To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
Blog > Komentarze do wpisu

Weźcie wy się ode mnie odpierdolcie

Ledwo człowiek wróci z urlopu (o którym, być może, skrobnę coś w oddzielnej notce), otworzy gazetę, kliknie w onet czy włączy telewizor, a już go ci pokurwieńcy doprowadzają do szewskiej pasji. Mulat coś odrolnił, CBA pod wodzą generalissimusa Kamyka znowu dało pizdy, Roman się kompromituje nieznajomością podstawowych lektur naszego dzieciństwa, mały człowieczek w czarnej sukience bredzi coś o Żydach, czarownicach i eutanazji, drugi mały człowieczek z ciężkim zgryzem pierdoli, że to nie ślina a deszcz na niego chlapie, autostrady się nie budują, stadiony się nie budują, emerytury małżeńskiej nie dostaniemy, tarczę nam wybudują nawet, jeżeli nam się to nie podoba a na koniec urzędujący drób pierdoli coś o referendum na temat 'czy bogatym należy ukraść jeszcze więcej'. Co jest, kurwa, ja się pytam? Czy nam już do końca odpierdoliło jako narodowi? Przy żłobie parobki, tępaki, małe złodzieje, mendy albo kretyni - gdzie ci wykształceni posłowie, do kurwy nędzy? Katastrofa pod nazwą 'Euro 2012' zbliża się coraz większymi krokami, rata kredytu mieszkaniowego mi wzrosła, bo przy stopach manipulują, żarcie coraz droższe, trzęsienie ziemi, szarańcza, wody spływające krwią, brakuje ropy, Armagedon, Ragnarok, koniec świata, jaki znamy.
Otóż na wszystkie wymienione powyżej historie (oprócz wysokości mojej raty kredytowej) mam kompletnie wyjebane i dopóki te żłoby nie manipulują przy rzeczach, które mogłyby mieć wpływ na mój dobrobyt tu i teraz, sram na to[1] gównem tak rzadkim i śmierdzącym, że ciężko sobie je nawet wyobrazić. Bo widzicie - ja nie o tym.

Zgodnie z obietnicą, napiszę kilka słów na temat mojego urlopu (chyba nie uwierzyliście, że będę to robił w oddzielnej notce z adekwatnym tytułem... uwierzyliście?). Otóż na dwa miesiące przed odkrojeniem kolejnej pięciolatki w życiu moim, coś mi odpierdoliło i dałem się wyciągnąć na Bałtyk. Tak więcej na rejs w typie ruchomego mini-konwentu[2]. Trzeba mieć zdrowo najebane pod czapką, by na stare, reumatyczno-artretyczne lata dać się wyciągnąć na pływanie po rozszalałym żywiole, w kruchej łupince i pod żaglami.
Z tego miejsca jeszcze bardziej podtrzymuję wszystkie zarzuty wobec żeglarzy mazurskich, które wyłożyłem w tej notce: http://radkowiecki.blox.pl/2007/06/Zeglarze-murwa-ich-w-kadz.html. I dołożę coś jeszcze: jeżeli wydaje ci się, że na Mazurach bywa ekscytująco, niebezpiecznie, adrenalinowo albo podniecająco, to masz rację - wydaje ci się jak chuj. Po tygodniu turlania się po Bałtyku i okolicach zrozumiałem wiele rzeczy.

1. Ubiór. Dalej nie rozumiem dlaczego na Mazurach, żeglarze wbijają się do knajpy w sztormiakach. Doskonale rozumiem dlaczego czasami robią to w nadmorskich marinach. Kurwa mać, jestem zimnolubny ale 2 godziny wachty w lekko przemoczonym ubraniu przy dosyć silnym wietrze, może wyjebać nawet największego twardziela. I nie było siły, bym się rozebrał, wytarł do sucha, przebrał w nieprzemoknięte i nakurwiał po porcie. No fakin łej - może i mokro ale zdążyłem się już lekko rozgrzać i tak będę chodził.

2. Ubiór. Na Mazurach zawsze w zasięgu wzroku masz miejsce do potencjalnego cumowania. A co za tym idzie, możesz na spoko ugotować wodę na herbatę, spokojnie się wysuszyć, zagrzać i przebrać. Dlatego sztormiak za 16,99 nawet się sprawdza. Na morzu już niekoniecznie. I niestety (z punktu widzenia portfela), potwierdza się zasada, że dobrej jakości nie kupisz za przysłowiową dychę. Za dobre ciuchy do pływania trzeba zabulić więcej. I, nolens volens, lansujesz się, niezależnie od własnych przekonań co do owego lansu sensowności. W przyszłym roku zainwestuję w ciuchy do pływania nieco więcej niż 40 zł i będę wyglądał jak Bóg mody nawodnej.

3. Gwara. Na łódce mazurskiej można sobie pozwolić na dużo, w sensie luzu. Podczas pływania po morzu, zwłaszcza przy dużej fali i silnym wietrze, nie ma opcji, by załoga mogła się pierdolić w tańcu. Każdy rozkaz kapitana musi być wykonany bez wahania, zastanawiania się, kombinowania na własną rękę. Czasami musi być wykonany w tempie Szybkiego Lopeza albo Speedy Gonzalesa. Innym razem w warunkach urągających zdrowemu rozsądkowi i zasadom BHP. I nie ma czasu na knucie 'co to, do chuja Wacława, jest ten pierdolony sztaksel/handszpak/szturwał/bezanmaszt/sztormlina, czy inna swołocz o niemiecko brzmiącej nazwie. Znajomość gwary jest w takich sytuacjach bezwzględnie konieczna. Nie ma możliwości, by używać słownictwa innego niż branżowe w sytuacji, gdy na szali wisi nasze życie [3]. I przyznam wam się szczerze, pod koniec rejsu tak mi się to wbiło w łeb, że nawet w rozmowach w porcie, zupełnie naturalnie mi się te słowa wplatały w gorączkowy potok kwiecistej wymowy [4].

4. Tematyka rozmów. Z powodów różnych dla każdego, nie ma opcji by po szczęśliwym cumowaniu w porcie, nie pogadać o tym, co się dzisiaj działo na wodzie, jakie przeprowadziliśmy manewry, co zrobiliśmy dobrze, a co źle. Z jednej strony, pozwala się to człowiekowi wygadać i zrzucić z siebie napięcie. Po drugie, ma walor edukacyjny - gdy już wiesz, w którym momencie dałeś dupy niczym portowa dziwka, to jest szansa, że za drugim razem zrobisz to dobrze. Z pożytkiem dla siebie, załogi, łodzi i kaucji za ową łódź. Jeszcze inny gada dlatego, że podczas pływania w chujowych warunkach, trochę mu tego brakowało. Jeszcze inny mówi, żeby rozruszać szczęki, zmusić do wysiłku ślinianki i nie rzygnąć w porcie. Co człowiek, to powód. I coś, co na Mazurach wygląda zajebiście pretensjonalnie, podczas pływania po morzu jest nie do przecenienia. Choćby ze wspomnianych powodów edukacyjnych, dla higieny umysłowej czy co tam sobie wymyślicie.

5. Żeglarskie zwyczaje i zabobony. Teraz już rozumiem dlaczego nie powinno się pływać z obijaczami na burcie. Pojąłem też dlaczego wyjątkowo chujowym pomysłem bywa siedzenie z nogami wywalonymi za burtę. Z suszeniem ręcznika na relingu podczas postoju w porcie, ktoś mnie okrutnie oszukał, bo nasza pani kapitan miała na to kompletnie wyjebane i nie robiła problemu. Największe natomiast olśnienie spłynęło na mnie, przy okazji poznania prawdziwego powodu zakazu gwizdania na łodzi. Nie chodzi o to, że kiedyś się rozkazy gwizdkami wydawało. Znaczy chodzi, ale nie jest to główny powód. Otóż Wikingowie wierzyli, że jeżeli gwiżdżesz na morzu, to Thor może ci odgwiznąć. Czym kończy się odgwizdnięcie Thora powinien wiedzieć każdy, kto przeczytał jakąkolwiek wersję mitów skandynawskich. I wierzcie mi - w pewnych sytuacjach człowiek wyjebany przez chorobę morską na wylot, nie ma ochoty na dodatkowy wiatr. I zaczyna w te pieprzone zabobony wierzyć całym sercem, pomimo do bólu empirycznego podejścia do życia. Co nie zmienia faktu, że zakaz gwizdania na łódkach mazurskich dalej mnie bawi okrutnie i nie zamierzam go przestrzegać.

6. Sposoby spędzania wolnego czasu w porcie. No cóż - człowiek jest zazwyczaj tak rozpierdolony, że piwo i szanty są ostatnią rzeczą, o jakiej marzy. W sytuacji gdy podczas pływania nie było fal a wiatr dmuchał sobie lekko, piwa nie odmówię, chociaż szanty dalej mnie wkruwiają. Na szczęście, z jakichś powodów, żeglarze z marin nadmorskich, szant nie śpiewali. Bardzo mnie to ucieszyło.

7. Regaty. W pewnych sytuacjach nie ma się luksusu, w postaci portu, do którego można zawinąć. I wtedy trzeba zapierdalać dalej. Zresztą, co ja tutaj będę tłumaczył - jeziora Mazurskie są małe, morze Bałtyckie jest w kutas duże (w porównaniu z jeziorami). Regaty są więc jakby nieodzowne i tyle w tym temacie.

A teraz z innej beczki. Pływanie po Mazurach ma się do pływania po morzu tak, jak jazda na rowerze do jazdy vanem. Miałem kompletnie inne wyobrażenie tej formy 'wypoczynku', nie byłem zupełnie przygotowany na to, co mogło mnie spotkać (i spotkało). Zarówno mentalnie, jak i pod względem ekwipunku. Totalnie odjechana jazda po bandzie. Po pierwsze - zszokował mnie fakt, że idziemy longiem a nie skokami od portu do portu. Po drugie - jakie kurwa wachty. Po trzecie - jaki kurwa dziennik pokładowy. Po czwarte - jakie kurwa nanoszenie pozycji na mapę. Po piąte - jaka kurwa wachta? Nocna? Was chyba pojebało? Po szóste - gdzie jest kawa, kurwa mać. Po siódme - gdzie moje Snickersy <== (jedziemy z product placementem ponownie), kurwa wasza mać. Po ósme - niech mi ktoś kurwa odpali Malboro Ligtha <== (zakurwiam po całości). Po dziewiąte - gdzie jest mój XXL <== (po bandzie), kurwa wasza mać. I po dziesiąte wreszcie - niech mi ktoś kurwa zapoda mój sztormiak. Łodefak - miało być inaczej.

Przede wszystkim nie sądziłem, że podczas pływania będę kurwił gorzej od szewców Witkaca. Nie sądziłem, że przemarznę na wylot w połowie lipca. Nie sądziłem, że przemoknę na wylot w połowie lipca. Nie sądziłem, że w ciągu tygodnia, ludzi, z którymi pływam, poznam lepiej, niż poznałem ich przez ostatni rok, dwa, trzy. Jakby mi ktoś powiedział, że uwierzę w zabobony, to bym go wyśmiał. Jakby mi ktoś powiedział, że od choroby morskiej będę miał haluny, popierdoli mi się w głowie i będę widział rzeczy, których nie ma, to bym go wyśmiał. Gdyby mi ktoś powiedział, że po podwójnej śmierci w naszej rodzinie (rok temu), znajdę się w stanie większego napięcia umysłowego i będę czuł większą niż wtedy żądzę mordu, to bym go wyśmiał. Gdyby mi ktoś powiedział, że na tym rejsie poczuję przypływ odpowiedzialności i zacznę się przejmować kimś, kto nie jest moim przyjacielem albo rodziną, to bym go wyśmiał. Gdyby mi ktoś powiedział, że znajdę się w sytuacji tak dla mnie beznadziejnej, że ogarnie mnie apatia i niemożność zmuszenia się do zrobienia czegokolwiek, wyśmiałbym go. I wreszcie gdyby mi ktoś powiedział, że znajdę w życiu coś porównywalnego do seksu oraz kilku kawałków muzycznych, filmowych i literackich, to zabiłbym go śmiechem na śmierć [5]. Wszystko to, a nawet więcej, dostałem na Bałtyku.

Morze to surowy skurwysyn, który wyłapie każdy twój błąd. Morze to surowy sędzia, który wszystkie twoje błędy bezwzględnie ukarze. Morze uczy pokory, pokazuje jacy jesteśmy mali. Morze wydobywa z człowieka rzeczy, o których nie wiedział, że w nim siedzą. Morze jest w stanie człowieka nauczyć nowych rzeczy, w czasie nieprzekraczającym 3 sekund. Przed morzem trzeba pochylić głowę i nie kozaczyć - kozaków zjadły kraby. Zaczynam rozumieć ludzi, którzy wypierdalają do Tybetu na 2 miesiące, by dowiedzieć się czegoś o sobie. Ja po 7 dniach bujania się po wodzie, dowiedziałem się o sobie więcej, niż przez ostatnią dekadę.

Pamiętam dokładnie pewien moment z ubiegłego wtorku. Łódź szła w 20 stopniowym przechyle, z lewej burty obrywaliśmy co kilka sekund falami, które miały 3-4 metry. Wiała szóstka, przechodząca w siódemkę. 2 członków załogi wisiało na burcie i ciężko chorowało, następna trójka nie wymiotowała ale wyglądała jak ziemia do kwiatów i do niczego się nie nadawała. Na chodzie pozostała połowa składu osobowego, z tym że ja jedynie próbowałem robić dobrą minę do złej gry, gdyż czułem się rozjebany chorobą morską na kawałki. Wszyscy mokrzy od tych jebanych fal, niektórzy już nawet nie reagują, robi się ciemno, ja mam dreszcze. Co 10 sekund, gdy łajba spada z fali, czuję się jak w zerwanej windzie. Jestem prawie cały dzień na czczo, nie mam siły zejść pod pokład po batonika i energizera, nie ma opcji by odpalić papierosa, bo nie jestem w stanie się skoncentrować na prostej sekwencji ruchów: wyjąć fajkę - włożyć ją do ust - schować ramkę do kieszeni - znaleźć zapalniczkę - osłonić ją dłonią lub sztormiakiem - podpalić - zaciągnąć się - schować zapalniczkę - palić do filtra. Zasadniczo i pobieżnie to nie jestem w stanie nawet się zabić, a przecież śmierć przyniosłaby mi ulgę. Na domiar złego za godzinę, dwie zaczyna się moja wachta, do której najprawdopodobniej nie będę się w stanie zmusić. Krótko mówiąc - byłem rozpierdolony na kawałki i ześlizgiwałem się powoli w paszczę szaleństwa. Obiecałem sobie wtedy, że prędzej naród pokocha Giertycha, niż ja wejdę ponownie na pokład łodzi żaglowej płynącej po morzu. 4 dni później byłem przekonany, że muszę popłynąć znowu. Najlepiej za rok. Tak to właśnie działa.

Mógłbym tak jeszcze pierdolić przez kolejne 20 ekranów ale uznałem, że ta notka zrobiła się zbyt intymna i pokazuje moje miękkie miejsca. A przecież ja, oficjalnie, nie mam miękkich miejsc. Dlatego w tym miejscu zakończę. A następnym razem być może opowiem wam o łodzi, na której pływaliśmy.

Morze jest przerażające. Morze kusi, przyciąga, wiele obiecuje i wiele daje. Za rok chcemy zebrać większą ekipę z fandomu (około 30 osób potrzeba) i śmignąć na Zawiszy. Ktoś chętny?

PS. Osoby, które na pływaniu po morzu zjadły zęby, proszone są o niewypowiadanie się w komentarzach. Wiem, że się ekscytuję swoim pierwszym razem. Wiem, że najprawdopodobniej połowa rzeczy, które napisałem, jest przesadzona albo nieprawdziwa. Ale wiecie co wam powiem - w dupie to mam. To była moja największa frajda ostatniej dziesięciolatki i nikt mi jej nie popsuje.

[1] W to, że to popierdolone państwo wypłaci mi jakąkolwiek emeryturę, przestałem wierzyć kilka lat temu. Dlatego postanowiłem sam zabezpieczyć swoją przyszłość i zakurwiam kasę na różne historie oszczędnościowo-inwestycyjne. I mam zamiar emeryturę wypłacać sobie sam, ze swoich pieniędzy, z pominięciem tej pierdolonej, nienasyconej, biurokratycznej hydry. Udławcie się skurwysyny tymi pieniędzmi a ode mnie się po prostu odpierdolcie.
[2] Dla tych co nie wiedzą - raz na jakiś czas miłośnicy fantastyki/fantasy/RPG/łorewa, spotykają się w wybranym miejscu i rozmawiają o rzeczach, o jakich nie śniło się fizjologom. Używają przy tym niezrozumiałego dla przeciętnego śmiertelnika slangu, śmieją się z kompletnie wyjebanych dowcipów i ogólnie, kontakt z nimi jest znacznie utrudniony. Od jakiegoś czasu uważam, że te siedliska czarów, zabobonów, plugawych, bluźnierczych, pogańskich praktyk i szatanowskich rytuałów, należałoby rozbijać przy pomocy kilku kompanii ZOMO. Albo Młodzieży Wszechpolskiej.
[3] Jestem morskim świeżakiem i nie wiem ile czasu przy wietrze w granicach 6-7 wytrzyma drugi sztag w sytuacji, gdy pierwszy wziął był pierdolnął. Może godzinę, może minutę - nie mam bladego pojęcia. Ale dokładnie w momencie gdy ktoś zauważył, że coś nam się luzem majta, życie zaczęło zapierdalać mi przed oczami, bo już widziałem maszt masakrujący załogę. Teraz możecie mnie nazwać cipą ale dawno nie czułem takiego stresu, jak w tym momencie.
[4] W odróżnieniu od licznych wojowników pióra, którzy literkowo wymiatają a werbalnie przypominają pniak do rąbania drewna, ja jestem humorystycznym gadułą i podczas pisania, i podczas gadania. O czym zaświadczą wszyscy ci, którzy mieli nieszczęście spotkać mnie na swojej drodze życia.
[5] Pierwsza nocna wachta, godzina 0:30, niebo zachmurzone, jestem tylko ja, morze i łódź, którą prowadzę. Znaczy owszem, byli pozostali członkowie wachty, pani kapitan i jeszcze jedna osoba. Ale w mojej głowie istniała tylko ta trójka: ja, morze i łódź. Poddaję się, bo jak oddać słowami ten stan, te uczucia, to uniesienie? Nie potrafię. To naprawdę było porównywalne jedynie ze świetnym seksem.

wtorek, 17 lipca 2007, radkowiecki

Polecane wpisy

  • Bo chodzi o to żeby wybrać mądrze

    Ważny temat, wybory. To również trudny temat. Lindę monsterę kupiłem wyłącznie dlatego, że była w promocji i zajebiście wyglądała. Romana zamiokulkasa wziąłem,

  • Darmowy kurs pierwszej pomocy przedmedycznej - przeczytajcie

    Dobra, wszyscy dzisiaj tylko Polcon i Polcin więc ja może o czymś innym. W ubiegłą sobotę byłem na szkoleniu z pierwszej pomocy przedmedycznej. O, tej I jeszcze

  • TOTZZPA

    Czyli Teklaka Ogólna Teoria Zawierania Znajomości Po Alkoholu. Moją muzą był pan w barze orientalnym, który chciał się ze mną najpierw zakolegować a potem pogad

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2007/07/18 10:23:17
Cholera, jak organicznie nie trawię wszelakich żeglug i żeglarzy, tak nabrałem ochoty popłynąć. Dobrze, że niedługo mi przejdzie, niemniej szacunek - nawet starozakonnego umiałbyś nakręcić na schabowego z kapustą :)
-
2007/07/18 10:35:08
O jak fajnie, że wróciłeś! ;-)
-
2007/07/18 14:58:45
co do ręczników - port to jedyne miejsce gdzie można je wysuszyć, jeśli pogoda w tracie pływania jest sprzyjająca pływaniu, w przeciwieństwie do flauty np. Ale nawet wówczas do portu wpływa się raczej bez szmatek na relingach z powodu chociażby ograniczonej widoczności. Entuzjazm zrozumiały. Też taki przejawiałam swego czasu. Co do Zawiszy to inna skala jest i doznania inne (chociaż w sumie nie wiemy na jakiej jadnostce byłeś teraz). Mogę tylko zazdrościć wszystkim tym, którzy pierwszy rejs na morzu mają jeszcze przed sobą. Ciekawa tylko jestem jak znajdujesz spanie w koi?
-
2007/07/18 19:50:42
D'Ancone
on pewnie to spanie w koi znajdował po omacku ;-)

Tarkus ma rację z tym nakręcaniem :-)
-
2007/07/18 19:59:22
PS. To brzmi jak wakacje moich marzeń. Ostra walka, metafizyczne przezycia i szybki program odchudzający. Och. Też tak chcę...
-
2007/07/18 20:16:22
Jako stary harcerz i jeszcze starszy biwakowicz, jestem w stanie przespać się w każdym niemalże miejscu. Z uwagi na awarię rzeczonego sztagu, załapałem się tylko na jedno pływanie nocne, przespałem się dwie godziny w przechylonej koi i było w porządku - po prostu mogłem się dupą zaprzeć o stolik i się nie ześlizgiwałem (jakiś tam przechył był). Podczas postoju w porcie, spanie w koi nie różni się niczym od spania na moim łóżku, w którym lewa połowa, na której śpię ja, jest de facto kawałem deski obciągniętej tapicerką. Połowa druga, ta dla gości, jest miękka ale ja na niej nie sypiam, bo to jest dobre dla mięczaków. Pewne wątpliwości budzi zawsze szerokość koi, bo nie w każdej daję radę wyciągnąć się na wznak. Tym razem takich problemów nie miałem, bo koja, jak na warunki łódkowe, była wcale szeroka.
Aha, nikogo nie nakręcam, tak mi się po prostu napisało. To naprawdę świetna sprawa jest.
-
2007/07/18 20:20:21
Sziteks, nie da się wyedytować własnego posta? Odpowiadam Żabie: wszystko się zgadza, oprócz szybkiego programu odchudzającego. Bo jak już człowiek doszedł do siebie i mógł jeść, to rzucał się na posiłek niczym marynarz na portową dziwkę i wciągał na opór. Powroty apetytu były przerażające i pozwalały zjeść jakieś nieludzkie porcje. Dodaj do tego batoniki, landrynki i ciasteczka na podtrzymanie oraz nasłodzone na maksa energizery, a otrzymasz pełen obraz kuracji odchudzającej.
-
2007/07/18 21:13:09
już wiem: Mr. T jest Klingonem :-) wszystko się zgadza: śpi na desce, klnie, wrogów rozdziera jak koty ;-)
-
2007/07/19 10:47:46
Rzeczywiście nie sprecyzowałam: chodziło mi o spanie w czasie sztormu - telepanie od sztormdeski do burty oraz usilne próby nie wypadnięcia, nie są przyjemne, a i poobijać się można :) chyba, że ma się odpowiednie gabaryty zapewniające stabilne utrzymanie w miejscu spoczynku:)
A co do przeżyć, dla mnie osobiście najważniejsze było całkowite odmóżdżenie, reset totalny "format c:" płyniesz gdzie ci każą, mało (czytaj: nic)od Ciebie zależy (chyba, że masz wahtę w kambuzie i nie musisz w czasie sztormu gotować jedzenia pt.łatwo weszło łatwo wyszło),wyłączone telefony, bezkres horyzontu i poczucie wyluzowania (nie należy się stresowac nie załatwionymi sprawami, bo i tak z morza nic nie zrobisz:) itd itd prawie same zalety (są też wady, ale kto by się tam przejmował drobiazgami)

nie daj się prosić Radku, napisz co to był za jacht, z opisu sądząc około 10 osób załogi i kapitan, więc?
-
2007/07/19 11:01:54
D'Ancone, Ty japiszon jesteś ;-) spróbuj wakacji w klasztorze o ścisłej regule, rezultat będzie ten sam. Albo miesięczny dyżur na wieży do wypatrywania pożarów lasów na odludziu w Kanadzie
-
2007/07/19 12:56:43
Gabaryt mam optymalny do pływania w dolnej koi przy stoliku, gdyż idealnie się wpasowuję między ścianę a nogi stołu. Wystarczy, że lekko przyembrionię i mam jak u pana Boga za piecem.
Swoją drogą "format C:" to bardzo dobre określenie na tydzień na morzu. A pływaliśmy na J-80 o wdzięcznej nazwie Alf: 9 załogantów i pani kapitan.
-
2007/07/19 14:49:04
no niesamowite :) na Alfie hłehłe zdobywałam niemalże pierwsze szlify na morzu, po powrocie wyglądałam jakby mnie ktoś metalowym prętem obił :)
A Pani Kapitan korzystała z koi kapitańskiej?

do BORSUK66 - co do japiszona to wizja jest kusząca, bo kojarzy mi się z dużą ilością wolnej gotówki:) chodziło mi raczej o bardziej przyziemne rzeczy: niezapłacony rachunek, kot do nakarmienia, a może kwiatki niepodlane zwiędną, a może mamusia się martwi :)
do Kanady z dziką rozkoszą bym się wybrała, ale nie zauważyłam, żeby wizy rozdawali przy wejściu do metra.
-
2007/07/20 12:38:13
Alf, no cóż. Przykro mówić ale ta łajba trzyma się kupy tylko dzięki grubej warstwie farby na burtach. Może jakby komuś się przy niej coś jeszcze chciało zrobić, to dałoby się na niej miło popływać. Mnie natomiast się zdaje, że właściciele tej łodzi mają na wszystko wyjebane. Co zaś do naszej (baczność) cudownej Pani Kapitan (spocznij), to wciskała się do hundkoi gdzie spała czujnym snem kapitana.
Aha, wszystko wskazuje na to, że wczoraj skaperowałem na przyszły rok 2 albo 3 osoby. Rozrasta się nam załoga, rozrasta. Może tutaj są jacyś chętni? Zresztą, napiszę o tym za czas jakiś oddzielną notkę.
-
2007/07/26 16:51:39
Ja! Ja! Będziesz mnie mógł budzić wdzięcznym "jak się masz, masz wachtę":D
-
2008/01/18 15:14:00
Zdradźcież mi, dobry człowieku, tę tajemnicę: która koja na jotce jest "wcale szeroka"??