To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
Blog > Komentarze do wpisu

Futurama, kurwa ich mać

Wiem co czuję marsylska dziwka, którą marynarz przeleci i nie zapłaci. Czuje się wydymana. Ja też czuję się wydymany. Na szczęście połowicznie.

O tym, że Futurama na DVD w końcu wejdzie na nasz rynek, doniesiono mi czas jakiś temu. Nie powiem, żebym się nie ucieszył - oglądanie filmu na piracie jest słabe, zdecydowanie wolę dyskretny urok burżuazyjnego zestawu kina domowego. Pierwszym kubłem wody dostałem w twarz gdy ujrzałem ile sobie za pierwszy sezon życzy dystrybutor. Przepraszam ale 140 zł za trzy płyty z filmem animowanym, to ciut dużo. Zwłaszcza, że ten sam zestaw na amazonie kosztuje niecałe 70 zł. Postanowiłem poczekać na uspokojenie się rynku i pierwsze korzystne oferty na allegro (korzystne czyli w okolicy 100 zł). Okazało się, że czekać nie muszę - w wyniku różnych okoliczności dostałem pierwszy sezon pod koniec sierpnia. No i wczoraj postanowiłem sobie ów pierwszy sezon obejrzeć. Po zakończonym seansie mam do powiedzenia jedno - kurwa mać.

Na samą myśl, że chciałem za to gówno zapłacić jakiekolwiek pieniądze, oblewa mnie zimny pot. No ale po kolei. Folia, tekturowe pudełeczko na 3 płyty, wszystko ok, jakieś tam wersje językowe, włącz głos oryginalny, podłóż napisy polskie, co tu jeszcze mamy? Wszystko? Trudno, jedziemy.
No cóż, uparli się, żeby to wyemitować jako Przygody Frya w kosmosie - ich broszka. Może faktycznie ludzie kojarzą taki tytuł. Z drugiej strony liczyć na to, że Futuramę za 140 zł kupi ktoś inny poza fanatycznymi wyznawcami? Łorewa, ja się na robieniu międzynarodowego biznesu nie znam i w tytuł nie wnikam - dla mnie to zawsze będzie Futurama a nie jakiś usmażony koleś w przestrzeni kosmicznej. Kawa jest, papierosy są - oglądamy. Hm... dźwięk oryginału 2.0. Trudno, to nie Helikopter w ogniu, niech będzie sobie 2.0. Głos polskiego lektora chujowy ale przecież nie będę oglądał Futuramy z lektorem.

Na razie wszystko w porządku, wszystko wyraźne, wszystko słychać, for antoher lousy millenium, luzik, Leela jest, w porządku, ucieczka, suicide booth, spoko, cześć - jestem Fry, cześć - jestem Zginacz... Kurwa kto? Jaki znowu Zginacz - przecież to nasz stary, dobry Bender. Niestety - wytwórca arcydzieła, pan Kuba Wecsile stwierdził, że Bender nie może być Bender, powinien natomiast zostać Zginaczem. Tak jak Trinity została Trójcą, Matrix Macierzą a Switch Przełącznią czy inną, kurwa, Przerzutnią. I to jest mój podstawowy zarzut pod adresem polskiego wydania - zjebane tłumaczenie. A wszystkim, którzy twierdzą, że zjebane tłumaczenie nie może dyskwalifikować wydania, mogę powiedzieć tylko jedno - pierdolicie głupoty.

Jestem Polakiem, mieszkam w Polsce, kupując polskie wydanie filmu na DVD oczekuję przyzwoitego tłumaczenia. I nie ma nic do rzeczy fakt, że mogę sobie obejrzeć film w oryginale. Domagam się przyzwoitego tłumaczenia nawet gdy z niego nie korzystam. Bo zawarłem ze sprzedającym umowę, w której ja ze swojej części się wywiązałem - wyłożyłem pieniądze. Dodajmy, wcale niemałe[1]. A dostaję tłumaczenie, które jest słabe i niewarte nawet splunięcia.

Po pierwsze - z filmami typu Futurama trzeba ostrożnie, niczym na polu minowym, bo się można wjebać. Imperial się wjebał, bo stwierdził najwidoczniej, że kreskówki nie musimy traktować poważnie. Tłumaczenie nie dostało choćby podstawowej redakcji, co widać na każdym kroku. Drobiazgi typu 'w roku 2403' zamiast 'w roku 2443', na które na początku nie zwracamy uwagi, przy kolejnym razie drażnią, bo są wyrazem niechlujstwa wydawcy. Niechlujstwa, które wkurwia mnie we wszystkich dziedzinach życia. No ale ta wyjebka na swoje obowiązki, to chyba nasze obciążenie dziedziczne, z którego niektórzy zdają się być dumni.

W kilku miejscach tłumacz czyni jakieś dziwne oszczędności: zamiast Omicron Persei 8 mamy Omikron 8. W jednym miejscu mu się pierdolnęło i mamy Omikron 7 (i nie mam na myśli pewnej rozmowy[2]). Jest tego oczywiście więcej, łącznie ze znanymi i wkurwiającymi akcjami typu: bohater mówi dwa zdania, w tłumaczeniu otrzymujemy 'Chodźmy stąd'. Kurwa mać - to nie kino, tutaj można pozwolić sobie na więcej, bo nawet jak ktoś nie zdąży przeczytać napisów, to może sobie do sceny wrócić.

Tłumacz nie rozumie też, że wstawianie własnych żartów do tłumaczenia, to zabieg karkołomny. I nawet bym się nie przypierdalał o wrzucanie śmiesznych tekstów tam, gdzie w oryginale ich nie ma, gdyby tylko były śmieszne. Po pierwsze - nie są. Po drugie - dodawać od siebie możemy tylko wtedy, gdy odrobiliśmy pracę domową. Czyli wtedy, gdy przetłumaczyliśmy z tego oryginału wszystko, co było do przetłumaczenia. Niestety - tłumacz ma wyjebane na swoją pracę, co w połączeniu z jego misją rozśmieszania ludzi, daje efekt co najmniej niezadowalający.

I wreszcie spolszczenia. No ja pierdolę, kto to wymyślił? Tłumacz, który stwierdził, że w odcinku Raging Bender łatwiej mu będzie przetłumaczyć Bender the Offender na Zginacz Przeginacz? W dupie mam takie zabiegi. Kolesia zresztą w ogóle zaćmiło, bo tłumaczy prawie wszystko. W sensie nazw własnych. I o ile, od biedy, jestem w stanie zrozumieć przetłumaczenie Bendera na Zginacza (jeden z głównych bohaterów), to bezkrytyczne łupanie wszystkiego na polski mnie wkurwiło. Od kiedy Slurm to Grzdyl (czy coś w tym zdegenerowanym guście)? Po chuj tłumaczyć imię robota Fender, skoro to właśnie z jego fenderowości rodzi się żart sytuacyjny[3]? Jest tego więcej ale nie mam zamiaru ani oglądać więcej Futuramy po polsku, ani wyszukiwać tego typu kwiatków.

Wydawca zjebał i nie ma dla niego żadnego wytłumaczenia. Nie gonił go czas, bo jesteśmy z tym wydaniem i tak 5 lat za cywilizowanym światem. Imperial miał szansę zrobić przyzwoity set, z dobrym tłumaczeniem, za dobrą cenę. Zamiast tego, rzucili mi w twarz półprodukt za 140 zł. Mam ochotę rzucać kurwami przez pół dnia, tak mnie zdenerwowali. Ale ponieważ wróciło moje zen (a nawet Zen) i się już nie wkurzam na byle gówno, powiem wam jedno. Jeżeli radzicie sobie z angielskim - kupcie całość na amazonie. Oszczędzicie kupę kasy i się nie wkurwicie. Jeżeli po angielsku nie mówicie? No cóż, rzadko namawiam ludzi do piracenia ale tym razem wydawca sam się podłożył - znacznie lepiej ściągnąć sobie odcinki z sieci, dołożyć do nich amatorskie tłumaczenia i obejrzeć w ten sposób, niż silić się na legalność. Jakościowo te produkty będą podobne (jakość obrazu, jakość tłumaczenia) a koszty pozyskania nieporównywalnie różne. Od polskiego, legalnego wydania Futuramy trzymajcie się z daleka. Śmierdzi.

A teraz na spokojnie. Moje narzekanie może wydać się przesadzone. I pewnie trochę przesadzone jest. Ale już od dłuższego czasu wkurwia mnie polityka dystrybutorów DVD. Bierzemy film, dodajemy daremne tłumaczenie i upychamy ludziom za 50 zł. Jak ktoś jest anglojęzyczny, to jest mu wszystko jedno. Co ma jednak powiedzieć osoba, która włada tylko językiem polskim? W spożywczym mogę oddać zapleśniałe masło, w meblowym - rozwalającą się półkę a w odzieżowym - podartą bluzę. Jak mam jednak motywować chęć zwrotu płyty DVD, na której wydawca zjebał tłumaczenie? Co, mam powiedzieć, że ja zrobiłbym to lepiej czy powołać biegłego, który oceni jakość translacji? Nie mam pomysłu i dlatego każde spierdolone napisy traktuję jako oszustwo popełnione przez wydawcę. Do tego popełnione z premedytacją.

I dlatego mam do was wszystkich radę - jeżeli jeszcze nie kupiliście Futuramy, nie róbcie tego. Powiedzcie znajomym żeby też tego nie robili. A znajomi niech powiedzą swoim znajomym. Z jednej strony wydawcy skamlają, że okradają ich piraci. Z drugiej strony, robią z nami dokładnie to samo. Z tym, że w białych rękawiczkach i w majestacie prawa. W tym konkretnym przypadku nie mogę z dystrybutorem sympatyzować - pierdolę was serdecznie[4]. I dziękuję za to chujowe tłumaczenie. Dzięki niemu przełamię się i w końcu kupię sobie coś na amazonie. I za kolejne sezony po polsku też wam serdecznie dziękuję - zrolujcie je sobie i wetknijcie w dupę. Dziękuję za uwagę.

Aha, z tego wkurwu nie dałem rady znaleźć obiecanych materiałów dodatkowych. Jeżeli gdzieś są, to bardzo przemyślnie je ukryto, bo w menu głównym ich nie widzę. Być może technologia mnie przerosła. Być może piana opadła mi na oczy. Nie wiem. Ani moje kino domowe, ani odtwarzacz w komputerze ich nie widzą. Ładnie to tak kłamać?

[1] Nie ma znaczenia fakt, że pierwszy sezon dostałem w prezencie. Gdybym nie dostał, to bym go i tak kupił. Dlatego piszę tak, jakbym został wyruchany na kasie.
[2] Jedyne prawidłowe zastosowanie formy Omikron Persei 7 ma miejsce podczas rozmowy obcej z obcym, gdy ta twierdzi, że kobiety są z Omikron Persei 7 a faceci z Omikron Persei 9. W każdym innym przypadku jest to niechlujstwo.
[3] Robot w kształcie kolumny głośnikowej, który jest w obsłudze zespołu Beastie Boys. W jakim celu przetłumaczono jego imię z Fender na Spinacz? Nie wiem jak wy ale ja nie mam żadnego pomysłu.
[4] Za dwa sezony Ghost in the Shell: Stand Alone Complex, zapłaciłem z przyjemnością. Oba sezony kosztowały mnie w prenumeracie coś około 250 zł (nie pamiętam dokładnej kwoty ale to był ten rząd wielkości). Za te pieniądze dostałem 52 odcinki, każdy w dwóch wersjach tłumaczenia - wersja wydawcy i świetny fansub autorstwa Freemana. Do tego dwa solidne pudełka, dwie trójwymiarowe naklejki na nie, idealny dźwięk, idealny obraz, kupa dodatków wnoszących sporo do zagadnienia. Dodatkowo w każdej paczce duży plakat, szybka reakcja na reklamacje, no ideał. I właśnie tak powinno wydawać się kultowe seriale - z miłością. A ja wtedy z prawdziwą radością wydam na nie pieniądze (w tym przypadku bardzo małe). Inna sprawa, że dla polskich kundli nawet to było za drogie. Wzruszałem się do łez czytając wątki na forach o anime, z których wynikało, że najlepiej by było gdyby wydawca rozsyłał GiTSa za darmo. A potem się dziwią, że IDG nie ma chwilowo w planach ani Innocence, ani Solid State Society. Ja jak za młodu czegoś pożądałem, to zarabiałem na to pieniądze i sobie kupowałem. Teraz młodzież woli zajumać z internetu a potem płakać, że nie ma czego jumać. Pierdolę - nie rozmnażam się.
W podobny sposób wydawca wybajerzył Kompanię Braci - jest warta każdej wydanej na nią złotówki. Futurama wygląda przy wzmiankowanych wydaniach jak żebrak. To boli.

poniedziałek, 17 września 2007, radkowiecki

Polecane wpisy

  • Przebasowana pomarańcza

    Orange, kurwa, festiwal. Najpierw powiał wiatr i spadł im ekran LED oraz uszkodzeniu uległa część nagłośnienia na Warsaw Stage (scena na zewnątrz). Dość powied

  • Podrywacze w bibliotece odc. 142

    To jest jeden z tych filmów, po których musisz sobie zrobić przerwę obiadową w stołówce zakładowej i ochłonąć, bo nie wierzysz, że studenci, którzy są naszą prz

  • Kiedyś byłem zwykłym motorniczym

    To będzie taki trochę bez sensu wpis ale nie zmieściłem się w 160 znakach na blipie i muszę tutaj. Wyraziłem dzisiaj swoje niezadowolenie ze stylu, w jakim wyko

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2007/09/18 00:18:23
No dobra - to jest mocne. Pamietam nasza pierwsza rozmowe o Futuramie. A to, ze niedlugo po tym wyszedl na jaw temat, ze napisy do filmow najlepiej robia fanatycy owegoz filmu (tego samego wieczora, jedno piwo pozniej) moge tylko potraktowac jako przepowiednie rzeczy nadchodzacych.

Lacze sie w bolu i oznajmiam slowa prawdy - umcie angielski i nie ogladajcie gownianych tlumaczen, bo jeszcze w czasach ogladania filmow z lektorem, kiedy w TV nie bylo za wiele kanalow, wkurzalem sie na debilne i zle przetlumaczone tektsty, ktore musieli czytac z zazenowaniem tacy goscie, jak Tomasz Knapik, czy Maciej Gudowski, zatem slabe tlumaczenia na Polski nie sa tylko dziedzina czasu, gdzie wszystko trzeba szybko i na wypasie.

Aha - widze, ze rzuciles nalog zucia gumy nicorette.
-
2007/09/18 00:41:20
GITS : SAC to w ogóle jak na razie wzorzec wydanego serialu. No ok, Rzym też jest wydany paluszki lizać. Niestety, zgadzam się, że generalnie wydawca ma głęboko w dupie jakość, liczy się kasa, misiu, kasa. To tak krótkowzroczna polityka, że aż boli. Dzieki za ostrzeżenie, miałem sobie Futuramę sprawić.
Aha, GITS : SAC2 przestał wychodzić, jeśli chodzi o pojedyńcze DVD. Albo ja coś dość poważnie przeoczyłem, ale raczej nie...
-
2007/09/18 00:46:22
Ta, najlepsze napisy w wykonaniu fanatyków, dzięki którym "go see a shrink" staje się "zobaczyć się z krewetką".

BTW, jeśli to DVD kupione online, to powinno się dać zwrócić w ciągu chyba 2 tygodni bez podawania przyczyny.

A.
-
2007/09/18 00:50:10
Olsen - ja już nie chcę tak przepowiadać. Zresztą nie wiem, może za bardzo mnie poniosło, może to tłumaczenie nie jest totalnie spieprzone, może jest po prostu poprawne. A ja wymagałem dla mojego ukochanego serialu tłumaczenia genialnego i stąd ten nerw. Tak czy inaczej szkoda mi zmarnowanego wydania. Co do nicorette - w październiku znowu do niej wracam.
Tarkus - GITS: SAC2 wyszedł do końca tyle tylko, że wydali go w dużo krótszym okresie niż jedynkę i mogło ci coś umknąć. Zapuścili 8 płyt, które bardzo fajnie pasują do pudełka zbiorczego. Które to pudełko zbiorcze bardzo ładnie komponuje się z pudełkiem zbiorczym zawierającym GITS: SAC1. Mistrzostwo świata pod każdym możliwym względem.
-
2007/09/18 02:49:31
Superbarman - majac na mysli fanatykow mialem [i chyba nie tylko ja] na mysli ludzi zakreconych danym zjawiskiem do tego stopnia, ze slyszac w orginale tekst z Dziela, mysla, jak przekazac dalej ten dar niebios dla ludzkosci w jego ojczystym jezyku. A nie takich, co sciagneli angielskie napisy i wrzucili je na auto-tlumacza, lub sa polglowkami bez dostepu do slownika.
-
2007/09/18 02:51:14
Tak sobie mysle, ze moze uzylem zlego slowa, bo faktycznie fanatycy rzadko maja rowno pod sufitem...
Fandomici moze?
-
2007/09/18 09:39:53
Superbarman
Najlepszym przykładem fanatyka, który, bo ja wiem - z miłości do filmu albo z uwielbienia do filmu, zrobił świetnego fansuba, jest często wspominany przeze mnie Freeman. Koleś stworzył ze swoich napisów małe arcydziełka, dawał przypisy jak w książce (przedtem na przykład nie wiedziałem, że japońskie nazwisko Watanabe, to taki nasz Nowak albo Kowalski), przed kilkoma odcinkami rzucił kontekstem kulturowym, bez którego zrozumienie odcinka byłoby niepełne. Innym przykładem jest SliderOh, której tłumaczenia Losta ze słuchu były niemalże idealne. Powtarzam - ze słuchu, więc pierwsze wersje mogły mieć błędy. Po wygładzeniu były to napisy niemalże idealne. I dokładnie o takich subach sobie tutaj z Olsenem gawędzimy. A tłumy domorosłych tłumaczy z napisy.info to patologia trącająca amatorszczyzną w najgorszym wydaniu.
-
2007/09/18 10:41:23
Ehh, crap... A chciałem zrobić prezent ojcu który Futuramę uwielbia, ale z racji nieznajomości angielskiego musiał ograniczać się do telewizorni...

Zginacz... Radku, nie spieprzyli przynajmniej "kiss my shiny metal ass"?
-
2007/09/18 16:59:04
Wśród tłumów amatorów można czasami dostrzec całkiem przyzwoitych, którym się chce i którzy umieją, a nie "umią". Generalnie poza paroma drobiazgami nie mam sie o co czepić JediAdama za 2 sezon Rzymu (w pierwszym bywało różnie), osoby tłumaczące BSG w trzecim sezonie się wyrobiły (przedtem - jak wyżej), także co do Weeds nie mam uwag, zważywszy, że tu trzeba przekładać sporo nigga-slangu oraz slangu ćpunów :) Ale generalnie masz rację, Radku - długi czas wolałem napisy angielskie lub film zupełnie w oryginale, niż psuć sobie przyjemność "przekładem" palanta, który tłumaczy idiomy słowo w słowo. Albo gry słowne, nawet te proste. No, ale to są amatorzy, robiący tłumaczenie dla funu, w wolnym czasie. Tłumacz zawodowy odpierdalający podobne rzeczy to partacz, fuszer i zakała, którą należy pozbawić prawa do wykonywania zawodu bez możliwości apelacji.
-
2007/09/18 22:42:54
ta dyskusja o tłumaczach przypomina mi ostatnie zamknięcie tłumaczy - amatorów. Ot i jak to wychodzi.
A do wydawcy GITS (Tarkus, najlepiej zamówić przez net wszystko na raz) muszę napisać żeby wydali Star Treki. Im można zaufać.
-
2007/09/19 08:08:39
... "Cowboya Bebopa" by mogli.
Mam oba sezony GITS i... JESZCZE!
-
2007/09/19 12:08:49
Chemik - z tego co czytałem (wypowiadał się wydawca serii), GITS:SAC sprzedało się słabo. Nie wiem czy to prawda, czy kokieteria ale faktem jest, że polscy jumacze woleli zajebać film z sieci niż wyłożyć raz na miesiąć 19,90 za płytę z trzema odcinkami i materiałami dodatkowymi - byłem świadkiem takich skamlań na różnych forach. Dlatego mam poważną obawę, że z wybajerzonymi wydaniami anime rodem z IDG możemy się pożegnać, nad czym ubolewam, bo chętnie poszerzyłbym swoją wiedzę na temat gatunku.
-
2007/09/20 09:29:56
Taka już polska mentalność... Chociaż może gdyby odcinki pojawiły się na DVD wcześniej (nie piszę już o zrównaniu premier z Japonią/USA, bo to bajka) to może jeden z drugim dwa razy by pomyśleli czy nie lepiej wybrać się do kiosku niż czekać kilka dni na zakończenie ściągania.
-
2007/09/20 10:19:47
Nie pomyśleliby, bo to są ludzie z tego gatunku, co to obejrzą chamskiego screenera i są zadowoleni, że zaliczyli film. Przyznaję, obejrzałem Transformersów w formie screenera (nie pytajcie co mnie zaćmiło) i jak tylko pojawią się na DVD, to dygam do sklepu i kupuję płytkę. Oni tego nigdy nie zrobią. Ani z Transformers, ani z GiTSem. Ani z żadnym innym filmem, bo to są jumacze hołdujący zasadzie: 'skoro cena nośnika to tylko złotówka a film na DVD kosztuje 50 zł, to jest to złodziejstwo'. I w myśl maksymy wodza rewolucji grabią zagrabione.
I żeby nie było - ja sam święty nie jestem ale mam przynajmniej tyle przyzwoitości, że nie nazywam kradzieży sprawiedliwością. Zresztą kiedyś pewnie popełnię dłuższy kawałek na tematy okołofilmowe.
-
2007/09/22 11:54:40
Kiedy widzisz, Radku, bedę bronił tumacza, przynajmniej w kwestii Bender-Zginacz, Fender-Spinacz. A to z prostej tej przyczyny, że dla ciebie "Bender the Offender" coś znaczy, dla widza, który angielskiego nie kuma - nie znaczy nic. Zginacz-Przeginacz owszem, nie jest najwyższych lotów, ale cośtam znaczy. Co do spinacza - to bardzo proste. Zrobione to zostało po to, żeby rymowało się ze Zginaczem. Zwrot "Fender Bender" istnieje w języku angielskim (oznacza wymiatanie na gitarze, o ile pamiętam) i podejrzewam, że wcisnęli gdzieś w Futuramie jakiś o tym dowcip. Gdyby w polskiej wersji Fender nie otrzymał imienia rymującego się z polską wersją Bendera, wyszłaby kupa. Gdyby zachowano oryginalne imiona, uniemożliwionoby nieznającemu angielskiego widzowi zrozumienie części żartów. Słowem, przesadzasz.
-
2007/09/22 16:50:45
Flint - żeby tłumacz chociaż wcisnął żart o wymiataniu na gitarze, to może bym to przełknął. Ale nie wcisnął. A jeżeli wcisnął, to tak przemyślnie go zakamuflował, że go nie zauważyłem. Całej kupy innych żartów też nie wcisnął, bo pewnie mu się nie chciało albo terminy go goniły. Zaś od widza zasiadającego do Futuramy, która naszpikowana jest takimi drobiazgami, jak choćby kolumna głośnikowa Fender, oczekuję odrobiny kumacji. Takiej na przykład, żeby kojarzył co to jest ten cholerny Fender i dlaczego kolumna podpisana w ten sposób jest jakoś tam zabawna.
W ogóle Futurama jest dosyć niewdzięczna do tłumaczenia z uwagi na dużą ilość gier i zabaw słownych w niej obecnych. Dlatego do jej tłumaczenia powinni posadzić typowego geeko-nerda, który kojarzy konteksty, a nie kolesia, który potraktował ją po macoszemu, odwalił pańszczyznę, skasował wypłatę i zasiadł do tłumaczenia drugiego sezonu.
Swego zdania o jakości przekładu nie zmienię, bo co z tego, że jest poprawny, skoro spłycony. Ja nie chcę tłumaczeń poprawnych. Ja chcę tłumaczeń dobrych, bardzo dobrych i wybitnych. Ale tutaj wchodzimy na grząski grunt osobniczego podejścia do wykonywanej pracy.
-
2010/04/20 16:01:07
To co powiesz na to: siedem sezonów serialu po 20-23 odcinki każdy w boxie za circa 850 PLN. Człowiek kocha, człowiek kilka miesięcy oszczędza, człowiek płaci krwią własną. I włącza polskie napisy, żeby posłuchać aktorów (jak leciało w polskiej tv, to oczywiście zagłuszone). I co? I kurwica oczy zalewa.
BŁĘDY ORTOGRAFICZNE. Błędy językowe. Niespójne tłumaczenie nazw własnych (raz tak, raz kwak, raz oryginalna wersja). Szczytem było, gdy gdzieś w sezonie czwartym postać (wystepująca gdzieś od trzeciego odcinka pierwszej serii w prawie każdym odcinku!) o imieniu Paris staje się Paryżem. As in "Czym się martwisz? Paryżem?". I tak do zajebania - albo to tłumaczyło dziesięcioro Murzyniątek (nawet rozumiem, ale, kurwać, trzeba by dać jakiegoś nadzorcę, co sczyta całość i ujednolici, nie?), albo pijany gimnazjalista z pamięcią krótkotrwałą o pojemności takiej jak chiński kalkulator za 3 zł.
I jak ja mam lojalnie popierać Warner Bros, jak ja mam kupować ich wydawnictwa, jak mam się oburzac na jumanie z netu, jeśli za niebagatelną kasę zostałam wydymana na odpieprz się. Żeby nawet spell checka nie wrzucić? Żeby puszczać za kurewsko grubą kasę błędy rodem z gimnazjum?

Przepraszam, ulało mi się. Wiem, że notka była potop temu, ale czytam wstecznie i mi się przypomniało, dlaczego od roku nienawidzę polskiego wydawcy WB.