To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
Blog > Komentarze do wpisu

Kochamy polskie seriale część 5

Miałem napisać notkę, w której coś miałem wyjaśnić. Ale po weekendowym bliskim spotkaniu z bliźnimi, w których powinienem przecież wierzyć, mam ochotę na Polaków się wyrzygać. Więc pewnie nie byłbym obiektywny. Zamiast tego poruszę temat, którego dawno nie poruszałem. Do czytelników zaś mam łaskawą prośbę o zachowanie okresu karencyjnego i niewkurwianie mnie komentarzami przez najbliższe trzy-cztery tygodnie. A teraz do meritum.

Angielski - OK, w końcu Monty Python. Serial - OK, Latający Cyrk. SF - yeah, right. Narnia. Gdy pierwszy raz o tym cudzie usłyszałem, to stwierdziłem, że prędzej uwierzę w to, że nachlane luje, których mijam codziennie rano w drodze do pracy, zgłoszą się dobrowolnie na odwyk a potem pójdą do uczciwej pracy. Ba, prędzej uwierzę w dobrą polską komedię romantyczną albo horror niż w fajny angielski serial sf. Okazuje się jednak, że się da. Pomimo tego, że twórcy najnowszej mutacji Doktora Who robią wszystko, by konserwatywnych widzów od serialu odstręczyć. O czym za chwilę.
Teoretycznie powinienem Doktora wyśmiać, bo nic w nim nie jest takie, jakie przed oglądaniem myślałem, że będzie. Ale po dłuższym przyjmowaniu okazał się być całkiem dobry. Aha, w tekście znajdzie się kilka małych spojlerów ale możecie czytać śmiało, bo postaram nie zdradzić niczego, co popsułoby wam niespodzianki. A teraz rozbierzmy Doktora na kawałki: 
Po pierwsze - pilot. Wszystkim, którzy chcą się napiąć i stwierdzić, że Doktor Who to serial z tradycjami (z przerwami 40 lat na antenie) i że bombastyczny pilot mu niepotrzebny, pragnę przypomnieć, że między 1989 a 2005 Doktor był tak samo żywy jak Saga rodu Paliserów. I jeżeli decydujemy się na Tardis: Reaktywacja, to musimy przekonać również nowego widza gdyż liczenie na starych, hardkorowych fanów serii może w efekcie przynieść efekty mało zadowalające kierownictwo BBC. Otóż pilot pierwszej z nowych serii jest tak daremny, jak tylko daremny może być pilot będący definicją daremnego pilota. Nie znalazłem w nim niczego, co mogłoby mnie do serialu przyciągnąć, obfitował natomiast w:
- kiepskie efekty specjalne. Rozumiem, że w starych seriach więcej trzeba było sobie wyobrażać, bo takie były czasy ale mamy XXI wiek. Na szczęście potem jest z tym zupełnie przyzwoicie i z tym większym zdumieniem przypominałem sobie kiepskiego pilota.
- bardzo niedobre dialogi. Nie przekonaliście mnie dlaczego Rose wybrała się, by podróżować z Doktorem. Znaczy rozumiem, że przygoda i tak dalej ale więcej sensu i logiki miałoby wybranie towarzyszki, której z miejscem zamieszkania nie wiąże ukochana matka i ukochany chłopak. (Zauważyliście jak sprytnie rozciągnąłem wady pilota na cały serial?).
- chemia. Tak, chemia między Doktorem a Rose mogłaby mnie przekonać ale na początku w ogóle jej nie ma a potem wprowadzają ją tak samo sprytnie i skutecznie, jak ja wprowadzałem kwas azotowy na bawełnę (trafiłem w rękę zamiast w pieprzone włókno[1]). Do samego zresztą końca nie wierzyłem w to, że coś do siebie czują, chociaż producenci sugerowali to na każdym kroku. To chyba ta słynna, brytyjska rezerwa.
- sexbombizm. Chrzanić chemię, wystarczyłoby na ekran wepchnąć atrakcyjną aktorkę i nikt nie wnikałby w takie pierdoły jak chemia czy uczucia. Niestety, ekscentryczna uroda Rose kładzie również tę możliwość[2] oraz pogłębia szkodliwe stereotypy na temat opłakanych skutków estetycznych chowu wsobnego[3].
- przemoc. A właściwie jej brak. Znaczy owszem, jest. Ale pokazana w taki sposób, że mogłoby jej nie być, bo nawet zabicie lubianej postaci nas nie zwilża. Zwłaszcza, że albo za chwile ożyje, albo okaże się być nieśmiertelna. W późniejszych seriach na szczęście wygląda to już tak, że nawet trochę się ofiarami przejmujemy.
- Doktor himself. Nie zdradzę wielkiej tajemnicy jeżeli wyjawię, że po pierwszym sezonie Chrisa Ecclestona podmienia David Tennant. W zasadzie strasznie to było słabe (takie miałem pierwsze wrażenie), bo Doktor-Mężczyzna został podmieniony przez Doktora-Chłopca, co mnie lekko najeżyło. Zwłaszcza, że momentami Tennant przypomina mi zachowaniem Kubę Wojewódzkiego, którego karierę i wszechobecność uważam za największe nieporozumienie w show-biznesie oraz dowód na postępujące otępienie coraz większej części społeczeństwa[4]. A potem, zupełnie nagle i bez ostrzeżenia, polubiłem ten jego dziwny sposób bycia. Doktora, nie Wojewódzkiego.
- kolejne towarzyszki Doktora. Rose urodę miała ekscentryczną ale trochę mu się stawiała, przejmowała się innymi i ogólnie dobrze dopełniała Doktora scenariuszowo. Martha jest śliczna ale za to podąża za Doktorem nieco bezkrytycznie, żywi silną wiarę w jego zdolności wydobywania siebie i innych z najgłębszego łajna, jak trzeba potrafi perfekcyjnie wykonać jego polecenie ale cały czas sprawia wrażenie marionetki, narzędzia w rękach Doktora. A na koniec dochodzi do wniosku, że kocha rodzinę i nie chce już więcej oglądać końca świata. Aktualna towarzyszka Doktora, niejaka Donna, jest brzydka jak noc listopadowa ale za to daje radę i lubię ją chyba najbardziej ze wszystkich. Z tym, że rezerwuję sobie prawo do zmiany opinii, bo wystąpiła do tej pory jedynie w 5 albo 6 odcinkach. Na czym więc polega z nimi problem? Ano, jak już się do jakiejś przyzwyczaimy, to znika ona z serialu nagle. To żonglowanie bohaterami niektórych może odstręczyć.
- przeciwności, jakim stawia czoła Doktor. Dla dzieciaków wychowanych na szybkich strzelankach, Transformersach i X-Menach, ożywione manekiny, Dalekowie albo Cybermani będą pokrytą kurzem ramotą. Czymś tak obciachowo oldskulowym, że wstyd się do tego przyznać w grupie rówieśniczej. Dla starych dziadów, którzy kochają jeszcze starszą fantastykę będzie to cudowny wehikuł czasu, dzięki któremu będziemy mogli obejrzeć historie fascynujące nas w szczenięcych latach.

Wszystkie rzeczy, które wymieniłem jako wady, w trakcie oglądania kolejnych odcinków naturalnie przeewoluowały i przestały mi przeszkadzać. Gdy damy Doktorowi szansę, okazuje się być zupełnie przyzwoitą produkcją miksującą momenty zabawne (odcinek z Szekspirem rozbroił mnie kompletnie) ze smutnymi, pogodne z przerażającymi[5], przeciągnięte i przegadane z naładowanymi akcją niczym w hollywoodzkim produkcyjniaku. Dla każdego coś miłego, chociaż oczywiście zdarzają się odcinki marne. Szczęśliwie jest ich niewiele i częściej trafimy na takie cudeńka jak 42, Blink, Shakespeare Code, Sound of Drums czy Last of the Time Lords. I od razu nadmienię, że w tym momencie różnię się od fanów serii, którzy kawałki wymienione przeze mnie zaliczają do największych wpadek. Bywa.

Moja sugestia jest taka: pilot jest kiepski, więc przebrnijcie przez niego z zaciśniętymi zębami. Jeżeli komuś po pilocie serial się spodoba, to bardzo dobrze ale muszę stwierdzić, że jesteś dziwnym człowiekiem. Następne dwa odcinki są w porządku, ja po nich lekko się do Doktora przekonałem. Kolejne dwa niekoniecznie ale szósty (Dalek) był bardzo dobry, poznajemy w nim największego wroga Doktora i przekonujemy się, że rzeczy nie zawsze są tym, czym się wydają. Jeżeli dotrwaliście do tego momentu i dalej nie wchodzi, to możecie daś sobie spokój. Albo... Możecie przynajmniej sięgnąć do 4 odcinka drugiej serii (The girl in the fireplace). Nie żeby mógł was nagle zamienić w fanów ale według mnie jest po prostu dobry i warto na niego rzucić okiem. Zdecydujcie sami, ja zaś zabieram się za poszukiwania starszych serii.

Gdy człowieka wciągnie historia Doktora, zaczynają go też ciekawić historie luźniej związane z jego przygodami. Dlatego moje oko spoczęło na spin-offowym serialu o Torchwood. Torchwood to organizacja, która została powołana do życia przez królową Wiktorię w celu rozpoznawania i walki z pozaziemskimi zagrożeniami oraz do wykorzystania zdobytej technologii do przywrócenia Imperium Brytyjskiemu dawnej chwały. Serial traktuje o Torchwood Trzy (historię poprzednich można poznać oglądając Doktora Who, częściowo opowiada o nich również sam Torchwood). Jego członkowie działają poza rządem, ponad policją i przygotowują ludzkość do walki z zagrożeniami XXI wieku, w którym wszystko się zmieni (wyssany z natchnienia, przepisałem tekst z czołówki ale tam fajniej brzmi, ma dobry podkład muzyczny i towarzyszą mu ujęcia w zwolnionym tempie).

Zastanawiam się czy uczciwym będzie polecanie serialu ludziom, którzy nie znają Doktora Who. Kilka rzeczy może być niezrozumiałych, kilka konfundujących ale ogólnie Torchwood to przyzwoity, rozrywkowy film, który może nam umilać te wieczory, podczas których nie oglądamy akurat naszych pewniaków. Zapamiętajcie tylko jedno - nie zniechęcajcie się pilotem, który jest o promil ledwie lepszy od pilota Doktora Who a gdyby nie scena z ożywianiem ofiary przestępstwa, byłby nawet gorszy. Na szczęście zaraz po nim przychodzą całkiem niezłe Day One (o obcym czerpiącym siły życiowe z energii wyzwalanej podczas orgazmu), Ghost Machine, Small Worlds (mocno Pratchettowska wizja elfów) czy Countrycide (klimat Teksańskiej masakry odtworzony całkiem udanie). Można rzucić okiem. Zwłaszcza, że jak na produkcję BBC, jego twórcy prezentują zadziwiającą odwagę i luz w mówieniu o tematach, o których w kinie wspomina się raczej rzadko. Jeden z członków teamu, Owen, jest promiskuitycznym, cynicznym sukinsynem. Gwen zdradza swojego chłopaka, którego kocha przecież bardzo a na dodatek leci na szefa. Szef, Jack Harkness to biseksualista, który aktualnie pozostaje w związku ze swoim podwładnym Ianto (biseksualista takoż). Pocałunek dwóch facetów to częsty obrazek. Przemoc bywa dosłowna i brutalna, leje się dużo krwi, ludzie umierają a nas to obchodzi. Ostatnie trzy odcinki drugiego sezonu pokazały, że twórcy potrafią napisać mocny, przejmujący scenariusz i zrobić rzeczy, nazwijmy to, mało popularne na poletku serialowym. Przyznam się szczerze, że trochę mnie to zaskoczyło. In plus, rzecz jasna. Ponadto seria ewoluuje, pierwszy sezon był dosyć grzeczny, w drugim dostaliśmy kilka odcinków ocierających się o oceny maksymalne. Ostrożnie Torchwood polecę, bo mimo wszystko nie wiem jak może wyglądać jego odbiór przez ludzi nieznających Doktora Who.

A co słychać u znanych i lubianych? Krótko.

Lost - dalej chodzą w kółko i radośnie gawędzą. Kilka niespodziewanych trupów, kilka niespodziewanych akcji, kilka oczekiwanych zwrotów akcji (w sensie, wiedzieliśmy, że będą ale nie wiedzieliśmy jakie) i coraz bardziej pokręcone flashforwardy. Wbrew zapowiedziom akcja wcale nie przyspieszyła. Kilka odcinków genialnych, kilka słabych. Jack staje się coraz większym dupkiem (nie rozumiem dlaczego twórcy przestali go lubić). Mi się Lost podoba w dalszym ciągu, chociaż brakuje tej tajemniczej otoczki, która występowała we wcześniejszych częściach (bunkier, wpisywanie liczb do komputera, nowe stacje na wyspie, druga grupa ocalonych czy Inni). Jakieś to teraz bardziej zrozumiałe, bardziej racjonalne a przede wszystkim mniej niepokojące i mniej mroczne. Ale z przyzwyczajenia sobie oglądam zwłaszcza, że w ostatnim odcinku znowu trochę zamieszali.
Battlestar Galactica - wybaczcie, że to powiem ale najnowsza seria jest dramatycznie wręcz słaba. Pomijając kilka mocnych scen, twórcy zaserwowali nam głównie bełkotliwą mistykę. Baltar jako prorok szukający odkupienia? Nawiedzona Starbuck? No litości - całość zaczyna boleśnie mi się kojarzyć z cyklem Diuna, gdzie Herbert z odcinka na odcinek popadał w coraz większy bełkot. Mam nadzieję, że ekipa się otrząśnie gdyż oglądanie całej serii w tym stylu okrutnie by mnie zniesmaczyło. Bo, rzecz jasna, będę oglądał - ja chcę zobaczyć jak oni znajdują Ziemię i nic mi w tym nie przeszkodzi. Update - piąty odcinek pokazał pazur. No dobra, na razie pazurek ale coś drgnęło. Mam nadzieję, że to prognostyk ożywienia, które będzie nam towarzyszyć do końca.
House - oglądam, chociaż numer jaki wyciął House podczas całej akcji z wkurzonym policjantem (kryptyczność zamierzona w celu ochrony tych, którzy nie oglądali a zamierzają) wywołał u mnie głeboki niesmak. To nie było świństwo, to było zwykłe kurewstwo uczynione wszystkim, którzy go otaczają i którym na nim zależy. A ja na kurewstwo mam alergię. Poza tym serial trzyma poziom, rekrutacja nowej ekipy rozegrana w sposób mistrzowski (z humorystycznego punktu widzenia), House jakby się zakochał i oby dawali radę jak najdłużej. Tylko bez takich przegięć.
My name is Earl - śpiączka Earla była bardzo słabym pomysłem, bo o ile jestem w stanie oglądać Earla i Randy'ego razem, to Randy samodzielny jest ponad moje siły. Na szczęście po 5 odcinkach dali sobie spokój, wybudzili Earla i odcinek 19 był w takim stylu, jaki lubię. Mam nadzieję, że zaprzestaną daremnych patentów i pozostaną przy wypracowanej formule.
Jericho - dotrzymali słowa. Druga, krótka seria dała odpowiedź praktycznie na wszystkie najważniejsze pytania ale pozostawiła też furtkę do ewentualnej kontynuacji kilku niedomkniętych wątków (co dalej z USA? co władze zrobią ze zbuntowanym Jericho? czy będzie druga wojna secesyjna?). Niezbyt dobre wyniki oglądalności mnie nie dziwią, bo od początku nie wierzyłem, że Amerykanom spodoba się wizja ich społeczeństwa rozbitego na kawałki, walczącego ze sobą, chylącego się ku upadkowi. Wielkie US and A na kolanach? Bez żartów. Moim zdaniem powrót serialu jest więcej niż wątpliwy ale w tym akurat przypadku chciałbym się okrutnie pomylić, bo go jakoś polubiłem.
Desperate Housewives - nowa bohaterka, nowe tajemnice, czyli na Wisteria Lane wszystko po staremu. Jakimś cudem wybaczam twórcom wtórność pomysłów, wrzucanie do serialu ewidentnych głupot i naiwność poczynań większości bohaterów. Kupuję bez problemu pantoflowatego MacLachlana, rozlazłą Hatcher, zimną, wyniosłą i sukowatą Cross czy zdzirowatą Longorię a proste treści i proste morały jakoś do mnie trafiają. Także cieszę się, że postanowili nie udziwniać.
Reaper - daje radę. W momencie gdy fabuła zaczęła nużyć i dreptać w miejscu, chłopaki zamieszkali razem, wprowadzono do akcji dwóch sąsiadów, rumieńców nabrały sprawy między Samem a Andi. A przede wszystkim jest dużo więcej Szatana. W której to roli Ray Wise absolutnie rozporządza. Jeżeli jeszcze nie zaczęliście oglądać, to czas najwyższy naprawić błędy.
Family Guy - kilka słabszych odcinków wynikających ze strajku nie zmieniło mojego nastawienia do filmu. Peter Griffin rządzi i tyle.

I tutaj muszę skończyć, bo notka za długa. Do poczytania.

[1] Jako mały chemik wierzyłem, że oblanie bawełny naturalnej kwasem azotowym pozwoli mi na uzyskanie bawełny strzelniczej. Pozwoliło jedynie na uzyskanie lekkich oparzeń skóry i żółtych plam na rękach, które miast z dumną profesją chemika nieorganicznego kojarzyły mi się nieodparcie z plamkami moczu. Co za wiocha.
[2] Pozwoliłem sobie na eufemizm. Billie Piper odtwarzająca postać Rose jest po prostu nieatrakcyjna. Fajna ale nieatrakcyjna.
[3] Ponieważ ostatnio zauważam u coraz większej grupy komentujących błędne interpretowanie moich słów (zakładam, że to ja zacząłem pisać bardziej bełkotliwie a nie, że was dopadła demencja), wyjaśnię o co chodzi: nie twierdzę, że ojciec Billie począł ją z własną siostrą, bo to w sumie nie Missisipi a stara, poczciwa Anglia. Której od tysiąca lat nikt nie najechał więc jakby wziąć sprawę na logikę i matematykę, to wszyscy jej mieszkańcy są ze sobą już od jakiegoś czasu spokrewnieni.
[4] Histeryczny sposób prowadzenia programu, przerywanie i obrażanie gości, miażdżąca przewaga gagów prostackich nad inteligentnymi, przygnębiający mnie syndrom Piotrusia Pana, przerośnięte ego człowieka, który ma tyle charyzmy co znoszona wkładka ortopedyczna, brak lotności w prowadzeniu maskowany amfiarską hiperaktywnością, wysilony do granic autoparodii luz oraz skandalizowanie na siłę. Nikt mnie nie przekona, że w ten sposób robi się dobry program.
[5] Metaliczne 'Delete' Cybermanów albo histeryczne skrzecząco-elektroniczne 'EX-TER-MI-NA-TE' i 'O-BEY' Daleków potrafi sfreakować nawet takiego zaprawionego w bojach kolesia jak ja. Normalnie czary.

czwartek, 08 maja 2008, radkowiecki

Polecane wpisy

  • Pacific Rim z bólem dupy

    No więc ja z tej strony, chciałem wszystkich miłośników dobrej zabawy latem, zaprosić do oglądania filmu Pacific Rim gdyż jest dobry i nie słuchajcie takiego je

  • Kochamy polskie seriale część 15

    Miałem zacząć z wysokiego C i zacząć jechać znowu po rowerzystach, że niby patrzcie, trzeci dzień z rzędu, jaki ze mnie monotematyczny gość ale nie chce mi się,

  • Kochamy polskie seriale część 14

    Wszyscy siedzą i zamulają w pracy albo na zimnym urlopie (sprawdzić czy nie ZAGRANICO), w feedzie dostaję wyłącznie fotki kotków (dzięki czemu, niektórz

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2008/05/08 17:15:51
Zgadzam się, Reaper złapał drugi oddech, którego już bardzo potrzebował.
Desperate housewives miały moment mocnego kryzysu (Dylan wyciągająca karteczkę z ognia +tragiczny pierwszy epizod po strajku), ale znowu jest dobrze, poza tym mimo pewnej wtórności też jestem w stanie tej serii sporo wybaczyć:)
House 4 jest trochę nierówny IMHO (no ale na mnie największe wrażenie zrobił calościowo sezon 3, wiedziałam zresztą, że ciężko będzie go przebić). Tzn. odcinki od 11 w górę są już bdb, ale wcześniej róznie z tym bywało, żenujący był moim zdaniem np. 97 sec. (sprawdzanie "co po drugiej stronie) i szczególnie ten z "I see dead people". Wcześniej tego typu wpadki się nie zdarzały.
Oglądasz the Tudors, Radku? Rzym to nie jest z pewnością, ale całkiem fajna rzecz.
-
2008/05/08 17:28:31
Ponieważ większość rzeczy 'schodzi' mi w tej chwili na bieżąco, następny w kolejce będzie Rzym (obiecuję sobie, że go obejrzę od roku więc czas dotrzymać obietnicy). Jak mi się spodoba, to może sięgnę po Tudors, bo nader często są te seriale zestawiane ze sobą a i Tudorzy zbierają przyzwoite recenzje. A potem pojadę w końcu w rejony seriali anime, do których też się zbieram, jak pies do jeża: Ergo Proxy, Ayakashi, Samurai Champloo i Cowboy Bebop. Zobaczymy, czy entuzjazm, z jakim wszyscy mi o nich opowiadają nie jest aby przesadzony.
-
2008/05/08 20:36:22
co do BSG, to właśnie ten jak go poetycko określiłeś "bełkot" to jest to co wyróżnia pozytywnie ten serial od zwykłych kosmicznych strzelanek. Które mi się już uszami przelewają. W BSG przynajmniej jest o czym pomyśleć, refleksję nad naturą ludzką wysnuć, a nie tylko tracić słuch od trzasku serii blasterów :-)
Tak się wyróżnia, jak np to co pisał Sapkowski od tego co pisał ten gościo od Conana barbarzyńcy.
Ale co komu pasuje :-)
-
2008/05/08 22:49:30
Ale Borsuk, zwróć uwagę na dwie rzeczy: wszystkie poprzednie serie BSG chwaliłem, a przecież tam mistycyzmu nie brakowało. Tyle tylko, że twórcy potrafili składniki wyśmienitej potrawy wymieszać w proporcjach prawie idealnych i stworzyć historię, która porwała tłumy. To w głównej mierze zadecydowało o wielkości serialu, no bo przecież nie gwiazdorska obsada. W aktualnie emitowanym sezonie owe proporcje zostały koszmarnie złamane, przez co pierwsze 4 odcinki to ból był straszny. Nie stronię od refleksji nad naturą ludzką, zdarza mi się myśleć o stronie duchowej bohaterów BSG ale gdyby nie dodali do tego od czasu do czasu trzasku blasterów i ostrej akcji, to gwarantuje ci, że nie tylko ja bym narzekał. Zresztą w ocenie początku tej serii nie jestem osamotniony - wystarczy poczytać opinie innych fanów. Starbuck krzycząca 'frakking toasters' mnie przekonuje. Starbuck wymazana farbą i mamrocząca 'I might I have found something' niekoniecznie. Mam nadzieję, że teraz już wszystko jasne.
-
2008/05/09 02:36:06
Możliwe, że to dowód bycia prymitywnym, ale mnie wątek mistyczny w BSG odrzucił od razu. Dlatego przestałem oglądać serial po 2 odcinkach 2 serii. Tylko dwa odcinki polityczne (z tym więźniem-anarchistą) sprawiły mi jako-taką przyjemność.

Reaper urzekł mnie pomysłem chwytania dusz upadłych do ręcznego odkurzacza. No i, rzecz jasna, Pan Rogaty jest... boski! Niestety, odkurzacz wystąpił jednorazowo, a Diabeł pojawia się tylko epizodycznie. Rozmówki głównych bohaterów nie są w stanie go zastąpić, jak dla mnie (a do zwyczajowych dialogów Kevina Smitha w ogóle się nie umywają). Dałem za wygraną po 6 odcinkach.

House rzeczywiście, jakby osłabł, dziś obejrzałem w TVP2 odcinek 2 serii i był o kilka klas zabawniejszy, żywszy i ciekawszy, od tego co prezentuje najnowsza odsłona. Ale dla Trzynastki warto oglądać do końca...

I na koniec, jeśli, oczywiście, wolno mi coś zasugerować, do listy Anime polecam dopisać serię Trigun. Uważam, że bije Bebopa na głowę, choć, z tego co czytałem w Sieci, większość znawców myśli coś dokładnie odwrotnego. Chętnie poznałbym Twoje, Radku, zdanie.
-
2008/05/09 09:47:14
Jako zdeklarowany fan BSG twierdzę, że sezon IV jest NAJLEPSZY ze wszystkich dotychczasowych. Tylko jeden odcinek był słabszy (ten z lewitującym doktorem B.)
I spoko- Ziemię znajdą, nie ma obawy. A Starbuck ktoś zastrzeli/zestrzeli ;)

Co do "Desperatek" w pełni zgadzam się z Siekierką- jest coraz lepiej, po środkowosezonowej załamce. Polecam także "Rzym". Wspaniała rzecz. A swoją drogą- jak to się stało, że jeszcze go nie widziałeś?
"Reaper" i "Tudors" czekają w kolejce.
Aha- polecam serial "New Amsterdam". 8 odcinków- jeśli lubiłeś H. Dresdena, to John Amsterdam też przypadnie Ci do gustu.
-
2008/05/09 10:07:25
Korzystając z pojawienia się kanałów BBC w moim telewizorze, udało mi się wrócić do ulubionego serialu sprzed lat- czyli Czerwonego Karła (Red Dwarf). Co prawda kiedyś widziałem wersję strasznie zarżniętą przez tłumacza, więc można się sparzyć, ale wersję oryginalną polecam wszystkim.
-
2008/05/09 17:13:15
@Brytania
Jak nie najechał kiedy najechał? Jamajczycy, Pakis, Poles?
-
2008/05/09 18:47:56
Tatamaxa - ja raczej myślałem o najeździe połączonym z gwałtownym i niekoniecznie dobrowolnym wzbogaceniem puli genowej najechanych.
-
2008/05/09 23:01:14
Starfuck powinni byli zabić albo zahibernować, każda scena z jej udziałem od dobrych półtora sezonu przyprawia mnie o wycie.

A co do Dr Who - tefaupe puszczała to z rok temu w niedziele w porze obiadowej. I zaskoczony byłem, że mimo całej wylewającej się z ekranu tandety podobało mi się. British touch? Możliwe :) Na DVD też to wyszło, groszowe sprawy kosztuje - boks za jakieś 50 zł.

Aha, "Tudors" to przyzwoity serial, ale "Rzymowi" może najwyżej po hotdogi skakać.
-
2008/05/10 12:43:24
W tym tygodniu TVP 1 zaczyna emisję Dr Who... o pierwszej w nocy.
-
2008/05/10 18:50:16
nikt nie zabije Starbuck :-)
Radkowiecki, będziesz miał w 6 odcinku 4 serii trochę strzelania ;-)
niewiele, ale znaczące.
I wiele się wyjaśni.
A pani prezydent przeprowadzi bardzo metafizyczną rozmowę z Major Keirą Noris, tą Bajdżoranką z Deep Space 9.
-
2008/05/11 22:55:20
Właśnie zakańczam pierwszą serię Rzymu i faktycznie, daje radę. Aczkolwiek brakuje mi trochę takiej Gladiatorowej bombastyczności, bo chyba wszyscy się ze mną zgodzą, że Rzym w tym filmie wygląda jak zabite dechami prowincjonalne miasteczko. Cała reszta praktycznie bez zarzutu, Titus Pullo został moim nowym idolem a Kleopatra erotyką senną na przyszły tydzień. A teraz wracam do oglądania.
-
2008/05/12 11:25:27
Ciekawe, co powiesz po 2 ostatnich odcinkach:D
Porównanie do Gladiatora jest krzaywdzące IMHO, mimo gigantyczne budżetu Rzym to jednak wciąż produkcja telewizyjna, jak na taką zrobiona wg mnie super.
-
2008/05/12 11:27:12
Radkowiecki
Jedną z najsilniejszych stron "Rzymu" jest to, Rzym - miasto wygląda tam dokładnie tak, jak wg najnowszej wiedzy historycznej wyglądał. Plus mentalność i moralność, zwyczaje, obyczaje, wierzenia, przesądy i religia itd itp. Normalnie Roma jak żywa :-)
-
2008/05/12 15:01:09
Ja się domyśliłem, że Rzym w Rzymie wygląda tak, jak wydaje nam się, że prawdziwy Rzym w tamtych czasach wyglądał. Tyle tylko, że ja naprawdę chciałbym zostać trochę oszukany - niekoniecznie w scenach na podwórkach, alejach handlowych czy we wnętrzach, bo te mi się podobają. Ale już szerokie plany mogli trochę podbajerzyć i stąd porównanie do Gladiatora. Zresztą czepiam się bardziej pro forma, bo nie ufam filmom, w którym nie ma się czego tak naprawdę doczepić - Rzym jest naprawdę produktem niemalże idealnym i nie dziwią mnie pienia zachwytu nad nim.
-
2008/05/12 16:49:42
Ale Radku - dla każdej sceny z Grubasem czytającym njusy na Forum warto "Rzym" zobaczyć :) To też podobno "z życia wzięte".
-
2008/05/12 17:32:01
Grubas jest mistrz, na każde jego wystąpienie czekam z niecierpliwością. I od wczoraj wiem kto wymyślił graffiti.
-
2008/05/16 12:22:14
i pomyśleć, że od czasów Grubasa nic się w mediach publicznych nie zmieniło ;-)

Chemik, Baltar nie "lewitował" tylko Anioł Boży go podniósł, żeby dał świadectwo wiary :-)