|
Blog > Komentarze do wpisu
I po Walentynkach czyli o skutecznym rzucaniu palenia ciąg dalszy
Skoro już wiemy, że fajki są smaczne i nie ma sensownych powodów, dla których należałoby rzucić palenie, zdradzę wam patent na bezbolesne rzucenie palenia. Ale zanim zdradzę cudowną metodę, wymienię te, które wypróbowałem wcześniej i które w moim przypadku nie zadziałały. Voila. 1. Postanowienie noworoczne - każdy jakieś robi, część dotyczy rzucenia palenia. Ja próbowałem chyba ze 3 razy, najdłuższy okres niepalenia jakoś tak z miesiąc. Niecały. Metoda kompletnie z dupy, skuteczność zerowa. Inne metody są pochodnymi albo kompilacją tych, które wymieniłem powyżej. W moim przypadku żadna nie była skuteczna i w każdym przypadku wracałem do palenia. Z coraz większym poczuciem bezsensu walki, bezsilności, bezradności i zwątpienia w to, że kiedykolwiek dam radę. Przedostatnia próba skleiła się z ostatnią, zwornikiem była impreza, na której po tygodniu niepalenia spaliłem ponad dwie paczki fajek. Sobotnie przebudzenie było potworne, ubrania przedymione na wylot, w płucach coś grało, w głowie nic nie grało i w szerszym kontekście też nic nie grało, bo nie pamiętam żebym miał wpadkę już w niecały tydzień po podjęciu próby rzucenia. Potrzebowałem czegoś ze zupełnie innej beczki. I niczym gwiazdkę z nieba dostałem. W desperacji postanowiłem chwycić się ostatniej deski ratunku i udać się po pomoc do jedynej kochanki, która mnie nigdy nie zdradziła - do książki. Wbrew sobie (desperacja uzasadnia wszelkie przedsięwzięte środki) kupiłem pozycję z gatunku 'Jak zyskać szczęście w sześciu prostych krokach'. Z gatunku, z którego często się nabijam, bo rzadko kiedy piszący takie poradniki sprzedają mi sensowne rady (gdzieś tak w 1 przypadku na 100, może rzadziej). Zazwyczaj jest to kupa nawozu, z chwytnym tytułem, na który nabiorą się zdesperowani jelenie. Czyli ludzie tacy, jak ja w opisywanym momencie - zapłacę za to, żeby ktoś mi doradził. I zapłaciłem, kompletnie bez wiary w to, że owa książka mi pomoże. Szukałem jakiejś protezy, dzięki której mógłbym uspokoić sumienie i po lekturze powiedzieć sobie 'kurde, skoro i to na mnie nie działa, to jestem nałogowcem, dla którego nie ma ratunku i będę palił do końca życia'. Zwróćcie uwagę, że ani słowem nie zająknąłem się o wypróbowywaniu metod z rzeczonej książki - ja po prostu szukałem cudu, który powie mi: nie musisz się napinać, nie będzie boleć, nie będziesz musiał niczego robić, palenie samo zniknie z twojego życia - to powinno dać wam jakiś obraz stanu ducha, w jakim się znalazłem. Bo na zewnątrz byłem twardy ziom - 'luzik, nie teraz to innym razem', 'nie robię z tego tragedii, kiedyś się uda' i inne bulszitowe slogany, które powtarzałem setki razy. Problem był taki, że nie czułem luziku i robiłem z tego tragedię. W desperacji kupiłem okrzyczaną rewelacją książkę Allena Carra 'Prosta metoda jak skutecznie rzucić palenie' i stał się cud. Nie musiałem się napinać, niczego nie musiałem robić, nie boli, palenie znikło z mojego życia. Po kolei ale zacznę od końca. Wszystkie wypróbowane poprzednio metody wprowadzały szereg obwarowań, zastrzeżeń, wskazywały na ewentualne rafy i mielizny, na których nasza jednostka 'Nie Palę' mogła zatonąć. Carr niczego takiego nie postuluje, chcesz pić kawę - pij. Masz ochotę pójść na wódkę - idź. Skręca cię z chęci zjedzenia czegoś ostrego - weź dwie porcje[1]. Bo on ma zupełnie inny pomysł na to jak rzucić. Pomysł, który można streścić kilkoma sloganami, które w moim przypadku zadziałały w 100%. Bo on się po prostu odwołał do tej mojej racjonalnej, analitycznej, ścisłej części umysłu i powiedział mi coś, co od dawna wiem ale w taki sposób, że tym razem zadziałało. Poniżej krótkie streszczenie najważniejszych tez. 1. Rzucenie palenia jest łatwe - robimy to codziennie 20 razy, gasząc kolejnego papierosa. Problemem jest jednak to, jak powstrzymać się przed zapaleniem kolejnego fajka. Miało być w skrócie, wyszło jak zwykle. Żebyśmy się dobrze zrozumieli - nie mam zamiaru zakładać kościoła pod wezwaniem Allena Carra, nie mam zamiaru przekonywać nikogo na siłę, że ta metoda jest najlepsza na świecie i nie mam zamiaru zmuszać nikogo do jej stosowania. Zawsze brzydziłem się gorliwymi neofitami. Nie mam zamiaru nikomu tłumaczyć, że palenie go zabija i najlepiej jakby rzucił - albo sam to wie i kiedyś rzuci, albo przynajmniej spróbuje, albo ma fakt zagrożenia i takie rady w dupie. Sugeruję tylko, że jeżeli ktoś, jak ja, wypróbował wszystkie znane metody rzucenia palenia i żadna nie zadziałała, może zaryzykować wydanie 30 dyszek. Lektura rzeczonej książki może całkowicie zmienić sposób postrzegania nałogu i znakomicie ułatwić wyjście z niego. W moim przypadku bezbolesne. Na koniec słowo o tym, jak ja to widzę ze swojej perspektywy. Carr swoją pisaniną zmienił moje widzenie problemu z paleniem. Wskazał w których miejscach się myliłem i zrobił to tak, jakby siedział w mojej głowie. W sumie to siedział, bo wypalał do 100 fajek dziennie więc miał jeszcze bardziej przejebane ode mnie. Zabrzmi to trochę jak new-ageowe fu-szmu ale ja po przeczytaniu tej książki nie miałem ochoty na papierosa ani razu. O samym paleniu pomyślałem dwa razy - co będę robił w czasie rejsu mazurskiego i co będę robił w czasie rejsu bałtyckiego? Odpowiedź przyszła natychmiast - dokładnie to samo, co robiłeś za każdym poprzednim razem (dobrze się bawił). Na chuj ci do tego papierosy? O podejrzanej skuteczności[5] tej metody przekonuję się za każdym razem gdy piję kawę, idę na wódkę, siedzę w pomieszczeniu z palącymi czy zjadam obfity posiłek. Ani razu nie miałem ochoty zapalić. Ani razu nie czułem się z powodu braku papierosa w ręku źle. Ba, teraz sam rytuał palenia mnie śmieszy. Niczego nie straciłem, mogę bez problemu spędzić noc w Cafe Fajka i nie rzucić się na sziszę, dym nie przeszkadza mi, dopóki nie puszczacie mi go prosto w twarz. A na dodatek gdy przestałem truć organizm, ten odwdzięczył mi się w najlepszy sposób w jaki mógł. Znowu mam ochotę na aktywność fizyczną inną niż tylko wejście po schodach, zmywanie podłogi i seks. Miłej lektury. [1] Każdy kto rzucał palenie zna tę listę na wyrywki, tutaj podałem kilka przykładów rzeczy, których nie powinno się robić 'w tym trudnym okresie'. czwartek, 21 lutego 2008, radkowiecki
TrackBack
Komentarze
2008/02/21 14:42:39
Mam tego farta, że papierochy paliłem zaledwie kilka tygodni. Życie wirowało wokół mnie i zadawało bolesne kopniaki w dupę, więc sięgnąłem po magiczne pałeczki, by trochę mniej zwracać na to uwagę. Czułem się chujowo, po zapaleniu czułem się jednak tak samo chujowo, a do tego nieco żałośnie. Więc w końcu rzuciłem to w diabły. Po kilku miesiącach miłość mojego życia poszła w moje ślady (ona paliła od kilku lat). I też w sumie zrobiła to prawie bez bólu - na zasadzie "nie palę i już, to trochę bez sensu, bo paląc w sumie nic nie zyskuję". I tak sobie nie palimy do dziś - no, może poza okazjonalnym towarzyskim papieroskiem na imprezie z palącymi (czyli 2 razy na miesiąc circa).
Ciekawe, ale podobna metoda obowiązuje w mojej rodzinie: tak fajki rzucił mój Ojciec, mój Wuj (obaj mieli po setkach tysięcy kiepów na liczniku). Ojciec niedawno zaczął popalać - kurzy fajkę raz na kilka dni, czasem raz na parę tygodni (zależy od nastroju). Czasem zajaramy razem jakieś fajne cygaro. Pięknie jest. 2008/02/21 22:20:19
Czytałeś może "Quitters inc." Kinga? Bardzo jestem ciekawa skuteczności opisanej tam metody. :)
2008/02/21 23:10:36
Muczachan - ja żadnych systemów walutowych nie mieszałem a jedynie opisałem metodę, dzięki której rzuciłem palenie od ręki, bez bólu i bez dziwnych myśli. Jedyne co doskwiera, to fizjologiczne pochodne zrzutu toksyn z organizmu, które pojawiły się u mnie wczoraj. Coś mi się z oskrzeli odrywa, pot w zapachu przypomina zapach dzikiego zwierzęcia i ciśnie coś w czaszce - klasyka.
Psotny - wyrabiasz się dziewczyno. Nita - Quitters Inc. to dla mnie jedno z najlepszych opowiadań Kinga, o czym zresztą piszę przy każdej możliwej okazji. Moim zdaniem metoda opisana przez Stefana miałaby bardzo wysoką skuteczność. Wierz mi, normalny człowiek w życiu nie spojrzałby na fajka gdyby dowiedział się, że przez jego brak żelazowej woli ktoś złamał rękę jego matce i na dodatek wytłumaczył jej dlaczego to robi. Tak, to niezły łom mentalny. 2008/02/21 23:32:31
"[...] zaryzykować wydanie 30 dyszek."? Niewiele w porównaniu z zyskiem z niepalenia, ale obiektywnie drogawo [:
Mój ojciec palenie rzucił jakieś 25, może 27 lat temu metodą czwartą (a palił kiepskie papierosy i dużo). 2008/02/22 10:23:29
Mieszasz, mieszasz. Nitpicking on. Mieszasz zewnętrzna źródła nikotyny z porzadną farmakologią (tą od inhibitorów ; ) Nitpicking off. Ale to taka licentia poetica w sumie. Oh well. Opisałem jak sam przestałem palić, przynajmniej.
2008/02/22 10:44:21
Punkt 5 jest dwa razy i tak zostanie. Bo ja tym powtórzeniem mówię niedowiarkom: tak, zdarza mi się mylić.
Muczachan - za pierwszym razem nie zrozumiałem o co jest kaman. Oczywiście, że w sposób nieuprawniony wrzuciłem do jednego wora zamienniki nikotyny papierosowej z farmakologią. Zabieg był celowy, bo chodziło mi nie o różnice w działaniu nicorette, zybanu czy akupunktury (te są oczywiste) ale o opisanie pewnej metody, nazwijmy ją 'parafarmaceutyczno-medyczna pomoc z zewnątrz'. I opłaciło się, bo dodałeś dosyć dokładny opis działania zybanu, którego ja nie znałem, bo zybanu nigdy w życiu nie próbowałem. 2008/02/23 00:17:29
jakim kurna niedowiarkom :-) gdzie ja napisałem, że wierzę Mistrzowi we wszystkim? :-)
2008/02/23 00:18:19
no dobra, chyba że to nie do mnie było, z tym nr 5, to zwracam honor.
2008/02/25 22:33:44
:) nie palę!!! to dlatego moje komentarze nie są zbyt wylewne :) ale poczytałam sobie trochę poprzednich wpisów i chciałam napisać że też często korzystam z usług linii 709 z tą różnicą że ze względu na pracę podróżuję w ciągu dnia, a podróżowanie tą linią w ciągu dnia to jest dopiero coś! Zawsze muszę się psychicznie nastawiać na przejażdzkę do Piaseczna ale i tak jak wysiadam z 709 to czuję się jakbym dostała ataku febry...
Po pierwsze, nigdy nie należy brać za pewnik tego że 709 w ogóle ruszy.. Kierowcy to chłopi oderwani od pługa, jeżdzą tak że wszyscy na nich trąbią. Po drugie, w autobusie jest zawsze tak dużo ciał że trudno oddychać, wszyscy na ciebie napierają więc nie ma jak poczytać gazety czy książki, nie mogę się uczyć niemieckich słówek z fiszek, niby można słuchać muzy z mp3 ale już jestem lekko przygłucha i nie chce tego pogarszać, poza tym zanim znajdę mp3 na dnie torebki, zanim rozpetłam słuchawki i się zdecyduję czego mam ochotę posłuchać to już autobus ujedzie ze 4 przystanki tak więc szkoda zachodu. Jedyne co mi pozostaje jak tak sobie przemierzam trasę wilanowska - mysiadło to rozmyślanie nad swoim życiem i nerwowe strzyżenie oczyma na boki na moich współtowarzyszy w podróży którymi oto są: Czerwone Nosy (czyt. żule z powykrzywianymi mordami), mohery w paltach śmierdzących naftaliną, niepełnosprawni, niewidomi, niezrównoważeni psychicznie, którzy mówią do siebie patrząc się na ciebie, zmęczone życiem kobiety z rękami powyciąganymi od siat pełnych zakupów z Oszą, bezrobotni w drodze po zapomogę, fizole (z ang. physical workers) i nastolatki, które zachowują się najgłośniej i najwięcej gadają mimo że ewidentnie nie potrafią budować zdań od kropki do kropki. Słowem: są to ludzie, którym się w życiu nie udało. Do tego wszystkiego brakuje tylko jakiegos brudnego Cygana przygrywającego mi nad uchem na akordeonie (wiem z doświadczenia że na innych liniach dochodzi do tego typu incydentów). Jak tak na nich wszystkich patrzę to widzę cyrkową trupę, taką polską wersję obsady Carnivale, taką obsadę Carnivale dla ubogich...;) Z tego miejsca pragnę pozdrowić wszystkich: stałych i sporadycznych użytkowników linii 709 tudzież 727. p.s. nie stać mnie na żółte laborghini diablo. 2008/02/26 10:00:14
A ja pozwolę sobie zacytować Tomka z Kawy i Papierosów "The beauty of quitting is, now that I've quit, I can have one, 'cause I've quit"
Niniejszym oznajmiam Radziu, że udało mi sie Cię namierzyć w czeluściach sieci. 2008/02/28 13:46:00
Mikołaj - skoczyły mi punkty namierzalności, co oznacza, że polepszyły mi się statystyki lansu. Czad. No i dzięki oczywiście.
Psotny - natchnięty twoim opisem Carnivale dla ubogich, rozejrzałem się dzisiaj po porannej dziewiątce. I wszystko wskazuje na to, że rano z Piaseczna wyjeżdżają ludzie z grubsza normalni a ich miejsce w Piasecznie zajmują opisane przez ciebie przypadki. Wieczorem odwrotnie - normalsi wracają do swoich domów z betonu a wesołe miasteczko albo dmucha z powrotem do Wawy albo zostaje, bo może im się tu podoba. Na szczęście już niedługo przeprowadzam się do miasta i przyjdzie się pożegnać z uroczą dziewiątką i kultową siódemką (kultowy jest ostatni kurs o 23:05 - mam czasami wrażenie, że cofnąłem się w czasie o pół wieku i na dodatek wylądowałem w ZSRR). Będzie mi ich brakować. Cyganów na trasie Wawa-Piaseczno nigdy nie stwierdziłem, moim zdaniem wolą obstawiać dużo wygodniejsze linie tramwajowe wzdłuż Puławskiej i Marszałkowskiej. 2008/02/29 03:03:29
Ej, myslicie, ze to jakas zorganizowana akcja? Ze niby rano osiedla/miasteczka/enklawy oscienne pustoszeja, to tam sie na miejsce tych normalszych wysyla tych pieprznietszych, 'zeby nam sie po miescie wariaci nie paletali'?
Moze to faktycznie jakas akcja prezydentow Warszaw. Ale z drugiej strony ostatnimi dziewiatkami, odkad jestem swiadom istnienia tej linii, jezdza ponoc ci tamci 'dziwni oni'. Mam rozumiec, ze to ci, co 'bo moze im sie tu podoba'? Pozdr |
Więc w końcu przestajesz palić, bo ileż można się katować. Prochy łykasz dalej. Zaczynają się zwykłe hocki-klocki antydepresantów (bo i tak działa). Potliwość, problemy z zasypianiem, takie tam. Tydzień czy dwa później stwierdzasz, że masz to w dupie i rzucasz. Albo zapalasz pierwszego od jakiegoś czasu papierosa, jak ja. I nic. Brak nudności, fajnie, można ciągnąć. Ale zaraz! Zaraz, kurwa! Nic. Jakbym przez rurkę oddychał. Wypaliłem ćwierć paczki, odpalając jednego od drugiego. I nic. Żadnego efektu. Nie zrobiło mi się lepiej. Nie zrobiło mi się gorzej. Piję, jem, siedzę w zadymionych knajpach. Też skuteczne.
Mindset o którym piszesz sam się po jakimś czasie pojawia. Ot, nie palę, nie brakuje mi tego. Bogiem a prawdą zupełnie o tym nie myślę. Bo i nie ma o czym. Nie wiem czy mógłbym przestać palić bez wspomagania chemicznego, ale też mogę żyć z tą niewiedzą. Z pewnością nie mam ochoty kolejny raz próbować. :)