu bardziej zaczęły przypominać wycieraczkę w mordowni niż książkę.

środa, 27 sierpnia 2008, radkowiecki
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2008/08/27 12:34:14
Ja też chcę książek elektronicznie i jakoś przez mgłę sobie przypominam jakieś dyskusje na sf-f na ten temat, ale dokładnie nie pomnę. O czym innym chciałem.

Za młodu pracowałem chwilę w agencji reklamowej z własną drukarnią. Od tego czasu wiem, że ten zapach, którym tak wiele osób się podnieca, to wcale a wcale nie jest świeżo wydrukowana książka. Bo ta śmierdzi. Jeśli ktoś jest ciekawy jak, niech znajdzie drogowców malujących poziome oznakowania na jezdni. (I powącha farbę, nie drogowców.)

Ten miły zapach pierwszy raz otwartej książki, to już lekko zwietrzały klej.
-
2008/08/27 12:45:31
Koleżanka w pracy uśmiała się, jak jej zacytowałem kawałek o liczbie książek i zasugerowała, żeby je wkładać do tapczanu w miejsce kołdry. Kołdra może leżeć na.

Jeżeli chodzi o złodziejskie jumanie, to ja zauważyłem, że odkąd mam stały Internet i jumam, to więcej chcę mieć i więcej kupuję. Ha! ;-)
-
2008/08/27 13:25:35
he, ile razy dyskutowaliśmy o tym na sapkowski.pl :-) i zawsze podsumowanie było jedno: protokół rozbieżności. Jedni wolą papierowe książki, inni e-booki.
A ja tam kiedy pokazuje się nowść, oglądam e-wersję, sprawdzam, czy mi pasi czy to g.. i jeśli pasi to kupuję w papierze.
Gros swojej biblioteki trzymam u teściów w domu na wsi, gdzie mam w ch.. miejsca.
No i czytanie z palma jednak nie jest idealne - kontrast, rozmiary wyświetlacza :-( kiedy pokażą się seryjne, tanie e-readery
-
2008/08/27 13:59:00
Nie lubię e-booków, może dlatego, że nie mam odpowiedniego readera i czytam na laptopie. Owszem, parę razy mi się zdarzyło przeczytać, w tym ostatniego Pottera, który nawet nie był ebookiem tylko sfotografowaną książką, a główną atrakcją było czytanie go przed oficjalną premierą.
Czemu ebooków nie można łatwo kupić w Polsce? Chyba z powodów technicznych - sprzeda się raz, a potem ludzie sobie mailem będą wysyłać, czyli - nie opłaca się. Sens ebooków widziałbym głównie w literaturze fachowej. Taki dobrze zrobiony ebook, z porządną systematyką i łatwym wyszukiwaniem to byłoby coś - zwłaszcza, że książki takie to z reguły grube kobyły.
-
2008/08/27 14:05:18
Właśnie, wiedziałem że czegoś zapomniałem dopisać do notki. W moim przypadku leninowska ilość częściowo przeszła w jakość, bo odkąd zacząłem kraść z netu filmy hurtowo, zacząłem też hurtowo kupować DVD.
Myślę, że w tej chwili prawie połowa mojej kolekcji to wynik zakupu inspirowanego divixem. Części rzeczy w życiu bym nie kupił gdyby nie uprzednie zajumanie, bo kto o zdrowych zmysłach wyda ponad sto złotych w ciemno. Przykłady świeże: zamiaruję kupić Cowboy Bebop i Samurai Champloo, jak tylko namierzę je gdzieś w sensownej cenie. Po miniserię Generation Kill pognam do sklepu jak tylko HBO wypuści to na DVD. W przyszłym roku zamierzam powiększyć swoje zbiory o wszystkie sezony Z Archiwum X oraz Przyjaciół. Gdy tylko wyrobię sobie jakąś kredytówkę, na półkach wyląduje Futurama, Coupling, kolekcja filmów Dario Argento i jakieś 50 innych pozycji, które nigdy do Polski w wersji DVD nie zawitały (jak choćby W paszczy szaleństwa) albo zawitały w wersji 'ubogi krewny z dzikiego wschodu'.
Jak widać złodziejstwo w niektórych przypadkach przekłada się na duże zakupy. Ale jak mówię - nie zamierzam się tutaj nijak usprawiedliwiać. Czekam natomiast aż dystrybutorzy pójdą po rozum do głowy i celem maksymalizacji zysków zaoferują mi w dniu premiery kinowej możliwość ściągnięcia sobie tego filmu przez sieć (na przykład dyszka za udostępnienie mi go na 24 godziny), żebym mógł go sobie obejrzeć w zaciszu domowym a nie otoczony trzodą wsuwającą popcorn. Dystrybutor zarobi, bo nie ukradnę a obejrzę sobie w 'kinie domowym'. Ja będę zadowolony, bo za pół ceny biletu zobaczę sobie film na moich warunkach. Wszyscy wygrywają. No ale na to jeszcze chwilkę chyba będę musiał poczekać.
Co do muzyki, to jest to w moim przypadku temat marginalny, bo jakiś czas temu praktycznie przestałem jej słuchać i wystarcza mi to, co znajdę na last.fm i jutubie.
-
2008/08/27 14:26:04
jak nie masz ciśnienia na posiadanie, to rozdawaj, serio. Jak mam coś najpierw w pliku, a potem to kupie, to najczęsciej się tak zdarza, że to komuś daję - wtedy jakas tam równowaga w przyrodzie jest zachowana, pisarz zarabia (no, dobra, nie zarabia, mało kto podpisuje umowy od sprzedaży), ksiązka trafia do następnych ludzi, a ja nie musze się martwić, gdzie to upchać
-
2008/08/27 14:34:41
Heh, ja mam też coś koło półtora tysiąca książek, z tego gros póki co jeszcze w pokoju moim u Rodziców. Ale na nowym mieszkanku póki co stoją w postaci dwóch wielkich pudeł oraz luźnyh stosów. Po prostu nie moge żyć bez książek.

Jak mieszkałem za granicą i nie miałem książek, to po jakimś miesiącu - dwóch dostawałem szwungu. Po prostu MUSIAŁEM coś zacząć czytać. Jak nałogowiec, serio. W Hiszpanii łaziłem po antykwariatach, wyszperałem anglojęzycznego Tai-pana i zbiorek opowiadań z radziecką fantastyką. W Japonii było gorzej (nie czytam japońskiego), ale tam sobie w dzień wystawiania śmieci papierowych znosiłem mangi do domu, no a poza tym są anglojęzyczne księgarnie.

U Ciebie widzę niejakie podobieństwo. Z tym że ja ebooków nie znoszę. Fikcję w ten sposób czyta mi się źle, wyjątkiem był szósty Potter jak się załamałem i nie doczekałem na polskie tłumaczenie. W ebookach czytam książki fachowe tudzież okazjonalnie coś rozrywkowego, a używam do tego PSP ("The Game" Straussa przeczytałem tak w japońskim metro). Natomiast pomysł jako taki popieram, czasem bym sobie coś przetestował elektronicznie przed zakupem (hint: Fabryka Słów).

A dokładnie taki sam model stosuję w kwestii filmów i gier - jak zajumam i mi się nie podoba, to pod nóż i F8. Jak fajne, to marsz do sklepu albo na Allegro. "Shaun of the Dead" w ten sposób zanabyłem, bo w ciemno na bank bym nie kupił. Ostatnio dostałem kurwicy serca jak się okazało że w Gears of War na PC nie mogę grać po sieci, bo Polska jest krajem III kategorii i nie mogę założyć konta Live. Na złość Microsoftowi zajumałem z torrenta Bioshock... i zaraz go będę kupował, bo gra jest tak boska, że jej twórcy godni są zapłaty swojej.

Takie moje 3 grosze.
-
2008/08/27 14:35:27
O rety!

"Luźnych" miało być oczywiście, tylko 'c' się jakoś nie wcisnęło. Aż mnie oczy szczypią jak na to patrzę.
-
2008/08/27 18:24:55
O, nareszcie zabrałeś się za Lód - jakie wrażenia? Czy coś jest ze mną nie tak, że mi się nijak nie podoba (a resztę Dukaja - od Złotej Galery po Perfekcyjną niedoskonałość lubię, cenię i szanuję)?

Co do e-booków to chyba brakuje w Polsce dobrego na nie pomysłu, choćby jak Kindle Amazona. Gdyby wziął się za to jakiś porządny portal/sklep internetowy i miał w ofercie pozycje różnych wydawnictw, to może by i dało radę.
-
2008/08/27 19:22:14
Do czytania e-booków na palmie się przyzwyczaiłem. Wszystko jest kwestią odpowiedniego ustawienia wielkości czcionki i jasności wyświetlacza. Czyta się komfortowo, chociaż nic nie zastąpi Palma Vx, którego źli ludzie mi zajumali razem z kawałkiem twarzy, komórką, nożem do owoców, kluczami od domu i zajebistą torbą naramienną. Jego zajebistość polegała na wyświetlaczu o ciemnozielonym tle, na którym czarne literki były świetnie widoczne i oczu nie męczyły.
Rozdawanie książek - nie ma opcji. Ja oprócz czytania, książki zwyczajnie kolekcjonuję. Bo nic tak nie cieszy moich oczu jak kilka metrów bieżących moich ulubionych autorów. A czytać coś muszę cały czas, bo bez ksiażki wytrzymuję góra tydzień w warunkach ekstremalnych (wyjazd na łajbę) albo 2 dni w warunkach miejskich. Potem zaczynam się męczyć.
Jumanie a późniejsze zakupy - w chwili wolnej przejrzę swój zbiór filmów i sprawdzę ile z nich kupiłem pod wpływem pirata, bo to może być ciekawe.
Lód - z bólem serca to powiem ale po pierwszych 100 stronach ksiażkę odłożyłem w oczekiwaniu na jesień albo zimę. Bo to będzie lepsza pora na czytanie Lodu. Mam wtedy również zamiar szarpnąć longiem kilka książek Murakamiego, który również latem nie wchodzi mi absolutnie.
-
2008/08/27 19:36:25
Też mam wkręta na kolekcjonowanie i ocieplanie sobie chaty książkami, tyle, że srio, ostatnio się łapię na tym, że kupuję tylko to, czego bozia torrentów czy inne scan gods nie przyniosą, więc tak czy tak metraż bieżący wzrasta. A jak się zdarzy, że znajdę .lit'a (akurat mój ulubiony format) z czymś, co na półce już stoi, to zaczynam kombinować, kto się z prezentu ucieszy. No i zawsze jednak zostają takie książki, co muszą być na papierze, nie ma innej opcji, typu ulubieni autorzy, zbierani całością dorobku, komiksy czy jakieś snobistyczne odjazdy o sztuce i tak dalej. Rozdaje się po prostu te, co do których ma się pewność, że wersja papierowa więcej szczęścia nam już nie da (czyli w moim przypadku głównie esefy, kupowane od 10 roku życia)

(wogle przy okazji dzięki dla Barta za link do tu, bo dobry blog to jest:)
-
2008/08/27 21:33:43
"Lód - z bólem serca to powiem ale po pierwszych 100 stronach ksiażkę odłożyłem w oczekiwaniu na jesień albo zimę."

Znam człowieka, który zimą odłożył sobie na lato - dla ochłody.

Teraz przypomniało mi się też, że bohaterka "Seksu w wielkim mieście" podobno trzymała swetry w piekarniku. Co, moim zdaniem, stanowi kapitalny element charakteryzacji, ale patent, tak z książkami jak i swetrami, jest, oczywiście, do zastosowania tylko w mieszkaniu z fabrycznie nową i mało używaną kuchenką.
-
2008/08/27 21:54:42
Radecki. ja mam już kolekcję Archiwum X. Chyba przegapiłeś :-) można sobie było zamówić, wysyłkowe dostawy. Fajnie wygląda na półce, obok Rzymu, GITS, Szekspira (seria BBC) oraz trylogii Sergia Leone :-)
www.zarchiwumx.pl/ tu masz detale
-
2008/08/27 21:55:55
update: a dokładnie to tu: www.deagostini.pl/index.php?co=a&id_kol=15
-
2008/08/27 22:31:11
Mam tak samo - patrzą na mnie w domu wilkiem, bo każda wizyta w księgarni kończy się wydatkiem jednorazowo 100-150 zł... A że, z racji zawodu, mam dostęp do pozycji w cenach hurtowych...

Książki rozsadzają od środka szafki i regały a zbiór około 2gb (kiedy to się nazbierało?) przetrzymuję na swoim Blackberry. I tutaj mała reklama - Mobireader to najlepsiejszy czytnik ebooków jaki kiedykolwiek powstał na urządzenia elektroniczne (nieważne czy telefon, palm, smartfon czy inny szatan).
-
2008/08/27 23:23:55
z tymi e-book'ami to jest niezły pomysł. Ja też mam tak, że z każdej wyprawy do księgarni, empiku, itp. na ogół wracam z książką mniejszą, czy większą... w domu mi się już nie mieszczą- dwa wielgachne regały wypakowane książkami, po dwa rzędy na półce (ułożone tematycznie, autorami i wielkością); zajęłam więc piwnicę, w której stoją kolejne dwie wielkie szafy pełne książek i kilka pomniejszych szafeczek... [plus ponad 1000 książek w wersji elektronicznej (wliczając mangi)]

z tego, co osobiście się orientuję, to w Polsce można kupić e-book'a... o jakichś bzdurach technicznych, ekonomicznych, elektronicznych, prawnych, ezoterycznych, itp. ale niestety z 'wysoką' literaturą do kupienia w formie elektronicznej jeszcze się nie spotkałam... a szkoda- bo jak już zauważyłeś- jest to olbrzymia wygoda.
-
2008/08/28 00:01:49
Re "Lód". Się bierze w plecak, się idzie do RCKiK, się kładzie na leżance obok maszyny do separacji płytek i się ma raz w miesiącu 90 minut na czytanie tej cegły. Oraz dzień wolny od pracy i 12 czekolad.
-
2008/08/28 00:05:50
Kupuję, płaczę i kupuję, a także jumam. A co się spodoba muszę dokupić...Pracując za granicą nie sposób załadować całego samochodu książkami, zatem kolekcja na lapie stale rośnie (pół tera na zewnętrznym dysku się przydaje). Kiedy jestem w kraju wpadam do księgarni z obłędem w oczach i biorę to co podeszło na .pdf i wszelkie jeszcze nie ściągnięte nowości, co skutkuje i tak wożeniem kilogramów papieru 1000km w każdą stronę. A tak na marginesie, ciekawe ile bym zabulił jeśli jakieś służby celne sprawdziłyby mojego Maxtorka.
-
2008/08/28 00:18:40
Dołączam się do grupy osób, które nie mają gdzie trzymać książek, a jednocześnie nie bardzo mogą się powstrzymać przed zakupami. Niestety, jak na razie dla mnie ebooki nie są rozwiązaniem, nie widziałam jeszcze palma, na którym wygodnie by mi się takie ebooki czytało. O czytaniu z ekranu komputera w ogóle nie mówię, bo to koszmar. Mam jednak nadzieję, że niedługo pojawi się jakiś wygodny i w miarę tani czytnik ebooków oraz że może ktoś gdzieś kiedyś w Polsce dojdzie do wniosku, że warto taki interes rozkręcić. Ale ponieważ wszyscy narzekają na spadek czytelnictwa (oraz ilości kupowanych książek) to naprawdę nie wiem, ile czasu musi upłynąć, aż ktoś zdecyduje się na wypuszczanie książki, która jest gotowa do piracenia praktycznie od razu.

A jeśli chodzi o X Files - nie lepiej kupić jakieś zachodnie wydanie? Polskie pudełkowe wydanie ma o jedną płytę na sezon mniej niż angielskie (poza drugim sezonem, w którym na 7 płycie jest ostatni odcinek + dodatki) - wygląda więc na okrojone. Prenumeratorzy kolekcji DeAgostini dostawali bonusową płytkę do pierwszego sezonu, ale co z wydaniem pudełkowym? To są fajne dodatki, szkoda ich tracić.

Które książki Murakamiego chcesz przeczytać? Wydawało mi się, że przez najcięższą (czyli Ptaka-nakręcacza) to już przebrnąłeś? Opowiadania są całkiem łatwo przyswajalne.
-
2008/08/28 08:41:19
Pratchett na merlin.pl jest tańszy, bo z okazji Polconu w Zielonej Górze cała fantastyka jest u nich tańsza o 30%. Duh.
-
2008/08/28 10:56:04
Czytanie na palmie - przez pierwsze dwa tygodnie czułem się nieswojo i niekomfortowo. No bo jak to tak, bez papieru? Nie da się czytać przy świecącym słońcu. Nie da się czytać w nocy (podświetlenie ekranu w Palmie Vx rozładowywało mi baterię w 50-60 minut). Na dodatek z formatami elektronicznymi startowałem w 2004 (wcześniej próbowałem czytać na monitorze ale jak ktoś tu już wspomniał to dramat) i jakość oceerów była, hm... wątpliwa. W zasadzie to bym się pewnie zniechęcił gdyby nie grupa scan-dal, która zaczęła marnie jeżeli chodzi o jakość ale potem dołączyło sporo osób do korekty (sam zrobiłem całego dostępnego wtedy Gaimana), jakość się polepszyła a ja się do tej formy lektury przekonałem. No i skończyło się targanie na wakacje torby książek.
E-book a sprawa piractwa - wychodzę z założenia, że jak mają ukraść to i tak ukradną. Poza tym da się chyba jakoś zabezpieczyć pliki tak, żeby ich odbezpieczenie nie utrudniało czytania a trwało dłużej niż zeskanowanie danej pozycji. Da się? Ja naprawdę chcę za nie zapłacić. Najlepiej bezpośrednio autorowi. W tej chwili uspokajam swoje sumienie w ten sposób, że czytam tylko piraty autorów zagranicznych.
Co do DVD to w przypadku większych setów ja się w ogóle przerzucę na zakupy poza granicami kraju, bo rozbieżności cenowe są więcej niż absurdalne. LoTR 12xDVD u nas kosztuje 450-600 zł (allegro). Na amazonie 18 funtów. No to ja się pytam - co to kurwa są za żarty?
Babbit - Norwegian wood, Hard-boiled i Po zmierzchu.
Muczachan - z moim roztańczonym ciśnieniem honorowo mogę oddać mocz a nie krew.
Rusty - to miłe z ich strony. Gdybym tylko chciał u nich kupować, to oszczędziłbym tyle, że hohoho.
Z ostatniej chwili - zrobiłem zamówienie na kilka książek i właśnie przyszedł mail, że można odbierać. Hamowałem się jak mogłem więc tylko 120 zł. Cieszę się, że są ludzie, którzy w tej materii mają napieprzone w głowie tak jak ja. Powinno to na jakiś czas uspokoić moją Mamę, która twierdzi, że jestem od książek uzależniony i że w zasadzie to kwalifikuję się na jakąś terapię. Wiem, że żartuje ale co szkodzi na zimne dmuchać.
-
2008/08/28 11:12:32
moje popieprzenie to zasługa mojej Babci, która nauczyła mnie czytać, jak nie miałam jeszcze 5 lat, a potem z każdej okazji i bez okazji kupowała mi książki... a i nigdy nie pozwalała mi oglądać ekranizacji lektur, dopóki ich nie przeczytałam... :)
-
2008/08/28 11:26:36
Moja Mama też święta nie jest. Najpierw stworzyła potwora (czytam jakoś tak od 4-5 roku życia) a teraz mi coś o uzależnieniu napomyka. Najbliższa wizyta w domu będzie dobrą okazją do podyskutowania na ten temat.
-
2008/08/28 12:31:37
No więc tak. Opowiem wam bajkę.

Dawno, dawno temu, za siedmioma bessami, żył sobie skromnie początkujący trendsetter Jacek Dukaj. Dobrze mu się żyło. Filmy oglądał. Książki czytał. A jako że nie posiadał samochodu, przynajmniej ta druga rzecz często miała miejsce w środkach komunikacji miejskiej. Ówże Jacek Dukaj otrzymał jeszcze ciepłe pierwsze wydanie Cryptonomiconu Stephensona, z czego zrazu bardzo był kontent. Drobiazg oczywista, że Cryptonomicon wyglądał jak krzyżacka cegła dwuręczna, która sama starczyłaby do zbudowania połowy Malborka. Po lekturze, zwracając książkę, Jacek Dukaj łaskaw był w kilku nawracających iteracjach wyrazić swoją dezaprobatę dla książki tak nieporęcznej, ciężkiej, niewygodnej - że właściwie nie nadawała się do czytania... w tramwaju.

W ramach morału można retorycznie zapytać - za dużo masła w diecie tyrana ?

@radkowiecki
Zamiast tego zapytam się, czy jest na sali ktoś, kto ma inside view na jakieś wydawnictwo książkowe i jest w stanie, bez zdradzania tajemnic handlowych, powiedzieć mi z jakiego powodu Potworny regiment Pratchetta w merlinie kosztuje 17,50 a w sklepie na stronie Prószyńskiego 26,90?

Być może już się mój inside zestarzał moralnie, ale spróbuję.
Patent jest taki, że pośrednik (w w/w wypadku merlin) musi, ale to musi zarobić na wejściu potencjalne 40-50%. Czy później stwierdzi Ok, odpuścimy trochę procentów za to sprzedamy zyliony sztuk czy nie - to już sprawa jego i gajowego. Wydawnictwo z owych okładkowych 26,90 dostaje tylko ca. 13,45 PLN - z czego musi zapłacić autorowi (albo zarobić na licencję) i zwrócić sobie koszty (tłumaczenie, redakcja, korekta, amortyzacja i takie tam) - to jakieś 8-9 PLN zwykle. (Można oczywiście przyoszczędzić i zrobić samemu, ale rezultaty bywają jedyne w swoim rodzaju: www.dami.pl/~kamil78/greywalker). Reszta to zysk.

Pytanie: dlaczego wydawnictwo nie obniża cen np. na swojej stronie do 16 PLN (wszak zysk miałoby wtedy wiekszy)? Odpowiedź: jaki pośrednik weźmie wtedy od niego książki do sprzedaży w celu zarobienia swoich 50%? (Niewidomy, ale jak wiadomo wykorzystywanie cudzego kalectwa w interesach jest jednak takie niemoralne trochę jakby). Na dodatek rynek jest równie profesjonalny co niedzielny targ w Wąchocku - można próbować zarobić na boku sprzedając taniej, ale pośrednicy dobrze to zapamiętają i odwdzięczą się np. przy promocji następnej książki (następnych książek).

Nic tylko zakładać wydawnictwo.
-
2008/08/28 13:21:17
@benzo
Bajka bardzo ładna i pouczająca. I rodzi kolejne pytanie - czy autor ma jakikolwiek wpływ na czysto fizyczny kształt swego dzieła? Chodzi mi o to, czy pisarz z takim nazwiskiem jak Dukaj mógłby w wydawnictwie powiedzieć 'nie no panowie, nie róbmy sobie jaj z czytelnika, który nas żywi, ubiera i wysyła na wakacje i wydajmy to w dwóch wybajerzonych tomach'. Ewentualnie 'równolegle z ceglastym hardcoverem (30% nakładu) rzućmy na rynek 2 części w miękkich okładkach'. Bo 1200 stron w jednym kawałku to jest naprawdę jakieś kwiprokwo i nie chodzi nawet o czytanie w tramwaju. Tego się w moim przypadku nie da czytać nigdzie gdyż nie mam w domu stołu, przy którym mógłbym oddać się lekturze. I każdą książkę łykam siedząc w fotelu i trzymając ją w rękach.
Wydawnictwo vs pośrednicy. Kurde, naiwnie myślałem, że przez ostatnie 10 lat coś się pod tym względem zmieniło. A tu widzę status quo i jedyna szansa na tańsze książki, to obniżenie... marży...... pośredników. Hahahaha, ja to potrafię być zabójczo wręcz zabawny. Dobrze, że sobie znalazłem księgarnię, która od dłuższego czasu ma promocję pod hasłem "-20% bez okazji".
Nie wiem jak u nich wygląda sprawa wysyłki za Warszawę (w sensie terminowość, koszty, chociaż w sumie znalazłem ich przez allegro więc pewnie dają radę) ale miejscowym polecam. Książki zamawia się przez formularz na stronie a jak się dostanie maila z informacją, że są do odebrania, się idzie na pl. Na Rozdrożu, się płaci i się odbiera. Lokalizacja optymalna, bo rzut beretem od Paradoxu (lokal przyjazny miłośnikom szeroko pojętej fantastyki), tanio, szybko, niezła oferta i można płacić kartą. Kurde, muszę zacząć brać procent za naganianie klientów do różnych miejsc.
-
2008/08/28 13:42:02
w sumie, jak na to patrzę, to chyba lepsze takie uzależnienie niż inne... moja druga babcia natomiast, nie jest w stanie zrozumieć, po co ja tyle czytam- ba! po co ja w ogóle czytam więcej niż muszę... jednak wolę być popieprzona i wiedzieć, że Marquez to nie jest nazwa zespołu heavy-metalowego...

w sumie przypadek Tolkiena pokazuje, że pisarz nie zawsze ma wpływ na to, jak jego dzieło wygląda :) "Władca..." z założenia miał być książką jednotomową przecież, ale wydawca się nie zgodził.. i w sumie, w tym wypadku, chwała mu za to, bo jak patrzę na wydanie jednotomowe, które niedawno pojawiło się na rynku, to aż mi się słabo zrobiło- ja czytam książki zawsze wtedy, kiedy mam czas, czyli w trakcie wypraw pieszych również, ciężko więc by było spacerować z tomiszczem 1500 stronicowym... takie wydanie nadaje się na półeczkę, żeby stało, ładnie wyglądało i wprawiało w zachwyt oraz osłupienie odwiedzających.
-
2008/08/28 14:29:23
Raczej zwiedzających :) Już nie raz ilość książek w moim mieszkaniu wprawiła odwiedzających w osłupienie.
Sama ich ilość i braki lokalowe na ich zakwaterowanie dawno przestały mnie dobijać. Obecnie jestem w ostatnim stadium histerii - śmiech i nic więcej.
Natomiast do pasji doprowadza mnie niemożność ich odpowiedniego skatalogowania. Mieszkam z Rodzicami i Matka też jest zapaloną czytelniczką. Nowo zakupione książki upycha mi, niestety, gdzie popadnie. Efektem jest np. pożyczanie od kogoś książek, które się samemu posiada od dawna.
Z ebookami sprawa jest o tyle prostsza, że można zawsze łatwo sprawdzić co się ma. Niestety, jak do tej pory jest to dla mnie jedyny argument, bo za nic się do nich przekonać nie mogę.
P.S.
Tak, są ludzie, którzy nie wiedzą co to znaczy jumać. Albo raczej nie wiedzieli do momentu odkrycia tego bloga. I nigdy nie byli w buszu :)
-
2008/08/28 14:56:40
ja polecam zrobić w bardzo wolnej chwili spis np. w excel'u. Ja tak mam skatalogowane wszystkie filmy (zapomniałam dodać, że jest jeszcze jedna szafa w moim pokoiku, z której wysypują mi się płyty). Zajęło mi to dobrych kilka godzin- ułożyć je alfabetycznie i tematycznie, ale bardzo mi to ułatwia życie. Jak nie jestem pewna, czy jakiś film już posiadam, czy też nie (jednego filmu mam 5 kopii) zawsze mogę to sprawdzić. Z książkami chyba zrobię to samo :)
-
2008/08/28 15:11:48
Spis w excelu rozporządza. Dzięki niemu wiem wszystko o swoim księgozbiorze. Oczywiście jako excel-junkie dorobiłem sobie kilka tabelek oraz kolorowe wykresy, żeby wi(e)dzieć jeszcze więcej. Polecam wszystkim, którzy lubią mieć choćby pozory kontroli nad niekontrolowalnym żywiołem jakim jest rozrastająca się biblioteka.
@bosa mysz
Widzisz, mój blog bawiąc-uczy. Także tak dziwnych słów jak jumanie, cyrkumstancje czy abominacja.
-
2008/08/28 15:18:30
pierwsze, co mi się skojarzyło z tytułem wpisu, to film o tym tytule :)

jumać skojarzyło mi się z czymś już zgoła innym :)
-
2008/08/28 15:59:43
@babbit: "A jeśli chodzi o X Files - nie lepiej kupić jakieś zachodnie wydanie?"

Tym bardziej, że na amazonie chyba nawet taniej to wszystko wyjdzie.
www.amazon.com/X-Files-Complete-Collectors-David-Duchovny/dp/B000UZDO5I/
-
2008/08/28 17:16:14
Sally 86
zainwestuj w zewnętrzny dysk, płyty są niestety nietrwałe. No i zewnętrzny HDD zajmuje zdecydowanie mniej miejsca. Weź też pod uwagę, że są zestawy kina domowego do których można takie HDD podłączać.
-
2008/08/28 17:44:23
A ja jeśli chodzi o spis to darowałem sobie excela i ściągnąłem bardzo sympatyczny program o nazwie Book Collector - mało zajmuje, ma przejrzysty interfejs i od groma opcji. Jedynym mankamentem jest to, że nie jest to freeware, ale zajumać jakiś klucz seryjny mi się czasem zdarza ;)
-
2008/08/28 18:52:49
A jak już jesteśmy w temacie ebooków - znacie jakiś dobry czytacz na Symbiana?

Szukam czegoś co bezproblemowo będzie mi otwierało .txt z karty pamięci, nie będzie krzaczyło polskich liter i będzie zapamiętywało miejsce, gdzie skończyłem. Do tej pory oporządzałem się Javovym ReadManiakiem, ale razem ze zmianą komórki na Symbianową szukam czegoś lepszego.

W polecanym tutaj Mobireaderze nie mogę się doszukać funkcji "otwórz", a ja lubię składować pliki tam, gdzie mam na to ochotę... :)
-
2008/08/28 18:52:58
Trochę veta w temacie cegły ponad 1000 stron. Ja lubię (może dlatego, że nie czytam w tramwajach już, choć rzeczony Cryptonomicon tak połknąłem). Naprawdę nie kręci Was idea, żeby mieć ulubionego autora w całości w jednym tomie? Bo mnie generalnie zachwyca na maxa brytolska idea wydań typu omnibus - cały Chander powieściowy rozbity na dwa tomy,Hithikersi w całości wsadzeni w jedną cegłówkę itd? Łatwiej wtedy taką książkę znaleźć na półce, łatwiej znaleźć jakiś potrzebny cytat, no i łatwiej wpaść w ciąg nałogowy, typu muszę znowu przeczytać całość czegoś tam. Szlag mnie trafia, jak widzę, co np zrobili z Cyklem Barokowym, z którego w wersji pl zrobiło się tomów 9 czy 12 - nie wiem, zgubiłem rachubę, a który normalnie zamknięty jest w 3 wygodnych klocach po ca 900 stron. Duże jest fajne - i wzmacnia klatę jak się czyta na leżąco:) Bonus dodatkowy jest też taki, że Brytole zgodnie z logiką tego typu wydania mają sporo tańsze niż kupowanie wszystkiego osobno. Liczyłem, że się kiedyś ta moda u nas rozkręci, ale sadząc po wpisach tu, to raczej nie:(
-
2008/08/28 20:22:48
@jarek
Ale ja naprawdę jestem excel-junkie i nie widzę innej możliwości niż robienie sobie minibazy właśnie w nim. I na przykład mogę sobie spojrzeć w tabelę i zobaczyć, że 1/4 mojej biblioteczki pochodzi z trzech wydawnictw (do których kiedyś muszę wystąpić o kartę rabatową dla dobrego klienta). Albo, że mam w sumie książki z 237 wydawnictw. I w ogóle. To się da wyleczyć?
@braineater
Nie potępiam w czambuł książek gargantuicznych rozmiarów. Ale mam takie wrażenie, że 1000 stron to jest maksymalna akceptowalna przeze mnie objętość. Chociaż oczywiście wiele zależy od zastosowanego papieru i okładki. Lód to 1050 stron wydrukowane na dosyć grubym papierze. Plus twarda, solidna okładka. Bastion Kinga wydany przez Zyska liczy sobie stron 1340 i jest od Lodu sporo cieńszy - porównywałem objętość bez uwzględniania okładek. Bastion przeczytałem, przy Lodzie wymiękłem.
Cryptonomicon to jeszcze inna historia, bo nie dość, że wygrubaszony (treściowo i objętościowo), to jeszcze format zwiększony. Nie skamlałbym tutaj jak mała, płaczliwa dziwka gdybym czytał w domu - załatwiłbym sobie jakąś deskę na kolana i dałbym radę. Niestety, 90% pochłoniętej objętości wciągam w komunikacji miejskiej i podczas przerw na posiłki. Ale jak mówię - do 1000 stron nie będę miał problemu, bo to faktycznie świetnie wygląda i dodatkowo można szyku zadać gdy kobieta pyta zdumiona 'ty to całe przeczytałeś???' a ty, z miną luzaka, który nie takie cegły łykał, odpowiadasz: taaaaa..., w 6 dni.
Odpowiedzialnego za wydanie Cyklu Barokowego w formie ogryzków, które wyglądają przy Cryptonomiconie jak biedni krewni, skopałbym po jajach. Rozciągnięcie wydawania cyklu na jakieś 5 lat zasługuje na dużą dawkę zbędnego okrucieństwa w stosunku do pomysłodawcy. W tym przypadku byłem totalnie za tym, żeby wydrukować to na bogato, z tłoczeniami, złoceniami, w lakierowanym hardcoverze i z obwolutą. A dostałem jakiegoś pieprzonego paperbacka na papierze toaletowym wycenionego niczym Biblia Gutenberga. Co za syf i porażka intelektualna.
-
2008/08/28 21:10:41
Bastion sie dal czytac spokojnie, juz mi bardziej ta Lisey nie pasila z uwagi na format.
Nawiasem mowiac z bolem, ale jednak, oduczylam sie dzieki Tobie czytania ladnych/cudzych ksiazek przy jedzeniu. Na szczescie mam teraz dostep do cudnych rzeczy za absolutne grosze (charity shops rzadza), wiec czesto kupuje tam miekkie paskudztwa, zeby mi nie bylo szkoda w razie czego. Oczywiscie wtedy zaden barszczyk mi sie nie rozpryskuje. Ech.
-
2008/08/28 22:05:56
Borsuk66
Problem jest taki, że bądź co bądź większość posiadanych przeze mnie filmów znajduje się na płytach oryginalnych- więc wrzucać je na HDD i tak mi się nie opłaca ;) co nie zmienia faktu, że zewnętrzny HDD jest przydatny, chociaż z drugiej strony, jaką on może mieć maksymalną pojemność? I tak mi wszystkich filmów nie pomieści ;)

Generalnie, to ja też nie jestem przeciwna książkom, które mają ponad 1000 stron. Pamiętam, że byłam bardzo rozczarowana, kiedy jeden z tomów jednej z ulubionych serii był cieńszy niż tom poprzedzający go. Ale takie wydania są niepraktyczne. Nie można ich zabrać do tramwaju, czy na spacer. No i jeszcze jedna sprawa- ciężko je się czyta, a ja nienawidzę jak ktoś rozkłada książkę tak, że na grzbiecie robią się zmarszczki, a klej pomiędzy kartkami przestaje trzymać (toż to profanacja!) Cieńsze wydania są wygodniejsze. Poza tym, fajnie to wygląda jak ma się na półce np. 7 tomów opatrzonych nazwiskiem Sapkowskiego (Wiedźmin), a znajomi robią wielkie oczy i z niedowierzaniem pytają- ty wszystkie te 7 części przeczytałaś????
-
2008/08/28 23:53:40
A'propos zdziwień na widok kobylastyk książek. Dzisiaj odbierałem zamówione pozycje, jedną z nich była Trzynastka Morgana. Solidny kawał knigi: 591 stron, hardcover, obwoluta, przyjemny, lekki papier. Pani pracująca w owej księgarni, podając mi książkę, zapytała wyraźnie zszokowana: pan to przeczyta. Odparłem, niezgodnie z prawdą (bo książka jest prezentem i nie zdążę jej aktualnie łyknąć), że tak. Po czym opowiedziałem jej o objętości Lodu, czym zszokowałem ją jeszcze bardziej. Pobiegła do pawilonu obok (bo to dwupawilonowa księgarnia jest) żeby sobie Lód obejrzeć a ja oddaliłem się niespiesznie na przystanek, rozmyślając o różnych rzeczach. W sumie cieszę się, że się mnie nie zapytała o Hobbita (też na prezent), bo musiałbym jej powiedzieć, że przeczytałem go kilkanaście razy. A to mogłoby ją zabić albo zlobotomizować. Ot, dykteryjka taka.
-
2008/08/29 02:02:40
Dodal bym jeszcze jeden powod sciagania ksiazek (przynajmniej dla mnie) - te niedostepne/ zbyt drogie. Jako przyklad interesujaca mnie "trylogia imperium" Raymonda.E. Feista -o ile pierwsze dwa tomy mozna kupic w umiarkowanej cenie to trzeci to juz kwestia 80 - 130 zl i to tylko za jedna czesc trzeciego tomu.
Niektore cykle w polsce nie zostaly nawet wydane w calosci i wtedy pozostaje liczenie na amatorskie tlumaczenie badz sciaganie e-bookow w jezyku angielskim.
-
2008/08/29 05:37:45
Późno, bo po popijawie, a przed pogrzebem.
Co do ilości książek, well, miałam ich 1652 i pół (pół to była połowa książki "Pięcioro dzieci i Coś" Edith Nesbit, niby twarda oprawa, a rozleciało się w trzy dni po kupieniu przez Mamę, w jakimś 1985). To było piękne. Miałam specjalny system skośnych półek pod sufitem dookoła pokoju (nie znoszę jak mi się książki przewracają), wszystko było tak, zeby moim papierpleckom i twardokładkom było dobrze. Wszystko było pięknie, do czasu aż OCIPIAŁAM. Postanowiłam zacząć wszystko od nowa, oddzielić wszystko grubą kreską, przenieść się do innego miasta. 1652 i 1/2 pół książki patrzyły na mnie z półek z tym cichym politowaniem, z jakim tylko książki potrafią. No i sprzedałam zarozumiałe cipy w cholerę. Czego nie sprzedałam, rozdałam do bibliotek w moim biednym intelektualnie mieście (powiem jedno słówko, zaczyna się na Szczec..., kończy się na ...n i wszystko jasne) i wyjechałam. Po czterech miesiącach wróciłam, stęskniona jak chory pies i z podkulonym ogonem, ale książek już nie miałam. Jestem z powrotem w Szczecinie od dwóch miesięcy i pociesza mnie to, że po Wielkim Pogromie mój księgozbiór z lewelu 0 wzrósł do lewelu 300, około. Jestem na dobrej drodze do odzyskania rozumu. Działam dalej.

A właśnie, Radek, czytałeś "Kościarza"? Polecam bardzo, jeśli nie miałeś przyjemności, Luke Rhinehart napisał podobno, a naprawdę diabli wiedzą kto to spłodził. Napisane to jest zajebiście, tłumaczenie super, trzymasz kciuki za znudzonego nowojorskiego shrinka (do czasu...) i wszystko fajnie, ale ja nie o tym. Dla mnie jest to jedyna książka, która FIZYCZNIE I NAMACALNIE mogłaby zmienić moje życie. Gdybym się odważyła. To, co on tam opisał, naprawdę da się zrobić, wystarczy rzucić kostką. Trochę to straszne.
-
2008/08/29 08:24:08
Sally86
HDD zewnętrzne terabajtowe są już w przystępnych cenach. Ja mam 500G i 750G i mieszczą moje filmy, e-booki i a-booki (audiobooki).
Przy okazji - kiedy przerzucałem filmy z CD i DVD na HDD, okazało się że niektóre płytki są już do wyrzucenia.
-
2008/08/29 10:25:41
@suisan
Po czterech miesiącach wróciłam, stęskniona jak chory pies i z podkulonym ogonem, ale książek już nie miałam.

Zajrzyj do znajomych bibliotek, walnij pięścią w stół i niech oddają.
-
2008/08/29 10:57:46
@jander
(...) pozostaje liczenie na amatorskie tlumaczenie

Pluję sobie w brodę, że ten ewenement umknął mej uwadze, bo o ile tłumaczy napisów do filmów jakoś tam rozumiem, to amatorów tłumaczących całe książki po prostu darzę szacunkiem, jakim kiedyś darzyło się szaleńców. Rozumiem jednego z zawodowych tłumaczy, który sobie kiedyś w domu przetłumaczył Rage Kinga, bo miał wolną chwilę i wyszedł z założenia, że jak uda się to wydać w Polsce, to będzie miał w ręku gotowy produkt do sprzedania. I chyba nawet jego tłumaczenie trafiło mi kiedyś w ręce, bo dało się to bez problemu czytać.
Podziw natomiast wzbudzają we mnie ludzie, którzy siadają, dokonują przekładu na miarę swoich możliwości po czym efekt swojej pracy umieszczają nieodpłatnie w sieci. W 9 przypadkach na 10 jest to krap ale i tak żywię mimowolny szacun dla kogoś, kto poświęcił kilka tygodni swojego życia na tłumaczenie książki. I nie mam tu na myśli wyłącznie pirackich tłumaczeń Rowling, bo te były akurat grupowe i wyjątkowo niechlujne a najbardziej rozśmieszyły mnie opinie, że były lepsze od wersji Polkowskiego. Myślę tutaj raczej na przykład o kolesiu, który przetłumaczył Carpe Jugulum, z góry zastrzegając, że do Pewuca nie ma startu ale starał się jak mógł najlepiej. I dało się to nawet czytać. To się nazywa prawdziwy pierdolec z miłości. Bo zripować film albo muzę potrafi byle kretyn z gimnazjum. Tłumaczenie książki to już zadanie dla Kapitana Ameryki.

@suisan
Nad pomysłem sprzedania całej kolekcji mogę jedynie zapalić świeczkę i uczcić pamięć poległych minutą ciszy. Natomiast za dołożenie mi kolejnego tytułu (do tego trudnego do zdobycia, bo sprzed 7 lat) do wielkiej sterty rzeczy czekających na przeczytanie, trochę cię nienawidzę. Bo przeczytałem kilka recenzji i będę ją sobie musiał gdzieś kupić.
Znacie jeszcze jakieś fajne ale mało popularne tytuły wydane w Polsce? Coś takiego z dobrym motywem i konkretnym przypierdoleniem. Jak znacie to WPISÓJCIE MIASTA KTURE POPIERAJOM CZYTANIE!!!1111!!!oneoneone11
-
2008/08/29 11:49:00
Borsuk66
Matko... Terabajtowy HDD... duże to przecież, a i tak wątpię, że pomieści mi wszystko :) Poza tym, nie wiem, czy mi laps to udźwignie ;)

Tak a'propos pań pracujących w księgarni. Na drugim roku studiów na literaturze omawialiśmy "Frankenstein'a" Mary Shelley. Zadowolona poszłam do księgarni w celu zakupienia książki. Pytam grzecznie "czy jest może 'Frankenstein' Mary Shelley? Najlepiej w oryginale" Babeczka z cała stanowczością odparła "Nie, nie mamy. Takiej książki w ogóle nie ma. Film jest". Zamurowało mnie.

I druga sytuacja. W innej księgarni. Z koleżanką chodzimy i szukamy czegoś ciekawego do czytania. Byłyśmy świadkami rozmowy dwóch pań, które akurat układały książki na pułkach.
Pani A: Gdzie tego Arystotelesa położyć?
Pani B: Tam gdzie Platona. To jest ten sam filozof.
W tej samej księgarni chciałam kupić 'Pride and Prejudice' Niestety miałam możliwość, jak pani za kasą wpisywała to w bazę danych 'Praid and Prejudic'

Czasami ignorancja albo wręcz głupota niektórych ludzi, mnie załamuje.
Opuściłyśmy ten przybytek zdegustowane.
-
2008/08/29 12:12:28
@Sally86
1. Może ta pani miała namyśli świetny film "Młody Frankenstein"
2. terabajtowy powinien wystarczyć, a 500tki są juz poniżej 200PLN. Podłączasz przez USB albo firewire i gra.
-
2008/08/29 12:22:08
Młody Frankenstein kicks ass.

- Werewolf!
- There wolf. There castle.
-
2008/08/29 12:22:45
Borsuk66
Nie sądzę, żeby jej chodziło o ten film. Była za młoda, żeby go znać; zresztą ciężko jest pomylić 'Młodego Franka' z 'Frankiem' Shelley.

Faktycznie 500Gb z 200 zł to niewielki wydatek :) Pomyślę
-
2008/08/29 12:32:54
Radek:
Ale ja naprawdę jestem excel-junkie i nie widzę innej możliwości niż robienie sobie minibazy właśnie w nim. I na przykład mogę sobie spojrzeć w tabelę i zobaczyć, że 1/4 mojej biblioteczki pochodzi z trzech wydawnictw (do których kiedyś muszę wystąpić o kartę rabatową dla dobrego klienta). Albo, że mam w sumie książki z 237 wydawnictw. I w ogóle. To się da wyleczyć?

Szacunek za stworzenie czegoś takiego własnymi ręcami ;) Ja poszedłem na łatwiznę, ale wspomniany przeze mnie Book Collector, to tylko 2 kliknięcia i wiem czy książkę przeczytałem, czy jest chwilowo komuś wypożyczona, a jak mnie całkiem popierdoli to mogę sobie wpisać nawet datę pierwszej publikacji i o zgrozo, nazwę oryginalnego wydawnictwa. Ja to chyba mam ostatnio za dużo wolnego czasu...
-
2008/08/29 13:03:25
@ Znacie jeszcze jakieś fajne ale mało popularne tytuły wydane w Polsce? Coś takiego z dobrym motywem i konkretnym przypierdoleniem. Jak znacie to WPISÓJCIE MIASTA KTURE POPIERAJOM CZYTANIE!!!1111!!!oneoneone11

Najsłan, polecać komuś coś w ciemno :)

Biorę na klatę to ryzyko - 3 strzały na początek, bez rozpoznania terenu, linki to nie reklamy, tylko pierwsze z brzega strzały sieciowe, prawie wszystko jest po taniości na allegro, bo to tytuły, co promocji w GW nie miały, więc nie schodzą:)

Dom z obserwatorium - przecudnie pogięta opowiastka, jeden z chyba najbardziej pieprzniętych bohaterów we współczesnej literaturze
City - - to w ogóle nie wiem, czy polecac, bo mam wrażenie, że wszyscy znają, a jak nie znają, to ich życie nie ma sensu i nie ma o czym gadać :) Książka w którą się człowiek wkręca głównie dlatego, jak jest napisana, chociaż 'o czym' też jest zrobione dobrze, bo w sumie połączenie westernu, powieści o boksie, ostrej poetyckiej szydery z wszystkiego i genialnego stylu musi ruszać. Jakbym miał robić listę najlepszych knig wydanych w pl przez ostatnie 20 lat, to to jest na niej na pewno.
Betonowy Ogród - klasyka perwery, równie dobra jak jego opowiadania z First Love, Last Rites, potem niestety przeszedł na jasną stronę mocy i został nudnym moralistą z resztkami talentu. Jakby wiedziało o niej więcej ludzi, to spokojnie byłaby wokół tego afera medialna na miarę nie wiem, wpuszczenia do oficjalnej dystrybucji filmu o księżach pedofilach. Ale nikt nie wie, więc się można historyjką w spokojności nacieszyć.


-
2008/08/29 14:48:43
Witam. Wiem że trochę nie na temat i już też z lekkim zapóźnieniem, ale chciałem polecić na trudny czas "pomiędzy" nowymi sezonami ulubionych seriali produkcję "In Plain Sight". Nie jest to może pozycja genialna, niemniej warta polecenia. Pierwszy sezon rozruchowy 11 odcinków. Rozpoczyna się dość niemrawo, ale końcówka jest już niczego sobie. Ja w każdym razie czekam z w miarę rozbudzoną ciekawością na kolejny sezon. A mowa w serialu o US Marshals, którzy pilnują świadków koronnych, dbają o ich nowe życie, zarówno świadków-ofiary, jak i świadków-kryminalistów. Niezłe aktorstwo, niezłe teksty i jak mówiłem całkiem fajny finał sezonu. Od lekkie łatwie i przyjemne. Pozdrawiam Filozoff_on
-
2008/08/29 16:41:02
Ja Ci polecam 'Brudną robotę' Christopher'a Moore'a. Fakt, o tym autorze robi się coraz głośniej w Polsce, niedawno wyszła kolejna jego książka, ale mimo wszystko- nie należy jeszcze do znanych i lubianych. Nie jest to książka niesamowicie dobra, ale nie jest też zła. Nawet powiedziałabym, że niezła. Napisana z polotem, z dobrym pomysłem i z ciekawymi rozwiązaniami. Ale przede wszystkim jest prześmieszna. Uśmiałam się jak nienormalna- ot, pozycja dobra na nudne wieczory, kiedy nie ma się ani ochoty, ani siły na intelektualne wywody.

Aaaa króciutkie streszczenie- główny bohater zostaje śmiercią. Przez małe 'ś', bo takich zwykłych śmierci to są tysiące. Jest jedna Wielka Śmierć, ale ona ma ważniejsze rzeczy na głowie. Zadaniem pomniejszych śmierci jest nie tyle odbieranie życia, co zbieranie dusz tych, którzy już umarli i przekazywanie ich tym, którzy jeszcze duszy nie mają.
-
2008/08/29 16:53:55
O... Muszę przyznać, że jakoś przeoczyłam ten wpis. Co jest w sumie dziwne, bo niedawno przeglądałam z ciekawości całego bloga. No to w sumie, z mojego polecania nici. :)
-
2008/08/29 18:10:38
Observatory MansionsCarey, Edward Carey, kupione. Kurde, empik przyśle dopiero za miesiąc. :-/
-
2008/08/29 18:53:57
Było wziąć też po polsku :) Jakość tłumaczenia gwarantowana. Acha - zapomniałem dodać, że to taka książka dla uwielbiających narracje w stylu genialnego Locus Solus Raymonda Roussela lub Życie. Instrukcja Obłsugi Georgesa Pereca - w temacie dziania się, wydarzeń brak, w temacie rozbijamy ci mózg na kawałki co drugim akapitem, wydarzenia non stop. Z tym, że Carey nie jest avangardowym świrem, jak tamtych dwóch i nie bawi się w jakieś metanarracyjne jazdy, tylko po prostu pisze uczciwą opowieść.

A korzystając z okazji rekomend pisarza, co go sporo w PL wyszło - z 3 pozycje, nie zauważył go nikt praktycznie, a to klasyk amerykańskiego odjazdowstwa, do postawienia na jednej półce z Barthem czy Pynchonem, tylko że ćpał jak Burroughs z Ginsbergiem razem wzięci i zapomniał się wybić - Radkowieckiem, jako praczetowcowi powinien podejść mocno, bo zbliżone poczucie humoru chłopaki mieli - Richard Brautigan - Łowienie Pstrągów w Ameryce, Upadek Sombrera i Potwór Profesora Hawklinea - to ostatnie szczególnie, bo to gotycki SF Western, połączony z lekkim pornowym odjazdem w strony dziwne. Genialne, zajebiście absurdalne teksty poskładane z jedno, max dwu stronicowych rozdzialików, do czytania w tramie idealne, tylko się ludzie patrzą jak na debila, jak się człowiekowi co 30 sekund morda cieszy
-
2008/08/29 19:35:06
trochę staroć, ale ciekawy. Właśnie dopadłem na allegro: Gore Vidal, Stworzenie świata.
-
2008/08/29 20:30:48
Zaryzykuję Twoją wzmożoną nienawiść, Radek, i polecę tak:
1. Eduardo Mendoza "Przygoda fryzjera damskiego", "Sekret hiszpańskiej pensjonarki" i "Oliwkowy labirynt" - cała trylogia po prostu genialna, każde zdanie to cytat, o, taki na przykład: "Jednakże świadom tej przemiany wewnętrznej, uznając przedłużanie zamknięcia nakazanego przez trybunały za niecelowe i pałając żądzą wolności, na którą w mej ocenie zasługiwałem, nie potrafiłem powstrzymać się od sporadycznego dawania upustu mej niecierpliwości, a zatem wdawałem się w bójki z pielęgniarzami, niszczyłem przedmioty niebędące moją własnością i próbowałem dopuścić się gwałtu na pielęgniarkach lub osobach odwiedzających innych chorych, które, być może bez złych zamiarów, nie ukrywały w należytym stopniu swej kobiecej kondycji."
2. Jonathan Safran Foer - "Wszystko jest iluminacją"
3. Tom Sharpe - "Nieprzystojne obnażenie", "Wilt".
Tłumacze tych książek to jacyś geniusze, do diaska. Zawodowa zazdrość mnie zżera.
-
2008/08/29 21:47:32
Nóż w me ciało wbiliście. Teraz nim jeszcze trochę pokręćcie. Skąd do cholery wszyscy wiedzą, że mam chwilowy kryzys czytelniczy i ani horror, ani fantastyka, ani sensacja ani nawet thrillery mi nie wchodzą i potrzebuję czegoś z tak zwanego głównego nurtu ale z domieszką awangardy? Czytam wasze propozycje, klikam w linki, doczytuję recenzje i napalam się na niektóre książki bardziej i bardziej. Chwilowo najbardziej na Kościarza. I na City. I na Pereca. I w ogóle coraz bardziej was nienawidzę, bo patrząc na daty wydania polecanych książek widzę, że czeka mnie polowanie. No ale w sumie do tego faceci zostali stworzeni, nie?
Aktualnie zaś czytam Drogę McCarthy'ego i nie pamiętam kiedy ostatni raz pierwsze 50 stron książki wbiło mnie w takie poczucie beznadziei i tak mnie zaskoczyło prostymi zabiegami formalnymi (ot, choćby sposób realizacji dialogów). Dlatego przeplatam ją sobie powtórkowym Pratchettem i powiem wam, że się sprawdza. I tak zupełnie na marginesie - w życiu nie pomyślałbym, że wpis o jumaniu książek (notabene wygrzebany z archiwum tekstów porzuconych) wyprodukuje rekordową ilość komentarzy i zamieni się w radującą serce i szarpiącą portfel wyliczankę 'co czytać gdy Clancy, King i Moore ci obrzydli'. Warto mieć czytelników dzielących twoje pasje.
-
2008/08/29 22:06:34
Z Perecem może być o tyle problem, że jak go ostatnio widziałem na allegro, cena oscylowała w granicach skromnych 250pln - urok limited edition w liczbie 700 egzemplarzy, bez prawa dodruku. Ale skoro wpis jest o jumaniu i ebookach, to są sposoby zaradzenia :)
-
2008/08/29 22:34:39
700 sztuk? Kurde, to nawet debiutantów wydają w większych nakładach. A o limited edition bez prawa dodruku pierwszy raz słyszę. Kurde, rynek wydawniczy w Polsce potrafi mnie zaskakiwać nie mniej niż miejscowi politycy. Ma ktoś przypadkiem e-booka?
-
2008/08/29 22:46:33
limited edition, bo to wydali maniacy z Literatury na świecie i chyba nie do końca wierzyli, ze to tekst, który jakoś się przedrze do polskiego czytelnika, wiec po prostu wydali to w ilości dla kolegów, znajomych i speców od lit fr.
Ebooka jeszcze nie ma, ale jest skaner, ocerka i wolny weekend:)
-
2008/08/29 23:13:45
Tak co jakiś czas mi się przypomina, co jeszcze mnie powaliło.
1. Philip Roth "Kompleks Portnoya"
2. Cokolwiek Barańczaka, nie wiersze tylko te jego genialne językowe i koncepcyjne łamańce w "Geografiołach", "Biografiołach", "Zwierzęcej zajadłości", "Zupełnym zezwierzęceniu", "Pegaz zdębiał", napisane tak, jakby przelewanie słów na papier było dla Mistrza tak łatwe jak oddychanie (no akurat z oddychaniem to mu juz od dawna kiepsko idzie, jest ciężko chory) i wspaniałe przekłady wierszy, no nie dam rady, muszę się podzielić, poniżej wiersz e. e. cummingsa w przekładzie Stasia:

"ameryko w mym sercu tyś pierwsza tuż po
bogu ma się rozumieć o ziemio pielgrzymów
i tak dalej o spójrzcie na okryte mgłą
narodziny ojczyzny na wieki co płyną
nie przynosząc nam ujmy ani też niesławy
syn tej ziemi jej imię wspomni codzień czule
drąc się w każdym języku lub na migi nawet
kurcze blade psianoga jejku rany julek
co tu o pięknie gadać czy znacie coś piękniej-
szego niż bohaterzy co radośnie biegli
w stronę ryczącej rzezi każdy jak lew młody
zamiast stać i rozmyślać poszli i polegli
czegóż więc głos wolności się ulęknie?"

Urwał. I wypił duszkiem szklankę wody

Taki sobie wierszyk :) No i jeszcze fantastyczna książka Barańczaka, okrutna i straszlieie zabawna chłosta wymierzona kieeeepskim polskim pisarzom "Książki najgorsze" (wydanie z 1981, od razu cię uprzedzam, Radek, ale do kupienia na allegro, właśnie sprawdzałam). Uff, to tyle na razie.
-
2008/08/29 23:48:01
@suisan
Kompleks Portnoya przeczytałem w 8 klasie podstawówki albo na początku ogólniaka. Z lektury w głowie pozostało mgliste wrażenie, że to w tej książce jest opis seksu z wątróbką. Ale kiedyś go sobie powtórzę (leży na półce), bo dużo osób mówi, że to świetna rzecz a odbiór po latach będzie przecież diametralnie inny.
Co do Barańczaka, to miałem z nim jeden kontakt, po którym obiecałem sobie przeczytać przynajmniej jedną rzecz Szekspira w jego tłumaczeniu. I dupa, w księgarniach króluje Ulrich, Koźmian, Paszkowski i Słomczyński a ja po 3 latach poszukiwań zaczynam wierzyć w to, że Barańczak z tymi swoimi tłumaczeniami ściemniał. Ale tak mi się spodobało Ocalone w tłumaczeniu, że do innych jego rzeczy nietranslatorskich a autorskich przekonywać mnie nie trzeba, bo chętnie zainwestuję. Bo widzisz, dla mnie proces przekładu z jakiegokolwiek języka obcego na nasze zawiera w sobie potężną dawkę magii. Do tej pory nie rozumiem (bo to pewnie transcendentne jest) w jaki sposób tłumacze przenoszą cały ocean lokalnych nawiązań, odniesień i wątków na nasze - to jakieś muśnięcie boskiej ręki musi być. A wgląd w tajniki warsztatu tłumacza to jak podglądanie Sędziwoja przy alembiku. Dlatego Ocalone połknąłem w tempie światła, w niemym zachwycie pozostając. Dlatego szanuję pracę Stillera (przed Mechaniczną Pomarańczą nie klęczę a leżę), chociaż facet jest egocentrycznym bucem. W sumie nic dziwnego, bo geniusze muszą być egocentryczni i pierdolnięci bo w przeciwnym wypadku nie byliby geniuszami. I dlatego książki Pratchetta czytam po kilkanaście razy. Zaś tłumacze poezji mają w mojej kapliczce uwielbienia oddzielny kącik - to co robią jest dla mnie najzupełniej w świecie niepojęte.
I kolejna ciekawostka, byłem dzisiaj na Koszykach szukając polecanych przez was książek (bez powodzenia). Na najwyższej półce stał komplet dzieł Szekspira po umiarkowanie barbarzyńskiej cenie (220 zł). Moje pytanie do obsługi było jedno - w czyim jest to tłumaczeniu. No nie w tym, które bym życzył kupić. 5 godzin później wspominasz o Barańczaku. Ponawiam prośbę - wyjdźcie z mojej głowy.

@braineater
Skanuj, oceeruj i nieś sztukę wyższą między masy a na pewno spotka cię za to jakaś nagroda. A tak na poważnie, jeśliby udało ci się kiedyś to zebukować, to będę bardziej niż zobowiązany, bo okrutnie mnie na Pereca nakręciłeś.
-
2008/08/30 10:32:26
I czy w takiej sytuacji Amzon nie jest ekstrawkurzający? Kościarz w Polsce tylko na aukcjach. Na Amazonie dostępny w ciągłej sprzedaży, mimo że wydanie z 1999. Zamówiony, czekam.
-
2008/08/30 14:18:23
1) Radku, a jaki jest twój stosunek do bibliotek? Bo tego mi w tej notce brakuje.
2) Jak mogę ci coś polecić, tyle że nie do końca z mainstreamu(bo to powieść wojenna jest), to obczaj sobie "Słowo o bitwie" J.Poraya - Biernackiego(opis walk w Libii w czasie II WŚ). Obecnie jestem w połowie książki, ale już widzę, że jak najbardziej warto się z tą pozycją zapoznać. Z tym, że jest to kolejna rzecz, której w księgarni raczej nie znajdziesz(wydana po raz pierwszy w Londynie w 1955, w Polsce raz jedyny w 1989).
3) Tytułem prywaty: jeżeli masz jeszcze "Ocalone w tłumaczeniu", to zapoznaj mnie z powodem, dla którego Barańczak przysrywał się do Słomczyńskiego. Bo dla mnie szekspirowskie przekłady Macieja S. to absolutne mistrzostwo świata.
4) O właśnie autorze, czytałeś może już Łysiakowego "Lidera"?
-
2008/08/30 14:51:20
heh, z menjstrimu to polecam "freedom evolves" Dennetta - strasznie wsysa tekst.

Do czytania z kompa to jakoś się nie bardzo. Ale audiobukwy to fajna opcja mobajlnego "czytania", zwłaszcza Pratchetty po angielsku się fajne trafiają. Połączenie mistrzowskiego tekstu z wirtuozerską interpretacją aktorską.
-
2008/08/30 15:57:17
Radku, może Cię to ucieszy, a może nie ;) ale Barańczak naprawdę tłumaczył dzieła Szekspira
ksiazki.wp.pl/katalog/serie/id,14801,seria.html
tutaj jest spis książek w jego przekładzie, jakiś czas temu była też aukcja na allegro 'Hamleta' w przekładzie Barańczaka. Może jednak coś uda się znaleźć.
-
2008/08/30 15:59:04
ha! znalazłam. na merlin.pl są trzy dzieła Szekspira w tłumaczeniu Barańczaka- Burza, Król Lear i Sen Nocy Letniej.
-
2008/08/30 17:12:06
@popirad
Biblioteki - musiałbym gdzieś na trasie praca-dom znaleźć jakąś, która byłaby otwarta przynajmniej do 18:30. I chyba w końcu ruszę odwłok, bo jest to idealne miejsce do polowania na starsze rzeczy, których w księgarniach już nie ma. Zaś mój stosunek jest jak najbardziej pozytywny gdyż między siódmym a siedemnastym rokiem życia w bibliotece praktycznie mieszkałem.
Barańczak vs Słomczyński - ksiażkę pożyczyłem od kumpeli więc nie mogę sprawdzić ale coś mi się majaczy, że Barańczak stawia Słomczyńskiemu zarzut kiepskiego rozumienia tłumaczonego tekstu, niedostateczną znajomość języka angielskiego, bełkotliwość przekładu i zarżnięcie humoru w komediach spowodowane brakami warsztatowymi.
Łider - przeczytałem i 2 miesiące później kompletnie niczego z niego nie pamiętam. Dobrego mogę cytować fragmentami (no dobra, nie dosłownie) ale to zły przykład, bo go czytałem kilkanaście razy. Najlepszego czytałem ze 3 razy i też mogę go cytować fragmentami. Tak samo mam z większością starszych książek Łysiaka. Nowe ewaporują mi z głowy w mgnieniu oka. Jedno co mi się w oczy rzuciło podczas czytania Lidera to zmniejszone natężenie jechania po różowych styropianowcach. Całość bez uniesień i jest to druga, po Ostatniej kohorcie, książka Łysiaka, której nie poświęciłem recenzji. Bo uznałem, że szkoda czasu. Taka to i jest lojalność czytelnika, 10 lat temu broniłbym WŁ jak niepodległości a wystarczyło kilka nieprzemyślanych zdań o Kaczmarskim i uczucie ochłodło. Poza tym, nie bójmy się tego powiedzieć - Łysiak trafił w szeroką niszę czytelniczą i daje nam książki, co do których wie, że zechcemy je przeczytać. Chociaż tak naprawdę czytaliśmy to wcześniej wiele razy. Z biznesowego punktu widzenia - szacunek. Z punktu widzenia zadowolenia czytelnika - sorasy ale płacić po raz kolejny za to samo? Trochę mnie to już męczy.
@sally
Ja się bardzo cieszę oczywiście, bo ja naprawdę chcę poznać twórczość Szekspira. Oryginał odpada (niedostatki językowe) a te pozycje, które sobie kupiłem, odrzucają mnie właśnie stylem tłumaczenia - tego się naprawdę nie da czytać i chyba jestem dziwny, bo zupełnie nie rozumiem skąd zachwyty nad jakością tłumaczeń. Co z tego, że sens zachowany jak forma zabija całą radość płynącą z lektury. Czy ktoś kto poznał oryginały może mi odpowiedzieć na pytanie? Czy Szekspir pisał nudne grzmoty, czy też urzekał czytelnika celnością obserwacji, humorem i lekkością pióra, które zostały utracone w tłumaczeniu? Nie zgrywam się. Za namiary na tłumaczenia Barańczaka dziękuję, w poniedziałek ruszam na zakupy.
-
2008/08/30 18:31:52
ktoś powiedział, że po Szekspirze nikt nic nowego nie napisał :-)
Leniwym polecam serię BBC Szekspira dzieła wszystkie.
A spróbuj się jeszcze z "Beniowskim" Słowackiego - serio serio.

A swoją drogą, ciekaw jestem czy znasz klasykę, np "Falstaffa" Roberta Nye albo "Małego wielkiego człowieka" Thomasa Bergera?
-
2008/08/30 18:44:09
Odpowiedź Radkowi na następujące wątpilwości:
"Ja się bardzo cieszę oczywiście, bo ja naprawdę chcę poznać twórczość Szekspira. Oryginał odpada (niedostatki językowe) a te pozycje, które sobie kupiłem, odrzucają mnie właśnie stylem tłumaczenia - tego się naprawdę nie da czytać i chyba jestem dziwny, bo zupełnie nie rozumiem skąd zachwyty nad jakością tłumaczeń. Co z tego, że sens zachowany jak forma zabija całą radość płynącą z lektury. Czy ktoś kto poznał oryginały może mi odpowiedzieć na pytanie? Czy Szekspir pisał nudne grzmoty, czy też urzekał czytelnika celnością obserwacji, humorem i lekkością pióra, które zostały utracone w tłumaczeniu? Nie zgrywam się."
Primo: Nie wiem czy próbowałeś czytać Shakespeare'a w oryginale, ale zapewniam cię, że nie jest w lekturze tak trudny jak mogłoby się wydawać.[1] W każdym razie mnie trudniej czytało się np. Byrona. Cenię właśnie Słomczyńskiego za doskonałe zachowanie klimatu tych dramatów i czystość języka. Póki co radziłbym ci dorwać "Hamleta" i "Króla Leara" w przekładzie tegoż. Jak nadal ci się nie spodoba, albo uznasz, że wciąż są dla ciebie bełkotliwe te teksty, to możemy podpisać protokół rozbieżności. Barańczakiem jako tłumaczem zaś gardzę z kilku powodów, m.in. dlatego, że wycina całe fragmenty z oryginalnego tekstu(zgroza!) i zgrywa się na jedynego sprawiedliwego, mimo, że sam ma kilka poważnych klęsk translatorskich na koncie(np. "Koty" Eliota).
Może faktycznie Słomczyński coś spieprzył w przekładzie "Ulissesa", ale za jego tłumaczenie tragedii szekspirowskich dałbym się pokrajać. Zresztą oto mała próbka, odpowiadająca przy okazji na zarzut zarzynania humoru(to akurat z "Hamleta", ale Will miał to do siebie, że wiele takich perełek umieszczał w tragediach):
Oryginał
Polonius Will you walk out of the air, my lord?
Hamlet Into my grave.
Polonius Indeed, that is out o' the air.
Słomczyński
Polonius Czy nie pragnąłbyś panie mój, porzucić świeże powietrze i wejść?
Hamlet Do grobu?
Polonius W istocie, byłoby to porzuceniem świeżego powietrza.
Innymi słowy: czytać jak najbardziej, bo "nudne grmoty" na pewno to nie są, a można je dostać za śmieszne pieniądze.
[1] W czasach młodości mej chmurnej i durnej popełniłem przekłady kilkunastu utworów, w tym trzech kawałków z Shakespeare'a. Część tamtejszego dorobku jest zła i nadaje się do kosza. Część mogę bez wstydu pokazać i dzisiaj, z szekspirianów tyczy się to fragmentu "Romea i Julii" i Sonetu 18.
-
2008/08/30 22:26:44
Radku, nawet ja Ci mogę odpowiedzieć (studiuję filologię angielską) Szekspir pisał świetne tragedie i jeszcze lepsze komedie. Do tego przepiękne sonety. Urzekał formą i doborem słownictwa- co może być wyczynem, jako że nie miał wykształcenia; dialogi w oryginale są zabawne, tragiczne, pełne ironii, emocji i humoru (w zależności od utworu i jego nastrojów). Nad 'Poskromieniem złośnicy' ('Taming of the Shrew'), czy 'Wieczorem trzech króli' (tłumaczenie tytułu już mnie zabija 'The twelfth night') zaśmiewałam się do łez. Z tłumaczeniami różnie bywało.
-
2008/08/31 00:06:32
Jakim tam wyczynem, przecież to Bacon z Marlowem napisali.

A tak przy okazji - czy jest to napisane (chodzi mi o oryginał) językiem bardzo odległym od współczesnego? To znaczy czy takiego Hamleta można przeczytać ze zrozumieniem nie wdając się w zawiłości średniowiecznego angielskiego czy raczej nie bardzo.
-
2008/08/31 00:07:32
?

Znaczy się ostatnie zdanie to pytanie miało być, a nie kropka. Jak ktoś wie, niech się wypowie, ładnie proszę.
-
2008/08/31 00:13:58
@elpooho
przede wszystkim, kiedy Marlowe był martwy, Szekspir dalej pisał i publikował ;) poza tym język Szekspira to średnioangielski i owszem, da sęi to zrozumieć :) nie wszystko do końca oczywiście, ale nie trzeba się zagłębiać w struktury średnioangielskiego; większość słów jest podobna do nowoangielskiego, różnią się głównie formy zaimków :) ale to jest akurat łatwe do znalezienia :)

tak na marginesie, istnieje też teoria, że William Szekspir to nie kto inny, jak królowa Elżbieta I tworząca pod pseudonimem.
-
2008/08/31 00:15:30
aa i różnią się niektóre końcówki, czy odmiana czasowników- ale jak mówię, proszę się nie zrażać :) da się zrozumieć
-
2008/08/31 10:10:36
Tu jest tekst dlaczego Szekspir w wersji Słomczyńskiego jest zły - pani jest naprawdę guru w tym temacie, ma mnóstwo racji i nie pisze tego złośliwie, co nie zmienia faktu, że jak potrzebuję jakiś tłumaczeń Szekspira na polski, żeby np wykorzystać w swoich tłumaczeniach, to kolejność szukania jest - Słomczyński, Ulrich, Barańczak. Głownie dlatego, że wbrew zastrzeżeniom z tego linkowanego tekstu, to właśnie frazy ze Słomczyńskiego najbardziej wżarły się w polszczyznę - media już dawno temu uznały jego przekład za najbardziej przystępny dla dzisiejszego czytelnika. Jak wpadam w ciąg, typu przeczytać dla radochy, to najwięcej radochy dostarcza właśnie Słomczyński. Przede wszystkim jego język jest maks żywy, maks plastyczny, nie tak archaiczny jak starsze wersje Paszkowskiego, czy Ulricha i nie przebija spod niego inny poeta, co u Barańczaka jest częste. Każdy z nich coś zresztą do tych polskich szekspirów wnosi (truizm i banał), ale jak stosować kategorię typu grywalność do książek (czytable) - to najbardziej czytable są właśnie tłumaczenia Słomczyńskiego. Najprościej je znajdziesz albo na stronie Zielonej Sowy, albo w ich księgarniach firmowych, bo oni jako ostatni wydawali jego wersje parę lat temu. Burza i dramaty królewskie - od Titusa Andronicusa po Ryszarda w jego tłumaczeniu to dla mnie czysta magia - komedie wolę w wykonaniu Barańczaka, który zawsze dużo lepszym tłumaczem był rzeczy niepoważnych (tu to serio jest niedościgniony wzorzec). Przy czym w odwiecznym sporze, kto lepszym tłumaczem był tak ogólnie, czy Słomczyński czy Barańczak, odpowiedź jest oczywista i brzmi - Robert Stiller :)
-
2008/08/31 10:29:37
p.s - (pisanie przy porannej kawie nie robi dobrze na mózg) - tłumaczenia Barańczaka są na allegro - lepiej wpisać Barańczak niż Szekspir do wyszukiwarki, pojawia się kilka tytułów. No i Znak nimi handluje non stop, bo to sztandarowa seria ich wydawnictwa
-
2008/08/31 11:03:58
Przeczytałem zalinkowany tekst i mogę powiedzieć tylko : o curwa, ale kyrk. Te frazy ze Słomczyńskiego, które mi się szczególnie spodobały, sprawdzałem w oryginale i było wszystko w porządku. Trzeba było widać, porównywać wers po wersie :/ Z tym, że nie ze wszystkim w tym szkicu można się zgodzić. Przykładem walory czytelnicze przekładu, które są tak jak napisał Braineater wysokie, mimo, że autorka się pęknąć, by nam udowodnić co innego. Zaś zarzuty o robienie z "Hamleta" i "Leara" płytkich historii to jakaś kompletna bzudra, niech zemrę, jeślim zełgał.
-
2008/08/31 17:58:02
No to o Szekspirze wiem wszystko, bo jakkolwiek mam świadomość, że ocena jakości przekładu zawsze będzie indywidualna, to pewien powtarzający się wzorzec (zarówno w waszych wypowiedziach tutaj, jak i w opiniach wyczytanych gdzie indziej) widać: Słomczyński i Barańczak tak, Paszkowski i Ulrich nieco zbyt archaiczni dla dzisiejszego czytelnika. I tak się szczęśliwie składa, że Szekspir Słomczyńskiego sprzedawany jest na kilogramy na Koszykach bis. Co do Barańczaka, to oczywistą oczywistością jest to, że poszukiwania zacząłem od namierzenia wydawcy, tym niemniej za linka dziękuję. Bo nigdy nie jest za późno, by się z tym Szekspirem w końcu zapoznać. I tutaj być może jest temat na oddzielną notkę - co takiego jest w polskiej szkole (a może to nie jest wyłącznie polski grzech), że potrafi takiego nałogowca jak ja od Szekspira odstręczyć? Przecież Makbet jest świetną książką sensacyjną, jest krew, przemoc, groza i batalistyka. A tak ją ambitnie w szkole omawialiśmy, że dostałem torsji a Makbet został jedynym dziełem Szekspira, jakie w życiu w całości przeczytałem.
A co do Stillera sporu nie ma, gość jest niesamowity i jest to jeden z tych tłumaczy, którego nazwisko na okładce gwarantuje jakość przekładu kategorii Lux.
-
2008/08/31 19:46:48
No tak, jak pisał Rabelais, bezczynność jest matką wyuzdania, w moim przypadku umysłowego chyba... Leniwie bujałam się dziś po jeziorze i do głowy przyszły mi kolejne rekomendacje:
1. Bill Bryson: "Zapiski z małej wyspy" - o tym, jak autor- Amerykanin postanawia przyjechać do Brytanii na wycieczkę, zostaje na 20 lat, zakłada rodzinę i nie może wyjść ze zdumienia, jacy dziwni są Anglicy;
2. Bill Bryson: "Zapiski z wielkiego kraju" - o tym jak tenże Amerykanin po dwóch dekadach na małej wyspie wraca do wielkiego kraju z rodziną i nie może się nadziwić, jak dziwni są Amerykanie;
3. Bill Bryson: "Krótka historia prawie wszystkiego" - o tym, jak temże Amerykanin, posiadając niezwykle dociekliwy umysł, postanowił, pisząc ksiażkę, odpowiedzieć sobie na mnóstwo pytań z dziedziny nauki (i historii nauki), a w dodatku zrobić to w taki sposób, żeby samego siebie przy tym nie zanudzić. Zajebistość tej książki przekracza wszelkie dopuszczalne granice, a w dodatku została wydana całkiem niedawno. Facet jest wspaniałym gawędziarzem. No i oczywiście tłumaczenie jest rewelacyjne.
-
2008/08/31 19:51:34
A co do Portnoya: seks z wątróbką, wydrążonym jabłkiem na majówce (które w wyobraźni Portnoya krzyczało do niego: "Zerżnij mnie, mój duży chłopcze"), pustą butelką po mleku i wreszcie ze stanikiem siostry w łazience (podczas gdy ojciec krzyczał zza drzwi: "Daj innym też huknąć na tronie! Od tygodnia nie miałem stolca!"). Tja.
-
2008/08/31 20:08:41
@ co takiego jest w polskiej szkole (a może to nie jest wyłącznie polski grzech), że potrafi takiego nałogowca jak ja od Szekspira odstręczyć? Przecież Makbet jest świetną książką sensacyjną, jest krew, przemoc, groza i batalistyka.

Pytanie jest retoryczne:) Ilu znasz ludzi po polskich szkołach, co są normalni w sensie czytają i w ogóle wchłaniają literki, którzy z własnej woli po 8 latach podstawówki i 4 liceum sięgną po poezję - jakąkolwiek? W polskiej szkole opracowano unikalne na skalę światową narzędzia do mordowania wierszy i korzysta się z nich w sposób ciągły i nieumiarkowany. Coś na zasadzie - o, tu są rymy, to trzeba to zmasakrować, nie wspomnieć słowem o melodii, rytmie, nie kazać się cieszyć czytaniem na głos, tylko daaaaaawaj, rozbiór wiersza na środki stylistyczne i składniowe. I po paru takich zabiegach, się włącza ten sam mechanizm, co na lekcjach biologii, że może i tam było co fajnego, ale pamiętasz tylko sekcję żaby i że się koleżanka obok porzygała. I nie wracasz do tego, żeby sobie traumy zaoszczędzić.

A kontynuując polecanki i ryzykując, że wyślesz mi rachunek - to ktoś już wyżej polecał Roberta Nye - brać w całości, co wyszło po polsku. Falstaff przede wszystkim - tu Ci się przyda ta powtórka z Szekspira nieco wcześniej, głownie p[o to, żeby się bawić jeszcze lepiej, bo ogólnie i tak sam tekst bawi nieprzeciętnie, ale też zajebisty Faust, opisywany z pozycji służącego Kusia, którego ów Faust namiętnie dupczy w chwilach, kiedy nie dupczy czego innego (a pod co innego podpada wszystko, łącznie z kozami), całkiem niezły Merlin (jazda po legendach arturiańskich, ale to lepiej zrobił Tom Robbins w Artur Rex) i fajny, choć trochę bardziej hermetyczny Pamiętnik Lorda Byrona. Generalnie Nye przejechał się już chyba po wszystkich najważniejszych mitach i legendach literatury angielskiej i za każdym razem robi to obłędnie, a to co tłumacz zrobił z Faustem, to jest akcja pod tytułem na kolanach. Chciałem Ci jeszcze wkręcić z zupełnie innej beki Angelę Carter, ale to może kiedy później:)
-
2008/08/31 21:26:18
Polscy nauczyciele jak w amoku krzyczą za Bladaczką 'Słowacki wielkim poetą był!'. Owszem, literatura w polskich szkołach jest. Patriotyczna, ku pokrzepieniu serc, romantyczna, łzawa i cholera wie jeszcze jaka. Jest sobie Mickiewicz, jest Słowacki, Sienkiewicz, Orzeszkowa i Nałkowska. Z nierodzimych autorów to Sofokles, Byron, fragmenty z Goethe'go, Dostojewski i wspomniany Szekspir. Ale jak się takie 'Hamleta' porównuje z Kordianem, albo Konradem z III części 'Dziadów' to można się naprawdę załamać. Już pominę fakt, że się Szekspira w romantyzm wrzuca. Ale ja się może nie znam. Polscy nauczyciele- z doświadczenia własnego- są ograniczeni, ich wiedza ogranicza się do opracowań, które oni posiadają, nienawidzą indywidualizmu i innych opinii niż ich własna (nabyta 100 lat temu). Potrafią zabić miłość do wszelkiego słowa pisanego. Kiedy w liceum na profilu językowym z poszerzonych językiem polskim, polonista oświadcza nam, że 'my Sapkowskiego omawiać nie będziemy, mimo że są w podręczniku fragmenty do omówienia, bo ja nienawidzę fantastyki!' to ja się pytam, to jest kurwa szkoła??? To jest osoba wykształcona?? Inteligencja polska? Jak z łaski pani omówiliśmy fragment o tym jak Eowina zabija Nazgula, to myślałam, że ze szczęścia umrę...

Owszem, trafiają się zapaleńcy, którzy mają ogromną wiedzę, nie ograniczają się do najbardziej popularnych interpretacji. Dzięki niebiosom trafiłam właśnie na takiego (niestety nie był moim polonistą, przygotowywał mnie do matury), który nie dość, że był fanatykiem literatury, nade wszystko uwielbiał Szekspira, to jeszcze głośno i wyraźnie krzyczał 'Słowacki nie był wielkim poetą!! Był świetnym dramaturgiem!!" I tego się trzymam :)

@braineater
ja niestety nie miałam na biologii sekcji żaby... Ale to może dlatego, że się załapałam na posraną reformę szkolnictwa, na zakichane gimnazjum, które dopiero za 15 lat będzie jako tako funkcjonować. Jak się poszczęści...
-
2008/08/31 21:30:02
Na wstępie chciałbym wszystkich uspokoić - na książki i tak wydaję dużo pieniędzy w związku z czym nie ma obaw, że komuś będę wysyłał rachunki. Zrobiła się całkiem miła lista, powolutku sobie będę książki kombinował i czytał, a wnioskując po kilku polecanych autorach, których znam, nikt mi tu grafomanii nie wciska. O Brysonie słyszałem dużo dobrego, Roberta Nye przeczytałem wszystkie wymienione rzeczy, za wyjatkiem Falstaffa. Przy Fauście płakałem ze śmiechu ale też kiwałem głową z szacunkiem nad jej walorami poznawczymi. To była idealna realizacja postulatu bawiąc-uczy.
Na temat mordowania wrażliwości młodego człowieka na poezję oraz o prostej metodzie odstręczania, mam dykteryjkę ze mną w roli głównej. W ogólniaku do poezji przekonać się nie mogłem aż do 2 klasy. Romantyzm mnie wciągnął z siłą wodospadu, sam z siebie sięgnąłem po Norwida, Mickiewicza czy Słowackiego, bo pokazali mi, że można pisać wiersze i nie bełkotać. Pan Tadeusz, to oprócz Atlantydy, wyspy ognia, Przedwiośnia i Popiołu i diamentu jedyna lektura, którą przeczytałem więcej niż raz. Czytałem sobie poezję, się uwrażliwiałem, wraz z trzecią klasą przyszedł Baczyński, w którym się zakochałem. Trochę w tym zasługi Kaczmarskiego (wiersz-piosenka Barykada), trochę młodości durnej i chmurnej. Przeczytałem wszystko co było w podręczniku, przeczytałem wszystko, co znalazłem w domu. A potem w ramach pracy domowej napisałem o nim esej, czy co tam kazali. Wystawcież sobie moją konfuzję gdy zamiast zakładanej a priori piątki, oczy me ujrzały 3+ a w uzasadnieniu coś o tym, że niepotrzebnie omawiałem wiersze spoza programu. Żałuję, że sobie tego zeszytu nie zachowałem, bo to kuriozum było jakich mało.
Po czymś takim stwierdziłem, że to jakieś nieporozumienie, poezję w programie szkolnym olałem całkowicie, szybsze bicie serca wzbudzili później tylko Wojaczek i Bursa. Dzięki mojej polonistce, pani Majchrowicz (z tego miejsca ponowne serdeczne podziękowania za zrobienie wszystkiego, żebym na literaturę i poezję nie mógł patrzeć, z poezją jak widać prawie się udało) na studiach po wiersze nie sięgałem. Ponowne dojście do tego, że poezja może być piękna, zajęło mi ładnych kilka lat. Polska szkoła, kurwa mać.
A fiuta, który wymyślił coś takiego jak rozbiór logiczny, gramatyczny i składniowy wiersza, kazałbym powiesić na drucie kolczastym. O takim detalu, jak niedyskutowanie na temat interpretacji innej niż zapisana w podręczniku dla nauczyciela, nie chce mi się gadać, bo nie sądzę żeby cokolwiek się zmieniło. Hasło 'co poeta miał na myśli' to chyba moje najsmutniejsze wspomnienie z lat szkolnych.
-
2008/08/31 21:38:54
Widzę, że prawie identyczne komentarze powstały w prawie tym samym momencie. Jeżeli 86 w sally86 oznacza rok urodzenia, to widzę, że po prawie 15 latach jest prawie dokładnie tak samo jak w czasach mojej edukacji. Ja się edukowałem za komuny, no to mogę zrozumieć, że było przaśnie i nieciekawie. Ale żeby prawie 20 lat po owej komuny obaleniu dalej był syf? No kto by pomyślał. Zaścianek pieprzony a potem się dziwią, że młodzież nie potrafi trzech zdań sklecić poprawnie.
-
2008/08/31 22:18:26
tak, niestety 86 to rok mojego urodzenia :) nie dość, że dziecko Czernobyla, to jeszcze ofiara popieprzonych reform :)
moja polonistka z podstawówki i gimnazjum omawiała z nami poezję pod kątem stylistyki, rymów, epitetów, apostrof, onomatopei i innych inwokacji właśnie. Z ręką na sercu się przyznam, że przez Pana Tadeusza nie przebrnęłam ani razu- a podchodziłam z 7 razy- przez to babsko nienormalne. W liceum natomiast, polonistka osobiście i otwarcie walczyła ze mną i interpretacją zawsze inną niż wszyscy (czyt. obowiązująca). Choćbym nie wiem jak dobrze, trafnie, wnikliwie zinterpretowała dany wiersz, zawsze było coś nie tak- bo było inaczej. Na szczęście moje, przed maturą ustną z polskiego, kiedy to pisaliśmy pracę, uparłam się i wysłałam do kuratorium swoje własne pomysły na temat. Wszystkie związane z Tolkienem. Pani polonistka mogła mi jedynie powiedzieć 'czemu ja ci pozwoliłam to pisać?'. Syf jest nadal niestety. Chociaż dla pocieszenia dodam, że powolutku zaczyna się to zmieniać. Moja młodsza siostra właśnie jutro zaczyna 6 klasę. Niedawno na języku polskim omawiali Harry'ego Pottera. Jakby nie patrzeć, ja w 5 klasie musiałam interpretować Inwokację i spowiedź Jacka Soplicy, co dla 12-latki jest przeżyciem traumatycznym. Może za jakiś czas będzie lepiej...
-
2008/09/01 00:06:39
@Sally, Radkowiecki
Jest syf, ale może będzie lepiej? Obawiam się, że chyba niekoniecznie. Przynajmniej nie w szkołach publicznych, o ile zbliżymy się do poziomu ogólnoeuropejskiego. A przynajmniej brytyjskiego. Jeśli słyszeliście złe opinie o tutejszym systemie oświaty to muszę was zmartwić - jest gorzej.

Taka mała anegdotka. Zapisałem się w UK na kurs greckiego (a czemu by nie?). Po kilku zajęciach, kiedy minął już szok związany z dziwnymi literami (ach, jak się cieszyłem, że miałem w podstawówce rosyjski!) zaczęła się gramatyka. Ale nie taka jak u nas, z odmianą czasowników przez osoby. Tutaj, wyobraźcie sobie, nauczycielka (Greczynka) mówiła coś takiego: "kiedy wyraz oznaczający czynność dotyczy mnie, to mówimy tak, a kiedy nas wszystkich to tak".
W końcu nie wytrzymałem i zapytałem się jej, dlaczego używa takich określeń zamiast po prostu powiedzieć, że czasownik w liczbie mnogiej zmienia końcówkę na taką i taką. Spojrzała na mnie z politowaniem i powiedziała, że kiedyś owszem, właśnie tak mówiła. Ale kiedy kolejna osoba zapytała się ją "a co to jest czasownik" to stwierdziła, że musi się dostosować do poziomu brytyjskiej edukacji.

Obawiam się, że niestety podobnie będzie i u nas - w miarę porządne szkolnictwo prywatne (w końcu ktoś musi utrzymywać Oxford czy Cambridge) i nauka czytania i pisania dla plebsu.

Chociaż może i nie. W skrytości ducha mam taką nadzieję. Może to tylko rezultat brytyjskiego podziału klasowego i dość swobodnego podejścia rządu do tematu (Minister edukacji z ramienia Partii Pracy, nie pomnę nazwiska, powiedział, że "wszyscy nie muszą wiedzieć wszystkiego, to było dobre w średniowieczu". Poważnie, "średniowieczu").

I nawiązując do literatury - dopiero tu, na miejscu zrozumiałem Wehikuł czasu Wellsa. Niby wcześniej wiedziałem, że Elojów i Morloków stworzył myśląc o ewolucji proletariatu i arystokracji. Ale nie myślałem, że sto lat później jest to nadal aktualne.
-
2008/09/01 00:16:50
@Radkowiecki

Tak nie na temat

Dzięki za wspomnienie jakis czas temu o Torchwood. Właśnie skończyłem oglądać całość i jestem pod wrażeniem. Ciekawe, czy ktoś to kiedyś wyemituje w Polsce? Ok, żartuję, skoro u nas nawet z Małej Brytanii wycięli dowcip o geju biskupie to tutaj cenzorzy musieliby pojechać po całości jak za głębokiego PRL-u.

Przy okazji - oglądałeś nowego Hellboya? Wszedł już w Polsce do kin? Jeśli jedynka ci się nie podobała, to dwójka jest o wiele lepsza. Co prawda to nie Mroczny Rycerz (Jak napisali recenzenci z Empire "A force of fucking nature." - mimo zastrzeżeń do ichniej edukacji uwielbiam brytyjskie recenzje. Boże, widzisz "Film" i nie grzmisz.), ale jest dobry. Co prawda Del Toro odleciał trochę w stronę Labiryntu Fauna, ale nie ma co narzekać. A wyjaśnienie pochodzenia wróżek zębuszek - przednie.
-
2008/09/01 00:20:20
@elpooho
co do edukacji w Wielkiej Brytanii to ja się mogę wypowiadać bez końca... byłam, studiowałam tam, nigdy więcej... generalnie za studia to się płaci wszystkie, więc wątpię, że im się polepszy...
odnośnie anegdotek- zgroza, że dotyczą studentów, czyli ludzi, którzy już coś powinni wiedzieć- po pierwsze na psychologii behawiorystów mylą z konstruktywistami (a uczyli się tego 3 rok); nie odróżniają przymiotnika od rzeczownika, czy (o zgrozo!) czasownika; raz użyłam trochę bardziej skomplikowanej struktury gramatycznej- prosili o powtórzenie, najlepiej innymi słowami; mało tego- niektórzy nie wiedzą, że Wielka Brytania jest wyspą... a i nie wiedzą jak wygląda ich premier (ja rozumiem, że u nas swego czasu można było mieć problem: czy to jest premier? a może prezydent? ale Gordon Brown do królowej Elżbiety jest wcale, a wcale nie podobny)... Anglicy są tak głupi, że będąc tam, zastanawiałam się 10000 razy, jakim cudem zbudowali i utrzymali przez wiele lat wielkie imperium...

a'propos ewentualnego polepszania się u nas... Harry Potter może i nie jest najlepszą książką wszechczasów, niemniej jednak jeszcze kilka lat temu wpisanie takiej książki w kanon lektur było nie do pomyślenia... jak dla mnie to jest znak, że coś się zaczyna zmieniać...
-
2008/09/01 00:53:30
Mnie w polskiej szkole, z perspektywy lat, najbardziej przybijają nie te drobne przykrości, jakie mnie tam spotykały, bo z nich po latach się śmiejemy i to właściwie one tworzą w naszej pamięci obraz szkoły i nauczycieli. Pani A była kosa, pan B gnoił nas z uśmiechem na ustach a do sorki C na lekcje chodziło się z prawdziwą przyjemnością - to jest fajne. Zimno mi się robi na wspomnienie tego, jak skutecznie wybijano mi z głowy potrzebę myślenia. Oczywiście nie mówię tu o przedmiotach ścisłych czy przyrodniczych, bo tam bez logiki i kumacji daleko bym nie zabrnął. Mam na myśli przedmioty humanistyczne, ze szczególnym uwzględnieniem polskiego (historię mieliśmy z dosyć ekscentryczną panią, wystarczyło zakuć i chwalić Piłsudskiego i człowiek miał przedmiot z dyni). Ale żeby na polskim zrobić wszystko, żebym go znielubił? Kurde, przecież w podstawówce to był jeden z moich ulubionych przedmiotów, uwielbiałem pisać wypracowania na wolne tematy, mieszkałem w bibliotece i byłem wyszczekanym, małym Teklakiem.
Moje podejście do polskiego w ogólniaku ukształtowało pierwsze wypracowanie, z mitologii antycznej, którą znałem na pamięć. Temat - fatum, osoby kojarzące mity Greków wiedzą, że na ten akurat temat można pisać i pisać. Wyszedłem poza sztampowego Edypa, walnąłem analizę jeszcze z pięciu innych przypadków i dostałem 3+. Bo za szeroko i jakieś błędy stylistyczno-interpunkcyjne. Nożesz kurwa mać.
Ale kij ze mną. Mieliśmy w klasie kolegę Maćka. Facet pisał takie prace z polskiego, że jak nikt nie patrzył, to z zazdrości gryzłem sobie kłykcie. Gość był z innej bajki i w czasie gdy my dziobaliśmy swoje wypracowanka, on pisał rzeczy, które być może byłbym w stanie wymyśleć na studiach. A mówimy tu o wczesnym ogólniaku. Nie pamiętam czy dostał za nie coś lepszego od trójki. I to jest dla mnie niepojęte. Inny przykład - Marcin, który miał najściślejszy umysł świata. Jego esencjonalizm osiągał, momentami transcendentną, elegancję. Ja sobie zawsze lubiłem polać wodę ale czasami brakowało mi punktów zaczepienia. Gdybym założył z Marcinem spółkę, pisalibyśmy najlepsze wypracowania świata - on dawałby szkielet, ja kleiłbym do niego mięśnie, ścięgna i całość oblekał w skórę. Niestety, kolega nie korzystał z usług czarnucha od słowotoku i oddawał wypracowania na półtorej strony. Za co kosił regularne tróje, bo 'za zwięźle'. No co to jest za zarzut, ja się pytam, skoro temat w jego wykonaniu był zawsze wyeksploatowany do końca?
Jedyną osobą, która dostawała u nas piątki z polskiego, była Agnieszka. Wymyśliła metodę najprostszą z możliwych i pisała to, o czym wiedziała, że pani Majchrowicz zechce przeczytać. Ciężko mi Agę za to krytykować, bo rozegrała sprawę profesjonalnie. Ale stawianie piątek za wypracowania zgodne z linią partii, przy jednoczesnym sekowaniu wypracowań pisanych sercem (Maciek) czy laserowo precyzyjnym umysłem (Marcin), to jest grube przegięcie. Nawet w mat-fizie.
Dobra, kończę bo mi się tutaj jakiś kącik wspomnieniowo-martyrologiczny zrobił. Podsumuję na przykładzie - do twórców programu mam jebitny żal za to, że przepiękny wiersz 'Smutno mi Boże' do końca życia będzie mi się kojarzył jedynie z tęsknotą poety za krajem ojczystym (no cóż za odkrywczość). Bo nikt nie wspomniał na zajęciach, że to przy okazji kawałek pięknej polszczyzny, od której 20 lat później płakać mi się będzie chciało. Nie jest aby podstawówka i ogólniak najlepszym okresem na kształtowanie wrażliwości? Zamiast tego najebali mi do głowy pawłowowskich skojarzeń. Zgnijcie w piekle.
-
2008/09/01 09:50:52
W sumie to ja też miałam takie przypadki u siebie. Był Michał, który był inteligentny jak mało kto- można z nim było porozmawiać o wszystkim, długo i wyczerpująco. Czytał wszystko, co mu się nawinęło, wypowiadał się na zajęciach równie często jak ja (no cóż, ja już tak mam, że zawsze się muszę odezwać, nie było zajęć bez mojej wypowiedzi)- chyba raz 4 dostał. Tak to same 3. No i ja. Do końca liceum dostawałam góra 3+. Raz dostałam 5, ale z gramatyki, więc się nie liczy ;) i kilka razy 4. Kiedy na koniec drugiej klasy psorka (jasne, jakby miała wykształcenie, żeby tak do niej mówić) zapytała moich szanownych kolegów (w liczbie 3) i szanowne koleżanki (29 plus ja), co ona ma za ocenę mi postawić. No żesz... Klasa solidarnie powiedziała, że mi się 5 należy. Bo się odzywam, bo udzielam się na zajęciach, bo dużo wiem i dużo czytam- czytałam wszystko, co było, z wyjątkiem wspomnianego Pana Tadeusza; no ale po co. Z wielką łaską postawiła mi 4-, bo z Dziadów dostałam słabą ocenę (4- chyba, ale przepraszam bardzo, ja się tego na pamięć uczyć nie będę, a tego od nas wymagała, żeby znać na pamięć całe fragmenty, dopisywać brakujące wersy, itd.).

Miałam też w klasie taką Monikę- przypadek Agnieszki. Zaopatrzyła się w opracowania, które posiadała polonistka. Pisała dokładnie to, co ona chciała przeczytać. Jej wypowiedzi na zajęciach też ograniczały się do obowiązujących interpretacji. No i dostawała 5.

Polska szkoła ma to do siebie, że się myślenie zabija z zimną krwią. Po co mamy myśleć? Ja na dodatek spotkałam się z podejściem, że my to i tak głupi jesteśmy, więc nawet nie musimy udawać, że się wysilamy. Bo i tak nic lepszego jak 3 nie możemy dostać.
-
2008/09/01 10:26:33
Właśnie, czy jest na sali ktoś kto zdawał (a nie tylko słyszał) nową maturę? Czy ja dobrze zrozumiałem, że na języku polskim trzeba trafić z odpowiedziami w to, co układający pytania miał na myśli? W sensie jakichś tam tropów interpretacyjnych czy czegoś. Mętnie opisuję, bo gdzieś, kiedyś poleciał rykoszet w trakcie dyskusji ale nie chciało mi się w to wierzyć i nie doprecyzowałem. No bo jak niby, nawet w kraju absurdu, mam uwierzyć w to, że na nowej maturze jest część poświęcona dedukcji i telepatii?
-
2008/09/01 10:58:48
Ja zdawałam nową maturę :) Oficjalnie jako pierwszy rocznik (rocznik 85 mógł wybierać stara czy nowa, taki eksperyment). Więc to jest tak: za moich czasów był poziom podstawowy i rozszerzony, i jak się chciało pisać rozszerzony to się pisało dwa egzaminy, Teraz jest to trochę inaczej i wybiera się tylko jeden. Ale mniejsza. Na poziomie podstawowym był test z czytania ze zrozumieniem. Tekst plus pytanka, kilka abcd, klika opisowych. Potem wypracowanie. Dwa tematy do wyboru. Pytania oczywiście nawiązujące do obowiązującego programu nauczania. Żeby dobrze zdać poziom podstawowy trzeba mieć zdolności telepatyczne, tudzież trzeba mieć wykutą oficjalną interpretację. I tutaj pojawia się anegdotka- przedstawiona przez pewnego nauczyciela. Uczeń podczas interpretacji Dziadów III napisał, że w czasie Drugiej Wojny Światowej Polacy byli uciskani, zabijani, ciemiężeni. Facet postawił mu wielkie 0 z dopiskiem: błąd logiczny. I super. Dziękujemy za podtrzymywanie wiary w polskich nauczycieli. Ale niestety, zanim taka matura zostanie oblana to jest jeszcze raz sprawdzana przez innego nauczyciela. No i ten inny nauczyciel: no tak, wspomina o wojnie- 1 pkt, wspomina o cierpieniach Polaków- 2 pkt, a że mu się okresy historyczne pomyliły? No cóż, zdarza się. I w ten sposób tępy osobnik zdaje maturę. Podobnie jest w drugą stronę. Nawet jeżeli napiszesz nie wiadomo jak elokwentną, inteligentną pracę, jeżeli nie trafisz w klucz odpowiedzi na tyle, żeby zdobyć wymagane 30 % to nie masz matury.

Trochę więcej swobody było na rozszerzonym. A to tylko z tego względu, że na poziomie rozszerzonym pojawiają się teksty spoza podstawowego, a i nie rzadko także rozszerzonego programu. Uczeń ma więc trochę więcej swobody i bardziej może się okazać.
-
2008/09/01 11:14:20
taa, mordowanie zapału do literatury... w podstawówce miałem tak jak Ty, Teklaku, wypracowania w stylu wolnym, czasem wyglądające jakby je Sawaszkiewicz pisał i drugi dom w bibliotece ;-) a liceum gleba - nauczycielka zboczona na punkcie romantyzmu i gramatyki, omal nie obrzydziła mi literatury, a szczególnie romantyzmu na amen. Na szczęście kiedyś obejrzałem ekranizację jakiejś sztuki, nie pamiętam już czy Schillera czy Goethego i zajarzyłem o co w tym wszystkim chodziło. Kawał dobrej, światowej literatury. Z naszych bodaj tylko Słowacki wchodził na ten poziom. Jak w Beniowskim.
Sława Bohu, zamiłowanie do książek mi nie przeszło. Niedawno przez Naszą Klasę dziękowałem za to mojej polonistce z podstawówki, drugiej po rodzicach osobie która zaszczepiła we mnie to czytanie.
-
2008/09/01 12:37:53
Hm, odnośnie tła w PDA... Rosyjski AI Reader dla WinCE ma jak najbardziej miło czarno-granatowe, z biała, elegancka czcionką;) Albo jak kto woli, na odwrót.
-
2008/09/01 12:40:24
Nowa matura
Fajnie, gdybym ja w kontekście utworów romantycznych zaczął rzeźbić o II WŚ (bez sensownego nawiązania), to raczej na żadne punkty nie mógłbym liczyć. A teraz widzę zadowolenie u sprawdzających wywołuje fakt, że uczeń cokolwiek kojarzy. Co do klucza odpowiedzi, to mam jeszcze jedno pytanie - skąd uczeń ma wiedzieć jakimi ścieżkami błądziły myśli układającego pytania? Czy to jest tak, że na lekcjach jest dyktowana jedyna, słuszna wykładnia i trzeba ją wykuć na pamięć przed matura? Czy też jest to element matury do zdania 'na czuja'? Bo rozumiem mechanizm ale nie kojarzę czemu ma to służyć i jak niby miałbym się teraz do takiej matury przygotować.
Borsuk - mi się też w podstawówce poszczęściło, bo miałem sensowne nauczycielki. Dodatkową motywację stanowił fakt, że między innymi przy pomocy wypracowań płaciłem 'spadochroniarzom' za ochronę. Ja im pomagałem dostać trójkę, oni nie pozwalali innym za bardzo mną pomiatać. A trzeba było trafu, że do naszej klasy trafiali spadochroniarze wyjątkowo wyrośnięci zaś nauczycielki dochodziły do wniosku, że wzorowy uczeń siedzący w ich pobliżu, pomoże chłopakom się odnaleźć i trochę ich zmoderuje. Wzorowym uczniem byłem ja.
Odchodząc od tematu szkoły - Jacek Dukaj skosił Zajdla za Lód. Teraz nie mam wyjścia i muszę Lód przeczytać, bo taka jest tradycja, że wszystkich laureatów nagrody w kategorii powieść przeczytałem. No dobra, wyjątek zrobiłem dla Perfekcyjnej niedoskonałości, bo cały czas czekam na następne części. Chyba, że tylko na moim egzemplarzu jest tekst o pierwszej części trylogii, wydawca kłamał a ja siedzę ciemny, jak ta tabaka w rogu. Ktoś wie czy Jacek planuje ciągnąć to dalej, czy sobie odpuścił?
-
2008/09/01 12:44:54
@ Sally

O, wlasnie, sam nie moge sie nadziwic... Imperium? Naprawde?
-
2008/09/01 12:49:10
Chociaz...

Pamiętam, w jakim byłem szoku, kiedy lata temu zobaczyłem wyniki badan (dotyczących bodajże USA) z których wynikało, ze jakieś 70-80% nie rozumie wiadomości w TV. Tzn. oglądają, ale nie mają pojęcia o co w nich chodzi.

Ze 2 lata temu widziałem wyniki podobnych badań z Polski. Identyczne.
-
2008/09/01 13:12:23
@Radkowiecki
To jest tak, że na zajęciach jest podawana jedna, jedyna prawidłowa interpretacja, taka najbardziej powszechna i oczywiście taka, która jak najwięcej mówi o patriotyzmie, walczących Polakach i o tym, jak to pięknie zawsze dostają łomot; najważniejsze, że za ojczyznę... To jest chore, bo ogranicza myślenie do minimum, jeśli w ogóle pozwala myśleć... To jest raczej na zasadzie 3 x Z- Zakuć, Zdać, Zapomnieć

@elpooho
co do wiadomości, to ja się nie dziwię, większość z nich jest przekazywana nierzetelnie, 100 razy mówią to samo, chyba każdy by się pogubił; chociaż z drugiej strony większość ludzi i tak patrzy na obrazki, a niestety obrazki nie mówią wszystkiego.

Co do "Imperium"... to jest jakaś porażka... ja uważam, że za 50 lat język angielski w swojej najczystszej angielskiej formie będzie językiem martwym...
-
2008/09/01 13:43:23
jesusicku.... aleście sie rozpisali : )
kocham Was (a jednocześnie lekutko nie lubie) za ta obszerną listę ksiązek ktore tutaj sobie nawzajem polecono. jako że ja nie czytuje e-bookow w zadnej formie to oznacza znow wydanie sporej ilosci plnow oraz zapelnienie nastepnej półki (eee mam jeszcze jakąś pusta?)

Brajn - miło Cię tutaj poczytać : )
-
2008/09/01 13:48:44
Właśnie, czy jest na sali ktoś kto zdawał (a nie tylko słyszał) nową maturę? Czy ja dobrze zrozumiałem, że na języku polskim trzeba trafić z odpowiedziami w to, co układający pytania miał na myśli? W sensie jakichś tam tropów interpretacyjnych czy czegoś."
No ja akurat niedawno zdałem. Rzecz z polskiego wygląda mniej więcej tak jak opisujesz, z tym że na temat tej "telepatii i dedukcji" przegadaliśmy wieeele godzin języka polskiego, podczas których próbowano nam udowodnić, że chodzi o coś innego. Z ich punktu widzenia wygląda to tak, że mamy wykorzystywać po prostu wzory interpretacji mozolnie wbijane nam na lekcjach. Więc jak na przykład widzę tekst Mickiewicza, to muszę mieć w głowie kilkanaście gotowych słów- kluczy którymi się posłużę. Ostatecznie jednak nie było tak źle, zwłaszcza jak już wspomniano na rozszerzonym dopuszczano większą swobodę interpretacji.
-
2008/09/01 13:58:08
Temu, że Amerykanie nie rozumieją oglądanych wiadomości to się akurat nie dziwię. Swego czasu kumpel podesłał mi link do filmu na jutjubie gdzie na ulicach różnych miast US and A proszono ludzi o podanie nazwy kraju zaczynającego się na literę U. 95% pytanych nie podało żadnego. Ja wiem, że to naród zapatrzony w siebie i tępy jak kilo gwoździ i mogli nie słyszeć o Ugandzie czy Uzbekistanie, ale nazwę własnej ojczyzny wypadałoby kojarzyć...
-
2008/09/01 14:19:11
@jarek_86
filmik nosi tytuł Americans are NOT stupid. To był program zrealizowany przez jakąś tam stację telewizyjną. Niektórzy podawali nazwy państw na U- Utah, Utopia, Yugoslavia (pomijam fakt, że takiego państwa już nie ma); ale jak dla mnie to i tak nie to było najgorsze. Gorzej, że nie wiedzieli kim jest Tony Blair, jedna z pań zapytała się, co to jest Wielka Brytania przy pytaniu o walutę Wielkiej Brytanii, nie wiedzieli gdzie był mur berliński, ani jaką religię wyznają buddyjscy mnisi, czy ile było wojen światowych...

patrząc na nich tak sobie myślę, że my chyba z naszymi ograniczonym nauczycielami i sztampą w szkołach nie mamy chyba jeszcze tak źle...
-
2008/09/01 14:22:51
@Radkowiecki

Z bólem donoszę, że jak na razie Dukaj odpuścił. Dlaczego - nie wiem, podobno nie ma za bardzo pomysłu. Albo uważa, że przygotowania zajęłyby za dużo czasu. Tak przynajmniej gdzieś czytałem (ale gdzie - zabij, nie pamiętam).
Jeśli nie czytałeś to odrabiaj zaległości, nie ma na co czekać (to, poza Innymi pieśniami, moja ulubiona powieść Dukaja, właśnie kończę ją chyba z czwarty raz).
-
2008/09/01 14:52:24
@Nowa matura
Dobra, to żeby zamknąć ten temat z mojej strony, mam prośbę: czy ktoś ze zdających nową maturę pamięta przykładowe słowa-klucze związane z jakimś znanym utworem. Może być więcej niż jeden, bo ja chciałbym to jakoś zrozumieć a chwilowo przekracza to możliwości mojej wyobraźni. Rzućcie mi coś, jakiś przykład z pierwszej linii boju. I pytanie ogólne - na ile te słowa-klucze można wydedukować ktoś, kto zna analizowany utwór i ma trochę mózgu w głowie ergo, czy istnieje jakaś możliwość rzeźbienia, czy też tropy interpretacyjne są z dupy wyjęte. Drążę, bo to kuriozum jest tak fascynujące, że chciałbym wiedzieć na ten temat jak najwięcej. Aha, jak ktoś ma linki do matur z lat ubiegłych z odpowiedziami, to chętnie przytulę.
Perfekcyjna niedoskonałość - w takiej sytuacji zapewne padnie ofiarą zimowego dukajowego maratonu czytelniczego. Niezły pretekst by sobie Inne pieśni przypomnieć.
-
2008/09/01 15:06:39
www.stanra.com/matura-j.polski.htm

tutaj są arkusze w pdf :) 2005 to ta matura, którą ja pisałam, pierwszy rok nowej matury, jako oficjalnej, obowiązującej, itd. Odpowiedzi też są :) Co do mojej matury, to wiem, że zapunktowałam porównywaniem szlachty polskiej do biblijnego syna marnotrawnego. Nawiązanie do Biblii sprawdza się w 75 % przypadków.
-
2008/09/01 15:12:15
@Radkowiecki
Generalnie jeżeli chodzi o klucz, to jest on raczej w miarę prosty do rozszyfrowania. Jeżeli znasz omawiany utwór i umiesz go powiązać z kilkoma innymi ważniejszymi utworami, tudzież umiesz znaleźć w nim kilka najbardziej powszechnych motywów literackich to jest ok. Ja np. do matury pisemnej powtórzyłam całą literaturę holocaustu, międzywojenną i wojenną, zresztą bardzo dużo osób tak wtedy zrobiło, gdyż zakładaliśmy, że to się właśnie na egzaminie znajdzie (jakoś wtedy zrobiło się znowu głośno na ten temat). Z drugiej strony, romantyzm i pozytywizm był wałkowany na każdej próbnej maturze- a muszę przyznać, że ja miałam chyba 3, czy 4 próbne matury. Tak czy siak, nie zajrzałam ani do pozytywizmu, ani do romantyzmu, wypracowanie pisałam o Potopie i dostała 84 %. Wydaje mi się, że całkiem sporo, jak na kogoś, kto przez Potop przebrnął połowicznie i to jeszcze w wielkich bólach.
-
2008/09/01 15:31:24
Re Dukaj i Perfekcyjna Niedoskonałość. Z dobrze poinformowanych źródeł wiem, że nie tyle sobie odpuścił, ile nie chce się wygłupić i czeka aż fizycy przestaną się tłuc o kształt pewnych teorii, które Jackowi są potrzebne do rozwinięcia świata. Nie chce obstawić fałszywej teorii.
-
2008/09/01 15:46:02
@muczachan:

Zgadza się, to samo wyczytałem w jednym z wywiadów z Dukajem, co oznacza, że na kontynuacje PN przyjdzie nam chyba troszki poczekać...
-
2008/09/01 15:58:08
Jeszcze o nowej maturze
Dziękuję za linka, poczytam sobie w wolnej chwili. Natomiast na dzień dobry arkusz egzaminacyjny rozbił mi czaszkę. Ktoś zgadnie dlaczego?
Dukaj
Czyli może zdarzyć się tak, że kontynuacja będzie za 5 lat. Spoko ale jednak nie będę czekał.
-
2008/09/01 16:13:59
Czyżby to szata graficzna? Czyżby to kod kreskowy? Czyżby to ficzer "dysleksja"?
-
2008/09/01 16:14:53
@Radkowiecki
Czyżby pierwsza strona? Reguły, zasady, czy jak to się tam zwie?
-
2008/09/01 16:15:56
ach, zapomniałam dopisać- może kratka, żeby zaznaczyć, czy się ma dysleksję?
-
2008/09/01 17:15:41
Poezja, w szkole i nie tylko, to było moje przekleństwo :). O ile pamiętam, to odkąd nauczyłam się czytać, na poezje/wiersze/wierszyki patrzyłam głównie pod kątem treści, a nie formy (tzn. również, ale forma zdecydowanie była na drugim miejscu). Szkoła mi zdecydowanie nie pomogła w zmianie podejścia - standardowe pytanie "co poeta miała na myśli" (odpowiedź - nic dla mnie ciekawego), rozbiór wiersza i te sprawy - wszystko techniczne, zero odczuwania. A akurat z technicznymi sprawami nigdy problemu nie miałam.

I tak się teraz zastanawiam - do swoich nauczycieli (w podstawówce zwykle dobrych, w liceum mniej, ale nie na tyle, żeby mi mogli cokolwiek obrzydzić) mam żal nie tyle o "zniechęcanie" do czytania (zwłaszcza poezji), a o to, że nie pomogli mi jakoś rozwinąć w sobie wrażliwości (?) niezbędnej do odczuwania wierszy. Nie wiem tylko, czy to jest w ogóle możliwe, bo może od szkoły można wymagać jedynie tego, że nie będzie szkodzić?

Trochę poruszającej poezji znalazłam (Norwid - pominięty u nas, bo prawdziwym polskim poetą był Mickiewicz przecież), Wojaczek (zero współczesnej poezji w szkole), poezja francuska (pominięta jako niemoralna) - ale to wszystko pewnie tylko niewielki kawałek tej wartościowej twórczości. Zła jestem, że jakoś nie mam umiejętności znalezienia i "czucia" czegoś więcej.

A nowa matura & reforma edukacji... No cóż, tu prawdziwy pogrom jest w naukach ścisłych. Czytać można samemu w domu, nauczyć się matematyki/fizyki już jest trudniej. Efekty już widzimy w nowym rzucie studentów, którzy nie potrafia wykonywać działań na ułamkach. Wmawiam sobie cały czas, że miałam po prostu pecha i na takich w tym roku trafiłam, ale coś się boje, że to jednak nie były niechlubne wyjątki.

W sprawie Dukaja i PF - też czytałam w jakimś wywiadzie z nim, że czeka na rozwiązanie paru problemów współczesnej fizyki. Spokojnie więc możesz czytać, bo te 5 lat czekania to wydaje się i tak mocno optymistyczna wersja.
-
2008/09/01 17:31:06
@Jacek Dukaj łaskaw był w kilku nawracających iteracjach wyrazić swoją dezaprobatę dla książki tak nieporęcznej, ciężkiej, niewygodnej

Orly? Ja akurat pamiętam, że wielokrotnie wyrażał swoją dezaprobatę dla czasów, w których ludzie nie piszą już uczciwych, grubych dziewiętnastowiecznych powieści z dużą ilością opisów i deklarował się jako gorący fan tychże.
(i nie umyka mi ironia faktu, że w świetle filozofii Lodu nasza dyskusja jest całkowicie bezprzedmiotowa)
-
2008/09/01 18:05:42
@Radkowiecki
może chodzi o możliwość używana słownika ortograficznego na maturze? Za moich czasów można było oblać za ortografy, za Twoich pewnie też. No i ta sprzeczność - dysleksja i słownik. Znaczy może nie dysleksja - skoro ma słownik i wali ortografy, znaczy że delikwent nie jest dyslektykiem tylko skończonym leniem ;-)
-
2008/09/01 18:09:54
@Radkowiecki
a może jednak nie o ortografy, tylko o ten tekst z pierwszego zadania? :-) Wpis na bloga ;-)
Signum temporis.
-
2008/09/01 18:15:26
Radku, jeżeli chodzi o słowa - klucze służę uprzejmie:
-Dziady cz. III: "martyrologia", "mesjanizm", "dramat romantyczny"(jego cechy widoczne w tekście i wpływ na przesłanie tegoż), "bohater romantyczny"(j/w), "kaszanka"
-Baczyński: "Katastrofizm", "pokolenie Kolumbów/pokolenie Apokalipsy spełnionej", "świat odwróconego Dekalogu"(to ostatnie określenie pasuje także do Borowskiego i Herlinga)
Tu mała dygresja arkusze maturalne znajdziesz tu
www.cke.edu.pl/index.php?option=content&task=view&id=91&Itemid=93
Tutaj zaś masz tegoroczny rozszerzony polski (jeżeli chcesz przeprowadzić mały eksperyment umysłowy skoncentruj się na poleceniu dot. opowiadania Mrożka "Lolo" i pomyśl przez chwilę, cobyś stworzył na jego temat)
www.cke.edu.pl/images/stories/Arkusze08matura/polski_pr.pdf
Rozwiązanie tutaj
www.cke.edu.pl/images/stories/Arkusze08matura/polski_pr_rozw.pdf
Niżej podpisany nie uwzględnił wielu rzeczy znajdujących się w rozwiązaniu przykładowym i otrzymał 88%. Ale też dodałem sporo rzeczy, których oni nie napisali(np. tego, że w opowiadaniu pojawia się cytat z Gorkiego). Jak pewno zauważyłeś, w samym poleceniu, była rada, żeby się skupić na aspektach groteski czy paraboli. I odpowiadając na inną twoją wątpliwość: tak, myślę, że gdybyś przeszedł ten sam kurs edukacji, co ja, wiedziałbyś jakiego klucza użyć.
Nie wiem, czy śledziłeś tegoroczne doniesienia o maturze. Były bowiem jaja niewąskie, w arkuszach egzaminacyjnych z kilku przedmiotów były błędy. Ja akurat przejechałem się na WOSie(46%), z którego ponoć był jeden najgorszy klucz od wielu lat.
-
2008/09/01 18:27:04
Kurwa mać, oczywiście chodziło o "jeden z najgorszy kluczy od wielu lat."
A propos Dukaja wymowny cytat świadczący o stylu pracy tego człowieka:
"Perfekcyjna niedoskonałość to pierwsza tercja Progresu, czyli trylogii część pierwsza. Kiedy możemy liczyć na kontynuacje?
JD: Nieprędko. Druga tercja to będzie głównie rajd przez wszechświaty odmiennych fizyk i czekam, aż się tu pewne rzeczy w nauce wyklarują w wystarczającym stopniu, żeby mi się kreacja nie zdezaktualizowała jeszcze w trakcie pisania; a po drugie, czekam na narzędzia (programy), które pomogłyby w żonglowaniu tymi fizykami bo za cienki jestem, żeby przeliczać to wszystko ręcznie.
Ale plan fabularny jest żelazny (w istocie w dużym stopniu opisany przez samą Krzywą Progresu z wykresu pomieszczonego w książce) i mam szczery zamiar prędzej czy później go zrealizować.
E: Wiadomo, że po PN planujesz w przyszłym roku wydanie Króla Bólu. Co to będzie?
JD: Zbiór opowiadań. Jak z W kraju niewiernych: 3 stare, 5 nowych. Te stare to Szkoła, Serce Mroku i Aguerre w świcie. Nowe to najprawdopodobniej będą: Król Bólu i pasikonik, Afryka, Lód[oh yeah, motherfucker! - dop. Popirad], Piołunnik, Stroiciel luster. Ale tu też możliwe jest małe przetasowanie.
Celuję w jesień 2005, ale jeszcze kilka z tych tekstów może mi się rozpuchnąć, więc głowy nie daję.
E: Co poza Królem Bólu? Znany jesteś wszakże z równoległej pracy nad wieloma rzeczami.
JD: Mam zaczęte Interversum, mam zaczętą Baśń, rozgrzebane Żelazne jaskółki (Polska szlachecka XVII wieku z Obcymi w tle), rozplanowane drugą i trzecią tercję Progresu, otwarte opowiadania dopełniające Inne pieśni, kilka innych opowiadań niepowiązanych, w tym marynistyczną SF, którą planowałem do Króla Bólu, ale z której będzie chyba jednak powieść; a na dodatek ostatnio zapadłem na nowe pomysły, każdy wołający o wielką objętość: 19, 180 polski magiczny realizm na alternatywnym kontynencie, rozpięty na dwa i pół wieku; Horror SF przyjmująca za naukowe założenie Księgę Rodzaju; serię klasycznych kryminałów logicznych na tle alternatywnej Polski AD 1920 wg utopii romantycznych; i kilka innych rzeczy.
Zabij mnie pojęcia nie mam, co z tego się urodzi i w jakiej kolejności."
Mój komentarz: he he, jak mawiał pewien klasyk.
-
2008/09/01 18:59:20
Ten gość (Dukaj) mógłby wpędzić w kompleksy jakieś 95% tak zwanego inteligentnego i wykształconego społeczeństwa ;)
-
2008/09/01 21:50:44
W wieku lat szesnastu mniej wiecej dostalam pierdolca na punkcie "Snu nocy letniej". Dorwalam wszystkie mozliwe tlumaczenia, dorwalam oryginal, Galczynskiego, czyli tlumaczenie, ktore jest moim ukochanym zwyczajnie ukradlam z biblioteki szkolnej, bo nigdzie nie moglam dostac - odkupilam i tak bardziej przydatnego dziatwie Baranczaka. Przy Slomczynskim sie zalamalam - Spodek / Podszewka to u niego Dupek, do tego Ryj, Pak (!!!)... Cudnie, Kilka lat pozniej musialam przygotowac monolg z "Antoniusza i Kleopatry", dostalam tlumacznie Slomczynskiego. Do dzisiaj pamietam zdanie "Tylko kobieta, rzadzona uboga swa namietnoscia / jak od krow dziewczyna, ktora wypelnia najnizsze poslugi." Kropka. Gdzie, gdzie tu jest orzeczenie, co to w ogole, kurwa, znaczy, co ta kobieta, no?! Calosc byla tragiczna stylistycznie i duzy niesmak mi pozostal po tym. Kolejne podejscie do Slomczynskiego - ktos mi polecil "fajne kryminaly", bo zalilam sie, ze A. Christie juz wszystko przeczytalam. "Fajne kryminaly" pisane przez kolesia o pseudonimie Joe Alex. Nie wnikalam, kto to, dopoki faktycznie nie przeczytalam jednego. Pomijam glupote zagadki (potem dla jaj przeczytalam jeszcze kilka tych ksiazek i w nich konstrukcja fabuly byla ciut lepsza), pomijam tandetna stylizacje i anglizowanie wysokosferowe, ktore smieszylo mnie do lez - ale ten jezyk! Boze moj, coz to byl za belkot. Az zaluje, ze nie mam tego pod reka, bo bym zacytowala. Srednio z trzy bledy na strone przypadaly. Pamietam tylko, ze "sciezka weszla na zakret" :D W zwiazku z powyzszym nie interesuje mnie, czy pan Slomczynski tlumaczy tego Szekspira dokladnie, czy niedokladnie, nie wnikam, nie znam sie na tyle - wiem po prostu, ze tego nie da sie czytac i juz.
Baranczaka i Stillera cenie jako jezykoznawcow, lubie ich felietony i analizy, Stillera dodatkowo kocham za bezkompromisowosc i rozumiem jego bol, ten co go zadaje "wlanczac' i "dwutysieczny osmy". I... kurcze, nie leza mi ich tlumaczenia :) Wiem, ze obiektywnie sa swietne. Oddaja znaczenie oryginalu tak, jak to tylko mozliwe etc. Ale dla mnie sa za sztywne. Takie poprawne na maksa i po prostu nie porywaja - jakby obu panom brakowalo iskry bozej (poezji Baranczaka tez nie lubie). Nie irytuja mnie w zadnym wypadku, czytam sobie z przyjemnoscia, ale "to nie to".
-
2008/09/01 21:52:29
tak mi się przypomniało, że nam polonistka mówiła, że jest kilka podanych kluczy. Nie wiem ile w tym jest prawdy i ta polonistka jest nie do końca wiarygodna (mówiła nam np. że 'w ogóle' pisane oddzielnie znaczy 'ogółem', a pisane razem 'wogóle' znaczy tyle co 'wcale'- bujda na resorach, jest jedna poprawna wersja- co zresztą podkreśla mi właśnie Firefox- 'w ogóle');
-
2008/09/01 21:57:15
@Wiem, ze obiektywnie sa swietne.

Nie istnieje coś takiego jak "obiektywnie świetne tłumaczenie".
-
2008/09/01 21:58:31
@Krystyna.Ch
@Jacek Dukaj łaskaw był w kilku nawracających iteracjach wyrazić swoją dezaprobatę dla książki tak nieporęcznej, ciężkiej, niewygodnej

Orly? Ja akurat pamiętam, że wielokrotnie wyrażał swoją dezaprobatę dla czasów, w których ludzie nie piszą już uczciwych, grubych dziewiętnastowiecznych powieści z dużą ilością opisów i deklarował się jako gorący fan tychże.


To było zanim maestro - że tak to motoryzacyjnie ujmę - płynnie przełączył biegi. Na co się zresztą w morale bajki żaliłem.

BTW - rispekt za zaprezentowanie rebusa "wojownik O'Neill" na konkursie filmowym. Nawet ja bym zgadł, choć w sumie widziałem może ze cztery odcinki. Następnym razem chcę być w Twojej drużynie i coś wygrać.
-
2008/09/01 21:58:54
@slotna
"Tylko kobieta, rzadzona uboga swa namietnoscia / jak od krow dziewczyna, ktora wypelnia najnizsze poslugi."
Kobieta- jaka- rządzona :) Taki równoważnik zdania ;) Rzecz powszechna w języku polskim.
Ja mam tłumaczenie niejakiego pana Sito. Kim ten pan jest, to nie mam pojęcia, nie wnikałam. Nie porównywałam jego tłumaczeń z oryginałem, ale od strony języka polskiego nie są złe :) Fajnie jest to napisane, nie że 'tłumaczył', czy 'przekładu z języka angielskiego dokonał', tylko- 'spolszczył'. Pierwszy raz spotykam się z taką wersją, fajnie to brzmi :)
-
2008/09/01 22:17:04
@slotna:

Witam w klubie miłośników Snu nocy letniej, z dzieł Szekspira, które czytałem, to lubię najbardziej, może właśnie dzięki przekładowi Gałczyńskiego ;) A co do Słomczyńskiego to tak mi się przypomniało, że Łysiak w Liderze strasznie jedzie po jego tłumaczeniu Ulissessa.
-
2008/09/01 22:41:28
Krystyno.Ch - Obiektywnie swietne = doskonale oddaja sens oryginalu i napisane sa co najmniej poprawna polszczyzna. I tak nie wierze, ze nie zrozumialas o co mi chodzilo :)

Sally86 - wiem, co to rownowaznik; niemniej to zdanie nie ma sensu w takiej postaci. Czasownik nie zmiescil sie w wersie...?

Jarek_86 - ciesze sie, ze lubisz, i ze Galczynskiego wlasnie, bo jakos malo popularna jest ta wersja. A na "Ulissesa" sie rzucilam w podstawowce, gdy polonistka oznajmila, ze moje wypracowania wprawdzie swietnie sie czyta, ale strumien swiadomosci nie przejdzie jako rozprawka. Koniecznie chcialam wiedziec o co biega, ale nie przebrnelam. Ciekawe, czy powodem bylo tlumaczenie, niestety nie pamietam juz dlaczego mnie to tak meczylo :)
-
2008/09/01 22:52:08
@slotna
nie posądzam Cię o to, że nie wiesz, czym jest równoważnik zdania. Niemniej jednak, czasownik jest- źle zadałam pytanie- 'rządzona' to jest jakby nie patrzeć imiesłów przymiotnikowy (co robiona?)- czy jakoś tak się to nazywało. W języku polskim może to funkcjonować w miejscu czasownika i, według mnie i tłumacza tym bardziej oraz kogoś, kto dokonywał korekty, to zdanie jak najbardziej ma sens. Chociaż brzmi dziwnie i trochę, nie wiem, czy to odpowiednie słowo, przestarzale.
-
2008/09/01 23:28:59
To ja zle napisalam, chodzilo mi o orzeczenie. Zdanie brzmi co najmniej dziwnie, w tym rzecz, a w kontekscie tego www.serwistlumacza.com/content/view/25/32/ , podanego wyzej linka, ktory mi co nieco rozjasnil (konkretniej: jakim, do cholery, cudem zostalo toto w ogole dopuszczone do druku; nie mowiac juz o pieknym wydaniu) - niekoniecznie zostalo zaaprobowane przez korektora :) a o niekompetencji tlumacza wlasnie rozmawiamy.
-
2008/09/01 23:44:34
Chryste... no dobra... ja dopiero co licencjat zrobiłam, ale lie z lay bym nie pomyliła... przecież to zupełnie zmieniło sens... tylko dotąd doszłam... dalej chyba nie dam rady...
a wydanie jest przepiękne- wiem, bo moja przyjaciółka ma właśnie z tej edycji większość dzieł Szekspira... tylko nie wiem, czy wszystkie były tłumaczone przez Słomczyńskiego... mam nadzieję, że nie...

co do rzetelności tłumacza- to różnie bywa... korzystając z okazji, że mowa jest o tłumaczeniach, czy jest na sali ktoś, kto jest zwolennikiem tłumaczenia 'Władcy Pierścieni' popełnionego przez Jerzego Łozińskiego? albo ktoś, kto zna to tłumaczenie? chciałabym poznać opinie osób trzecich, bo ja tej wersji zdzierżyć nie mogę...
-
2008/09/02 00:11:19
Twarda okladka, biale obwoluty, wszystko Slomczynskiego, dziela zebrane. Wydawnictwo Literackie, lata osiemdziesiate chyba.
Ja nie mam nic wspolnego z tlumaczeniami (acz zdarzylo mi sie zarobic niezla kase, ale to po znajomosci, wiec sie nie liczy:) no i techniczne to bylo), po prostu lubie jezyki i duzo czytam. Brakuje mi podstaw, zdaje sobie z tego sprawe, ale pewnych rzeczy nie moge zdzierzyc i to byla jedna z nich. Chcialabym podac jeszcze kilka kwiatkow, niby pamietam caly ten monolog, ale nie chce sie pomylic. Znalazlam go za to w oryginale, a to ten fragment:
"No more but e'en a woman, and commanded
By such poor passion as the maid that milks
And does the meanest chares", co stanowi doskonaly dowod (znow nawiazuje do wspomnianego artykulu) na tlumaczenie po slowach. W sumie jak sie teraz nad tym zastanowilam, to glowny klopot przy interpretacji tego zdania sprawil mi przecinek, hehe.
Ach! Przypomnialy mi sie jeszcze sonety! Rownie okropne. Jak znajde jakies w necie, to rzuce przyklady, ale to raczej jutro :)
-
2008/09/02 01:50:48
Czaszkę na arkuszach maturalnych rozbił mi checkbox 'dysleksja'. O tempera, o mores, o kurwa.
Co do Jacka Dukaja - nawet niekoniecznie musiał wyrażać swoją dezaprobatę co do wagomiaru Cryptonomiconu grubo przez ogłoszeniem manifestu 'twórzmy dzieła monstrualne'. Bo co innego napisać cegłę o objętości takiej, jakiej by się chciało a co innego skarżyć się na to, że niewygodnie się taką książkę czyta w autobusie. Dla mnie jedno z drugim się nie kłóci i nawet sprzeczności wielkiej w takim rozumowaniu nie widzę. Na marginesie - płodność literacka i zawartość mózgu Dukaja przeraża mnie nie mniej niż poprawka z historii ekonomicznej na pierwszym roku studiów. Ten koleś nie jest owocem delikatnego łona kobiety. Jego zbudowali kosmici. Ci sami, którzy zbudowali Lema. Nie przekonacie mnie, że jest inaczej.
-
2008/09/02 02:03:02
Dukaj wpędzić w kompleksy? Raczej ze wstydem zapędzić z powrotem w okolice Tatarkiewicza;) Perfekcyjna... Muczachanie, to już kolejna teoria odnośnie "Perfekcyjnej..."- sam słyszałem, że obliczenia byłby by zbyt... obszerne, ale ja nie o tym... Co się u Dukaja dzieje z "Baśnią"?Przewidywana na rok 2004... porywająca i ... cisza:( A i osobiście uważam, że nadredaktor Parowski, zachęcając Jacka do odpowiedzi na _szkolne_ pytanie "Puno TAM" wbił mi gwoździa, z którym chadzam do dziś.
P.S. Wrrr... brak "Lodu" w oficjalnych nominacjach do Nike...
-
2008/09/02 09:04:25
@sally86
Ad. Łoziński i "Władca Pierścieni'
Temu panu poświęcono dwie obszerne notki na "liście tłumoków"
O LOTR jest tutaj www.tlumok.republika.pl/lozins1.htm
A pełna lista tutaj: www.tlumok.republika.pl/index.htm#znacz
-
2008/09/02 09:57:31
@rpyzel
dziękuję za linka... teraz rozumiem chociaż część z bełkotu Łozińskiego- w sumie to sama zatrzymałam się na rozdziale o Hobbitach... matko, jak pomyślę, że z Obieżyświata mojego ukochanego zrobił Łazika (za każdym razem, jak to widzę to mi się pojawia przed oczami obraz rosyjskiej sondy kosmicznej)... już pominę fakt, że nazw własnych takich jak Shire czy Twofoot się nie tłumaczy... ale kompletna zmiana sensu, słownictwa czy wycinanie fragmentów to już jest PROFANACJA....
-
2008/09/02 10:06:59
Tak to jest, że jak się pisze komcie o drugiej w nocy, to się przegapia wątki. Odnośnie tłumaczenia Łozińskiego, miałem w ręku pierwsze wydanie Zyska. Z jakiegoś powodu (jakaś rocznica albo konkurencyjne wydanie? Muzy? nie pamiętam ale powód był) wydawca gonił termin i mam wrażenie, że książka do drukarni trafiła bez redakcji. Ba, ona trafiła do drukarni bez drugiego, trzeciego i czwartego czytania przez tłumacza.
Bywam ortodoksyjny ale nie zamykam się przed nowymi wersjami starych, dobrych i sprawdzonych rzeczy. Dlatego, wbrew gromom sypiącym się na głowę Łozińskiego, sięgnąłem po jego pracę. Zniósłbym jego manierę spolszczenia wszystkiego, co się rusza. Ba, być może gdybym się rozkręcił, dałbym szansę Łazikowi, Bagoszom czy Tuczyźnie - to o nazwy własne był największy dym, przeciętny czytelnik olewał niedokładne tłumaczenie czy pominięte kawałki tekstu, bo było to dla niego, bez znajomości oryginału, nie do wykrycia. Ba, ja bym nawet zniósł krzatowe kalosze. Jednak problem zarówno Łozińskiego, jak i Zyska polegał na tym, że w pośpiechu rzucili na rynek książkę wydaną gorzej niż klubówka. Błędy gramatyczne, stylistyczne i interpunkcyjne. Niedopracowane tłumaczenie. Fatalny, drewniany język polski, na poziomie średnio rozgarniętego gimnazjalisty. Irytujące literówki. Lista przewin jest długa i paradoksalnie, jakość tłumaczenia w sensie poprawności słownikowej, stawiałbym na dalszej pozycji. Oczywiście, że irytowało osoby znające Skibniewską i oryginał. Dla kogoś, kto czytał WP po raz pierwszy, nie rzutowało. Ale... No właśnie, jest jedno ale - nie odrzucały wydania późniejsze, przeredagowane, poprawione, oczyszczone ze śmiecia i lepiej wydane.
Uważam, że gdyby na rynek jako pierwsze trafiło wydanie w jakości późniejszych wersji, to tłumaczenie Łozińskiego przebiłoby się do świadomości nowych czytelników. No ale jak ktoś sobie robi na dzień dobry tak fatalny pijar, to dziwnym nie jest, że wszyscy po tej wersji jadą i jechać będą.
Ze zupełnie niezrozumiałych powodów wydawniczych, te same idiotyczne i łatwe do uniknięcia błędy, popełniono przy łozińskiej wersji Diuny. Ponownie, być może nie płakał bym ze śmiechu czytając po raz dziesiąty o piaskalach i łyknął Wolan. Ale jak daje mi się książkę wydaną na odpierdol, to ja głosuje w księgarni portfelem a w necie opinią.
Nie oceniam poziomu pracy translatorskiej Łozińskiego, bo żadnej z wymienionych książek nie czytałem w oryginale więc nie mam materiału porównawczego. Mój angielski jest na poziomie średnio zaawansowanym więc brak mi często wiedzy. Dlatego raczej nie będę pisał o chujowości jego wersji, bo ja mogę ocenić jedynie chujowość jego polszczyzny oraz mizerność strony redakcyjno-edytorskiej. Jego polszczyzna jest chujowa a korektora, redaktora i ludzi odpowiedzialnych za łamanie i skład książki, skopałbym po jajach.
Z tych powodów, zarówno WP, jak i Diunę doczytałem do 50-60 strony. A potem stwierdziłem, że ktoś sobie ze mnie wali w pręta. Nie można walić w pręta z kimś, kto pośrednio płaci twoje rachunki.
I w ramach końcowej dykteryjki portowej - najbardziej rozbawił mnie człowiek z Zyska, który na jakimś konwencie (Polcon? Spotkania z Fantastyką w Grunwaldzie?) na pytanie z sali 'jak według pana, w porównaniu z wersją Skibniewskiej, wypada wasze tłumaczenie (Łozińskiego)', odpowiedział z lekko speszoną miną 'moim zdaniem jest nie gorsze'. Sala umarła ze śmiechu a pan przestał mówić. A wystarczyło uczciwie powiedzieć: spieszyliśmy się, popełniliśmy kilka błędów, z których zdajemy sobie sprawę ale obiecuję, że wydanie drugie będzie dużo lepsze. Wolał być bucem.
-
2008/09/02 10:22:01
aaaa ja to mam pecha... w mojej prywatnej bibliotece na półce stoi właśnie tłumaczenie Łozińskiego... zaopatrzyłam się w tę właśnie wersję, bo mi się spodobała szata graficzna wydania- spodobała mi się mianowicie okładka, podoba mi się również papier na jakim jest to wydane (wygląda trochę jak papier z makulatury, ale tym papierem właśnie nie jest)... przed chwilą z ciekawości, po przeczytaniu Twojego komentarza Radku, sięgnęłam po książkę- pierwszy raz od dłuższego czasu, bo jak skończyłam rzecz o Hobbitach to mi się odechciało dalszego zgłębiania dzieła- żeby zobaczyć, które to wydanie... no które?? pierwsze oczywiście... widzę, że wszystko jeszcze przede mną.

Na moje nieszczęście- albo i szczęście- czytałam i tłumaczenie Marii Skibniewskiej (żeby było śmieszniej i Hobbita i Silmarillion mam w jej przekładzie) i oryginał.

Jednego mnie to nauczyło- nie oceniaj książki po okładce, a jeśli już musisz- to sprawdzaj tłumacza!

Ach, co mnie jeszcze niesamowicie irytuje w przekładzie Łozińskiego, to przypisy wyjaśniające, czemu to tłumaczenie jest lepsze od pozostałych... grrrrrr
-
2008/09/02 10:34:51
Dysleksji poświęcę oddzielnego komcia. W mojej klasie podstawówkowej dysleksję miało 4 osoby i późniejsi spadochroniarze. Tyle tylko, że nikt sobie nie załatwiał kwitu, bo też nasze polonistki nie uwalały nikogo z powodu ortografii. Przez podstawówkę mogłeś przebrnąć pisząc rzułf, fshut, skont i wogule. Kosiłeś dwóję z dyktand i wypracowań ale jak potrafiłeś się nieco ogarnąć i skojarzyć o co chodzi w Zemście, to zdałeś.
Na egzaminach wstępnych do ogólniaka, komisja miała twoją dysleksję w dupie, bo jak chcesz się uczyć w liceum, to nie traktuj tego jako coś, co ci się należy, bo tak, tylko jako coś, na co musisz zasłużyć, bo to liceum a nie ochronka dla pensjonarek i nie jest tak, że kończy je każdy, kto chce. Do wyboru masz przecież Technikum Mechaniczne, Technikum Zawodowe i Szkołę Zawodową. Niby ta komuna chujowa ale przynajmniej nikomu nie wmawiali, że recydywista nadaje się na marszałka sejmu a ktoś, kto nie potrafi pisać poprawnie po polsku, na absolwenta polonistyki. I nikt się nie przejmował twoimi urażonymi uczuciami.
Dziwnym trafem przez 4 lata ogólniaka w mojej klasie żaden dyslektyk się nie ujawnił. Gdybym dostał możliwość zaznaczenia na arkuszu wypracowania z polskiego opcji 'dyslektyk', to poczułbym się urażony. Może i z perspektywy lat śmieszy to, jak się przed maturą napinaliśmy. Ale dla mnie to był najważniejszy egzamin w życiu, po którym chciałem być z siebie zadowolony. Wróć, chciałem być z siebie dumny. Nie mógłbym być dumny gdybym podpierał się jakąkolwiek protezą, poza olimpiadą tematyczną na poziomie ogólnopolskim (nie chciało mi się startować, to się musiałem obejść bez protez). Moja Mama mogła mi załatwić każdy papier w kwadrans ale nie przewidywałem opcji, by ją o coś takiego prosić. Zwłaszcza, że nie mógłbym mieć pewności jak na moją przypadłość spojrzeliby na studiach. Obawiałem się, że mogliby mieć moją dysleksję w dupie i nikt nie zabroniłby wykładowcy ujebać mnie na pisemnych z powodu błędów ortograficznych. A teraz każdy ma to w dupie, bo przecież jemu się należy. Ogólniak mu się należy, dobre studia a na nich wysoka średnia bez napinania. A po wyższej szkole baunsu i lansu należy mu się dobrze płatne stanowisko z szybką ścieżką awansu. Kurwa, kiedy nagle staliśmy się tak wygodni i roszczeniowo nastawieni do świata, który musi mi dać, bo jak nie to foch?
Między rokiem 1979 a 1998 na swojej ścieżce edukacyjnej, spotkałem jednego dyslektyka z kwitem. Na studiach, w grupie językowej. Kolega nie był w stanie zrozumieć kiedy piszemy o, kiedy a, gdzie stawia się znak miękki, i tego typu niuanse powodowały, że w wypracowaniu robił kilkanaście albo kilkadziesiąt błędów ortograficznych. Poza tym był bardzo inteligentnym, młodym człowiekiem, który zdanżał. I teraz uwaga: kwity załatwiła mu nasza lektorka od rosyjskiego, bo nie chciała, żeby ktoś, kto nieźle ogarnia temat poległ z powodu ortografii. I zdał. Dlatego okienko do postawienia w nim znaczka, powoduje u mnie atak śmiechu a potem napad zgrozy, zakończony pęknięciem czaszki.
-
2008/09/02 10:37:53
A ja mam tłumaczenie Łoźińskiego i jest ono, o dziwo całkiem udane. Łazik co prawda pozostał, ale nazwy własne i nazwiska pozostały oryginalne. Czytałem tę wersję kilka razy i było całkiem przyjemnie, co może dziwić zważywszy na fakt, że na wspomnienie tłumaczenia Diuny w wykonaniu tego Pana do dzisiaj mną telepie...
-
2008/09/02 10:45:01
@jarek_86
może masz późniejsze wydanie :) ja w swoim otoczeniu znam dwie osoby, które tłumaczenie Łozińskiego uważają za najlepsze na świecie. A to tylko dlatego, że była to pierwsza wersja, jaka im w ręce wpadła i mają do niej sentyment. Ja osobiście nie mogę zdzierżyć tej wersji, a najbardziej to chyba właśnie takich rzeczy jak Bagosz i Łazik.
-
2008/09/02 10:51:56
@Radek:

Problem z dysleksją w dzisiejszych czasach polega na tym, że pod tym pojęciem rozumie się zwyczajne lenistwo. Większość tzw. dyslektyków nie potrafi pisać poprawnie tylko i wyłącznie z tego powodu, że jedyny kontakt jaki mają ze słowem pisanym to, ten gdy dostaną smsa od kumpla. Im się po prostu nie opłaca uczyć, bo z tego co wiem, to zaświadczenie o dysleksji dostaje każdy kto na jakichś badaniach udowodni, że pisze z błędami. I nie jest to bynajmniej żadna choroba. A jako ciekawostkę podam przykład z mojego życia. Mając lat 22 z hakiem nadal nie znam zasad ortografii, co jakoś nie przeszkadzało mi w dwukrotnym wygraniu szkolnego konkursu ortograficznego kilka lat wstecz. A wszystko dzięki temu, że jak większość tu obecnych od najmłodszych lat spędzałem czas z nosem w książkach...
-
2008/09/02 10:53:28
@sally86:
Fakt, jest to wydanie bodajże z roku 2002, czyli pewnie jakieś poprawione, ale poprawione z klasą ;)
-
2008/09/02 10:56:32
Z Łozińskim jako tłumaczem, jest ten problem, że gość nie zna umiaru i ma takie zapasy tupetu, że pozazdrościć, w równoległym torze rzeczywistości mógłby być genialnym politykiem albo alfonsem. Nie dość, że bierze się za rzeczy, która z dawna wżarły się w kulturę, obrosły przekładami kanonicznymi (Diuna w rewelacyjnym tłumaczeniu Marszała, LOTR, wiadomo), to jeszcze na chama próbuje pokazać, swoja lepszość i fajniejszość, kompletnie przy tym zapominając, że tłumacz jest od chowania się za książką (nikogo nie interesuje tłumacz - pierwsza rada jaką dostałem, zabierając się za tę robotę i do dziś się jej trzymam) i tłumaczenie ma pokazać, że to autor jest świetny, a nie translator. Najlepiej to widać na przykładzie "Gdy oślica ujrzała anioła" Nicka Cave'a, co to chyba Zysk wypuścił właśnie w jego tłumaczeniu. Problem jest taki, że poprzedni przekład tej książki, teoretycznie anonimowy, w praktyce, 99% odbiorców wierzy, że jest zrobiony przez śp Beksińskiego, jest przekładem obłędnie genialnym, zrobionym przez gościa, który Cave'a czuł na wylot, tłumaczył jego teksty, jego poezję, gadał z nim kilkanaście razy i generalnie był specem w temacie i potrafił to wszystko w przekładzie oddać. A Łoziński siadł ze słownikami (i pewnie Murder Ballads zapodanymi w ripicie na słuchawach) i poleciał nudnym, wypranym z jakichkolwiek emocji przekładem filologicznym, który z tej depresyjnie dołującej książki, przesiąkniętej podróbkami Faulknera, zrobił jakiś płaski kawałek drewna, którego odechciewa się czytać po pierwszych 20 stronach, bo nie ma nawet cienia klimatu oryginału, czy poprzedniego tłumaczenia. I jak jestem jeszcze w stanie zrozumieć tłumacza, który próbuje własnych inwencji (jak choćby Polak tłumaczący Zamieć i Diamentowy Wiek, które, wbrew temu co twierdzi Dukaj, przetłumaczone były przepięknie), to tak zamordowanie książki, przez brak znajomości szerszego kontekstu w jakiej ja należy umieścić, to już jest grzech mocno niewybaczalny. Po prostu - po co brać się za bary z 'kultowymi' książkami, skoro na każdym kroku, w każdym zdaniu się potem ujawnia, że się tego 'kultu' kompletnie nie czai, a sama książka jest tylko zbiorem literek, które należy zmienić w inne literki.

(prywatne odmachiwanie do Blue Berry - też się cieszę, że wreszcie się gdzieś trafiamy poza martwymi forami:)
-
2008/09/02 11:00:41
@jarek86
papierka nie dostaje się jak udowodnisz, że nie umiesz pisać poprawnie. Dysleksja to nie tylko błędy ortograficzne typu pisanie 'u' zamiast 'ó'. To także zjadanie literek, przestawianie ich, zjadanie kawałka wyrazu, itp. Oprócz tego dysleksję dzieli się na dwa typy- wąska i szeroka. Wąska tyczy się pisowni. A szeroka obejmuje np. dyskalkulię (nie umie się liczyć) czy dysgrafię (nieczytelne z punktu graficznego pismo). Żeby dostać papierek trzeba udowodnić, że zna się zasady poprawnej pisowni. Jeżeli ktoś robi błędy bo nie zna zasad- to papierka nie dostanie.
-
2008/09/02 11:01:24
@jarek_86
no ja mam z 1996 roku... masakra :)
-
2008/09/02 11:04:24
@jarek_86
oczywiście nie zaprzeczam, że są przypadki, kiedy osoba, która dyslektykiem nie jest, takie zaświadczenie posiada- mama np. pracuje w poradni, ma kontakty, itp. itd. ale generalnie to nie jest aż takie proste, żeby załatwić taki papierek :)
-
2008/09/02 12:22:00
@tłumacze i tłumaczenia
Jak wspomniałem wcześniej, na pracę tłumacza mogę patrzeć tylko przez pryzmat jego umiejętności operowania językiem ojczystym i umiejętności oddawania klimatu i nastroju oryginału (zakładam, że horror ma straszyć, komedia śmieszyć a sensacja pompować adrenalinę). Mogę też spojrzeć przez pryzmat innych tłumaczeń. Inicjatywę mającą na celu zrobienie innego przykładu WP miałem za zbędną, bo wersja Skibniewskiej 'się czyta'. Zrozumiałbym gdyby za bary z gigantem wziął się jakiś wzięty tłumacz. Ale to przecież nie moje pieniądze i nie wnikam komu wydawca płaci, chociaż bolało mnie gdy patrzyłem, jak poznańskie[1] wydawnictwo topi kupę kasy w czymś niedobrym. Mieli szczęście, że atakowali w czasie gdy na rynku egzystowały sobie skromne 4 wydania WP (Czytelnik 1961 i 1981, 1990 CIA-Books i 1000 sztuk bajeranckiego Atlantisu z roku 1992) i był duży głód Tolkiena. Przecież gdyby takiego sziteksa rzucili w tej wersji na rynek dzisiaj, to sprzedaliby ze 200 egzemplarzy, bo zakładam, że wyznawcy Tolkiena kupiliby po sztuce po to tylko, żeby potworka zjechać. W ostatnich wydaniach, bodajże z 2002, Zysk zmienił sporo w wersji Łozińskiego i podobno da się to bez bólu czytać. Nie miałem w ręku, powtarzam opinie kilku znajomych.
I już mi się przypomniało dlaczego Zysk się tak spieszył. Chodziło o to, żeby swoje wydanie rzucić na rynek przed kolejnym wydaniem Skibniewskiej (1996, Muza). Dopięli swego. Ze skutkiem wiadomym.
Nowego tłumaczenia Diuny nie komentuję, bo wersja Marszała jeszcze bardziej 'się czyta' i cieszy mnie inicjatywa dotłumaczenia przez niego pozostałych części cyklu. Aczkolwiek nie mam nic przeciwko temu, żeby ktoś zaproponował mi swoją wersję krysnoża, dudnika, filtrfraka czy siczy. Jak będzie lepsza, to kupię.
Co do Diamentowego wieku i Zamieci mam jedną uwagę. Diamentowy czytało mi się przyjemnie, gładko i bez zgrzytów. Neologizmy były nieprzekombinowane i lekturę z punktu widzenia przyswajania zdań wspominam bardzo miło. Zamieć mi zgrzytała. Tłumacz ten sam a w porównaniu z DW zgrzyta i trzeszczy. Dopiero dłuższa analiza porównawcza stopki pokazała, że przy DW pracował redaktor (Jacek Inglot) a przy Zamieci już nie. Poza tym uwag brak i ciekaw jestem okrutnie, co nie pasowało Dukajowi?

[1] W myśl dowcipu: warszawiak na imprezę przyjdzie z litrem wódki, poznaniak z litrem zapojki a krakowiak ze szwagrem.
-
2008/09/02 13:13:24
Sally:
Z tym papierkiem to może trochę przegiąłem, chodziło mi o pokazanie, że zazwyczaj za etykietką dysleksji chowają się ignoranci i przygłupy, którzy z prawdziwą dysleksją mają tyle wspólnego co ja z baletem klasycznym.

@Radek:
"Aczkolwiek nie mam nic przeciwko temu, żeby ktoś zaproponował mi swoją wersję krysnoża, dudnika, filtrfraka czy siczy"

Hmmm, a w nowym wydaniu Rebisu jest "filtrak", dziwne, bo myślałem, że to tłumaczenie Marszała pozostało bez zmian...
-
2008/09/02 13:31:46
I właśnie przez rozdawanie papierków zwykłym, śmierdzącym leniom, uczyniono niedźwiedzią przysługę osobom, które faktycznie zmagają się z problemem dysleksji. Wiem, że uogólnienia są krzywdzące ale my, Polacy, mamy przedziwną zdolność do sprowadzania wszystkiego do absurdu. Nawet potencjalnie sensowne inicjatywy potrafimy ujebać jak mało kto. A teraz oddalam się, by pomyśleć nad nową notką.
-
2008/09/02 13:43:25
@Obiektywnie swietne = doskonale oddaja sens oryginalu i napisane sa co najmniej poprawna polszczyzna.

Jasne. A kto decyduje o tym, że doskonale oddają sens oryginału? (zwłaszcza w zdaniu "Wiem, że doskonale oddają..."?)
Wszystkie uznane definicje tłumaczenia posługują się pojeciami takimi jak: "sens", "wrażenie" i obowiązkowo "odbiorca", które jest tu pojęciem kluczowym. Ocena jakości tłumaczenia jest jak kolaps funkcji falowej - obecność obserwatora jest wprawdzie konieczna do eksperymentu, ale ta sama obecność wpływa na wynik eksperymentu, bo świadomość obserwatora kolapsuje wektor stanu. "Sens" tekstu czy "wrażenie" odebrane przez kilku różnych odbiorców nigdy nie będzie takie samo, bo wpływa na nie milion czynników, dlatego tłumaczenie może być "doskonałe" tylko czyimś zdaniem, bo, według przyjętych definicji, nie ma żadnego zewnętrznego kryterium, do którego można by się odwołać. Jeśli ktoś się bardzo uprze (choć nie wiem po co), może powiedzieć, że tłumaczenie jest doskonałe "formalnie" albo "technicznie", ale nigdy obiektywnie, bo dla tego typu pomiarów nie ma żadnego "obiektywnie".

@sally86
"już pominę fakt, że nazw własnych takich jak Shire czy Twofoot się nie tłumaczy"

Ech, znawcy. Nie mam powodu, by kochać Łozińskiego, ale wiem z pierwszej ręki, że w tym przypadku to akurat wydawca (Zysk) nalegał, żeby przetłumaczyć nazwy własne i żeby było "inaczej niż u Skibniewskiej".

@benzodiazepiny
"BTW - rispekt za zaprezentowanie rebusa "wojownik O'Neill" na konkursie filmowym."

Pułkownik O'Neill. Dzięki, sama byłam zdziwiona, że się udało. Za rok zapraszam do współpracy :)
-
2008/09/02 13:55:15
@ Poza tym uwag brak i ciekaw jestem okrutnie, co nie pasowało Dukajowi? Teraz już dokładnie nie pamiętam, wiem, że największe zarzuty poleciały w stronę modyfikacji kontekstów kulturowych - scena w której Hiro zaczyna machać mieczem, a Polak płynie z porównaniem do jakiejś słynnej polskiej bitwy (Grunwald? uciekło). Plus oberwało mu się za coś, za co powinien tak naprawdę dostać nagrody - za wymyślenie praktycznie od podstaw polszczyzny Stephensona. Za to, że nie przekładał tego stonowanym, literackim językiem, tylko genialnie (w/g mnie) pojechał ulicą, co dodało po polsku dodatkowego kopa tej książce, bo oryginał jest ciut bardziej gładki. Pamiętam, że się wtedy jakiś nawet dośc ostry konflikt wywiązał fandomowy, no ale to zboczeńcy są, więc już potem nie śledziłem, komu w końcu przyznano rację. Nie zmienia to jednak, że jak bym miał paluchem wskazać jednego z lepszych 'młodych' tłumaczy w Polsce, to Polak na takiej liście jest na pewno.
-
2008/09/02 13:56:16
@krystyna.ch
Może inaczej. Tłumaczenie nazw własnych to nie zbrodnia. Niemniej jednak, dla mnie to nie ma sensu- to jest nazwa własna i już. Nikt do Geroge'a w Polsce nie będzie mówił Jerzy.

No a fakt, że to wydawca nalegał wcale nie zmienia mojego poglądu, że jest to najgorsze z możliwych tłumaczeń, jakie znam, mimo że 'wina' Łozińskiego wydaje się być mniejsza...
-
2008/09/02 15:29:13
@tłumaczenie Łozińskiego
O tak, Zysk z 'inaczej niż u Skibniewskiej' uczynił jakiś fetysz i dlatego między innymi, nie potrafię zglanować Łozińskiego tak mocno, jak bym chciał. I dziwię się fandomitom mającym tę wiedzę (na wspomnianym przeze mnie konwencie przedstawiciel wydawcy sam to powiedział) a dalej jadącym po Łozińskim z zawziętością identyczną tej, jaką prezentowali 12 lat temu.
@tłumaczenie Stephensona
Trochę Dukaja rozumiem, bo jak napisałem wcześniej, Zamieć wydawała mi się nieco zbyt chropawa w stylu. Pewnie był tam element szumu związanego ze znajomością DW. Zresztą, powtórzę lekturę i się przekonam, a przy okazji sprawdzę, czy Hiro Protagonista się nie zestarzał.
Co do kodów kulturowych, ebook podpowiada: "Kendo ma się tak do samurajskiej walki na miecze jak szermierka do bitwy pod Grunwaldem". Zupełnie nie wiem dlaczego miałoby to komukolwiek przeszkadzać? W czym Grunwald jest gorszy od Hastings, Azincourt czy Poitiers (bladego pojęcia nie mam co jest w oryginale)? Czepianie się dla sztuki, tyle powiem.
-
2008/09/02 17:33:31
@Zamieć

Rok temu wyszło poprawione tłumaczenie:
esensja.pl/ksiazka/prezentacje/tekst.html?id=4593
-
2008/09/03 00:09:31
było:
"A auto Dowozicielatora ma wielkie, lepkie opony, rozmawiające z drogą dupskami grubych bab. Dowozicielator dotyka asfaltu, startuje jak inflacja, staje na pesecie."
jest:
"A maszyna Dostarczycielatora ma wielkie, lepkie opony, przylegające do drogi bieżnikiem wielkości uda bardzo tłustej damy. Dostarczycielator trzyma się twardo drogi, startuje jak rakieta, a zatrzymuje się w ułamku sekundy."

Brakuje mi tej lekkości i "mięcha" pierwotnej wersji.

Do książek wartych przeczytania dorzucam Jacka Womacka "Chaotyczne akty bezsensownej przemocy" i cykl komiksów "DMZ" .
-
2008/09/03 02:19:54
O, zdecydowanie wolę inflację niż rakietę i dupska niż uda. Zacząłem sobie dzisiaj czytać Zamieć i faktycznie, ta chropawość, która mi kiedyś przeszkadzała, teraz jest zupełnie niezauważalna i dodaje tłumaczeniu faktury. Jednak za pierwszym razem na odbiór duży wpływ miało bardziej uładzonego tłumaczenia Diamentowego wieku.
Chaotyczne akty bezsensownej przemocy, to jedna z tych książek, które gdyby miały treść choćby w połowie tak dobrą jak tytuł, to byłaby laureatką nagrody Nobla. Nieźle napisane ale historia waliła sztampą i brakowało tak naprawdę tych bezsensownych i chaotycznych aktów przemocy. Może gdybym ją przeczytał na studiach, odbiór byłby łaskawszy. W moje ręce wpadła kilka lat temu. Za dużo widziałem, za dużo czytałem, by mogła mnie ruszyć. Jedna z tych rzeczy, która zbiera świetne recenzje a mnie w ogóle nie zwilżyła. Poza tym tłumaczenie Łozińskiego mnie nie do końca przekonało. Podczas lektury miałem wrażenie, że na nieporadność językową narratorki (zakładam, że jest to zamierzony zabieg Womacka) nakłada się niepewność tłumacza jak to właściwie przełożyć - ugładzić, jakby autorem pamiętnika była osoba starsza a nie nastolatka, czy spróbować młodzieżowej stylizacji językowej. I wyszło na to, że w stylizacjach Łoziński chyba nie czuje się najlepiej.
-
2008/09/03 02:22:42
"The Deliverator's car has big sticky tires with contact patches the size of a fat lady's thighs. The Deliverator is in touch with the road, starts like a bad day, stops on a peseta."
-
2008/09/03 09:48:05
@Łoziński

Wychodzi na to, że Łoziński partaczy każde- w mniejszym lub większym stopniu- tłumaczenie, jakiego się dotknie. Aż dziw bierze, że on ma jeszcze pracę w tym zawodzie.

A tak z książek polecanych to ja dodam Marquez'a... Wszystko, z wyjątkiem Kroniki zapowiedzianej śmierci- tytuł może i chwytliwy, ale dłużyzna straszna (co dziwi, bo książka jest cieniutka). Generalnie u Marquez'a się dłuży i ciągnie, ale w jakim stylu!
-
2008/09/03 10:59:22
Random Acts of Senseless Violence to tak naprawdę jest książka mistrzowska (Womack zresztą od dobrych paru lat idzie na jednego z największych współczesnych fantastów), tekst taki, który śmiało można postawić obok Kwiatów dla Algernona i mieć poważny problem z decyzją, który lepszy. Ma tylko jedną wadę - nie da się jej przełożyć (to wada praktycznie wszystkich jego książek) i w każdym innym języku będzie brzmiała źle. To jest książka wyrastająca z podstaw języka angielskiego, język jest w niej najważniejszym bohaterem i tak naprawdę każdy przekład musiałby polegać na napisaniu jej od podstaw w innym języku. Inaczej zawsze wyjdzie sieka. W ogóle byłem zdziwiony, że ktokolwiek się na taki krok zdecydował.
-
2008/09/03 13:10:42
No i ja tak coś czułem, że źródłem zachwytów nie jest opowiedziana historia (no dobra, nie jedynym źródłem) a coś więcej. Coś, jak czytam, utraconego w przekładzie. Pytanie branżowe - jest w Polsce ktoś, kto mógłby się z tą pozycją skutecznie zmierzyć?
-
2008/09/03 13:16:51
Co do nieprzekładalności - ciekawe, czy właśnie dlatego Znak dał sobie spokój z wydawaniem Jaspera Fforde i cyklu o Thursday Next? Wyszły tylko dwa tomy, Well of Lost Plots była chyba zapowiadana ale nigdy nie ujrzała w Polsce światła dziennego - w sumie się nie dziwie, bo książka jest mocno o angielskim i w tłumaczeniu sporo by straciła.
-
2008/09/03 13:43:10
A tak swoją drogą, to czy nasza kochana ojczyzna wydała jakiś odpowiednik Womacka ? Tylko mi nie wyjeżdżajcie z Masłowską, bo to kiepski żart będzie...
-
2008/09/03 13:51:45
A z polecanek to cokolwiek Palahniuka, ale jestem pewien Radku, że znasz, więc może ktoś inny się zapozna z jego twórczością...
-
2008/09/03 14:13:04
co do Palahniuka, to się nie mogę doczekać, jak tylko dostanę w swoje łapki najnowsze dzieło (Snuff) tegoż pana...
-
2008/09/03 16:11:30
@masłowska

Bardzo mi się podoba pogarda w stronę Masłowskiej wykonywana przez ludzi którzy nic jej nie czytali. Masłowska i Witkowski Michał (Lubiewo) to teraz jedni z najlepszych (językowo) polskich aktywnych pisarzy.

Nieszczęsny artysta na którego nikt nie pluje.

Palahniuka już ktoś polecał, dodam Dojczland Stasiuka, Ziemkiewicz Ciało obce, przyzwoite, ale dołujące i polityczne są rzeczy Horubały (Farciarz, Umoczeni), no i JPod Douglasa Couplanda (ale do tego trzeba znać przynajmniej Fight Club, Pokolenie X i Microserfs a najlepiej większość rzeczy Couplanda bo facet drze łacha z większości swoich książek).

A Palahniuka obowiązkowo Fight Club i Choke. Najlepiej w oryginale, tłumaczenia są takie sobie.
-
2008/09/03 16:37:58
@weirdnik:

Pogarda to to nie jest, bo na nią trzeba sobie czymś zasłużyć, np. urażając moje uczucia w swoich utworach , co jak dotąd się jej nie udało. Temat odrobinę znam, pierwszą powieść czytałem i nadal nie rozumiem i nie podzielam zachwytów nad grzmotem, który byłby w stanie napisać inny byle licealista i raczej nie dostałby za to nagród i uwielbienia krytyki. Może kiedyś Pani Masłowska mnie swoją pisaniną zainteresuje bardziej, chociaż szczerze w to wątpię, bo jak powiedział S. King "pisarzem się trzeba urodzić". Medialna otoczka to trochę za mało...
-
2008/09/03 17:26:49
@weirdnik
Bardzo mi się podoba pogarda w stronę Masłowskiej wykonywana przez ludzi którzy nic jej nie czytali. Masłowska i Witkowski Michał (Lubiewo) to teraz jedni z najlepszych (językowo) polskich aktywnych pisarzy.

Jakoś mnie ominęła sraczka medialna na temat Wojny polsko-ruskiej więc po nią nie sięgnąłem. W sensie, że wiedziałem o takim fenomenie ale jakoś woli we mnie nie było. Przyatakowałem natomiast Pawia królowej - dude, to bełkot jest. Walczyłem, starałem się, próbowałem znaleźć te fajerwerki językowe. No nie poszło, przeczytałem kilkanaście albo kilkadziesiąt stron, po czym odpadłem gdyż zabiła mnie forma. Nadmienię, że do lektury zasiadałem bez uprzedzeń, raczej na zasadzie - zobaczymy o co w tym fenomenie chodzi. Z mojej strony zero pogardy natomiast mam w sobie ocean zadziwienia nad zaistnieniem na rynku fenomenu o nazwie 'Masłowska'.
Z książek Palahniuka szarpnąłem dwa tygodnie temu Fight club (nie pytajcie, tak jakoś wyszło) i nabrałem po nim chęci na coś więcej. Bo podoba mi się to, co facet ma w głowie a dodatkowo, jako korporacyjny szczur, znalazłem w FC tyle smakowych rzeczy, że hoho. Także klei się kolejne niewielkie zamówienie.
-
2008/09/03 17:59:59
@radkowiecki

Trochę mam wrażenie, że to ci nie pasi bo tam jest tylko forma, ktorą łykasz albo nie. DGCC.

Myślę, że jakby kiedyś pójść z Palahniukiem na wódkę z corn dogami, to rozumielibyśmy się bez słów.

@jarek

"mogłby napisać inny byle licealista"

Go do it, bitch.

A co do mądrego zdanka z Kinga, to nie pamiętam numeru z Erystyki, ale to jest argument przez autorytet, w dodatku słaby bo a) samo stwierdzenie jest masłem maślanym (można powiedzieć "operatorem wózka widłowego trzeba się urodzić"), a b) King może sobie najwyżej mówić że "Kingiem trzeba się urodzić", c) stwierdzenie "Masłowską trzeba się urodzić" ma identyczną wartość.

Dodatkowo Masłowska NAJPIERW napisała dobrą rzecz a hypa była PÓŹNIEJ (bo PDW raczej nie ma kasy na takie promocje).
-
2008/09/03 18:40:54
Co nie zmienia faktu, że w moich oczach jest pisarką, wybacz określenie chujową. A za 20 lat raczej nikt o niej pamiętał nie będzie. Taka maskotka jednego sezonu.
-
2008/09/03 19:52:24
@ wierdnik
"Bardzo mi się podoba pogarda w stronę Masłowskiej wykonywana przez ludzi którzy nic jej nie czytali. Masłowska i Witkowski Michał (Lubiewo) to teraz jedni z najlepszych (językowo) polskich aktywnych pisarzy."
Pozwolisz, że zacytuję ową mistrzynię słowa polskiego:
"Była sobie złota rybka, powiedz Patrycha, czemu jesteś taka brzydka, raz niósł Grzegorz kij, kto ci zrobił twój rozszczepiony ryj, stała na przystanku wiata, Patrychę rucha jej tata. Stał na ulicy ford fiat, ją rucha jej brat. Niósł raz dziadek puzon, Patrychę ruchał kuzyn. Była w rzece tama, Patrychę rucha jej mama.
A potem jej spódnicę zabrały do ogródków wrzuciły i piasku do buzi nasypały a potem na nią nasikały a potem się z niej śmiały tu cię powołał Pan i nawet z parteru dałn choć nie wiedział z czego, to się z niej śmiał, krzycząc esse majne szajse zi szwajne raj, powiedz jak zapamiętał słów trudnych tyle, a sycząca piana leciała mu z ryja i przy trepach się pieniła, różowy mongolski jad, kap kap apokalipsy bliskiej znak, tak."
Zakładam, że jesteś oczytany(a?) i znasz "Poemat dla dorosłych" Ważyka. Znajdź zakończenie fragmentu o wodzie morskiej, a znajdziesz mój komentarz do typu takiej prozy.
"Dodatkowo Masłowska NAJPIERW napisała dobrą rzecz a hypa była PÓŹNIEJ (bo PDW raczej nie ma kasy na takie promocje)."
ROTFL, rozumiem, że jakby Masłowska była beztalenciem, to wypromowano by ją ZANIM napisała książkę? Ciekawa teoria, indeed.

-
2008/09/03 21:25:23
@ Pytanie branżowe - jest w Polsce ktoś, kto mógłby się z tą pozycją skutecznie zmierzyć?

Blado to widzę, nie ma tłumacza, który poświęci co najmniej rok na książkę (a to przy Womacku jest minimum) żeby skasować za to jakieś 5k. Z czegoś trzeba mieć jednak na chleb. Ten sam problem dotyczy drugiego mega totala angielskojęzycznej fantastyki, czyli Jeffa Noona, którego Wurt i Pyłki wyszły w słabiuteńkich przekładach i którego kilka opowiadań (selfipimping mode on) w moich wersjach( selfpimping mode off) było chyba jednymi z najbardziej jebanych w dziejach tekstów opublikowanymi w Nowej Fantastyce :) (każdy powód do dumy dobry:). A koleś pisze po prostu przegenialnie, kompletnie obok tego, co działo się dotąd w cyberpunku, tylko, że porządne przetłumaczenie takiego np Needle on The Groove czy Cobralingus to są lata pracy. Choć i tak mam nadzieję, że kiedyś jakiemuś wydawcy wkręcę choćby Automated Alice, bo to jest przegenialna książka, która powinni znać wszyscy.

@ A tak swoją drogą, to czy nasza kochana ojczyzna wydała jakiś odpowiednik Womacka ?

Sprawdź sobie Radio Armagedon Żulczyka. Nie wierz mojej polecance, bo jest podszyta kumoterstwem, ale tak czy tak - sprawdź. Tam też w paru miejscach jest nieźle uchwycony kryzys polszczyzny, jako języka nieadekwatnego do opisu dzisiejszego świata, choć nie aż tak ostro, jak u Womacka, gdzie jest to temat centralny. W ogóle, jak Cię kręci 'fantastyka lingwistyczna' (ale se kurna termin wysmażyłem) to koleś konieczny do sprawdzenia - Samuel R. Delany - Gwiazda Imperium, Punkt Einsteina i Babel-17 - to jest po polsku, całkiem porządnie zrobione, choć i tak oryginały rulez:) O Masłowską kłócił się nie będę, ale żebyś nabrał jeszcze większej wątpliwości, co do moich rekomendacji, powiem tylko, że mam ją za pierwszą od czasów Leśmiana osobę, której udało się zdemontować język od środka i wypierdolić go z hukiem w powietrze. Bez cienia litości 18 letnia panienka wytyczyła nowe granice polszczyzny i tego jej już nikt nigdy nie odbierze.

@ Palahniuk

Koniecznie Lullaby, najbardziej koniecznie zbiór esejów i reportaży Non-Fiction otwierający się takim tekstem: Testy Festy i zawierający np taką opowieść: You are Here, bardzo koniecznie opowiadania z Haunted, otwierane legendarnym GUTS. Z powieści wymiatają jeszcze Invisible Monsters. Reszta, czyli Rant, Diary, Survivor to porządne czytadła, a ekranizacja Choke wchodzi jakoś w tym roku do kin i wygląda nieźle. Przy okazji - Udław się serio tłumaczył jeden z najlepszych fachurów w tym kraju, gość odpowiedziały na przykład za większość polskich tłumaczeń McLeana.

Się kurna rozpisałem, sorry będzie mnie to kosztowało 10 kliknięc udowadniających, że nie jestem spambotem.
-
2008/09/03 21:35:12
W temacie edukacji brytyjskiej: w ksiazce J. Humphrysa "Beyond words" (swoja droga, polecam goraco) znalazlam fragmenty broszury wydanej przez Ofsted, czyli ichnie kuratorium, jako podrecznik dla wizytatorow (!!!). Ksiazeczka ta miala pomoc im wpisaniu zrozumialych raportow. Wszystko fajnie, sluszna inicjatywa, tyle ze... Oto cytat:
"Use 'I' if you are doing the action of the verb (for example, the speaking in 'I spoke to him'). Confusion can arise when there is more than one person doing the action ('Claire and I spoke to him') or having the action done to them ('He spoke to Claire and me'). If you ar unsure which is correct try removing the extra person from the sentence. 'He spoke to I' is obviously wrong. "
Tego jest wiecej i wszystko na tym poziomie! "Note the difference between 'its' and 'it's'". Cuda, panie.
-
2008/09/03 22:57:47
@popirad

My point exactly, tak się teraz mówi, tak mówi ulica. Żeby to napisać trzeba mieć świetne ucho językowe. Naprawdę nie słyszysz rytmu w tym kawałku?

Znaczy oczekujesz że sztuka ma być przyjemna?

@talent i promocja

Jest mnóstwo złych książek obficie promowanych, chociażby Eragon Paoliniego.
-
2008/09/04 00:23:37
@brain
5k za tłumaczenie? No to tłumacze w Polsce mają taką bonanzę, że nic tylko brać się za tą robotę. Ale to tak w ramach żartu mi się powiedziało.
Przy Wurcie i Pyłkach odpadłem i jeżeli to jest słaby przekład, to przy dobrym albo bardzo dobrym zszedłbym z rozkoszy czytelniczej. Zresztą książki tak mnie urzekły, że na jakość tłumaczenia nie zwróciłem w ogóle uwagi.
Numer Fantastyki z opowiadaniami namierzyłem więc jak wysępię (bo NF przestałem kupować 5 lat temu), to poczytam i za cynk dzięki. Delaneya polecają mi różne osoby od dłuższego czasu więc ponownie coś na rzeczy jest. Nad Radiem Armagedon medytowałem ostatnio w Empiku, ale w końcu odpuściłem, bo nie miałem klimatu na czytanie o młodzieżowym buncie.
Co do Masłowskiej - daleki jestem od odbierania jej prawa do zabawy z formą, nie mogę i nie chcę krytykować czegoś, czego nie czytałem. Jedną szansę jej dałem, może kiedyś spróbuję się wziąć za bary z Wojną. Na razie kojarzy mi się z dziewczynką przynudzającą w swoich felietonach w Przekroju i z zabójczo nieczytalnym Pawiem królowej.
Palahniuka zamówiłem wszystko, co jest po polsku. Akurat przyjdzie jak przeczytam ostatnią pozycję z zamówienia poprzedniego.
@slotna
Serdecznie się uśmiałem. Dzięki.
@weirdnik
Promocja książek mnie osobiście cieszy, nawet jeżeli klakę dostają ewidentne gnioty albo grafomania. Bo to oznacza, że rynek wydawniczy zorientował się, że wojna skończyła się 10 lat temu, wylazł z piwnicy i zaczyna powolutku normalnieć. Oczywiście długa jeszcze droga przed nami ale mam niepłonną nadzieję, że któregoś dnia wydawcy zaczną spraszać do Polski autorów, robić tym imprezom pijar i reklamę a ludzie w kolejce będą się tratować tak, jak teraz robią to przy okazji wizyt Pratchetta czy Gaimana. A jak ktoś kiedyś wyważy otwarte drzwi i inteligentnymi, transparentnymi i nieinwazyjnymi metodami zacznie kreować modę na czytanie (ale tak na poważnie), to doznam ekstazy ostatecznej. Nawet nie wiecie jak mnie przygnębia widok moich współpasażerów, którzy przez godzinę gapią się w okno albo przed siebie. A w tym czasie mogliby przecież czytać książkę. Choćby i tego Harlequina. W ogóle dziwi mnie daremny poziom czytelnictwa w Polsce, bo przy całej świadomości różnic jakie są między Przyjaciółką a Głowackim, to tej pierwszej średnio co tydzień sprzedaje się ponad 400 tys. egzemplarzy a ten drugi trafił na Koszyki. Jako nacja czytamy wcale sporo ale jesteśmy z jakiegoś powodu za leniwi na książki. Kurde, chyba zrobie na ten temat branżowo-kryptyczną, nafaszerowaną niezrozumiałymi wskaźnikami notkę.
Na koniec pytanie odnośnie kolejnej pozycji - dostałem kilka dni temu niusa o tym, że wyszło po polsku Fear and Lothing in Las Vegas. Film widziałem 3 razy i za każdym razem jebie mi mózg dokumentnie. Jaka jest książka? Lepsza? Inna? Warto wyszarpać 26 złotych?
-
2008/09/04 01:14:27
Jeszcze polecam (bezustannie) "Znaczy kapitan" K. O. Borchardta. Zdaje sie, ze nawet mam przy sobie e-booka, ciezko sie rozstac :)
Teklak, jak chcesz, to te ksiazke ("Beyond words" znaczy) ci moge pozyczyc, rodzina mi jutro wybywa do Pl, a do Px Zuzka dostarczy. Wydaje mi sie, ze moze cie to zainteresowac, zabawne jest na pewno. Wlasnie kupilam cos w rodzaju pierwszej czesci, po miesiacu wreszcie dotarlo do wsiowej ksiegarni, ech.
-
2008/09/04 03:09:49
@radkowiecki

A zrób notkę z liczbami. Ja chętnie przeczytam.

Co do promocji, problem jest w tym, że Polska jest Radomiem Europy, jak to ostatnio Czerski napisał i tu różne kupy się sprzedaje, a lokalna produkcja niestety słaba jest.
-
2008/09/04 09:25:42
@ Na koniec pytanie odnośnie kolejnej pozycji - dostałem kilka dni temu niusa o tym, że wyszło po polsku Fear and Lothing in Las Vegas. Film widziałem 3 razy i za każdym razem jebie mi mózg dokumentnie. Jaka jest książka? Lepsza? Inna? Warto wyszarpać 26 złotych?

Z przyczyn zupełnie osobistych muszę odpowiedzieć - tak, warto! Co do różnic film - książka, to Las Vegas Parano od dawna uchodzi za jedną z najdokładniejszych ekranizacji w dziejach, choć nie jest to przełożenie 1:1. W książce znajdziesz parę scen bonusowych i inny język, więc jak jesteś fanem dialogów z polskiej wersji filmowej, to może Ci zgrzytać - już słyszałem takie zarzuty. Tłumaczenia ocenić nie mogę:)
-
2008/09/04 09:26:39
@weirdnik

to zależy, co komu się wydaje przyjemne. Przyznam- nigdy nie czytałam Masłowskiej, ale po tym fragmencie mi się odechciewa. Serio.

Sztuka nie musi być przyjemna, ani piękna. Ale jak to kiedyś określił mój kolega- trzeba umieć odróżnić sztukę od gówna zawiniętego w srebrny papierek. Nie mówię, że Masłowska to gówno- nie czytałam, nie wypowiadam się. Tak mi się tylko przypomniało.
-
2008/09/04 09:54:27
@slotna
Oczywiście, że chcę tylko poproś Zuzę, żeby mi dała cynk jak już do niej dotrze, bo ja ostatnio kontuzjowany i do Px wpadam rzadko.
Znaczy kapitan czeka w kolejce do przeczytania a po ostatnim rejsie (Zawisza Czarny ludziska!) muszę go skolejkować znacznie wyżej, bo to kult jest wśród ludzi morza. FaLiLV dodane do zamówienia, notka filmowa do poczekalni (ale przedpremierowo wam powiem, że miniseria Generation Kill jest mistrzowska) a ja zasiadam do analizy porównawczej rynku czasopism i książek.
-
2008/09/04 11:50:55
@weirdnik
Nie twierdzę, że sztuka musi być zawsze przyjemna. Sam jestem fanem Baudelaire'a czy Witkacego(a przecież np. stary, dobry Żeromski tez miał na koncie kilka mocniejszych kawałków). Ale dla mnie umieszczanie takich rzeczy musi mieć cel, sens i dobrą artystycznie formę. Wzięcie na warsztat języka żulernii i konstruowanie z jego pomocą fragmentów o ruchaniu czy gównie nie jest dla mnie zasługą. A rytm to byle piosenka disco polo ma. Młodziutki Czesław Miłosz w debiutanckim tomiku "Poemat o czasie zastygłym" zamieścił krótki tekst prozą rymowaną "Luli", który jest moim zdaniem dziesięć razy lepszy od całej Masłowskiej.
@braineater
Nie wiem, co konkretnie masz na myśli przez "wypierdolenie języka w powietrze", ale jeśli przyjmiemy Leśmiana za wzór, to między nim a pożal się Boże Masłowską znajdzie się kilka nazwisk, jak Baczyński, Wierzyński(zwł. jego poezja powojenna) czy Białoszewski(którego lubię średnio, ale doceniam jego znaczenie). Zaś osiągnięcia panny M. mogą jej zostać odebrane za kilka lat, gdy tylko rozmaite gadające głowy przestaną onanizować się jej twórczością. Zresztą nawet faktyczne zasługi w literaturze nie zawsze chronią przed zapomnieniem Ilu ludzi dziś zna dobrze utwory Wierzyńskiego z lat 50 i 60? Kto kojarzy bardziej Andrzejewskiego jak autora "Idzie skacząc po górach" czy "Miazgi" niż "Popiołu i diamentu"? Kto oprócz wąskich specjalistów zna Romana Jaworskiego, prozaika prekursorskiego wobec całej XXwiecznej awangardy?
Do Masłowskiej jak sądzę bardziej by pasował ksiądz Baka.
-
2008/09/04 12:10:37
@nie ma tłumacza, który poświęci co najmniej rok na książkę

A jest wydawca, który mu na to pozwoli? Ostatni przypadek, jaki znam to Cryptonomicon (Próchniewicz półtora roku tłumaczył) i Diamond Age, ale to jednak a) cegły były i b) odpowiednio sześć i jedenaście lat temu.

@5k za tłumaczenie? No to tłumacze w Polsce mają taką bonanzę, że nic tylko brać się za tą robotę.

Yep, zwłaszcza, że taka kwota to raczej za 400-stronicową powieść Webera (bo płacą od znaków) niż za cieniutkiego Womacka, przy którym w roboty jest więcej o dwa rzędy wielkości. Ale to nawet nie bardzo szkodzi, dobrze jest mieć na boku coś dającego dużą frajdę i niekoniecznie duże pieniądze. Mam takie małe marzenie, żeby przetłumaczyć od nowa jedną powieść, którą zamordowano w przekładzie ze szczególnym okrucieństwem, ale jak znam życie, to znów ktoś mnie ubiegnie.

@Nawet nie wiecie jak mnie przygnębia widok moich współpasażerów, którzy przez godzinę gapią się w okno albo przed siebie.

Czasem po dziesięciu godzinach kontaktu ze słowem pisanym ostatnią rzeczą, na jaką mam ochotę, jest czytanie w autobusie i chyba wolałabym już patrzeć na schnącą farbę.
-
2008/09/04 12:27:35
Dobry trop z Mironem, przy okazji trochę sam sobie odpowiadasz na pytanie dlaczego Masło Ci nie wchodzi. (z dupy anegdotka o Andrzejewskim - Iwaszkiewicz twierdził, że tytuł Idzie skacząc po górach, jest niepełny, bo powinien brzmieć - Idzie skacząc po górach, podpierając się chujem - co jakby po przeczytaniu tego jest dość oczywiste:).

Gadające głowy Masłowskiej nie odpuszczą - nawet na moim konserwatywnym uniwerku o niej ględzą na wykładach z lit.pol i jakby panuje ogólna zgoda, że dziewczę jest zjawiskiem istotnym - i ci goście, co musisz wziąć pod uwagę, tworzą podręczniki literatury - so, Masło już w nich jest i najwyraźniej będzie tam już na zawsze.

Wracając do Mirona - kiedyś tam z kimś gadałem o nim i o Maśle i tak nam w sumie wyszło, że główny problem niechęci do tych autorów dość często wynika z braku słuchu (nie twierdzę, że to Twój przypadek, zupełnie nie bierz tego osobiście, hipoteza taka tylko). Miron na papierze, a Miron wykrzykiwany w odpowiednich okolicznościach - 5 nakurwionych w beton literaturoznawców robiących sobie konkurs na najwięcej zapamiętanego Mirona, to są zupełnie inne bajki. Masło ma tak samo, albo bardziej - ten język nie służy tak za bardzo do przesuwania oczkami po literkach i dokopywania się głębokich pokładów przemyśleń życiowych (no bo, k, kto w wieku 18 lat ma głębokie przemyślenia? Rimbaud, ale wszyscy wiemy, jak się to dla niego skończyło). Musisz go po prostu usłyszeć (gówno tam musisz, ale jak chcesz się w to wkręcać, to to jest warunek niezbędny). Dla mnie, jako że namiętnie podsłuchuje ludzi w komunikacji i na ulicach (żeby chociażby wiedzieć, jaki język hula dziś na żywo, co się w robocie przydaję), obie powieści Masła są idealnym zapisem mowy tramwajowej i autobusowej przełomu wieków. Czytając oba teksty naprawdę się czuje jakby jechał w godzinach szczytu tramem przez Katowice i kątem ucha słyszał strzępki dialogów, monologów i innych wypowiedzi zapodawanych przez tłum w swojej masie. Panna w perfekcyjny sposób oddaje kadencję tej mowy, jej rytmy, jej nieporadność, jej tendencję do banalizacji wszystkiego, jej niewystarczalność do opisu rzeczywistości, idealnie łapie słowa - klucze, takie jak zajebiście, które w ciągu ostatnich lat większości ludzi zastąpiły cały szereg wyrazów opisujących fajność czegoś. Naprawdę, Dorotka jest idealnym mentalnym dyktafonem, który w dodatku potrafi to wszystko perfekcyjnie odtworzyć. Mnie to wystarcza, brak treści, brak fabuły mnie wali, za stary jestem, żeby się nadal fabułami i przekazem jarać, wszystkie fajne już były dawno temu odrobione lepiej, ale za sam styl ma panna u mnie pomniczek trwalszy od spiżu.

Plus wiesz, jest jeszcze do tego klimat, jaki uwielbiam w temacie wydarzeń literackich - przychodzi nikt znikąd, szczyl jakiś, dziecko nieledwie i rzuca na stół wyzwanie - wiem, że wy dziadygi, macie swoja wizję języka, literatury, ale se popaczcie - można inaczej i jest spora ekipa, która to łyknie. Spróbuj sobie przypomnieć, kto ostatnio tak się wbił w światek literacki, nie próbując w żaden sposób nawiązywać do tradycji, zapodawać jakiś Ważnych Tekstów o chujach mujach, powinnościach i polskości, tylko jadąc mocno introwertycznym, mocno hermetycznym, bardzo osobistym i własnym tekstem, dla którego ciężko znaleźć jakieś pierwowzory, oprócz tych paru nazwisk, co je już obaj wymieniliśmy i to tez bardziej na zasadzie 5 rzędnych inspiracji.

Przy czym - cały czas rozumiem dlaczego Masło nie wkręca - o dziwo najbardziej nie wkręca zażartych czytaków, co to nie potrafią sobie dnia bez książki wyobrazić. To, co zrobiła w Wojnie i Pawiu to jest naprawdę mega poważny zamach na wszystkie przyzwyczajenia czytelnicze i budzi całkowicie zrozumiały opór. Coś na zasadzie, jakby próbować przekonywać bogobojne małżeństwo, co to całe życie wierzyło w pozycję misjonarską, ze anal też może być fajny. Pojawiają się te same reakcje obronne, zaczynające się najczęściej od "ależ to jest ohydne" i "jak niby mam mieć orgazm w tej pozycji."

(jestem spambotem)
-
2008/09/04 12:40:00
@krysia
Czasem po dziesięciu godzinach kontaktu ze słowem pisanym ostatnią rzeczą, na jaką mam ochotę, jest czytanie w autobusie i chyba wolałabym już patrzeć na schnącą farbę.

Wszystko rozumiem ale dam sobie rękę uciąć, że moi współpasażerowie przez ostatnie 10 godzin spali. Ja też miewam kryzysy, oczy mnie bolą czy zwyczajnie nie chce mi się czytać. U nich ten kryzys jest permanentny, bo po prostu nikt ich nie nauczył tego, że czytanie może sprawiać przyjemność.
-
2008/09/04 20:55:33
@Jarek_86
"Bunt" Barnima Regalicy mógłby dać radę, ale chyba przedmowa Parowskiego przekreśliła szanse człowieka na dalsze publikowanie czegokolwiek. Polecam również opowiadanie Sapka "W leju po bombie" . A tak na marginesie, Sapkowski wyłaził na każdej bodaj prelekcji na tegorocznym Polconie. W ten czy inny sposób he he. Nasi fantaści mają chyba potężny kompleks AS-a.
-
2008/09/04 21:16:58
@Chomiorkoala
Sapkowski za Sapka leje w mordę :-)
Sapki to fani ASa, a AS to AS.
-
2008/09/04 22:11:11
@borsuk
Proszę, człowieku, bez takich mi tu. Jesteśmy tu tylko gośćmi...więc się odpieprz.
-
2008/09/05 01:24:09
@Sapkowski wyłaził na każdej bodaj prelekcji na tegorocznym Polconie. W ten czy inny sposób

Zdecydowanie w inny, bo sam się nie zjawił (widać złamana ręka skutecznie uniemożliwia mówienie i odpowiadanie na pytania) i zdecydowanie nie na prelekcjach, tylko na ogólnych panelach "Co z tą fantastyką".
-
2008/09/05 02:05:04
Znaczy że co, że buce? Sapkowski i wesoła grupa? A niech sobie będą bucami, tylko błagam, niech trzymają poziom w tym, co jest ich głównym zajęciem. Niech taka Masłowska po zajebistej "Wojnie..." nie zaczyna pisać infantylnych felietonów. Niech ktoś cofnie czas i wytłumaczy Sapkowskiemu, żeby nie pisał tego egotycznego "Narrenturm". Niech ktoś powie Kingowi, że skoro przez ładne dziesiąt lat trzymał zajebisty poziom, to niech do cholery nie pisze (albo nie zleca napisania) "Komórki", bo ja, czytając Kinga we wszystkich możliwych przekładach i w oryginale, z moim obsesyjnym uwielbieniem dla człowieka, w "Komórce" nie jestem w stanie przejąć się losami tych patałachów (dawno nie czytałam tak tragicznie papierowo nakreślonych postaci). Niech sobie wyłażą na prelekcjach i opowiadają pierdoły, ale niech robią to, co potrafią najlepiej, Taki mały, pokorny apel. Zostawmy kompleks Poety - Geniusza Miłoszowi, bo tylko jemu to wychodziło.

A co do tłumaczy, to, zapewne tak jak Krystyna, trochę kumam ten bardzo specyficzny światek. Będąc całkiem świeżą tłumaczką przysięgłą wiem, że albo możesz być MISTRZEM w dziedzinie tłumaczeń literackich (Carlos Marrodan Casas, Robert Stiller, Barańczak, Zieliński - genialne tłumaczenia Steinbecka, zwłaszcza "Tortilla Flat", Boy-Żeleński, Szymanowski - cały Eco), albo giniesz w papce miernych chałturników, łowionych przez wydawnictwa takie jak Amber albo Red Horse. Na tłumaczenie masz miesiąc, płacą ci 4-5 stów od arkusza (40 000 znaków) i weź to człowieku pokochaj. Ja się przymierzam do tłumaczenia Brysona na przykład i wiem, że za cholerę nie dostanę za to kasy, na jaką zasługuję (i na jaką zasługuje Bryson). Ba, nie dostanę za to żadnej kasy, bo nikt mnie o to nie prosił. I dobra. Zrobię to nawet za darmo i puszczę w necie. Bo chcę się dobrze bawić przy pracy. Nie wiem czy tu jest jakaś puenta, chyba ją zgubiłam przy drugim czy trzecim zdaniu. Dżenerali chodzi mi o to, że sztuką (czy przekładu czy pisania) powinni zajmować się chorzy psychicznie pasjonaci i namiętnicy, którzy mają gdzieś hajs, tylko po prostu muszą to wszystko wywalić z siebie, zanim spleśnieje. Muszę zajarać. Kłaniam. Pozdrowienia dla Radka, który na 100% zaczai o co mi chodzi.
-
2008/09/05 08:25:27
"Gadające głowy Masłowskiej nie odpuszczą - nawet na moim konserwatywnym uniwerku o niej ględzą na wykładach z lit.pol i jakby panuje ogólna zgoda, że dziewczę jest zjawiskiem istotnym - i ci goście, co musisz wziąć pod uwagę, tworzą podręczniki literatury - so, Masło już w nich jest i najwyraźniej będzie tam już na zawsze."
Tak BTW, gdzie studiujesz? Bo jeśli UW, to melduję, że niedługo wstępuję w progi tej szanownej instytucji...
A podręczniki to tak naprawdę żaden argument. Za 20 lat wszystko się może zmienić. Zauważ chociażby sytuację z prozaikami polskimi - gdzie są teraz(mówię o odbiorze) Brandys i Żukrowski? U mnie w podręczniku Andrzejewski jest ledwo wspomniany(i bodajże ani słowa o jego późniejszych powieściach). Z nowszych przykładów - byliśmy świadkami wyparowania Szczypiorskiego z pozycji pierwszego twórcy III RP i autora "Początku" jako lektury obowiązkowej.
"Wracając do Mirona - kiedyś tam z kimś gadałem o nim i o Maśle i tak nam w sumie wyszło, że główny problem niechęci do tych autorów dość często wynika z braku słuchu (nie twierdzę, że to Twój przypadek, zupełnie nie bierz tego osobiście, hipoteza taka tylko)."
Primo: ja wiem o związkach Mirona i "Masła" z polszczyzną mówioną( i powiedzmy, że je doceniam), ale ja czytam książki nie po to, żeby je recytować.
Secundo: to nie jest tak, żebym Białoszewskiego nie lubi w ogóle. Ma on n kilka kawałków naprawdę niezłych( oda o zabraniu pieca za każdym razem poprawia mi humor), zmęczył mnie tylko bardzo "Pamietnik z powstania warszawskiego"(ta książka mogłaby mieć 100 stron więcej, albo 50 mniej - nie byłoby żadnej różnicy). Na pewno nie wrzucałbym go do jednego worka z Masłowską w kwestii surowości oceny.
(no bo, k, kto w wieku 18 lat ma głębokie przemyślenia? Rimbaud, ale wszyscy wiemy, jak się to dla niego skończyło)
I Lechoń:) No cóż, dla mnie jak ma się nic konkretnego do powiedzenia, to można po prostu nie pisać książki Z tym, że OK, wiem, taka jest konwencja, ale ona nie musi mi odpowiadać.
"Musisz go po prostu usłyszeć (gówno tam musisz, ale jak chcesz się w to wkręcać, to to jest warunek niezbędny). Dla mnie, jako że namiętnie podsłuchuje ludzi w komunikacji i na ulicach (żeby chociażby wiedzieć, jaki język hula dziś na żywo, co się w robocie przydaję), obie powieści Masła są idealnym zapisem mowy tramwajowej i autobusowej przełomu wieków."
Znowu mnie nie do końca zrozumiałeś. Ja nie mam żalu do Masłowskiej, że użyła języka potocznego(chociaż może tych warstw społeczeństwa, z którymi nie mam ochoty się bliżej zapoznawać), bo równie mógłbym się czepiać Hłaski na ten przykład. Chodzi mi właśnie o ten brak sensu, o wulgarny bełkot jaki się robi z tej prozy, co widać w przytoczonym przeze mnie fragmencie.
-
2008/09/05 08:28:53
Mnie to wystarcza, brak treści, brak fabuły mnie wali, za stary jestem, żeby się nadal fabułami i przekazem jarać, wszystkie fajne już były dawno temu odrobione lepiej, ale za sam styl ma panna u mnie pomniczek trwalszy od spiżu.
No i pierwsza część tego zdani jest powodem, dla którego możemy podpisać protokół rozbieżności. I mam jeszcze pytanie związanie z tym cytatem:
Wypracowanie Masłowskiej okrzyczano wielkim wydarzeniem, a taka na przykład powieść Dawida Bieńkowskiego "Jest" przeszła właściwie bez echa, zauważona i doceniona tylko w wąskim gronie znawców, choć, zupełnie odwrotnie niż by to podsuwał stereotyp, to właśnie lektura Masłowskiej jest ciężka i męcząca, a Bieńkowski pisze wyraziście, lekko i sprawnie.
Czy ktoś na Sali czytał wzmiankowaną powieść i może powiedzieć o niej coś sensownego?
Spróbuj sobie przypomnieć, kto ostatnio tak się wbił w światek literacki, nie próbując w żaden sposób nawiązywać do tradycji, zapodawać jakiś Ważnych Tekstów o chujach mujach, powinnościach i polskości, tylko jadąc mocno introwertycznym, mocno hermetycznym, bardzo osobistym i własnym tekstem, dla którego ciężko znaleźć jakieś pierwowzory, oprócz tych paru nazwisk, co je już obaj wymieniliśmy i to tez bardziej na zasadzie 5 rzędnych inspiracji.
Z tego co pamiętam, to na podobnej zasadzie(chociaż nie z tak skandalizującą otoczką) wybili się w ostatnich latach: Huelle, Pilch, Tokarczuk. A teksty o ch mujach, polskości stanowią wbrew stereotypowi tak naprawdę niewielką część polskiej literatury powojennej, tak wiec ucieczka od Ważnych Tematów to bardziej już standard niż osiągnięcie.
Przy czym - cały czas rozumiem dlaczego Masło nie wkręca - o dziwo najbardziej nie wkręca zażartych czytaków, co to nie potrafią sobie dnia bez książki wyobrazić. To, co zrobiła w Wojnie i Pawiu to jest naprawdę mega poważny zamach na wszystkie przyzwyczajenia czytelnicze i budzi całkowicie zrozumiały opór. Coś na zasadzie, jakby próbować przekonywać bogobojne małżeństwo, co to całe życie wierzyło w pozycję misjonarską, ze anal też może być fajny. Pojawiają się te same reakcje obronne, zaczynające się najczęściej od "ależ to jest ohydne" i "jak niby mam mieć orgazm w tej pozycji." Weź nawet tak do mnie rozmawiaj. Kurczę, ja lubię klasyczne powieści, ale bez problemu łykam też np. Gombrowicza czy Joycea . A w takim postawieniu sprawy wychodzi na to, że Masłowska jest Awangardą Bijacą Wszystkie Inne Awangardy i to tylko dlatego, że napisała książkę polszczyzną mówioną. No bez jaj.

-
2008/09/05 09:11:53
@chomiorkoala

To, że jesteśmy tu gośćmi, nie znaczy, że nie mamy się zachowywać porządnie.
Kultura obowiązuje wszędzie.
IMVHO, oczywiście.
-
2008/09/05 09:31:25
@ Tak BTW, gdzie studiujesz? Bo jeśli UW, to melduję, że niedługo wstępuję w progi tej szanownej instytucji...

Studiować, to już dość dawno nigdzie nie studiuję. A uczelnia z głębokiego południa, znaczy Uniwersytet Śląski aka ostoja teorii sprzed 50 lat:)

@ podręczniki to tak naprawdę żaden argument.

No, nie do końca - bo jednak to właśnie z podręczników się zna, jeśli już w ogóle się zna te nazwiska, które wymieniłeś. Plus, zauważ - te wszystkie nazwiska są nadal obecne na rynku - bez problemu dostaniesz podstawowe teksty Żukrowskiego, komplety Brandysa czy Szczypiorskiego. Z Andrzejewskim też nie ma większego problemu - Miazgę widziałem nawet ostatnio wznowioną. Nie mówi się może o nich tak głośno, jak autorach lat 90-tych, no ale to logiczne jest w miarę, bo wszystkie najważniejsze teorie interpretacyjne powstały lata temu - kiedy ci goście byli takimi świeżakami jak Masłowska. Teraz się ich wspomina raczej rocznicowo i to jakby normalny los pisarza.

@ czytam książki nie po to, żeby je recytować

kolejny wpis do protokołu rozbieżności:) Dla mnie nie ma większego czytakowego orgazmu, niż chwila, kiedy zaczynam książkę słyszeć w głowie (wiem wiem, ale nie ma na to tabletek:). Jest to jakby mój niezawodny mechanizm rozpoznawania tekstów, które mi się podobają (uprzedzając złośliwe uwagi - nie sylabizuję i nie mamroczę pod nosem wodząc paluchem po kartce, kiedy czytam:)

@ Miron i Masłowska - nie wrzucałbym go do jednego worka z Masłowską w kwestii surowości oceny.

Zaryzykuję hipotezę, że nie zrobiłbyś tego głównie na dystans czasowy. Za 50 lat, kiedy ludziom w wieku lat dziestu będzie się mieszał 1939 z 1989 (bo daty podobne i tu jakaś wojna i tam), ten dystans zniknie i te oceny będą raczej na zbliżonym poziomie (hipoteza, bez dowodów)

@ jak ma się nic konkretnego do powiedzenia, to można po prostu nie pisać książki

No co Ty, najlepsze książki są o niczym konkretnym :) Raymond Rusell, Italo Calvino, Tomas Pynchon, Boris Vian, Roland Topor, Raymond Queneau, Lawrence Sterne - i tak można jeszcze pewnie z setke nazwisk z panteonu wypisać, co to się nigdy nie skalała napisaniem tekstu o 'czymś konkretnym'. No dobra, Pynchon napisał o znaczkach pocztowych:)

@ wulgarny bełkot jaki się robi z tej prozy

Nie ma co oceniać literatury w kategorii wulgarna, obsceniczna i tym podobne. To są zarzuty, które usłyszeli między innymi Lawrence, Miller, Joyce, Boccacio, Aretino, Brantome, Villon (żeby zostać tylko w dwóch językach) i zawsze się po latach okazywało, że ta wulgarność, to tylko strach odbiorców przed naruszeniem jakiś w onym czasie obowiązujących konwencji.

@ Dawid Bieńkowski "Jest"

Nie, ale dzięki za tipa, poszukam.

@ Z tego co pamiętam, to na podobnej zasadzie(chociaż nie z tak skandalizującą otoczką) wybili się w ostatnich latach: Huelle, Pilch, Tokarczuk. A teksty o ch mujach, polskości stanowią wbrew stereotypowi tak naprawdę niewielką część polskiej literatury powojennej,

Dwójka z wymienionych przez Ciebie autorów - Huelle, Pilch bardzo często próbuje wkręcać te właśnie Ważne Tematy - Pilchowe Tysiąc Miast Spokojnych, Huellego Ostatnia Wieczerza, to są właśnie takie tradycyjne polskie książki, które 50 lat temu napisałby Konwicki (napisałby, of korsa, lepiej), idealnie się wpisują w nurt literacki, którego głównym celem jest babranie się w polskich kompleksach, przywarach, wadach i całej reszcie, opisanej już z miliona perspektyw i opisywanej co chwile od nowa.

Ale samemu mi się przypomniało, że był ktoś taki, więc ci ułatwię - Gretkowska. Przynajmniej połowicznie, bo spełnia warunek pojawienia się w otoczce skandalu, warunku tworzenia 'literatury odmiennej niż dotychczas' niestety nie spełnia.
-
2008/09/05 09:33:37
@ Kurczę, ja lubię klasyczne powieści, ale bez problemu łykam też np. Gombrowicza czy Joycea . A w takim postawieniu sprawy wychodzi na to, że Masłowska jest Awangardą Bijacą Wszystkie Inne Awangardy i to tylko dlatego, że napisała książkę polszczyzną mówioną.
Kiedy ja nie twierdzę, że to Twój przypadek, piszę o ogólnym podejściu. To raz. A dwa: Gombro, Joyce przez te wszystkie lata obrośli całymi bibliotekami interpretacji. Nie chce mi się turlać teraz krzesłem do regałów, ale dam łeb, że na temat każdego z nich mam na regałach spokojnie po 10 książek, Ulisessa zresztą czytałem pierwszy prowadzony za rączkę przez genialny przewodnik po tej książce napisany przez Egona Naganowskiego "Telemach w labiryncie świata". So, mierząc się z tego rodzaju avangardą, powiedzmy 'klasyczną', nie stoisz na przeciw niej sam - masz za plecami tysiąc wielkich łbów, które zrobiły wszystko, by zdjąć z tych tekstów etykietki 'formalnego bełkotu' i pokazać 'prawdziwą wartość' tej literatury. Z Masłem jednakowoż tak nie ma - jedyne co masz tak naprawdę dostępne to pełne zachwytu recenzje lub hejtspicze. Sensownych analiz nie ma zbyt wiele - chyba trafiłem jedną tak naprawdę. Więc jesteś trochę w sytuacji naćpanego dziecka we mgle, musisz sam sobie przez to wszystko drogę wymacać, a autorka w niczym ci tego nie ułatwia, nie podaje jakiś rozwiązań, nie podpowiada czego się masz trzymać. Stąd czyta się ją dużo 'gorzej' niż wielkich sprzed dziesięcioleci. Innych wartości, niż zapis mowy mówionej też da się w tych tekstach doszukać, ale to chyba temat na osobną dyskusję i pewnie nie tu, bo już kompletnie Radkowskiemu zoftopowaliśmy wątek.
-
2008/09/05 09:44:04
Wy tu gadu-gadu a ja w tym czasie:
- przeczytałem spory kawał Zamieci, tłumaczenie rozporządza i potwierdzam oficjalnie tezę, że za pierwszym razem czytałem ją przez pryzmat gładszego Diamentowego Wieku
- przeczytałem 10 stron Wojny polsko-ruskiej. Kurde, dawno tak transującej prozy nie widziałem ale... Nie da się tego czytać w autobusie, trzeba się nie tyle skupić, co wyłączyć zewnętrzne przeszkadzajki i dać się ponieść rytmowi. A najlepszą metodą przyjmowania Wojny byłoby odsłuchanie rapowanego audiobooka. Lektura przypomina słuchanie urywków rozmów w knajpie albo w dowolnym, zatłoczonym miejscu i okrutnie wciąga. Spodobał mi się ten eksperyment więc w weekend sobie ją przeczytam. Co do przełomowości jej prozy, to jest tak, że kończyłem uczelnię ekonomiczną i na temat miejsca Masłowskiej w literaturze nie będę się wypowiadał, bo się nie znam
- zaczynam rozumieć Kinga, który często snuje te swoje ćmoje-boje o tym, jak to książka wymknęła mu się spod kontroli, zaczęła żyć własnym życiem a on nie bardzo wiedział w jakim kierunku zmierza. Uwierzyć w to może tylko ktoś, kto podobnych stanów doświadcza. W moim przypadku dryfu kontynentalnego dostała notka "rynek prasy vs rynek książek". W czasie gdy ja próbowałem znaleźć balans między odpowiednim poziomem uproszczenia a adekwatnym poziomem rzetelności, ona mnie olała i zaczęła pisać się sama, rozrastając się do rozmiaru dużego raportu, za który ośrodek badawczy wystawił by fakturę na naście tysięcy. A ja, po niezbędnych cięciach, wrzucę to do siebie za darmo, w ramach hobbystycznej pracy po godzinach. Tak Suisan, doskonale wiem o czym mówisz.

@popirad
Jedna prośba natury technicznej - oddzielaj jakoś fragment tekstu przedmówcy, do którego się odnosisz, bo przy większych komentarzach (vide twój ostatni), ciężko się połapać. Wrzuć w cudzysłów i oddziel pustą linią od swojej odpowiedzi, powinno być ok. Odradzam używanie jako znaczników różnych symboli, bo na przykład nawias ostry lewy (czyli z lewej strony dziubek, z prawej rozwarty) wycina wszystko, co było przed nim w sensie, że po wysłaniu nie będzie tego w komentarzu widać.

@chemik, chomiorkoala, borsuk
Ej, panowie, piątek jest i trzeba się wyluzować a nie spinać. Ale oczywiście jeżeli potrzebujecie medyków czy sekundantów, to dajcie mi chwilę i załatwię. I powie mi ktoś skąd się wziął tekst 'za Sapka to Sapkowski leje w mordę?'. To jego czy fandomitów? Bo kilka razy pamiętałem żeby się go o to zapytać ale jakoś mi wylatywało i nie zapytałem.
-
2008/09/05 09:52:22
I jeszcze jedna uwaga do wszystkich, w odpowiedzi na wątpliwości braineatera. Ja jestem dziecko usenetu, ze szczególnym uwzględnieniem pręgierza. Hasło przewodnie pręgierza brzmiało: no topic is offtopic on pręgierz. To samo stosuję się do wszystkich miejsc gdzie jestem gospodarzem. Tak że nie będę naprostowywał błądzących na jedyną, słuszną i adekwatną ścieżkę tematyczną i dopóki nie zaczniecie jechać po swoich starych, nie ma zmartwienia. Wasz offtop ma na przykład tę zaletę, że dzięki niemu zechciało mi się w ogóle sięgnąć po Masłowską, bo do wczoraj była u mnie za Pawia królowej skreślona dożywotnio.
-
2008/09/05 10:28:13
Ty sięgnąłeś po wojnę p-r a ja zrobiłam nowe zamowienie na merlinie (mimo wielkich samosobieskładanych obietnic "ze przynajmniej miesiac przerwy miedzy zamowieniami").

w dyskusję sie nie dopisuje bo za głupia jestem ale czytam ją z wielką przyjemnością.
i bardzo mi odpowiada jak sobie wędruje pomiędzy tematami.

ukony dla wszystkich uczestników a zarazem twórców tego wiekopomnego dzieła prawie 200 komentarzy (komciów?:)
-
2008/09/05 10:30:15
Radku, gdzieś mi mignęło że interesujesz się NLP, neurolingwistyką itp. Poleciłbyś jakieś książki o tym traktujące (na początek coś dla laika)?
-
2008/09/05 10:32:32
Tekst jest autorstwa wzmiankowanego Autora :)
Może nie był 'słowo w słowo', ale sens- jak najbardziej. Sam słyszałem jak o tym kiedyś wspominał. I ma prawo wymagać, by nie kaleczyć mu nazwiska.
Fani AS-a to szanują i 'uświadamiają' nieuświadomionych. I tyle.
Aż dziw czasem bierze, ile można spotkać niekumatych jednostek...
-
2008/09/05 10:38:47
@Radkowiecki
co do Sapkowskiego, powiedział to wg naocznych i nausznych świadków parokrotnie. I to są jego słowa, a nie moje. Oczywiście można być chamem i lekceważyć fakt, że ktoś nie lubi być nazywany w jakiś sposób. Na to nie ma rady.
Ja się nie napinam, tylko grzecznie zwróciłem uwagę komuś kto mógł o tym nie wiedzieć. A ten ów se zrobi co zechce, pokazując przy okazji co jest wart :-)
A, i zapraszam na forum na www.sapkowski.pl - wbrew pozorom nie jest to forum fandomitów, a wręcz przeciwnie :-) i można tam gadać o wszystkim, oczywiście zachowując podstawowe zasady netykiety.
Właśnie stamtąd mam adres Twojego, Radek, bloga, nawiasem mówiąc.

PS jak dobrze pójdzie zobaczę w przyszłym tygodniu Krasnystaw :-)
-
2008/09/05 13:13:19
NLP - w zasadzie bardziej interesują mnie metody wywierania wpływu, socjotechniki, manipulacja i mowa ciała. Z NLP czytałem kilka rzeczy twórcy metody, Richarda Bandlera. O skuteczności się nie wypowiadam ale to przyjemna lektura jest. Facet mówi na przykład o reframingu w taki sposób, jakby to była najprostsza i najskuteczniejsza rzecz na świecie w taki sposób, że zaraża czytającego wiarą w jej moc i skuteczność. Mnie osobiście książka "Umysł. Jak z niego wreszcie korzystać" nastroiła bardzo pozytywnie do świata, kilka drobiazgów wdrożyłem do mojej ścieżki Zen. Podobała mi się też Alchemia manipulacji ale fachowcy mówią, że to nie dla początkujących. Ale właściwie poza niego nie wyszedłem.
Tutaj masz listę książek poświęconych zagadnieniu, wraz z oceną, krótkimi opisami i tytułami oryginalnymi i polskimi. Możesz też poczytać jakieś fora tematyczne, fajne linki można znaleźć na gronie w grupach poświęconych NLP. Ale lojalnie ostrzegam przed rozmową z bywalcami tych for - nie da się, bo to nie są propagatorzy a wyznawcy. Przez co dialog cierpi na pewną jednostronność.
Borsuk, wybierasz się na Chmielaki? Jak tak, to smacznego piwa życzę.
Blueberry - nie obiecuj jeżeli wiesz, że słowa nie dotrzymasz. Ja już dawno przestałem robić sobie jakiekolwiek założenia dotyczące ilości książek kupowanych miesięcznie.
-
2008/09/05 13:56:43
@braineater

no mniejwięcej o to mi chodziło, na Ulissesie, Kochanku Lady Chatterley, czy Zwrotniku Raka jest skreślona pieczątka Opinii Publicznej o treści ,,SYF I PORNOGRAFIA'' i nalepiona etykietka WIELKA LITERATURA + lista podpisow Autorytetow

ja to osobiscie nazywam syndromem kabaretu starszych panow - wszyscy to lubia bo modne jest lubic to
-
2008/09/06 15:40:17
To ja może tak tylko skrótowo, bo ustaliliśmy już mniej więcej w jakich kwestiach się różnimy:

@ Ja: Miron i Masłowska - nie wrzucałbym go do jednego worka z Masłowską w kwestii surowości oceny.
Ty: Zaryzykuję hipotezę, że nie zrobiłbyś tego głównie na dystans czasowy.

Ale u Mirona są rzeczy, które mnie prywatnie bez żadnej zachęty literaturoznawców zachwycają, np. rżę ze śmiechu nad wspomnianą odą o piecu. U "Masła" nie znalazłbym ani jednego takiego fragmentu. Możesz oczywiście argumentować, że jest to reakcja podświadoma. To jak się miałaby sprawa np. z literaturą fantastyczną, albo np. anime? Czyli pozycjami, które dziele na lepsze lub gorsze, a które nie mają swojej literatury krytycznej(a jeśli już taką mają, to fanowską, nie profesjonalną)?

@Nie ma co oceniać literatury w kategorii wulgarna, obsceniczna i tym podobne. To są zarzuty, które usłyszeli między innymi Lawrence, Miller, Joyce, Boccacio, Aretino, Brantome, Villon (żeby zostać tylko w dwóch językach) i zawsze się po latach okazywało, że ta wulgarność, to tylko strach odbiorców przed naruszeniem jakiś w onym czasie obowiązujących konwencji.

Popełniłeś błąd zapewne zakładając, że mam do kanonu stosunek bezkrytyczny. No i cóż, tak jak się czepiam Masłowskiej, tak twierdzę, że Brantome i Aretino to też świnie, że Miller ma niektóre teksty przegięte(np. o "wyciskaniu ścianami pizdy" czy jakoś podobnie). Najtrafniej sprawę ujął chyba Jan Marx w szkicu o Wojaczku(u którego obscena dzielą się na zasadne i czysto prowokatorskie): nie należy potępiać w czambuł drastyczności w sztuce, ale przecież istniej pewna granica, za którą robi się ona mdła. Teksty Masłowskiej z "Pawia" przynajmniej moją( i nie tylko moją, co wskazuje sally86) granicę przekroczyły.
Ps. Kto to jest Raymond Russel?
-
2008/09/06 20:10:30
@ Mirona są rzeczy, które mnie prywatnie bez żadnej zachęty literaturoznawców zachwycają, np. rżę ze śmiechu nad wspomnianą odą o piecu. U "Masła" nie znalazłbym ani jednego takiego fragmentu. Możesz oczywiście argumentować, że jest to reakcja podświadoma

E, gdzie tam - nie ma przecież przymusu lubienia wszystkiego. Ale jak jesteś maniakiem książkowym, to i u Masła byś coś znalazł, bo nie ma takich książek, z których czegoś się nie da dla siebie wynieść

@ o jak się miałaby sprawa np. z literaturą fantastyczną, albo np. anime? Czyli pozycjami, które dziele na lepsze lub gorsze, a które nie mają swojej literatury krytycznej(a jeśli już taką mają, to fanowską, nie profesjonalną)? Ryzykowna teza - nie wiem jak z mangą (bo anime, jeśli mnie pamięć nie myli, to tylko film), bo w tym nie siedzę, ale literatura fantastyczna ma przeogromne zaplecze tekstów krytycznych - nie fanowskich. Zajmowały się nie takie łby jak Roger Callois, Malcolm Bradbury, Jose Louis Borges - serio jest mnóstwo krytyki literackiej dotyczącej tylko SF, coś z tego nawet po polsku powychodziło.

@ istnieje pewna granica, za którą robi się ona mdła. (ta obsceniczność)

No ja akurat Aretina i Millera wchłaniałem z pozycji na kolanach, więc stosunek do obu mam bałwochwalczy. Natomiast niejak nie mogę się zgodzić z zarzutem, że Masło jest mdłe. Mdłe to są takie książki, przy których 3 minuty po przeczytaniu ostatniej strony potrafisz powiedzieć tylko, że fajna była (albo nie) i przypomnieć sobie imię głównego hiroła (albo i nie). To są książki, które nic od ciebie nie chcą, niczego Ci nie dają, nawet nie są w stanie cię wkurwić. I tu jakby Masło nie pasuje zupełnie, bo ona wymusza zawsze jakąś reakcję (choćby 100 postów z ponad 200 postowego wątku na zupełnie inny temat) - wiesz, o Barbarze Cartland, czy Wiliamie Whartonie byśmy tyle się nie rozpisywali. Dla mnie więc ten zarzut jest trochę bezzasadny - skoro wymusiła na Tobie jakąś reakcję, to może być chujowa, daremna, grafomańska, koszmarna i jakie tam jeszcze określenia pejoratywne lubisz, ale pokazujesz, że nie jest mdła.

@ Ps. Kto to jest Raymond Roussel?

Był. Jak dla mnie jeden z synonimów słowa panbóg. Jeden z największych w/g mnie pisarzy XX wieku, kompletnie osobny, dandys, narkoman, podróżnik (pojechał do Pekinu, że na wycieczkę niby, po przyjeździe na miejsce pierwsze co zrobił - a to lata jakieś 20/30, to znalazł najbliższą palarnię opium, zrobił zapasy, zamknął się na miesiąc w hotelu, wypalił wszystko, wrócił do Paryża) wariat i człowiek, który wymyślał literaturę od nowa. Po polsku jest tylko jego najważniejsza książka - Locus Solus i fragmenty Impresji Afrykańskich w którymś z numerów Literatury na świecie (nie sprawdzę w którym, bo mi się kółka w krzesełku popsuły, a łazić mi się nie chce), ale to w sumie wystarczy, żeby sobie wyrobić jakiś ogląd. Locus Solus, to taka opowiastka o spacerze po ogrodzie szalonego wynalazcy i opis dziwnych maszyn-rebusów, które się w tym ogrodzie znajdują. Każdej towarzyszy jakaś historia i każda historia wynika z pewnego rodzaju ograniczeń, jakie Raymond sobie narzucił - a narzucał sobie rzeczy przedziwne jak na przykład zastępowanie wyrazu, który powinien użyć, siódmym słowem ze słownika, który po danym wyrazie następuje, rezygnacje z pewnych liter, z jakiś częsci zdania itp - to wszystko zresztą poniekąd dyktowało samą treść. Z tego się potem wziął cały ruch OULIPO i tacy pisarze jak Raymond Queneau, Harry Matthews, Italo Calvino, Georges Perec i paru jeszcze innych maniaków, którzy próbowali właśnie dzięki tego typu odgórnie narzucanym na samych siebie ograniczeniom zbadać granice literatury. Matthewsa ostatnio zresztą wydano obłędne tłumaczenie Osobnych Przyjemności - 61 krótkich poematów prozą o masturbacji i to genialna książka jest. Zresztą tak na serio, to każdy z tych gości ma na koncie po kilka co najmniej rewelacyjnych tekstów.
Się rozpisałem znów.
-
2008/09/06 22:17:48
@Ryzykowna teza - nie wiem jak z mangą (bo anime, jeśli mnie pamięć nie myli, to tylko film), bo w tym nie siedzę, ale literatura fantastyczna ma przeogromne zaplecze tekstów krytycznych - nie fanowskich. Zajmowały się nie takie łby jak Roger Callois, Malcolm Bradbury, Jose Louis Borges - serio jest mnóstwo krytyki literackiej dotyczącej tylko SF, coś z tego nawet po polsku powychodziło.

Wiem o tym, ale dotyczą one tekstów, powiedzmy klasycznych (gdzieś tak do lat 60/70 XX wieku maksymalnie - jak "Fantastyka i futurologia" Lema). A jak się ma sprawa powiedzmy ze Stephensonem. Jedyne omówienia jakie on ma po polsku to recenzje książek. No dobra, powiedzmy, że trafi się jakiś tekst przekrojowy w "NF", ale to nie da się porównać z całą biblioteką interpretacyjną jaką mają pisarze mainstreamu.
Przy czym mowa tu o sf, bo np. jeśli chodzi o fantasy, to ona ma polsku dwie, słownie dwie pozycje. A pierwszą polską książkę zawierającą eseje interpretacyjne dot. anime to chyba ja napiszę. :)

@Natomiast niejak nie mogę się zgodzić z zarzutem, że Masło jest mdłe.

Nie piszę, ze cała, tylko ta wulgarność. Jeżeli o chodzi oksiążkę jako całokształt, to wzbudziła we mnie raczej niesmak, czyli wg twojej definicji nie jest mdła.
-
2008/09/06 23:51:39
Zgubilam sie w tej dyskusji.
Ksiazka poszla w kazdym razie, jest w Polsce znaczy :) Kiedy dotrze do ciebie, to nie wiem.
-
2008/09/08 09:50:46
@braineater
I tu jakby Masło nie pasuje zupełnie, bo ona wymusza zawsze jakąś reakcję(...)może być chujowa, daremna, grafomańska, koszmarna i jakie tam jeszcze określenia pejoratywne lubisz, ale pokazujesz, że nie jest mdła.

Znaczy, attentionwhorism należy docenić, bo naprawdę wyróżniający się? Nie kumam.
-
2008/09/08 10:31:26
Dobra, w pracy nudy więc przeczytałem wszystkie komentarze.

@Radek

I jak się "Droga" podobała? Ja poczułem się tą lekturą tak skopany i zgnojony, że przez pewien czas nie miałem ochoty na żadną inną książkę (spokojnie, tylko dzień-dwa przerwy;)) Madmaxy, Fallouty i inne nie przedstawiały chyba tak beznadziejnej sytuacji. Jestem ciekaw jak im wyjdzie film.

Nie pamiętam też czy kiedykolwiek czytałeś coś Maxa Brooksa - gość napisał podręcznik przetrwania inwazji żywych trupów i coś jak zbiór wywiadów z tymi, którzy brali udział w walkach z zombie (i przeżyli). O ile pierwsza pozycja mnie znudziła po pewnym czasie (chociaż przy dobrej "wkrętce" może się podobać) o tyle druga pozycja już mi o wiele bardziej przypadła do gustu. Poznajemy, oczami świadków, cały przebieg inwazji - od pierwszych zarażonych, przez panikę, próby odparcia ataku (nieudane), zezwierzęcenie ludzi, udane próby odparcia ataków i przystąpienie do "czyszczenia". To akurat się czyta bardzo, bardzo dobrze.

I dziękuję za listę książek - już sobie czegoś szukam :)
-
2008/09/08 13:26:47
@podręcznik przetrwania inwazji żywych trupów

Na Polconie wahałam się, czy wybrać sobie jako nagrodę to czy polski przekład Blindsight (oryginał mam ze strony Wattsa), aż w końcu ktoś z kolejki ułatwił mi decyzję, wybierając ostatni podręcznik dla siebie.
Spodobał mi się zwłaszcza absolutnie profesjonalny i rzeczowy ton, bez śladu jakiejkolwiek zgrywy, w jakim to było utrzymane. Mówisz, że nie ma czego żałować? Dobrze wiedzieć.
-
2008/09/08 13:30:01
@ Znaczy, attentionwhorism należy docenić, bo naprawdę wyróżniający się? Nie kumam.

Tak, w tym wypadku tak. Bo oprócz samego whoryzmu ma jeszcze coś do zaoferowania (kawał mięsistego tekstu). Generalnie w tym wypadku ta strategia daje dobre efekty, bo nie jest to zabieg z serii zauważcie mnie, jestem, tylko zauważcie mnie, mam coś ciekawego, innego do powiedzenia. Choć rozumiem uczulenie na takie zabiegi.
-
2008/09/08 14:21:39
Drogę powinni sprzedawać z dużą tabliczką czekolady, skrętem albo kilkoma pigułkami prozacu. Wiesz, jak to wszystko się skończy ale i tak idziesz z nimi. Bliski byłem odstawienia książki gdzieś w połowie, bo słabo mi było ale z drugiej strony byłem też ciekaw, którą bramkę McCarthy wybierze. Wybrał po amerykańsku ale nawet mi to bardzo nie zgrzytnęło, bo odzieranie czytelnika całkowicie z nadziei byłoby trochę nieludzkie.
Książka oszczędna, ascetyczna, niektórym mogą przeszkadzać zabiegi narracyjne (dialogi treściowo i graficznie przypominają jakieś haiku), innym smutek wyzierający z każdej niemalże strony. Mocna rzecz.
A co do filmu, to żywię nadzieję, że nikt nie będzie próbował go podkolorować w sensie zarówno dosłownym, jak i w przenośni. Materiał wyjściowy do zrobienia czegoś wyjątkowego mają, teraz pozostaje tylko tego nie spieprzyć.
-
2008/09/08 22:18:30
Przypomnialem sobie hasło do prostszego nicka ;)

@krystyna.ch

Może tak: podręcznik przetrwania to nie jest beletrystyka. Czyta się to - zgodnie z wolą autora - jak podręcznik do (dajmy na to) WOSu ;) Po kolei, dokładnie opisane są wszystkie aspekty walki z żywymi trupami, dodane kilka ciekawostek (np: domniemana nadludzka siła która wynika z prostego faktu że Z nie odczuwają zmęczenia - mogą walić w drewniane drzwi do czasu kiedy odpadną z framugą, albo popękają im kości a mięśnie się pozrywają). Mnie po pewnym czasie zmęczył ten styl na tyle, że dawkowałem sobie książkę po rozdziale na dzień (z drugiej strony - kończyłem Diunę). Na szczęście ostatni rozdział nadrobił wszystko - zombie na przestrzeni dziejów. Prawie zaśmiałem się na głos w metrze, gdy przeczytałem skąd może wywodzić się zwyczaj wyciągania mózgów przy mumifikacji władców egipskich - wiadomo, że słabym punktem zombie jest mózg a nie ma nic gorszego niż niedawno zmarły władca wychodzący ze swojego grobowca ;) Tak więc jeśli znajdziesz gdzieś tą książkę to jednak polecam - może się spodobać.

@Radek
Z tym amerykańskim zakończeniem to też tak nie do końca - w sumie na 99% nie mają większych szans, a fakt że do tej pory się udawało to był fart. Świat umiera i chciałbym (naprawdę) żeby nie spieprzyli tego w kinie.
-
2008/09/08 23:05:21
Dlaczego, dlaczego? Mój ulubiony pisarz padł na pysk i jeszcze się zsuwa z pochyłości..."Spook country" Gibsona to nieporozumienie jakieś.
-
2008/09/09 12:25:40
Gdzie jest nowa notka ja się pytam.
-
2008/09/09 18:41:26
Tfurca pławi się w gnuśności...he he!
-
2008/09/09 20:31:04
Radkowiecki
z przyjemnością donoszę, że Krasnystaw ma się dobrze, coraz lepiej :-) szkoda że Chmielaki mnie ominą.
Tymczasem wracając na chwilę do polecanek książkowych:
Jestem obecnie w podróży sentymentalnej. Lata temu w 3ce leciały powieści w odcinkach. Między nimi Stworzenie świata Gore Vidala. Jeśli kto czytał Falstaffa Roberta Nye - ten rozpozna podejście do tematu.
Powieść zaczyna się w Atenach, właśnie pobrzmiewają pierwsze pomruki wojny peloponeskiej. Poseł Wielkiego Króla Artakserksesa w Atenach, Cyrus Spitama, wnuk Zoroastra, jedyny żyjący świadek tego jak Mądry Pan Ahura Mazda przemówił do ludzi bezpośrednio, przyjaciel Wielkiego Króla Kserksesa, który na rozkaz jeszcze Wielkiego Króla Dariusza odbył wieloletnią podróż do Indii (gdzie poznał dźinistę Mahawirę i Oświeconego - Buddę), potem podróż do Państwa Środka, by potem wrócić do Persji i spędzić wiele lat na dworze Wielkiego Króla, tenże Cyrus Spitama na prośbę swego wujecznego bratanka Demokryta dyktuje swoje wspomnienia. Poświęcając najwięcej uwagi kwestii fundamentalnej - jak został stworzony świat.
Perełka. Nigdy mi się nie znudzi.
-
2008/09/09 21:35:26
@p4sqd

Dzieki Ci za polecenie "Wojny Zombie". Dorwalem, zaczalem czytac i przestalem dopiero po przewroceniu ostatniej strony. Jesli ktos lubi takie klimaty to ta ksiazka czyta sie praktycznie sama. Ze swojej strony polecam komiksowa serie "The walking dead". Skupia sie ona na grupie ocalalych, ktora stara sie przezyc w swiecie opanowanym przez nieumarlych.
-
2008/09/10 08:52:10
@jander_sunstar

"the walking dead" - kiedyś się na to natknąłem ale nie pamiętam czemu nie złapałem tzw. "zajawki". Pewnie czasu nie starczyło:) Tak czy inaczej - ściągam z sieci bo z wiekiem przestało mi robić różnicę czy komiksy czytam na papierze czy monitorze. A kobieta się cieszy, bo komiksy nie zawalają na szafkach miejsc przeznaczonych na książki :)

A Radek albo walczy z niemocą twórczą, albo przygotowuje kolejną notkę :)
-
2008/09/10 12:05:48
Żadna gnuśność, żadna niemoc, za to okrutna walka. Notka uzyskała niepodległość i w żaden sposób nie jestem w stanie nad nią zapanować. Ale kosztowała mnie tyle roboty, że nie ma bata - muszę ją ujarzmić, aktualnie piszę bodajże jej 3 wersję. Z tym, że będzie strasznie nudna i branżowa, tak że nie ma się czym ekscytować.
-
2008/09/10 20:45:31
Czy "branżowa" oznacza mnogość pięknych tabelek w excelu?
-
2008/09/11 17:40:03
Żadnych tabelek ale za to dużo procentów, grup celowych i ogólnie głównie cyferki.
-
2008/09/16 13:16:11
Chyba se wstrzyknę botulinę w gruczoły ślinowe.