To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
Blog > Komentarze do wpisu

Jarek Grzędowicz - Pan Lodowego Ogrodu, Maja Lidia Kossakowska - Ruda Sfora

Miało być o Nordconie ale co mógłbym wam opowiedzieć o konwencie, który spędziłem ze znajomymi, w miejscach, w których podawano alkohol (czyli wszędzie)? No nie za wiele. Dlatego przyjedźcie i przekonajcie się sami, dlaczego Nordcon jest w pytkę. Bo jest.

Dzisiaj znowu literacko, dzisiaj znowu pochwalę terapeutyczne działanie bloga (kolejne dwie notki pełne wkurwu zostały skasowane tuż przed publikacją). Skoro już tak chwalę (cała notka będzie chwalcza), to chciałem również pochwalić lubelską Starówkę. A konkretnie lokal Czeska Piwnica, w którym można wypić smakowite czeskie piwo ciemne z kija. Oraz kilka jasnych. Również z kija. To plus urocze i pełne chęci niesienia pomocy kelnerki oraz atrakcyjna dla mieszkańca stolicy cena (7 zł) daje miłą miejscówkę, którą planuję odwiedzać podczas każdej wizyty w Lublinie. Za chwilę dalszy ciąg chwalenia.

Jarek i Maja to moje ulubione małżeństwo pisarsko-fandomowe, bo nie dość, że fajne rzeczy piszą, to na dodatek są parą uroczych, sympatycznych i kojarzących osób. Ale to tak zupełnie na marginesie, bo chciałem osobom niezorientowanym w niuansach powiązań osobistych zaznaczyć, że jadę kodem. Poprzednio ojciec i syn, dzisiaj mąż i żona, następnym razem będę musiał poszukać jakiegoś rodzeństwa. A tak na poważnie, to po prostu zbiegły się im premiery nowych książek, tak jakoś się zdarzyło, że przeczytałem jedną po drugiej i stwierdziłem, że zarekomenduję. Wyjątkowo panowie przodem.

Dwa lata temu Jarek wtargnął na rynek z hukiem, z pierwszym tomem Pana Lodowego Ogrodu. Może i przelałbym kilka bitów, coby napisać o treści ale inni uczynili to za mnie. Dlatego o fabule się jąkać nie będę zbyt szczegółowo i skoncentruje się na tym, dlaczego proza Jarka miała zachwycać, a cholera zachwyca... Niezbyt udana ta trawestacja ale niech już zostanie, bo sił na lepszą nie mam. Pan Lodowego Ogrodu (PLO) jest dla mnie, czytelnika niewyrobionego, gustującego w taniej sensacji, tandecie, erotyce i niepoważnej fantastyce, książką absolutnie mistrzowską. Bardzo chciałbym się do czegoś przyczepić, bo produkty idealne zawsze wzbudzały moją podejrzliwość, ale kurna nie mogę. Wszystko w niej gra. Po pierwsze fabuła - niby wszyscy znają wykorzystane wątki, bo ciężko nie znać takich klisz jak kontakt między cywilizacjami stojącymi na różnych poziomach rozwoju, hormonalne wspomaganie bohatera, wszczepy czy obraz imperium w trakcie poważnej dziejowej zawieruchy (upadek). Jarek z kuglarską zręcznością miesza je w swoim tygielku i rzuca nam przed nos produkt czytelniczo doskonały.
Po pierwsze, KA-PI-TAL-NI bohaterowie. Vuko Drakkainena pokochałem od pierwszego wejrzenia. Sprawnościowo podobny do tanatorów albo cybernetycznych żołnierzy solarnych z cyklu Tomka Kołodziejczaka[1], ma jednakowoż nad Danielem Bondaree[2] jedną przewagę - nie jest postacią marmurową. Vuko to taki koleś, z którym poszedłbym na piwo a potem, przez trzy godziny, odprowadzalibyśmy się wzajemnie do domów, zahaczając o kolejne knajpy. Ma swoje słabsze chwile, ma momenty wahania, wyrzuty sumienia, nie zawsze jest przekonany o słuszności tego, co robi i przez to nam, ludziom ułomnym duchem i obarczonym wadami, bliższy. Do głównego bohatera wątku równoległego (pewnie się zejdą w trzecim tomie) miałem na początku stosunek ambiwalentny. Niby spoko chłopaczyna ale jakoś tak mnie irytował. Na szczęście w którymś momencie zaczął dawać radę i przestałem życzyć mu nagłego zgonu. A do tego ma kapitalnych mentorów-pomocników, którzy wszystko umio i wszystko potrafio (nie poprawiać). W tym wypadku drugi plan jest lepszy od pierwszego. Drodzy państwo, zasiadając do lektury PLO zapomnijcie o papierowych, pokracznych i prawdziwych jak kamień filozoficzny bohaterach. Psychologia rządzi.
Fabuła. Pewnie, że są lepsze. Tylko co z tego? PLO sam się czyta i lojalnie ostrzegam, że lekkomyślne rozpoczynanie lektury w dzień powszedni, zaowocuje dnia następnego ciężkimi chwilami w pracy. W kategorii 'szansa na zarwaną noc' książka uzyskuje notę 99% (setkę zostawiłem sobie na Dzieło Ostateczne[3]).
Język. Czyli to, co dla mnie stanowi esencję mistrzowskiego pisarstwa. Zawsze byłem zwolennikiem tezy, że mistrz języka giętkiego potrafi opowiedzieć beznadziejnie nudną, głupią czy bezsensowną historię w taki sposób, że słuchacze/czytelnicy, zupełnie irracjonalnie, proszą o więcej. Opanowanie języka to warunek podstawowy, by próbować mienić się pisarzem, o czym niestety wielu twórców zapomina. Niech sobie złośliwi szydzą, że Jarek pisze tak, jakby każde słowo wykrwawiał[4]. Jest to typowa gówno-prawda, bo w rzeczywistości językiem włada mistrzowsko. I potrafi w hipnotyzujący sposób opowiedzieć każdą historię. Będzie przykład - są w PLO momenty zwolnienia, rozciągnięcia, by nie rzec rozwleczenia akcji. W cegle liczącej 600 stron, rzecz praktycznie nie do uniknięcia. Tyle tylko, że kunszt autora powoduje, że zdajemy sobie z nich sprawę dopiero wtedy, gdy opadnie pył i kurz po bitwie. A w trakcie lektury przemykamy po nich niczym Polacy po Hiszpanach pod Samosierrą.
Dokładnie to samo dostałem w tomie drugim. No, może oprócz bezsennej nocy, bo bezsensownie zacząłem PLO2 czytać natychmiast po zakupieniu. A że był to poniedziałek, książki wystarczyło mi aż do środy. Także wiecie co robić - 60 dyszek w kieszonkę i do księgarni marsz. Chyba, że należycie do osób, które nie lubią sobie cyklu szatkować. Wtedy musicie poczekać. Nie wiem jak długo, bo jakoś nie przyszło mi do głowy zapytać autora na ile tomów sobie ów cykl zaplanował. Przyjemnej lektury. Aha, wszystkie nagrody jakie zakosiła część pierwsza są jak najbardziej zasłużone. A wszystkim utyskującym nad stylem Jarka mogę zadedykować taką sobie ukradzioną krotochwilę: krytyk i impotent z jednej są parafii. Obaj wiedzą jak, żaden nie potrafi.

Maja z kolei napisała książkę, która powiela wszystkie schematy fantasy - młody ale coś w sobie mający bohater (nastoletni szaman Ergis) ze swoim wiernym rumakiem (Bęben) idzie do Mordoru, by ocalić świat przed siłami zła (Ruda Sfora). Zło jest Złe, na swojej drodze spopiela wszystko, gasi wszelkie życie i tam gdzie przejdzie, nie zaśpiewa już ptak. Oczywiście nasz bohater wędrując do mety przez punkty A (Ziemia), B, C i D (Światy Dolne), E, F, G oraz H (Światy Górne), sam by sobie nie poradził. Dlatego po drodze skompletuje drużynę. Towarzyszyć będą mu: Aragorn (bohater-pieśniarz Ellej), Arwena (córka ognia Tujaryma) i Sam Gamgee (kościej-tupilak Iwaszka). Po drodze spotka ich mnóstwo przygód, przyjdzie im ścierać się z potężnym i niepokonanym wrogiem, niektórzy za ową awanturniczą przygodę zapłacą głową. Podobieństw jest więcej. Mniej sprawny twórca zrobiłby z Rudej Sfory kolejne repetytorium z Tolkiena, które po zakończonej lekturze odłożylibyśmy na półkę z niesmakiem i starali się o nim jak najszybciej zapomnieć. Najlepiej przy pomocy litra. A Maja zrobiła jeden myk i całość nabrała smaku, barwy, faktury i sensu.
Ręka do góry kto wie bez guglania co to jest Jakut? To taki dziki z tajgi, proszę państwa. Ruda Sfora jest osadzona w mitologii jakuckiej. Ręka do góry kto wie bez guglania cokolwiek o mitologii jakuckiej? Tego się spodziewałem, bo sam też tak miałem. Dzięki wmontowaniu zgranego do cna schematu w egzotyczne i niewyeksploatowane regiony[5], dostaliśmy nową jakość na starych substratach. Oczywiście pomysł nie wypaliłby gdyby nie to, że wykorzystana mitologia jest zaskakująco[6] bogata i naprawdę interesująca. Opowieść rozgrywa się w porewolucyjnej Rosji, więc symbolika też nie powinna stanowić najmniejszego problemu.
Oczywiście autorka mogłaby sobie mykać do końca świata gdyby nie potrafiła sprawnie operować piórem i tworzyć bohaterów, z którymi czujemy jakieś powinowactwo i przejmujemy się ich losem. Ergis był do samego końca niepewny swojej mocy i głównie mi go było szkoda (w sumie dzieciak). Ellej miał w sobie mrok jak trza. Iwaszka był postacią tragikomiczną i nie dało się go nie polubić. Tujaryma to dama z charakterkiem, śmieszno-żałosny szaman-uzurpator plus cały tłum pełnokrwistych postaci drugoplanowych, kreślonych zdałoby się lekko i od niechcenia. To plus sprawne operowanie polszczyzną dało produkt zapewniający całe mnóstwo radochy, satysfakcji i solidnej wiedzy na temat egzotycznego ludu. 
Oczywiście gdybym był typem analno-retentywnym, to znalazłbym jakieś wpadki. Ale od tego na szczęście mamy Krytyków. Ja mogę z czystym sumieniem i bez kluczenia, Rudą Sforę polecić. Nawet tym, których irytuje wędrówka z Shire do Gór Szarych. W których, jak powszechnie wiadomo, złota nie ma. Do poczytania.

[1] Kolory sztandarów i Schwytany w światła. I jak nie przepadam za space-operą, tak ten cykl powtarzam sobie średnio raz na rok. Świetna rzecz, jedna z nielicznych przy których łzy ciekły mi z oczu. Wiecie, braterstwo broni, kompania braci i te rzeczy, które ruszają jedynie beznadziejnych romantyków skrywających się za grubą skorupą cynizmu, ironii i zen.
[2] Główny bohater cyklu Dominium Solarne.
[3] Mityczna i nieistniejąca książka, która okaże się dla mnie Bezapelacyjnie Najlepszą Książką Świata. Coś z gatunku 'dostałem cię do ręki, nie muszę już czytać niczego innego'. Widzicie zagrożenia? No właśnie. Dlatego modlę się, by nigdy nie powstała.
[4] Skąd ten pomysł, że Jarek zmaga się z językiem? Być może jest to jakaś projekcja własnych kompleksów albo rozgrywek natury osobistej. Nie wiem ale zastanawia mnie, do jakiego stopnia trzeba być zaślepionym, by wypisywać takie głupoty.
[5] Ich niewyeksploatowanie w naszej literaturze to podstawa sukcesu książki. Jak fajna, interesująca i niesztampowa byłaby Ruda Sfora osadzona w mitologii arturiańskiej?
[6] Zaskakująco bogata, bo na pierwszy rzut myśli wydawało mi się, że ludzie żyjący w tajdze i tundrze raczej martwią się o to czym wykarmić zwierzęta domowe i jak ogrzać dom, niż wymyślają panteon bogów, drzewo będące osią świata, bogate bestarium i demonarium oraz superbohaterskich bohaterów. Logiki w takim myśleniu za grosz (co robić oprócz seksu i snucia opowieści gdy dom po dach śniegiem zasypany?) ale pierwsze skojarzenie takie właśnie miałem. Nie jestem z niego dumny.

piątek, 14 grudnia 2007, radkowiecki

Polecane wpisy

  • Bałem się że mi zamkną bloga

    Zanim zacznę. Niektórzy pytają jak moralnie godzę to, że piszę notki na fejsa i bloga (na tego ostatniego coraz mniej) w godzinach pracy. Zapamiętajcie - moraln

  • Miasto i Miasto - China Mieville

    Jedna rzecz w całej tej jesieni jest dobra. No dobra dwie: atrakcyjnie obniżone temperatury i przesiadka z roweru do komunikacji miejskiej. Dzięki temu drugiemu

  • Dziewczyna z sąsiedztwa - Jack Ketchum

    Znowu o potworach. Tym razem gorszych niż w Poza sezonem , bo tam była dzicz z jaskini a tutaj sąsiedzi z domu obok. W poprzedniej ksiażce Ketchum przewrócił mn

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2007/12/14 19:07:40
Dwa razy veto:) Wyjdę pewnie na Krytyczkę, ale dla mnie PLO 2, po faktycznie bardzo dobrej jedynce,mimo w dalszym ciągu świetnej warstwy językowej, był sporym rozczarowaniem.
Zaś co do RS:
www.fahrenheit.net.pl/archiwum/f60/07.html
Linkuję bezczelnie swój tekst, bo nie chce mi się powtarzać (bezpośrednio zalinkować się nie da, to "Młody szaman kontra opór materializmu". Z Kossakowskiej najbardziej mi podchodzą opowiadania. Za najlepszą rzecz Grzędowicza, tak swoją drogą, uważam "Ksiegę jesiennych demonów".
-
2007/12/15 12:09:19
Ja nie chcę oceniać PLO1 i PLO2 osobno, gdyż widać że to jedna powieść w trzech tomach: to tak jakby krytycznie porównywać i zestawiać ze sobą "Bractwo Pierścienia" i "Dwie Wieże". Niedasie :)
-
2007/12/16 01:19:03
Coś wam się chyba, panie Teklak, zdrowo pozajączkowało :-) O ile mi wiadomo, w tekście o krwawieniu chodzi o coś zupełnie innego - to bodajże Dagajew po przeczytaniu "Księgi jesiennych demonów" powiedział, że Jarek nie pisze książek, tylko nimi krwawi, ale to miał być komplement - chodziło o dość ponurą i chyba trochę osobistą treść, a nie o styl.
-
2007/12/17 10:27:18
Tekst o krwawieniu zasłyszałem wyrwany z kontekstu, z ust osoby, która cytowała go z taką miną, jakby Jarek wybił jej rodzinę. Dlatego nie odebrałem go jako komplement. Jeżeli to był cytat z Michała, to wyjątkowo chujowo dobrany i skomponowany.
Jeżeli chodzi o niezgadzanie się ze mną i podwójne veto, to ja po prostu wrzucę przed świętami moje credo czytelnicze. Pozwoli to wam lepiej zrozumieć dlaczego niektóre książki uzyskują u mnie wysokie noty. Nawet jeżeli 'obiektywnie' są kiepskawe.
-
2007/12/17 16:02:09
"Dagajew po przeczytaniu "Księgi jesiennych demonów" powiedział, że Jarek nie pisze książek, tylko nimi krwawi, ale to miał być komplement - chodziło o dość ponurą i chyba trochę osobistą treść, a nie o styl."

Trochę o treść, a najbardziej o tempo i sposób powstawania opowiadań (było to w czasach, gdy Grzędowicz publikował swoje teksty w tempie jeden na kilka lat, a nie w tempie "Pilipiuk na red bullu").
-
2007/12/18 10:21:54
zachęcony sięgnąłem po Grzędowicza - i przyznaję rację. Sprawnie napisane. Kompilacja wielu wątków i pomysłów, niektórych od dawna istniejących w literaturze (np przyspieszony Vuk przypomina jako żywo przyspieszonych komandosów (i samego Gilliego Foyle'a) z "Gwiazdy - moje przeznaczenie"). Ale kompilacja, jako się już napisało, sprawna i żywa - dokładnie tak jak to opisałeś. Przyznaję się - zmieniam powoli opinię o nowym pokoleniu polskich pisarzy fantastycznych - dorastają, to widać że wyrosło pokolenie w którym jest z czego wybrać.
Z drugiej strony, skoro podobało Ci się na lubelskim Starym Mieście, być może sięgniesz po tę książkę:
www.redhorse.pl/p94_Komisarz_Maciejewski_Morderstwo_pod_cenzura.html
moim zdaniem nie gorsza od książek Krajewskiego o Wrocławiu. Też kryminał, Lublin lat 30 XX wieku. Ale to nie kopia Krajewskiego - a interesujący oryginał. Żywe, oryginalne postacie, świetnie odrobiona lekcja z historii - również z topografii, ze zwyczajów i obyczajów ówczesnych. Można się po prostu zanurzyć w tym dawnym świecie. I mapka starego Lublina jest! :-). I ciekawa intryga i niezły styl. Warte polecenia.
-
2007/12/18 14:45:36
jeszcze sobie uświadomiłem, że Vuk i jego sposób narracji coś mi przypomina
pl.wikipedia.org/wiki/Cizia_Zyk%C3%AB tego gościa mianowicie. Radkowiecki, czytałeś?
stud.wsi.edu.pl/~silenczp/cizia/sahara.html
tu jest fragment Sahary
merlin.pl/frontend/browse/product/1,562815.html tu jego nowa książka
-
2008/01/24 22:49:00
Grzędowicz królem jest i basta :-D Szkoda tylko że takie krótkie książki pisze. Bo co to jest 600 stron dla roznamiętnionego czytacza - tyle co muchę połknąć. No i na tom nastepny z rok przyjdzie czekać. Może choć Sapek coś przez ten czas naskrobie wyda.
Baj de łej - mam nadzieję, o Szanowny Twórco Zsypu, że mnie nie obłupisz ze skóry za podlinkowanie Twojego bloga na moim. A jeśli już złupienia ze skóry nie da się ominać, to poproszę o pozostawienie jednego paska skóry na rzyci, aby choć siąść się dało.
-
2008/02/27 16:41:37
wywołany do tablicy Dagajew nie przypomina sobie cytowanego ( a może raczej wkładanego w jego usta ) fragmentu :-) (choć nie wyklucza minimalnego prawdopodobieństwa, że coś takiego lub coś w tym stylu kiedyś powiedział)
-
2008/03/24 19:49:09
A mnie się kojarzy, że to w ogóle nie chodzi o jakość pisania, tylko o częstość. Że Jarek jak coś wyda, to raz na ruski rok, ale za to takie, że czytelników wbija w fotele, a konkurencję rozsmarowuje po ścianach. Znaczy, pisanie idzie mu powolutku, jak krew z nosa, ale efekt - zajedwabisty.
-
2008/03/24 19:53:42
A Cizia Zyke - no może trochę podobnie, ale Grzędowicz jest dużo mniej knajacki; to już prędzej do Zyke bym Ziemiańskiego porównywał. (Chociaż głowy nie dam - Zyke czytałem daaawno lat temu, jak u nas Saharę wydali).