To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
Blog > Komentarze do wpisu
I po Walentynkach czyli o skutecznym rzucaniu palenia ciąg dalszy

Skoro już wiemy, że fajki są smaczne i nie ma sensownych powodów, dla których należałoby rzucić palenie, zdradzę wam patent na bezbolesne rzucenie palenia. Ale zanim zdradzę cudowną metodę, wymienię te, które wypróbowałem wcześniej i które w moim przypadku nie zadziałały. Voila.

1. Postanowienie noworoczne - każdy jakieś robi, część dotyczy rzucenia palenia. Ja próbowałem chyba ze 3 razy, najdłuższy okres niepalenia jakoś tak z miesiąc. Niecały. Metoda kompletnie z dupy, skuteczność zerowa.
2. Przepalenie się na imprezie aż do ostrego zatrucia nikotyną - czasami zdesperowany palacz przepala się intencjonalnie, licząc na to, że tak sobie obrzydzi nikotynę, że rzuci. Typowe myślenie życzeniowe - przecież dym papierosowy obiektywnie, sam w sobie jest obrzydliwy i dodatkowe zohydzanie ma tyle sensu, co dolewanie wiadra gówna do dołu kloacznego. Poza tym ludzki organizm ma cudowną wręcz zdolność adaptacji i niesamowitą zdolność radzenia sobie ze skutkami nadużyć. Tak fizycznymi, jak i psychicznymi. W przeciwnym wypadku nikt po pierwszym kacu-gigancie nie sięgnąłby po alkohol a po konkretnym obżarstwie wigilijnym ludzie chudliby w mgnieniu oka do przepisowej wagi. Metoda z dupy, gdyż lewar jaki sobie przykładamy do nałogu (przedawkowanie) zamienia się z wolframu w galaretkę owocową w ciągu 2-3 tygodni. Po tym przeciętnie czasie zapominamy jak czuliśmy się wymiotując kawałkami żołądka i jak chcieliśmy umrzeć z powodu bólu rozsadzającego czaszkę. I cały misterny plan w pizdu. Czas bez papierosa - maksymalnie miesiąc.
3. Względy zdrowotne - nie rozśmieszajcie mnie. Gdy tylko choroba mija, wracamy do nałogu. Gdy choroba nie mija, palimy przez dziurkę w gardle, która jest pozostałością po zabiegu usunięcia krtani. Palacz nie myśli o zdrowiu bo gdyby myślał nie wypaliłby w życiu ani jednego papierosa. Metoda z dupy, okres bez papierosa - okres choroby plus dwa tygodnie 'z rozpędu'. Jeżeli choroba nie jest bardzo ciężka, to zaczynamy palić jeszcze w czasie naszej niedyspozycji.
4. Metoda na silną wolę - kim jestem, że niewoli mnie ta mała bibułkowa tubka? Wiele osób osiąga tą metodą świetne rezultaty. Ma jedną wadę, bardzo często po pół roku dochodzi się do wniosku, że zwalczyliśmy nałóg, w pełni go kontrolujemy i jeden papieros 'w nagrodę' nam nie zaszkodzi. Zazwyczaj szkodzi okrutnie, kilkukrotnie po kwartale niepalenia wypalałem jednego przepysznego papierosa a tydzień później kupowałem paczkę. Cały czas tłumacząc sobie, że przecież mam nałóg pod kontrolą i w każdej chwili mogę przestać.
5. Metoda przekorna, czyli nie bo nie - w przypadku mojej rodziny, metoda najskuteczniejsza. Mam niejasne wrażenie, że w ten sposób mój Ojciec rzucił palenie jakieś 30 lat temu. Pewnej niedzieli, po rodzinnym obiedzie, wstał i oznajmił 'nie palę'. Od tamtej pory nie miał w ustach papierosa. W moim przypadku metoda działała przez prawie półtora roku, któregoś dnia stwierdziłem, że do kieliszka wódki papieros pasuje, zapaliłem i cały wysiłek psu w dupę. Skuteczność bardzo wysoka, bo palenie rzucamy jakby od niechcenia, dzięki czemu mózg funduje nam miodowy miesiąc. To znaczy przez pierwsze kilka tygodni psychologiczne objawy odstawienia są bardzo łagodne a wręcz ich nie ma. Fizjologicznie jesteśmy oczywiście mokrą, skatowaną szmatą i tego bez specjalnych zabiegów zmienić się nie da. Problem polega na tym, że musi nastąpić ten moment, w którym sami z siebie, totalnie spontanicznie powiemy: dość. Niektórzy czekają na niego już czwartą olimpiadę.
5. Szeroko rozumiana metoda farmakologiczna - zyban, tabex, nicorette, niquitin, akupunktura, akupresura, hipnoza, rezonans, masaż, kąpiele i bicze wodne. Wszyscy, którzy kiedyś rzucali wiedzą o co chodzi. Duszę diabłu oddalibyśmy za cudowny środek, dzięki któremu brak nikotyny (a właściwie dymka) nie odbierałby nam energii, chęci do życia, nie wpędzał w huśtawkę nastrojów, nie powodował senności i wilczych ataków głodu. Ja poprzednim razem wypróbowałem nicorette - zasadniczo mają jedną zaletę: po minucie żucia tej gumy miałem taką ochotę zwymiotować, że o papierosie zapominałem na kwadrans. Problem jednak polegał na tym, że nicorette odzwyczajała mnie od palenia metodą dębowej pały - nie pal, bo nikotynę dostaniesz metodą doustną a nie wziewną. Efekt był taki, że oczyściły mi się płuca i oskrzela, wydłużył oddech, nie przytyłem ale było jedno ale. Brak nicorette pod ręką nie różnił się niczym od braku pod tą ręką papierosa. Jedno uzależnienie zastąpiłem drugim. To znaczy zastąpiłbym gdybym nie wrócił do nałogu. W moim przypadku skuteczność mizerna a zastępowanie jednej formy przyjmowania nikotyny inną jest kompletnie bezsensowne. Zwłaszcza, że 105 gum kosztuje prawie 100 zł. Innych specyfików i metod nie wypróbowałem, bo przeraziły mnie doniesienia o selektywnych inhibitorach wychwytu zwrotnego, igieł innych niż iniekcyjne wbić sobie nie pozwolę, sugestia posthipnotyczna zbyt mnie przeraża a maszyna do rezonansu zbyt rozśmieszyła.
6. Metoda 'na miłość' - bardzo mi na tobie zależy, nie mogę patrzeć jak się sam na raty zabijasz, musisz wybrać - albo ja, albo papierosy. Jeżeli palacz nie jest pewien, czy kocha drugą osobę, wybiera papierosa. Jeżeli uczucie jest silne, palacz zaczyna walkę z nałogiem. Tutaj moja uwaga dla wszystkich szczerze i głęboko kochających, którzy stawiają takie ultimatum, 'bo to przecież dla twojego dobra'. Takim postępowaniem zmuszacie palącego do robienia czegoś, czego robić nie chce (rzucanie palenia). Z każdą potworną minutą bez papierosa, narasta w nim przekonanie, że to wszystko wasza wina. I że to przez was brakuje mu tego, co bardzo lubi. Finał jest taki, że wszystkie skutki uboczne rzucania palenia synonimuje z waszą, egoistyczną, pozbawioną sensu, wredną, złośliwą postawą w stosunku do niego. Że co? Że nie ma to sensu? No, dla niepalących nie ma ale zapamiętajcie jedno - palacz w kontekście swego nałogu nie myśli logicznie, palacz na głodzie nie myśli w ogóle i jedyne co do niego dociera, to brak papierosa i narastające wkurwienie. Z waszej winy. Metoda totalnie nieskuteczna, bo zazwyczaj niepalenie kończy się w momencie gdy was nie ma na horyzoncie. I sam nie wiem co gorsze - palenie czy symulowanie niepalenia połączone z popalaniem, wpędzaniem się w poczucie winy i stres wynikający z kłamstwa.

Inne metody są pochodnymi albo kompilacją tych, które wymieniłem powyżej. W moim przypadku żadna nie była skuteczna i w każdym przypadku wracałem do palenia. Z coraz większym poczuciem bezsensu walki, bezsilności, bezradności i zwątpienia w to, że kiedykolwiek dam radę. Przedostatnia próba skleiła się z ostatnią, zwornikiem była impreza, na której po tygodniu niepalenia spaliłem ponad dwie paczki fajek. Sobotnie przebudzenie było potworne, ubrania przedymione na wylot, w płucach coś grało, w głowie nic nie grało i w szerszym kontekście też nic nie grało, bo nie pamiętam żebym miał wpadkę już w niecały tydzień po podjęciu próby rzucenia. Potrzebowałem czegoś ze zupełnie innej beczki. I niczym gwiazdkę z nieba dostałem.

W desperacji postanowiłem chwycić się ostatniej deski ratunku i udać się po pomoc do jedynej kochanki, która mnie nigdy nie zdradziła - do książki. Wbrew sobie (desperacja uzasadnia wszelkie przedsięwzięte środki) kupiłem pozycję z gatunku 'Jak zyskać szczęście w sześciu prostych krokach'. Z gatunku, z którego często się nabijam, bo rzadko kiedy piszący takie poradniki sprzedają mi sensowne rady (gdzieś tak w 1 przypadku na 100, może rzadziej). Zazwyczaj jest to kupa nawozu, z chwytnym tytułem, na który nabiorą się zdesperowani jelenie. Czyli ludzie tacy, jak ja w opisywanym momencie - zapłacę za to, żeby ktoś mi doradził. I zapłaciłem, kompletnie bez wiary w to, że owa książka mi pomoże. Szukałem jakiejś protezy, dzięki której mógłbym uspokoić sumienie i po lekturze powiedzieć sobie 'kurde, skoro i to na mnie nie działa, to jestem nałogowcem, dla którego nie ma ratunku i będę palił do końca życia'. Zwróćcie uwagę, że ani słowem nie zająknąłem się o wypróbowywaniu metod z rzeczonej książki - ja po prostu szukałem cudu, który powie mi: nie musisz się napinać, nie będzie boleć, nie będziesz musiał niczego robić, palenie samo zniknie z twojego życia - to powinno dać wam jakiś obraz stanu ducha, w jakim się znalazłem. Bo na zewnątrz byłem twardy ziom - 'luzik, nie teraz to innym razem', 'nie robię z tego tragedii, kiedyś się uda' i inne bulszitowe slogany, które powtarzałem setki razy. Problem był taki, że nie czułem luziku i robiłem z tego tragedię. W desperacji kupiłem okrzyczaną rewelacją książkę Allena Carra 'Prosta metoda jak skutecznie rzucić palenie' i stał się cud. Nie musiałem się napinać, niczego nie musiałem robić, nie boli, palenie znikło z mojego życia. Po kolei ale zacznę od końca.

Wszystkie wypróbowane poprzednio metody wprowadzały szereg obwarowań, zastrzeżeń, wskazywały na ewentualne rafy i mielizny, na których nasza jednostka 'Nie Palę' mogła zatonąć. Carr niczego takiego nie postuluje, chcesz pić kawę - pij. Masz ochotę pójść na wódkę - idź. Skręca cię z chęci zjedzenia czegoś ostrego - weź dwie porcje[1]. Bo on ma zupełnie inny pomysł na to jak rzucić. Pomysł, który można streścić kilkoma sloganami, które w moim przypadku zadziałały w 100%. Bo on się po prostu odwołał do tej mojej racjonalnej, analitycznej, ścisłej części umysłu i powiedział mi coś, co od dawna wiem ale w taki sposób, że tym razem zadziałało. Poniżej krótkie streszczenie najważniejszych tez.

1. Rzucenie palenia jest łatwe - robimy to codziennie 20 razy, gasząc kolejnego papierosa. Problemem jest jednak to, jak powstrzymać się przed zapaleniem kolejnego fajka.
2. Stan ulgi jaki osiągamy odpalając kolejnego fajka jest stanem, w jakim permanentnie znajdują się osoby niepalące.
3. Palenie nie jest tak bardzo uzależniające, jak wszystkim dokoła się wydaje a rzucenie palenia to najłatwiejsza rzecz pod słońcem.
4. Wszystkie symptomy odstawienia, które znają osoby próbujące rzucić palenie, wynikają z czegoś zupełnie innego, niż nam się wydaje.
5. Wynikają ze strachu przed tym, że rezygnując z papierosów rzeczywiście z czegoś rezygnujemy. Otóż nie - rezygnacja z papierosów to powrót do stanu normalności. Mówiąc górnolotnie - powrót do raju, z którego sami się wypędziliśmy zapalając pierwszego w swoim życiu papierosa.
6. Daliśmy sobie wyprać mózgi, co przejawia się choćby w nomenklaturze - rzucanie palenia. Rzucanie sugeruje rezygnację z czegoś. Niepalenie to nie jest rezygnacja z papierosów (każdy niepalący wam to powie) - to stan normalny dla organizmu.
7. Palenie tak naprawdę nie sprawia przyjemności - kolejny papieros służy nie naszej frajdzie a usunięciu symptomów głodu nikotynowego, które pojawiają się prawie natychmiast po zgaszeniu poprzedniego fajka. Palenie to pieprzone perpetum-mobile, samonapędzająca się maszyna. No dobra, potrzebne są jeszcze do tego nasze pieniądze.
8. Rzuciwszy palenie niczego nie tracicie i niech to stanie się waszą mantrą, tak jak stało się moją - niczego nie straciłem. Wiem, że ciężko w to uwierzyć ale to prawda. Najbardziej zaś podejrzane w tym wszystkim jest to, że mnóstwo rzeczy zyskujemy. Ot, choćby oddech umożliwiający wejście na pierwsze piętro bez zadyszki i chęć do podjęcia jakiejkolwiek aktywności fizycznej[2]
9. Najważniejszą rzeczą jaką zyskałem jest wolność. Już nigdy nie będę musiał sępić fajka na ulicy, nie będę rozgrzebywał popielniczki na imprezie, nie będę palił herbaty i zastanawiał się, czy przypadkiem nie kupiłem na ten wyjazd za mało papierosów. Fajne uczucie tak nagle stać się trochę bardziej wolnym.
10. Tak naprawdę, to nie ma żadnych korzyści z palenia. Nawet jeżeli wydaje się nam inaczej. Aczkolwiek z chęcią wysłucham waszych propozycji - być może istnieje coś, co dadzą mi tylko papierosy i czego nie będę mógł osiągnąć bez ich pomocy. Żarty związane z rakiem i innymi chorobami sobie darujemy, bo jesteśmy dorośli.
11. Praktycznie każdy palacz chciałby wsiąść w wehikuł czasu, spotkać samego siebie przymierzającego się do zapalenia pierwszego papierosa, wyrwać mu go, zmusić do zjedzenia go i popicia wodą z kałuży. A na koniec profilaktycznie skopać mu porządnie dupę. Pięknie byłoby nigdy nie zaczynać palić. Gdy rzucisz palenie będzie tak, jakbyś nigdy nie zaczął palić[3].
12. Twoja decyzja o rzuceniu była jedną z najlepszych decyzji w twoim życiu. I pamiętajcie - palenie rzuciliście a nie rzucacie, a tak w ogóle, to niczego nie rzuciliście tylko jesteście niepalący. Może wam się wydawać inaczej ale słowa mają Moc. Mają w sobie mnóstwo mocy i są w stanie z łatwością zmieniać i kształtować rzeczywistość. Każdemu kto mówi, że to bzdura polecam eksperyment: stań przed swoim przyjacielem, kolegą, bratem albo matką i powiedz głośno i wyraźnie: Ja, Radek Teklak życzę ci śmierci[4] - powinno przyjść to ci bez trudu a wynikami eksperymentu podziel się ze mną.

Miało być w skrócie, wyszło jak zwykle. Żebyśmy się dobrze zrozumieli - nie mam zamiaru zakładać kościoła pod wezwaniem Allena Carra, nie mam zamiaru przekonywać nikogo na siłę, że ta metoda jest najlepsza na świecie i nie mam zamiaru zmuszać nikogo do jej stosowania. Zawsze brzydziłem się gorliwymi neofitami. Nie mam zamiaru nikomu tłumaczyć, że palenie go zabija i najlepiej jakby rzucił - albo sam to wie i kiedyś rzuci, albo przynajmniej spróbuje, albo ma fakt zagrożenia i takie rady w dupie. Sugeruję tylko, że jeżeli ktoś, jak ja, wypróbował wszystkie znane metody rzucenia palenia i żadna nie zadziałała, może zaryzykować wydanie 30 dyszek. Lektura rzeczonej książki może całkowicie zmienić sposób postrzegania nałogu i znakomicie ułatwić wyjście z niego. W moim przypadku bezbolesne.

Na koniec słowo o tym, jak ja to widzę ze swojej perspektywy. Carr swoją pisaniną zmienił moje widzenie problemu z paleniem. Wskazał w których miejscach się myliłem i zrobił to tak, jakby siedział w mojej głowie. W sumie to siedział, bo wypalał do 100 fajek dziennie więc miał jeszcze bardziej przejebane ode mnie. Zabrzmi to trochę jak new-ageowe fu-szmu ale ja po przeczytaniu tej książki nie miałem ochoty na papierosa ani razu. O samym paleniu pomyślałem dwa razy - co będę robił w czasie rejsu mazurskiego i co będę robił w czasie rejsu bałtyckiego? Odpowiedź przyszła natychmiast - dokładnie to samo, co robiłeś za każdym poprzednim razem (dobrze się bawił). Na chuj ci do tego papierosy? O podejrzanej skuteczności[5] tej metody przekonuję się za każdym razem gdy piję kawę, idę na wódkę, siedzę w pomieszczeniu z palącymi czy zjadam obfity posiłek. Ani razu nie miałem ochoty zapalić. Ani razu nie czułem się z powodu braku papierosa w ręku źle. Ba, teraz sam rytuał palenia mnie śmieszy. Niczego nie straciłem, mogę bez problemu spędzić noc w Cafe Fajka i nie rzucić się na sziszę, dym nie przeszkadza mi, dopóki nie puszczacie mi go prosto w twarz. A na dodatek gdy przestałem truć organizm, ten odwdzięczył mi się w najlepszy sposób w jaki mógł. Znowu mam ochotę na aktywność fizyczną inną niż tylko wejście po schodach, zmywanie podłogi i seks. Miłej lektury.

[1] Każdy kto rzucał palenie zna tę listę na wyrywki, tutaj podałem kilka przykładów rzeczy, których nie powinno się robić 'w tym trudnym okresie'.
[2] Przeraziłem się, bo takie rzeczy nie powinny mi się zdarzać. Jestem starszym panem z nadwagą. Nie powinienem mieć nieprzepartej ochoty, by w drodze do domu, pokonać biegiem ostatnie 100 metrów. Nie powinienem, bo nieprzymuszoną chęć by biegać, ostatnio miałem 13 lat temu. Anegdotka taka to była.
[3] Duży skrót myślowy ale jesteście inteligentni więc mogę sobie na niego pozwolić.
[4] Rzecz jasna każdy może powtórzyć 'Ja, Radek Teklak...'. Sztuczka polega na tym, żeby po 'ja' wstawić swoje imię i nazwisko. Jesteście inteligentni i na pewno się tego domyśliliście.
[5] Podejrzana, bo nie sądziłem, że samymi słowami i garścią rad Wujka Dobra Rada, można tak diametralnie zmienić moje spojrzenie na kwestię nałogu. Chyba nadaję się do sekty.

czwartek, 21 lutego 2008, radkowiecki
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2008/02/21 14:25:48
E, panocku, mylita dwa systemy wartości. Jako technofil i wyznawcca zasady "better living through chemistry" rzuciłem palenie ze wspomaganiem zybanu, jak już pisałem. Było to bardzo nieprzyjemne przeżycie, głównie przez to, że próbowałem go przepalić. Ten specyfik nie dostarcza nikotyny do organizmu. On blokuje jej receptory i jako efekt uboczny niszczy jakąkolwiek przyjemność z palenia. Bo przy każdym papierosie chce ci się wymiotować. Ale palisz dalej, bierzesz piguły i palisz i chcesz wyrzygać płuca i myjesz zęby po każdym fajku, bo w ustach czujesz posmak (prawdopodobnie, tak mi się kojarzyło) gówna.

Więc w końcu przestajesz palić, bo ileż można się katować. Prochy łykasz dalej. Zaczynają się zwykłe hocki-klocki antydepresantów (bo i tak działa). Potliwość, problemy z zasypianiem, takie tam. Tydzień czy dwa później stwierdzasz, że masz to w dupie i rzucasz. Albo zapalasz pierwszego od jakiegoś czasu papierosa, jak ja. I nic. Brak nudności, fajnie, można ciągnąć. Ale zaraz! Zaraz, kurwa! Nic. Jakbym przez rurkę oddychał. Wypaliłem ćwierć paczki, odpalając jednego od drugiego. I nic. Żadnego efektu. Nie zrobiło mi się lepiej. Nie zrobiło mi się gorzej. Piję, jem, siedzę w zadymionych knajpach. Też skuteczne.

Mindset o którym piszesz sam się po jakimś czasie pojawia. Ot, nie palę, nie brakuje mi tego. Bogiem a prawdą zupełnie o tym nie myślę. Bo i nie ma o czym. Nie wiem czy mógłbym przestać palić bez wspomagania chemicznego, ale też mogę żyć z tą niewiedzą. Z pewnością nie mam ochoty kolejny raz próbować. :)
-
2008/02/21 14:42:39
Mam tego farta, że papierochy paliłem zaledwie kilka tygodni. Życie wirowało wokół mnie i zadawało bolesne kopniaki w dupę, więc sięgnąłem po magiczne pałeczki, by trochę mniej zwracać na to uwagę. Czułem się chujowo, po zapaleniu czułem się jednak tak samo chujowo, a do tego nieco żałośnie. Więc w końcu rzuciłem to w diabły. Po kilku miesiącach miłość mojego życia poszła w moje ślady (ona paliła od kilku lat). I też w sumie zrobiła to prawie bez bólu - na zasadzie "nie palę i już, to trochę bez sensu, bo paląc w sumie nic nie zyskuję". I tak sobie nie palimy do dziś - no, może poza okazjonalnym towarzyskim papieroskiem na imprezie z palącymi (czyli 2 razy na miesiąc circa).
Ciekawe, ale podobna metoda obowiązuje w mojej rodzinie: tak fajki rzucił mój Ojciec, mój Wuj (obaj mieli po setkach tysięcy kiepów na liczniku). Ojciec niedawno zaczął popalać - kurzy fajkę raz na kilka dni, czasem raz na parę tygodni (zależy od nastroju). Czasem zajaramy razem jakieś fajne cygaro. Pięknie jest.
-
2008/02/21 20:31:53
Tu byłam. P.W.
-
2008/02/21 22:20:19
Czytałeś może "Quitters inc." Kinga? Bardzo jestem ciekawa skuteczności opisanej tam metody. :)
-
2008/02/21 23:10:36
Muczachan - ja żadnych systemów walutowych nie mieszałem a jedynie opisałem metodę, dzięki której rzuciłem palenie od ręki, bez bólu i bez dziwnych myśli. Jedyne co doskwiera, to fizjologiczne pochodne zrzutu toksyn z organizmu, które pojawiły się u mnie wczoraj. Coś mi się z oskrzeli odrywa, pot w zapachu przypomina zapach dzikiego zwierzęcia i ciśnie coś w czaszce - klasyka.
Psotny - wyrabiasz się dziewczyno.
Nita - Quitters Inc. to dla mnie jedno z najlepszych opowiadań Kinga, o czym zresztą piszę przy każdej możliwej okazji. Moim zdaniem metoda opisana przez Stefana miałaby bardzo wysoką skuteczność. Wierz mi, normalny człowiek w życiu nie spojrzałby na fajka gdyby dowiedział się, że przez jego brak żelazowej woli ktoś złamał rękę jego matce i na dodatek wytłumaczył jej dlaczego to robi. Tak, to niezły łom mentalny.
-
2008/02/21 23:32:31
"[...] zaryzykować wydanie 30 dyszek."? Niewiele w porównaniu z zyskiem z niepalenia, ale obiektywnie drogawo [:

Mój ojciec palenie rzucił jakieś 25, może 27 lat temu metodą czwartą (a palił kiepskie papierosy i dużo).
-
2008/02/22 07:55:04
eee w pierwszej części jest dwa razy pod rząd punkt 5 :-)
-
2008/02/22 10:23:29
Mieszasz, mieszasz. Nitpicking on. Mieszasz zewnętrzna źródła nikotyny z porzadną farmakologią (tą od inhibitorów ; ) Nitpicking off. Ale to taka licentia poetica w sumie. Oh well. Opisałem jak sam przestałem palić, przynajmniej.
-
2008/02/22 10:44:21
Punkt 5 jest dwa razy i tak zostanie. Bo ja tym powtórzeniem mówię niedowiarkom: tak, zdarza mi się mylić.
Muczachan - za pierwszym razem nie zrozumiałem o co jest kaman. Oczywiście, że w sposób nieuprawniony wrzuciłem do jednego wora zamienniki nikotyny papierosowej z farmakologią. Zabieg był celowy, bo chodziło mi nie o różnice w działaniu nicorette, zybanu czy akupunktury (te są oczywiste) ale o opisanie pewnej metody, nazwijmy ją 'parafarmaceutyczno-medyczna pomoc z zewnątrz'. I opłaciło się, bo dodałeś dosyć dokładny opis działania zybanu, którego ja nie znałem, bo zybanu nigdy w życiu nie próbowałem.
-
2008/02/23 00:17:29
jakim kurna niedowiarkom :-) gdzie ja napisałem, że wierzę Mistrzowi we wszystkim? :-)
-
2008/02/23 00:18:19
no dobra, chyba że to nie do mnie było, z tym nr 5, to zwracam honor.
-
2008/02/25 22:33:44
:) nie palę!!! to dlatego moje komentarze nie są zbyt wylewne :) ale poczytałam sobie trochę poprzednich wpisów i chciałam napisać że też często korzystam z usług linii 709 z tą różnicą że ze względu na pracę podróżuję w ciągu dnia, a podróżowanie tą linią w ciągu dnia to jest dopiero coś! Zawsze muszę się psychicznie nastawiać na przejażdzkę do Piaseczna ale i tak jak wysiadam z 709 to czuję się jakbym dostała ataku febry...

Po pierwsze, nigdy nie należy brać za pewnik tego że 709 w ogóle ruszy.. Kierowcy to chłopi oderwani od pługa, jeżdzą tak że wszyscy na nich trąbią. Po drugie, w autobusie jest zawsze tak dużo ciał że trudno oddychać, wszyscy na ciebie napierają więc nie ma jak poczytać gazety czy książki, nie mogę się uczyć niemieckich słówek z fiszek, niby można słuchać muzy z mp3 ale już jestem lekko przygłucha i nie chce tego pogarszać, poza tym zanim znajdę mp3 na dnie torebki, zanim rozpetłam słuchawki i się zdecyduję czego mam ochotę posłuchać to już autobus ujedzie ze 4 przystanki tak więc szkoda zachodu.

Jedyne co mi pozostaje jak tak sobie przemierzam trasę wilanowska - mysiadło to rozmyślanie nad swoim życiem i nerwowe strzyżenie oczyma na boki na moich współtowarzyszy w podróży którymi oto są: Czerwone Nosy (czyt. żule z powykrzywianymi mordami), mohery w paltach śmierdzących naftaliną, niepełnosprawni, niewidomi, niezrównoważeni psychicznie, którzy mówią do siebie patrząc się na ciebie, zmęczone życiem kobiety z rękami powyciąganymi od siat pełnych zakupów z Oszą, bezrobotni w drodze po zapomogę, fizole (z ang. physical workers) i nastolatki, które zachowują się najgłośniej i najwięcej gadają mimo że ewidentnie nie potrafią budować zdań od kropki do kropki. Słowem: są to ludzie, którym się w życiu nie udało. Do tego wszystkiego brakuje tylko jakiegos brudnego Cygana przygrywającego mi nad uchem na akordeonie (wiem z doświadczenia że na innych liniach dochodzi do tego typu incydentów). Jak tak na nich wszystkich patrzę to widzę cyrkową trupę, taką polską wersję obsady Carnivale, taką obsadę Carnivale dla ubogich...;)
Z tego miejsca pragnę pozdrowić wszystkich: stałych i sporadycznych użytkowników linii 709 tudzież 727.

p.s. nie stać mnie na żółte laborghini diablo.
-
2008/02/26 10:00:14
A ja pozwolę sobie zacytować Tomka z Kawy i Papierosów "The beauty of quitting is, now that I've quit, I can have one, 'cause I've quit"

Niniejszym oznajmiam Radziu, że udało mi sie Cię namierzyć w czeluściach sieci.
-
2008/02/28 13:46:00
Mikołaj - skoczyły mi punkty namierzalności, co oznacza, że polepszyły mi się statystyki lansu. Czad. No i dzięki oczywiście.
Psotny - natchnięty twoim opisem Carnivale dla ubogich, rozejrzałem się dzisiaj po porannej dziewiątce. I wszystko wskazuje na to, że rano z Piaseczna wyjeżdżają ludzie z grubsza normalni a ich miejsce w Piasecznie zajmują opisane przez ciebie przypadki. Wieczorem odwrotnie - normalsi wracają do swoich domów z betonu a wesołe miasteczko albo dmucha z powrotem do Wawy albo zostaje, bo może im się tu podoba. Na szczęście już niedługo przeprowadzam się do miasta i przyjdzie się pożegnać z uroczą dziewiątką i kultową siódemką (kultowy jest ostatni kurs o 23:05 - mam czasami wrażenie, że cofnąłem się w czasie o pół wieku i na dodatek wylądowałem w ZSRR). Będzie mi ich brakować. Cyganów na trasie Wawa-Piaseczno nigdy nie stwierdziłem, moim zdaniem wolą obstawiać dużo wygodniejsze linie tramwajowe wzdłuż Puławskiej i Marszałkowskiej.
-
2008/02/29 03:03:29
Ej, myslicie, ze to jakas zorganizowana akcja? Ze niby rano osiedla/miasteczka/enklawy oscienne pustoszeja, to tam sie na miejsce tych normalszych wysyla tych pieprznietszych, 'zeby nam sie po miescie wariaci nie paletali'?
Moze to faktycznie jakas akcja prezydentow Warszaw.
Ale z drugiej strony ostatnimi dziewiatkami, odkad jestem swiadom istnienia tej linii, jezdza ponoc ci tamci 'dziwni oni'. Mam rozumiec, ze to ci, co 'bo moze im sie tu podoba'?

Pozdr